Ziemia przeklętaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

VIA AUGUSTA, DROGA DO BARCELONY

Po drogach marchii krążyło bardzo niewielu ludzi, z wyjątkiem gońców, hrabiów i biskupów ze swymi świtami; czasem przejechał jakiś kupiec, z reguły z eskortą. Najazdy wyludniły wsie, a pomiędzy miastami można było się przemieszczać tylko po zniszczonych starożytnych traktach rzymskich. Po spustoszeniach i ciągłych rajdach Saracenów pozostały ponure legendy o zaginionych podróżnych, o zbójeckich hordach ludzi żyjących jak dzikie zwierzęta… i o jeszcze innych zagrożeniach.

Dlatego w miarę jak orszak biskupa Frodoí zbliżał się do Barcelony, ludzie coraz bardziej tracili ducha. Wiele odcinków starej rzymskiej drogi pozapadało się albo miało głębokie wyrwy – wciąż wybierano z niej głazy, by zbudować coś nowego. Wozy grzęzły w błocie i trzeba było często robić objazdy. Wiele z wozów musieli porzucić, bo się rozpadły. Marsz jednak nie ustawał, choć nieszczęśni maruderzy czuli się porzuceni i zdani na łaskę Boga.

Mijali opuszczone wioski i klasztory zrównane z ziemią przez pożary. Wesołe i dowcipne piosenki ustąpiły miejsca monotonnemu odmawianiu psalmów. Na jakimś wzgórzu natrafili na jeden z kamiennych ołtarzy, wzniesionych w biblijnych czasach przez giganty: dwie olbrzymie skały podpierające trzecią, gładką i obłą – tak budowali Cyklopi. Pod tym niby-ołtarzem znaleziono owoce i ślady krwi. Starożytne obrzędy jeszcze nie zanikły. Frodoí kazał spalić ofiarę i pokropić miejsce święconą wodą, ale nie odważył się prosić o zniszczenie ołtarza. W głębi duszy sam się obawiał, że to uwolniłoby siły nieczyste, które wszak mogły przetrwać w tak odległych od świata miejscach jak to. Polecił, żeby Zygfryd, najstarszy syn Jana i Ledy, szedł na przedzie pochodu i niósł krzyż.

Trzeciego dnia coś się wydarzyło. Nadchodziła noc i eskorta biskupa Frodoí zostawiła innych za sobą i ruszyła na poszukiwanie miejsca na obóz. Nagle na wzgórzu pojawił się jakiś człowiek. Był okryty grubą warstwą różnych pozszywanych ze sobą skór i wspierał się na sękatym kiju. W milczeniu patrzył na orszak. Podbiegli do niego, by go zbesztać, ale pod kapturem zobaczyli tylko ciemność. Przybysz odwrócił się i zniknął. Rotel zamarła – tę właśnie postać widywała w lesie! Nic jednak nie powiedziała. Biskup także o niczym nie wspomniał podczas krótkiej modlitwy, którą zaintonował, kiedy rozbili obóz. Jednak ta milcząca obecność napełniła wszystkich zabobonnym lękiem, a już następnego dnia jedna z rodzin, mająca dobra i niewolników, postanowiła wracać do Girony.

Wszyscy czuli wyraźnie, że ktoś ich obserwuje. Mimo że pejzaż, pełen rozległych lasów dębowych, pozostał taki sam, zmieniła się atmosfera. Wiele dyskutowano, a małe dzieci często płakały. Nawet kazania biskupa stały się jakby mniej optymistyczne.

Czwartego dnia marszu padał deszcz i wszyscy byli poirytowani. Koloniści rozbili obóz w skalistych zakamarkach obok drogi. Nim zapadła noc, Isembard zobaczył, jak Eliza samotnie idzie do pobliskiego lasku. Każdego wieczoru zwykle zbierała grzyby, jagody i inne owoce leśne, żeby trochę urozmaicić posiłki spożywane razem z rodziną Jana. Kiedy była na skraju lasu, zauważyła, że chłopiec na nią patrzy – uśmiechnęła się i zniknęła w gąszczu drzew.

Isembard rozejrzał się dokoła. Rotel rozmawiała z Emmą. Mimo że w klasztorze żyła samotnie, zaprzyjaźniła się z tą dziewczynką, która była jej równolatką, i zazwyczaj podczas marszu szły obok siebie. Galí siedział razem z innymi mężczyznami w jednym z zakamarków, wpatrzony w bukłak z winem, oddając się grze w kości. Mąż Elizy dobrze sobie wykalkulował, z którymi z kolonistów ma się zaprzyjaźnić – i od pierwszego dnia nie odezwał się do Isembarda ani słowem. Nigdy też nie towarzyszył Elizie, mimo niebezpieczeństwa, jakie mogło grozić jego żonie, kiedy szła w głąb nieznanego lasu.

