Ziemia przeklętaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Umiem tylko uprawiać winorośl, a odziany jestem w to, co mi dali mnisi z klasztoru Świętej Afry…

– Masz coś najcenniejszego: swoją krew! – ciągnął Guisand. – Nauczymy cię, jak być wojownikiem, a reszta będzie już w ręku Boga.

– I w ten sposób życie i śmierć twojego ojca nie okażą się daremne – zakończył Inveria.

Isembard czuł, że to wszystko go przytłacza. Jeszcze kilka tygodni temu ci rycerze nie zwróciliby na niego uwagi. Zapomniał o swoim pochodzeniu i nienawidził wspomnień o ludziach z rodu Tenes. Chciał tylko odnaleźć Rotel.

Pomyślał o młodym biskupie Frodoí, stojącym teraz przed trudnościami nie do pokonania, a potem o Elizie, której przyszłość była tak niepewna. Oboje byli odważni i mieli cel do osiągnięcia, zgodny z wolą Boga. Tylko on jeden uciekał – najpierw z zamku Tenes, teraz z klasztoru Świętej Afry. Powinien z powrotem odzyskać ster życia, to być może była właśnie jego droga.

– Nie potrafisz się jeszcze w tym wszystkim rozeznać, doskonale to rozumiemy – dodał Guisand, widząc, że Isembard pada ze znużenia. – Ale teraz pomyśl tylko o tym, z jakiego powodu powinieneś tu zostać tej nocy. Myśl tylko o tym! Cała reszta się przed tobą odsłoni… z czasem.

– Chcę odzyskać siostrę, ale żeby ją oswobodzić, muszę umieć walczyć.

Guisand spojrzał na swoich towarzyszy.

– Kiedy uda ci się mnie pokonać, razem pójdziemy po twoją siostrę do fortalicji Tenes. Jeżeli ma być niewolnicą Drogo, zostanie w jego haremie na dłuższy czas. Tymczasem będziesz żył jak „leśny” na tych opustoszałych ziemiach. Będziesz wszystko bacznie obserwował i wiele się dowiesz od tych żyjących tu biednych starców, a my w tym czasie zgromadzimy więcej żołnierzy, żeby szukać zaginionych Bellonidów i pohamować ambicje Drogo.

– Ale wtedy może już być za późno! – Isembard był przerażony.

– Chyba nie doceniasz Rotel… – rzekł Nilo. – Potrafi sama o siebie zadbać.

Ich spojrzenia zaintrygowały Isembarda, w jego sercu z powrotem zagościło dawne podejrzenie.

Po chwili niezręcznego milczenia odezwał się Guisand:

– Te okolice skrywają wiele tajemnic. Zamieszkują je nie tylko drapieżne zwierzęta i dzikie hordy, ale również tajemnicze istoty. Są wśród nich kobiety, które odeszły od ludzi, żeby kultywować pradawne wierzenia. Znają właściwości wszelkich roślin, a czasem nawet posiadają moc kierowania niektórymi zwierzętami. Podczas najazdu Saracenów twój ojciec był ranny i został w lesie niedaleko Bergi. Ponieważ nie odnaleziono jego ciała, myśleliśmy, że nie żyje. Tymczasem wrócił po jakimś czasie, wyleczony i z energią większą niż kiedykolwiek. Zmienił się, tak jakby nie tylko zadbano o jego ranę, ale i obdarowano go czymś więcej… rozumiesz mnie? Później od czasu do czasu znikał na całe tygodnie, aż któregoś dnia zobaczyliśmy go, wracającego z maleńką Rotel w ramionach. Nigdy nam niczego nie wyjaśniał, ale… pewnie nie wszystkie te niezwykłe kobiety są stare i garbate.

– Krążyły też pogłoski, że spotykał się z jakąś nimfą czy driadą… boginką leśną, bo one ciągle jeszcze istnieją, chociaż księża twierdzą, że ich nie ma – dodał Inveria, aczkolwiek z pewnym niepokojem w głosie.

Isembard milczał. To by wyjaśniało owe szczególne związki Rotel z naturą i jej nieposkromiony charakter, czasami nawet okrutny i morderczy. Tak czy owak, to jej nie mogło uratować przed zakusami Drogo.

– Uwierz mi, chłopcze! Skoro twoja siostra urodziła się w lasach, nie jest tak bezradna, jak się obawiasz – stwierdził Guisand.

– A jeśli jest córką nimfy, dona d’aigua[19], to raczej inni powinni się obawiać – dorzucił Inveria z nerwowym uśmiechem.

9

Znakomite wino od Nantigisa, które kazał podać wicehrabia Sunifred, ożywiło ucztę. Rozbrzmiała muzyka i rozpoczęły się tańce.

Frodoí, gdy już wysłuchał wszystkich próśb, rozmawiał z notablami, by się dowiedzieć, kto jest mu gotów przyjść z pomocą i pieniędzmi. W marzeniach wznosił już nową katedrę, chociaż to miasto miało przecież wiele innych, bardziej palących problemów. Nie przestawał się jednak rozglądać, szukając wśród gości pięknej Gody. Nantigis, już pijany, zaczął coś wrzeszczeć i się zataczał, więc ktoś przysunął mu zydel. Wtedy Goda stanęła tuż przy drzwiach. Tak jakby czekała na tę chwilę, spojrzała znacząco na biskupa i wyszła z sali. Frodoí potraktował to jako zaproszenie. Dopiero co wjechał do Barcelony jako głowa Kościoła, a Goda była małżonką wpływowego arystokraty, dlatego Frodoí mógł sobie zaszkodzić, ale teraz o tym nie myślał, tak bardzo chciał ją poznać. Przeprosił na chwilę archidiakona i niepostrzeżenie wyszedł za Godą z sali.

Zbiegł po schodach i podążał za jej sylwetką w ciemnościach nocy, nie mając pojęcia, dokąd go prowadzi. Wreszcie dostrzegł, że wchodzi do starej wizygockiej świątyni, zbudowanej na planie krzyża greckiego.

Przecież podczas bankietu nie zauważyłem żadnej oznaki wrogości z jej strony, pomyślał i ruszył w ślad za nią.

Wszedł do świątyni, ale Gody tam nie było. Jedyna oliwna lampka oświetlała tabernakulum, zawieszone na łańcuchach w prezbiterium. Wystraszył się i chciał zawrócić, kiedy nagle dostrzegł w głębi transeptu otwór, z którego wydobywało się światło. Ostrożnie zszedł na dół do małej krypty z żyłkowanymi, przysadzistymi kolumnami i poczerniałymi żelaznymi łukami. Posadzka i ściany były pokryte płytami nagrobnymi i urnami z kamienia. Stała tam Goda, zwrócona do niego plecami.

– Babka mi opowiadała, że tutaj był ołtarz króla Salomona, zanim go przeniesiono do Toledo. Teraz już nikt o tym nie pamięta.

– Mówią, że twój ród jest starszy niż rzymskie Barcino – wtrącił Frodoí, zafascynowany.

Wyciągnęła ramiona, jakby obejmując kryptę, i odezwała się z powagą w głosie:

– Tu leży wielu moich przodków. Przychodzę tutaj, kiedy się czuję zagubiona.

– Czy właśnie tak się czujesz tej nocy, Godo? – spytał, opanowany tajemniczymi, nieznanymi mu dotąd emocjami.

Odwróciła się. Jej uroda ponownie zachwyciła młodego biskupa. Goda wydawała się smutna.

– Po co tu przyszedłeś, biskupie? Czego szukasz tak daleko od własnego domu?

– Bóg mnie tu posłał. Teraz tutaj jest mój dom.

Goda zadrżała. Chciała być pewna, że mówił szczerze, że nie zależało mu tylko na tym, żeby ją uwieść – jak tylu innym. Uważała, że ten Frankończyk zachowuje się inaczej, nawet jego spojrzenie zdawało się szukać w niej czegoś więcej niż urody. Pragnęła tego. Podobało jej się przenikliwe spojrzenie jego ciemnych oczu, podobała się jej jego twarz, kędzierzawe włosy.

– Inni Frankończycy też tak mówili, ale żaden prałat nigdy nie zapytał o moje zdanie – stwierdziła Goda.