Chociaż nie powinien, Isembard poszedł za dziewczyną. Zastał ją myszkującą w chaszczach w pobliżu obozu. Zauważył, że Eliza płacze. Wiedział, że niedawno umarł jej dziadek – ale przecież kiedy szli w orszaku, wyglądała na taką pogodną! Wzruszony przestał się kryć i zbliżył się do niej.

Kroki wystraszyły Elizę, ale na widok chłopca uśmiechnęła się smutno.

– Nie wiem, co tu robię, Isembardzie – rzekła, jakby chciała zrzucić z siebie jakiś ciężar. – Zostawiłam za sobą całe swoje życie, a teraz pytam sama siebie, czy dobrze zrobiłam.

– Masz swojego Galego – powiedział ostrożnie.

Eliza niechętnie przytaknęła, nie chciała rozmawiać o mężu. Nie był już dla niej tak czuły jak tam, w zajeździe, ani nie obsypywał jej komplementami, które wcześniej wywoływały rumieniec na jej twarzy. Ciągle jej wypominał, że to dzięki niemu odzyskała wolność. Żądał, żeby mu podawała jedzenie; każdej nocy kładli się razem i spędzali niemiłą noc, ale przez cały pozostały czas Galí wybierał towarzystwo niektórych kolonistów i ich gorzkawe wino. Mimo to Eliza ciągle wierzyła, że w Barcelonie wszystko się zmieni – otworzą własny zajazd, będą mieli dzieci…

– Po co tu przyszedłeś, Isembardzie? – spytała nieśmiało.

– W lesie nie jest bezpiecznie…

Czuł się głupio. Stali na polanie, tylko we dwoje.

Eliza otarła łzy. Nie chciała, żeby teraz odszedł.

– Mógłbyś mi pomóc zbierać jagody – zaproponowała.

Isembard się zgodził, ale był bardzo zdenerwowany. Nigdy nie przebywał dłużej sam na sam z młodą kobietą – oprócz Rotel. Eliza opowiadała mu o Carcassonne, za którym tęskniła, i oboje przez nieuwagę weszli w gąszcz leśny, coraz ciemniejszy, bo zrobiło się już późno. Chłopiec słuchał jej opowiadań, oczarowany, podziwiając przy tym piękno jej łagodnych rysów, które tak kontrastowało z rękami, zniszczonymi przez wiele lat pracy. Chwila była tak intymna, że aż się wystraszył.

Eliza doskonale widziała, co się dzieje z Isembardem, i zarumieniła się ze wstydu. Był zupełnie inny niż Galí i niż ci wszyscy rozwiąźli chłopcy z zajazdu Oteria. Mówił niewiele i odpowiadał powściągliwie. Nie miał raczej wielkiego doświadczenia w rozmowach z kobietami, ale za to był najpiękniejszym młodzieńcem, jakiego w życiu widziała. Rysy miał równie delikatne jak jego siostra, ale pod starym ubraniem, które nosił, można się było domyślić umięśnionego ciała, zahartowanego ciężką pracą. Podobał się jej. Jej mąż nauczył ją, co to seks. Zazwyczaj ją brał, dysząc i sapiąc i nie obdarzając specjalnie pieszczotami. Zadawała sobie pytanie, czy z tym chłopcem byłoby tak samo.

Tymczasem lunął rzęsisty deszcz i oboje, zaśmiewając się, pobiegli w kierunku skalistej groty, którą odkryli za dębem. Było tam ciasno. Ich ciała się stykały. Eliza zdjęła z głowy zmoczoną chustkę, żeby ją wyżąć. Poprawiła włosy, w pełni świadoma tego, że chłopiec na nią patrzy. Tym zachowaniem być może krzywdziła męża… ale się nie odsunęła. Napięcie było zbyt silne. Wiedziała, że między nimi rodzi się coś istotnego.

Isembard, kiedy poczuł zapach wilgotnych włosów Elizy, zrozumiał swoje uczucia. Podniecał go dotyk jej ciała, niemal przytulonego do niego. Przypomniał sobie długie kazania mnichów ze Świętej Afry, ostrzegające przed rozpustą i cudzołóstwem. Podniósł rękę i odważył się musnąć jej twarz. Eliza przymknęła oczy i pierwszy raz kompletnie zapomniała o Carcassonne.

– Należę do męża… – mruknęła ostrożnie. Nie chciała przekroczyć granicy.