Stali tak blisko siebie, że Frodoí mógł poczuć, jak pachniała olejkiem różanym…

– Możliwe, że naprawdę wierzysz, że wypełniasz wolę Boga – ciągnęła.

– A czyją, jeśli nie Jego?

Frodoí w młodości uwiódł wiele kobiet, ale teraz, kiedy został biskupem, powinien panować nad słabościami ciała… Mimo to Goda go bardzo pociągała.

– Właśnie dlatego przyprowadziłam cię do tej krypty. – Spojrzała mu głęboko w oczy. – Chciałam wiedzieć, co oni o tobie sądzą…

Frodoí ze strachem spojrzał na otaczające ich groby. Ta krypta wydzielała jakąś szczególną, tajemniczą energię. Miał wrażenie, że jest obserwowany. Goda obeszła go wkoło, jakby oglądała zdobycz.

– Kiedy słuchałeś tego, co mówiłam na bankiecie, coś się w tobie zmieniło. Mogę wiedzieć co?

– Zgodziłem się objąć to biskupstwo tylko na przekór rywalom – wyznał Frodoí. – Pomyślałem, że jeżeli je odnowię, Hinkmar z Reims obsypie mnie zaszczytami i ostatecznie to ja się będę śmiał ostatni. Później jednak, kiedy już wiedziałem więcej, zaintrygowało mnie, że Barcelona przetrwała pomimo tylu najazdów i rewolt. Ostatecznie zaś zadałem sobie pytanie, czy mógłbym coś zrobić dla tego miasta, które, jak widzę, jest w agonii. Jestem człowiekiem praktycznym, a dzięki twoim słowom zrozumiałem, że tu nie wystarczy tylko ściągnąć kolonistów, zbudować katedrę i wszędzie wprowadzić porządek Kościoła.

– Mów dalej, biskupie – poleciła Goda z zainteresowaniem. Wiedziała już o pragnieniu biskupa, ale też wyczuwała także coś więcej.

– Wiedz, Godo, że królestwa nie utrzymuje monarcha, król Karol, ale szereg magnackich rodów, pomiędzy które podzielony jest cały obszar państwa. Potomkowie Wilhelma czy ród Bosonidów z Prowansji i inni pilnują dróg, mostów i przejść przez góry. To oni dostarczają żołnierzy i chociaż przysięgają wierność monarsze, służą tylko samym sobie. To, co się naprawdę liczy, to więzy krwi. Wspólnie podejmują decyzje, zawsze na korzyść własnej rodziny, i dlatego nadal utrzymują swoje posiadłości, a nawet je rozszerzają.

– Tutaj jest inaczej.

– Właśnie to mi przed chwilą uświadomiłaś. – Uśmiechnął się do niej. – Marchia powinna stworzyć swój własny rodowód!

Goda zadrżała. Widziała, że miał charyzmę. Być może Frodoí rzeczywiście przyniesie temu miastu ratunek?

– Teraz kandydatem na miejsce hrabiego Humfryda jest Drogo de Borr.

– Pewnie uważa, że swoją siłą przekona króla, z kolei dwór jest innego zdania. – Uśmiechnął się chytrze. – Jestem może marnym kapłanem i jeszcze gorszym teologiem, ale Hinkmar mnie nie ukarał, żeby zrobić przyjemność moim wrogom. Tej nocy zrozumiałem, że mnie tu przysłał, bo wierzył w moje umiejętności i uznał, że zdołam uratować tę ziemię przed złem, przed takimi ludźmi jak Drogo.

Nawet nie zauważyli, że stoją teraz naprzeciw siebie. Goda czuła, że po tylu latach w jej żyłach znowu tętni życie, że jej ciało przestaje być martwą skorupą. W spojrzeniu Frodoí widziała siłę wojownika i spryt bizantyjskiego kupca.

– Proponuję ci układ, biskupie. Spraw, że tak się stanie, a we wszystkim ci pomogę. Barcelona ci pomoże.

– Więc daj mi czas, abym mógł zdobyć niezbędne wpływy w kurii i na dworze – odparł Frodoí, nie cofając się. – Które rody spośród gockich panów mogą mieć wystarczające możliwości?

 

– Bellonidzi. Ale trzynaście lat temu Sunifred wymordował wszystkich i nikt nie wie, co się stało z ich dziećmi.

– Słyszałem o tej rodzinie – rzekł biskup. – To potomkowie Belló z Carcassonne. Ale skoro nie żyją, trzeba szukać ich krewnych… na przykład Salomó z Urgell.

Pod powierzchnią rzeczowej rozmowy wyczuwali wzbierające pożądanie. Dla obojga było ono zakazane, ale żadne się nie cofnęło.

– Nie jestem sama, Frodoí. Są inni, którzy myślą też tak jak ja. Wraz z twoim przybyciem tutaj stał się cud. Razem z tobą podróżował Isembard z Tenes! Jego ojciec był jednym z Kawalerów Marchii, tak jak mój pierwszy mąż. – Mówiła z przejęciem, nie przerywając. – To nie może być przypadek! Na tę zapomnianą ziemię znowu patrzy cały świat!

– Mówisz o Bogu – nieufnie powiedział Frodoí.

– To ty jesteś tym, na którego czekali moi przodkowie – odparła zagadkowo Goda. – Przyniosłeś nam ze sobą nadzieję!

Frodoí jeszcze chciał zapytać, ale zapomniał o co, widząc ogień w oczach Gody. Stali twarzą w twarz i żadne się nie cofało, chociaż powinno. W końcu on wykonał gest, jakby chciał ją pocałować, ale odwróciła się szybko.

Od jedenastu lat żyła w małżeństwie z impotentem Nantigisem, a tu nagle Frodoí rozbudził w niej dawno zapomniane uczucia. No, ale ledwie go znała… poza tym był biskupem. Gdyby mu pozwoliła na awanse, ściągnęłaby na swą duszę wieczne potępienie.

– Mój mąż już się musiał zorientować, że mnie nie ma – powiedziała speszona. – Muszę wracać.

Frodoí nie mógł teraz wprost uwierzyć w to, co zamierzał zrobić.

– Muszę cię znów zobaczyć, Godo. – Był świadom swoich grzesznych zamiarów, ale nigdy wcześniej nie czuł czegoś podobnego. Siła, która biła od tej kobiety, przyciągała go do niej z nieodpartą mocą.

– Zawarliśmy umowę w obliczu moich przodków – rzekła Goda niepewnie. – Oni cię uznali za godnego… i ja także. Witamy z radością ciebie i ludzi, których przyprowadziłeś. Wkrótce znów się zobaczymy.

Posłała mu ostatnie spojrzenie, którym wyraźnie prosiła, żeby jednak zrezygnował – i odeszła.

Frodoí jeszcze przez chwilę został w krypcie, musiał się uspokoić. Stracił nad sobą kontrolę. Goda najwyraźniej rzuciła na niego urok.

Osadziłbym na tronie hrabstwa najgorszą szumowinę z ludu, byle by tylko zobaczyć pożądanie w twoich oczach, pomyślał i w tym samym momencie zrozumiał, że to uczucie może stać się jego największą słabością.

10

Rotel zbudziła się obolała. Cały świat gwałtownie falował. Znajdowała się w klatce z drewnianych bali, na wozie, który ciągnęły dwa muły. Razem z nią wieziono trzy młode kobiety i dwie dziewczynki – wszystkie spośród kolonistów. Powstrzymywały łzy, a kiedy dziewczyna krzyknęła, błagały, żeby umilkła. Podjechał do nich jakiś mężczyzna i zamknął jej usta uderzeniem.

– Dokąd nas wiozą?

Tamte wzruszyły ramionami. Jechali przez pustkowie kamienistą ścieżką, co już samo w sobie było prawdziwą męką.

– Kim oni są? – pytała nadal Rotel.

– Mówili coś, że ich panem jest Drogo de Borr.

Chyba gorzej być nie mogło.

Pod wieczór dotarli do jakiejś wioski, złożonej z kamiennych podcieni wzniesionych na nagim zboczu góry. Dwaj katalońscy chłopi rozmawiali z żołnierzami. Dali pięć owiec i jedno jagniątko za jedną z młodych kobiet i dwie dziewczynki. Rotel nic nie mówiła, wcale nie czekał jej lepszy los.