Isembard nie odważył się pójść dalej, ona zaś się wahała pomiędzy poczuciem winy a pożądaniem.

W tym momencie usłyszeli głosy dochodzące z lasu i oszołomieni odsunęli się od siebie. Zobaczyli w zagajniku światło pochodni i szczupłą sylwetkę Rotel, która szła ich śladem. Towarzyszyli jej Jan i jego najstarszy syn Zygfryd.

Eliza, nadal rozdygotana, uśmiechnęła się z przymusem i włożyła chustkę na głowę. Z ulgą zobaczyła, że wśród nadchodzących nie ma jej męża.

– Byłam niewolnicą tak jak ty, Isembardzie, ale Galí mi dał wolność. – Nie musiała się uciekać do wykrętów. Pomiędzy nimi coś zaszło i oboje to czuli, tylko Elizie łatwiej przychodziło o tym mówić. – Sama myśl o tym… już jest grzechem, Isembardzie.

W tym momencie, nie wiedząc, czy to z powodu nagłej frustracji, wiedziony jednak nagłym impulsem pocałował ją. Był to niezdarny pocałunek nowicjusza, mimo to Eliza, wstrząśnięta, zamknęła oczy. Odsunęli się od siebie, ale ich serca tłukły się nieznośnie w piersiach.

– Moja siostra i ja nie urodziliśmy się niewolnikami – wyznał.

– Wiedziałam, że ukrywacie jakąś historię – rzekła dziewczyna, przede wszystkim po to, żeby zmniejszyć napięcie.

To wyznanie prawdy było jedynym, co Isembard mógł ofiarować Elizie. Zanim wyszli naprzeciw poszukującym, opowiedział dziewczynie o rodzinie Tenes i o dwójce dzieci, które uciekły, zostawiając za sobą legendę i nieznaną ziemię, do której teraz dążyli.

Pod koniec piątego dnia marszu Oriol, kapitan eskorty biskupa Frodoí, oznajmił, że są już tylko o kilka mil od Barcelony. Biskup polecił rozbić obóz i wysłał kapitana z jednym z jego ludzi do miasta, by zapowiedzieli wjazd biskupa następnego ranka i przygotowali uroczyste powitanie. Pod nieobecność Humfryda miał go przyjąć jako najwyższy rangą przedstawiciel króla wicehrabia Sunifred wraz z ważnymi osobistościami, klerem i resztą mieszkańców. Biskup liczył na to, że kiedy rozdzwonią się wszystkie dzwony w mieście, wraz z jego krokami poruszy się cały las gałęzi drzew oliwnych.

– Nie podoba mi się tutaj – mruknęła Rotel, rozglądając się po okolicy. – Obserwują nas.

Idący obok kapłan Jordi wskazał na wschód, na pokryte lasem góry.

– Oto Sierra de la Marina[13], za tymi górami już jest morze. W czasach starożytnych to miejsce było święte, na szczytach stoją ołtarze gigantów i ruiny. Ludzie z miasta jeszcze ciągle tu przychodzą składać ofiary, a w niektóre noce w roku odprawiają pogańskie obrzędy.

Frodoí, jadący u jego boku, zmarszczył brew.

– Tam, gdzie się znajduje ta stara świątynia, wzniesiemy kościół! A kamienie z ołtarzy posłużą nam jako nadproża!

 

Ci, co go słuchali, przytaknęli, aczkolwiek nie byli specjalnie przekonani do tego pomysłu. Via Augusta wiła się wśród lasów. W gałęziach drzew niemiło szumiał wiatr, teraz wieczorem zimny. Towarzyszyło im jakieś nieuchwytne wrażenie, które sprawiło, że Rotel zadrżała. Isembard ją przytulił.

– W tym lesie jest coś dziwnego, bracie… – zaczęła nerwowo dziewczyna.

W dąbrowie rozbili obóz i rozpalili ogniska. Dokoła jednego z nich zasiedli Isembard z siostrą, Eliza, Galí i rodzina Ledy. Jej mąż Jan postanowił tej ostatniej nocy marszu opowiedzieć przyjaciołom swoją historię:

– Byliśmy niewolnikami na frankońskich ziemiach pana regionu Razès, zwał się Secario z Elny. Moja rodzina od trzech pokoleń mieszkała w małej wiosce na podzamczu, rodzina Ledy żyła tam chyba jeszcze dłużej. Jestem kowalem, tak samo jak mój ojciec i dziad. Wykuwałem żelazne okucia i broń dla swojego pana. Dobrze mi się wiodło. Nigdy się nie dowiedzieliśmy, co było powodem sporu pomiędzy rodami szlacheckimi, ale pewnej nocy, przed winobraniem, zjawili się jeźdźcy, którzy podpalili nam domy i winnice. Mnóstwo ludzi wtedy zginęło. – Z bólem spojrzał na żonę. – Splamili honor wielu kobiet. Ci, którzy dotarli do zamku, zastali pomordowanych pana Secario, jego wasali i całą jego rodzinę. Najeźdźcy zatruli wodę w studniach rozkładającym się mięsem i zniknęli w porannej mgle. W ciągu jednej nocy osada przestała istnieć…

Takie to były ponure czasy. Wszędzie wszyscy opowiadali podobne historie.