Kiedy zapadła noc, zatrzymali się w dąbrowie. Po paru godzinach pojawili się dwaj jeźdźcy, otuleni pelerynami i w saraceńskich turbanach. Dwie pozostałe kobiety zaczęły się modlić, a Rotel przeklinała ludzkość za jej okrucieństwo. Porywacze żywo dyskutowali z nowo przybyłymi i już po chwili wyciągnęli dwie dziewczyny z klatki. Rotel została sama. Saraceni zapłacili żołnierzom złotem. Jeden z kupujących, w czarnym turbanie, przyjrzał się jej z ciekawością. Schowała się w kąt, ale podszedł jeszcze bliżej.

– Jak masz na imię? – spytał z cudzoziemskim akcentem.

Miał może dwadzieścia lat. Zauważyła, że jest przystojny. Nosił zadbaną brodę, czarną jak agat.

– Ta nie, Malik! – ryknął głośno jeden z porywaczy i poszturchując, odciągnął go od klatki.

Ostatnie spojrzenie, jakim Saracen obrzucił Rotel, odchodząc, wydało jej się obietnicą, której niestety nie mógł spełnić. Wóz znowu ruszył. Zaczęło padać i Rotel rozpłakała się, skostniała z zimna. W lesie słychać było wycie wilków. Wolałaby, by trafił między te bestie niż do Drogo. W końcu zapadła w niespokojny półsen, a kiedy ją obudzili szarpnięciem, wóz stał już przy jakiejś czarnej bryle, ciemniejszej od nocy. Przeszył ją ostry ból. Poznała to miejsce, śniła o nim. Na szczycie stromego skalistego wzgórza wznosiła się otoczona murem forteca z bastionem pośrodku i osobną wieżą. To był zamek Tenes, domowe ognisko jej rodziny! Teraz, zrujnowany, wyglądał dziwacznie.

– Witaj w gnieździe swojego pana, słynnego Drogo de Borr.

Rotel chwyciła się prętów klatki, ale zmuszono ją do zejścia z wozu. Droga na szczyt była kręta, a trzeba ją było pokonać pieszo. Przewiązali dziewczynę sznurem w pasie i pilnowali, żeby nie próbowała skoczyć w przepaść.

Jedynym wspomnieniem, jakie pozostało jej z tej fortecy, było milczenie i wrogie spojrzenie kobiety, która nie była jej prawdziwą matką, Rotel czuła to…

Przeszli przez bramę na główny dziedziniec. Rotel zobaczyła włócznie z harpunami, topory, drewniane tarcze i sterty mieczy przykryte wełnianymi derkami. W wielkich kadziach zgromadzone było ziarno na zimę.

Głównym budynkiem była stojąca na skale kwadratowa wieża. Pomieszczenia na dole cuchnęły wilgocią i rdzą. Zgromadzeni tam żołnierze przyglądali się Rotel niczym zgłodniałe dzikie zwierzęta.

Teraz przypomniała sobie też jakieś inne odpryski zdarzeń z tego ponurego zamku.

W milczeniu weszli na górę, do sali tronowej.

Z belek zwisały żelazne lampy napełnione woskiem. Ściany były udekorowane skórami niedźwiedzi i rogami jelenimi, nawet o kilkunastu rozgałęzieniach. Na wielkim dywanie leżały cztery młode kobiety – obwieszone klejnotami, ale okryte tylko przejrzystą gazą. Rotel jeszcze nigdy nie widziała takiego bogactwa ani nie czuła piękniejszych zapachów niż ich perfumy. Na podwyższeniu stał tron, na którym niezdarnie wyryto smoka. Siedzący na tronie Drogo patrzył na nią przez zasłonę długich włosów. Wśród pięknych niewolnic blady mężczyzna przypominał niepokojący cień.

Drogo wstał z tronu i podszedł do Rotel. Bezwstydnie dotykał jej twarzy, blond włosów i miękkiej linii młodzieńczych piersi pod podartą tuniką.

– Jesteś najpiękniejszą dziewczyną, jaką kiedykolwiek widziałem. Miałaś być faworytą w moim haremie, ale teraz mam co do ciebie inne plany. Tego dnia, kiedy polowaliśmy w pobliżu klasztoru Świętej Afry, ktoś, kto przybył tam ze mną, zobaczył cię wśród winnic i wiedział, że jesteś inna, że posiadasz dar, którego nie można zmarnować. Możliwe, że to właśnie dziwne zrządzenie losu nas tam przywiodło, kiedy ścigaliśmy jelenie… – ciągnął tajemniczo. – Gdy byliśmy tam po raz drugi, pomyślnie przeszłaś tę próbę.

Rotel zadrżała. Zrządzenie losu, o którym mówił Drogo, przywiodło ją z powrotem do zamku Tenes, jej pierwszego domu, chociaż ten szlachcic wydawał się o tym nie wiedzieć. Bóg – a może diabeł – wydobył z zapomnienia ród Tenes dla swojej wiecznej, niezgłębionej walki.

Zjeżyły się jej włosy na karku, zaczęła szybciej oddychać. W sali był jeszcze ktoś, za jej plecami. Poczuła dotyk na szyi; niewolnice zaczęły krzyczeć. Stanęła nieruchomo, jakby ostrzeżona nagłym instynktem.

Po jej ramieniu wiła się długa na piędź skolopendra olbrzymia. Trucicielka uchwyciła się kołnierza jej tuniki. Dziewczęta, znowu krzycząc, schowały się za tronem. Rotel, przerażona, spojrzała na posadzkę.

Przed nią wznosił głowę ogromny, ciemny wąż, z gatunku, jakiego nigdy dotąd nie widziała.

– Nie pochodzi stąd, to kobra – syknął jakiś głos za jej plecami, z nieznanym jej akcentem. – Jeżeli zrobisz jakikolwiek ruch, żeby się pozbyć skolopendry, ukąsi cię wąż, ale nie jest jadowity. Jeżeli będziesz próbowała go złapać, skolopendra cię ukłuje.

Zmusiła się do spokoju i bardzo powoli się schyliła ze wzrokiem utkwionym w węża. Skolopendra się poruszyła, Rotel mogła zobaczyć jej kolce na swojej skórze.

Kiedy już niemal kucnęła, pozwoliła działać instynktowi. Kobiety znów krzyknęły. W momencie gdy wąż odwrócił głowę w tył, zadała mu nagły cios. Poczuła ostre ukłucie w szyję i się szarpnęła. Skolopendra upadła na podłogę i zniknęła pomiędzy kamiennymi płytami. Rotel wściekła rzuciła na ziemię kobrę, wijącą się w jej ręku.

Szyja jej puchła, a ból był coraz silniejszy. Odwróciła się – za nią stał czarny mężczyzna z błyszczącymi oczyma. Budził strach. Na twarzy miał blizny i tatuaże i od stóp do głów był pokryty grubą warstwą skór, które w niezwykły sposób wibrowały.

To był ten sam cień, który widziała w lesie; ten, który szedł za nią.

– Skolopendra ukąsiła przedtem szczura. Będzie cię bolało, ale w ranie już prawie nie ma trucizny. Dobrze zrobiłaś, nie wierząc mi na słowo. Kobra by cię zabiła.

Rotel czuła się coraz gorzej. Gardło coraz bardziej puchło.

– Czy to była próba? – szepnęła niepewnie. – Jak tamta żmija w lesie?

– Kupiłem cię dla niego, dziewczyno – mówił Drogo. Był wyraźnie przejęty. – Za usługi, jakie mi wyświadczał przez tyle lat, walcząc z moimi wrogami.

– Jakim jesteś czarownikiem? – spytała Rotel, przerażona tym, co przeżyła.

– Ónix jest bestiariuszem – ciągnął pan, kiedy już uciszył wrzaski niewolnic. – To starożytne zajęcie, dawniejsze nawet niż Rzymianie. Ci ludzie są od dzieciństwa poddawani ukłuciom, aż wreszcie ich ciało staje się odporne i wtedy uczą się panować nad jadowitymi zwierzętami. To płatni mordercy, równie dyskretni co śmiercionośni.

Mężczyzna podszedł do Rotel, która się cofnęła, ale pozwoliła, żeby jej obłożył miejsce ukłucia czarnym cuchnącym błotem. Skóra na szyi zaczęła ją gwałtownie piec.

– To niezupełnie tak, dziewczyno z włosami ze złota – przemówił Ónix z dziwnym akcentem. – Coraz trudniej znaleźć osobę, której instynkt odkrywa tajemnice przyrody. W każdym razie w tobie jest nietknięty. Kiedy cię ujrzałem, od razu to poznałem, Rotel. Już od wielu lat szukam ucznia.

– Ja chcę tylko pójść do Barcelony z moim bratem…

– To nie tak. Kochasz brata, ale miasto cię przeraża. Twoje miejsce nie jest pomiędzy ludźmi, nienawidzisz myśli o zamążpójściu i zamknięciu się w domu. A właśnie to cię tam czeka. Ja otwieram ci inną drogę. Mogę odpowiedzieć na wszystkie twoje pytania.

Rotel miała ochotę krzyczeć z bólu, ale ta propozycja ją zaciekawiła. Przyjrzała mu się uważnie: był w nieokreślonym wieku, dobrze zbudowany. Przeszywał ją na wskroś swoimi czarnymi oczami, w których Rotel dostrzegła olbrzymią moc. W tym momencie opanowało ją przeczucie, że łączy ich jakiś związek, tak jakby należeli do jednego szczepu, a przecież to było niemożliwe.

– Nie rozumiem, o czym mówisz.

– Ależ rozumiesz, tak samo jak wiedziałaś, że kobra może być śmiertelnie jadowita. Masz dar przewidywania swoich reakcji i instynkt. Wiem, że to lasy i dzikie przestrzenie uważasz za swój prawdziwy dom; przypatrywałem ci się. Drogo kiedyś wypytywał o ciebie i przeor Sykstus opowiedział mu starą historię Świętej Afry: nawet wilki nie zrobiły ci krzywdy, kiedy tam przyszłaś jako mała dziewczynka! Od lat cię szukam, Rotel, od chwili, kiedy się urodziłaś.

Ónix poszedł do ciemnego kąta, w którym kobra pożerała właśnie skolopendrę, i z łatwością ją złapał. Wracając, odsłonił pelerynę z pozszywanych skór. Miał czarne ciało, pokryte od barków bliznami, śladami ugryzień i ukłuć.

Rotel patrzyła na kobiety – zwyczajne zabawki do zaspokojenia żądzy ich pana.

– Urodziłem się jako niewolnik, Rotel – ciągnął Ónix, widząc litość w jej błękitnym spojrzeniu. – Teraz jestem wolny. A tobie proponują nie tylko wolność, ale też moc, żeby jej bronić.

– Chcesz ze mnie zrobić bestiariusza?

– To zdolność poznania najgłębszej i najciemniejszej strony twojej jaźni. Jeżeli przeżyjesz ten bolesny proces, będziesz miała władzę nad życiem i śmiercią, jak bogini.

– Ale ty przecież służysz Drogo.

– Jakiś czas temu zgodziłem się na ten sojusz, który mnie w końcu doprowadził do ciebie. Natura czasami kieruje się niepojętymi zasadami, ale tak musi być. Pod tymi słodkimi rysami kryje się ciemność… Już masz za sobą co najmniej dwa trupy…

Rotel spuściła głowę. Mnisi i jej brat mówili, że nigdy nie okazywała strachu. To niezupełnie tak – bała się, kiedy człowiek Drogo ją ciągnął przywiązaną na sznurze, a później także w zatłoczonej Gironie, wreszcie wtedy, kiedy się zbudziła w klatce… Strach się w niej rodził, kiedy była zdana na czyjąś łaskę.

 

– I będę wolna? – spytała odruchowo.

– Odkryjesz prawdziwą wolność, Rotel, tę, która istnieje, kiedy cię nie wiąże ani miłość, ani nienawiść, ani nawet lęk przed śmiercią… Zanim to jednak nastąpi, będziesz bardzo cierpiała. – Wskazał blizny na swoich ramionach. – Świat nie tak łatwo sprzedaje swoje tajemnice. Chodź ze mną.

Rotel odwróciła się w stronę Drogo. Bała się go, ale Ónix mógł ją zabrać od tego przeklętego szlachcica. Była tylko piętnastoletnią niewolnicą, mimo to jakaś niezwykła siła zmusiła ją do mówienia.

– Wolę już węża niż żyć tutaj w zamknięciu… – przerwała na chwilę i dodała: – …czekając na odpowiedni moment, żeby uciec przez studnię.

Drogo aż zesztywniał ze zdziwienia.

– Skąd wiesz, że tu jest studnia?

– Nazywam się Rotel z Tenes i jestem córką Isembarda z Tenes, pana tego zamku. – Mówiła tak, jakby ktoś inny wkładał jej słowa w usta. To on im odebrał ich skromne, ale spokojne życie! To, że Drogo się tak zaniepokoił, dodało jej odwagi. – Któregoś dnia mój brat Isembard pomści mnie i odzyska siedzibę naszego rodu!

Drogo oniemiał i wytrzeszczył oczy. Już prawie nie pamiętał rodziny, którą zniszczył i której odebrał zamek. Uważał ich wszystkich za zmarłych. Przyjrzał się uważniej pięknej twarzy dziewczyny. Teraz to zobaczył! Rotel mówiła prawdę o swoim pochodzeniu! Przeklął siebie za swoją ślepotę. Gdyby się zorientował, z pewnością zabiłby ich oboje jeszcze w klasztorze Świętej Afry. Opanował go paniczny strach – podniósł topór, gotów jej uciąć głowę. Ale przeszkodził mu czarny mężczyzna, sam wyraz jego twarzy powstrzymał szlachcica.

– Ona idzie ze mną, Drogo! – Głos jego budził dreszcz. – Każde działanie porusza ukryte siły przeznaczenia. Dobrze o tym wiesz. Przybycie nowego biskupa, pojawienie się rodu, który uznano za wymarły… Coś się zmienia, zaczyna się nowy cykl… Powinieneś być czujny i się z tym pogodzić.

– Teraz już wiem, skąd się bierze jej moc! Nosi na sobie stygmaty swojej matki!

– Kim ona była? – dopytywała się Rotel z niepokojem. Zawsze wiedziała, że jest nieślubnym dzieckiem.

– To już nie ma znaczenia – zapewnił ją Ónix. – Od tej chwili nie masz rodziny, nazwiska ani domu. Świat dowie się o tobie, tylko jeżeli sama tak postanowisz. – Odwrócił się do wystraszonego Drogo i rzucił groźnie: – Dotychczas ci pomagałem… Nie budź mego gniewu, bo pożałujesz!

– Znajdę tego twojego brata i obedrę go żywcem ze skóry! – krzyczał wytrącony z równowagi Drogo, ale wrócił na swój tron.

Rotel tylko wzruszyła ramionami. Z pewnością się zląkł. Ostrzeżenie Ónixa zrobiło na nim wrażenie. Od lat Drogo uważał się za niezwyciężonego, teraz to jednak on sam sprawił, że los z niego zadrwił – syn Isembarda z Tenes żył i przebywał gdzieś poza miastem. Jeżeli zapomniani dotąd kawalerowie goccy dowiedzą się o istnieniu dziedzica, to może być początek końca Drogo!

Ónix w milczeniu opuścił salę tronową. Rotel zauważyła, że ból w szyi trochę się zmniejszył. Patrzyła na młode kobiety, niemal nagie, takie delikatne. Ratowała je tylko przelotna, młodzieńcza uroda, która nie potrwa długo…

Przeor Sykstus, a teraz Drogo zniszczyli świat Rotel i rozdzielili ją z ukochanym bratem, jedynym, który ją łączył z istotami ludzkimi. Pragnęła się zemścić za wszelką cenę.

Z wahaniem poszła za Ónixem. Żołnierze, w obawie przed czarownikiem, posłusznie się przed nim rozstępowali. Rotel kroczyła za nim, więc żaden nie odważył się do niej nawet uśmiechnąć. Przy nim czuła się silna. Pewnego dnia to przed nią tak się będą rozstępować!

Strach zupełnie już ją opuścił. Była zdecydowana podążać za mistrzem i zmienić się w czarownicę.