Po długim milczeniu odezwała się Leda:

– Nikt nie przyszedł nam z pomocą, nie zjawił się też żaden nowy pan, by zająć te ziemie. Tacy są ci panowie: ufają we własne miecze i poją je krwią. Pochowaliśmy Jana, naszego najstarszego, i uciekliśmy z tego martwego miejsca. Byliśmy skazani na śmierć głodową albo na niewolnictwo, jednak wcześniej znalazł nas biskup Frodoí, niech go Bóg ma w swojej opiece!

Rotel i Isembard spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Jan i Leda pomogli im się wydostać z Girony, mszcząc się na uzbrojonych żołnierzach, którzy spowodowali tyle ludzkich nieszczęść.

– Nikt, kto ma cokolwiek do stracenia, nie zdecyduje się tak bardzo zbliżyć do granicy – powiedział Jan w zamyśleniu.

Eliza była wystraszona i skruszona. Wszystko przez te długie dni, podczas których nikogo nie spotykali, a mijali tylko ruiny. Często przy drodze napotykali niepochowane ludzkie kości.

– Będzie nam dobrze, Elizo – szepnął zarozumiale. – Będziemy w lepszej sytuacji niż oni wszyscy, zapewniam cię.

– Oby Bóg cię wysłuchał… ale już kiedyś musiałeś uciekać z tej ziemi!

Galí patrzył w ogień. Nikt ich nie słyszał, zatem zaczął znowu cicho mówić:

– Moja rodzina została ukarana za swoją wierność hrabiemu. My będziemy służyć tylko temu, kto płaci, nie zapominaj o tym, żono! Razem z tymi, których tu widzisz.

Eliza się skrzywiła. Galí mówił to z pogardą, ale ona czuła się bezpieczna wśród kolonistów i nie miała zamiaru się od nich odwracać. Ostatnio prawie nie rozmawiała z mężem. Galí spędzał coraz więcej czasu w towarzystwie innych mężczyzn, a przede wszystkim – ich wina. Wydali już prawie wszystkie obole otrzymane od Oteria i to ją napawało lękiem.

– Nigdy nie mówiłem, że ta podróż będzie łatwa – stwierdził jakiś gardłowy głos za ich plecami.

Zerwali się gwałtownie i ukłonili z szacunkiem, ale biskup Frodoí tylko ich przeprosił i usiadł na gładkim kamieniu przy ogniu. W tych dniach wydawał im się jakiś bliski. Nie wiedział, jak go przyjmą w mieście, dlatego chciał pozyskać wiernych sojuszników.

– Nawet król pyta, dlaczego zgodziłem się zostać biskupem Barcelony, ale tylko wy poznacie moją odpowiedź.

Mimo młodego wieku mówił tak, że jego słowa chwytały za serce. Gesty i sposób, w jaki się przechadzał, spoglądając na obecnych, sprawiały, że każdy słuchacz musiał się poczuć kimś ważnym.

– Nie wiem, czy na świecie jest inne miasto, które by ucierpiało bardziej od najazdów i oblężeń w ciągu ostatnich sześciu dekad, a mimo to nie dało się pokonać! Chciałbym wiedzieć dlaczego! To jest właśnie tajemnica, która mi kazała wziąć na siebie ten ciężar. Dlaczego to miasto nadal trwa i czy Bóg ma jakieś zamiary wobec tego przeklętego miejsca! – Rozłożył ramiona opiekuńczym gestem. – Będę z Bogiem w tych Jego zamiarach i liczę na was.

Po długiej ciszy spojrzał na Rotel. W jej bladobłękitnych oczach było coś nieokreślonego, coś, co go zaniepokoiło.

Tajemnice tej dziewczyny musiały być inne niż pozostałych kolonistów.

– Wiem, że są między wami tacy, którzy mają sprawy w sądach albo są uciekinierami… może nawet tacy, którzy nie idą z nami z własnej woli. Mimo to pragnę, żebyście się stali moją rodziną. Będziemy żyli na tej ziemi zgodnie z własnymi zwyczajami i prawami. W Barcelonie nawet modlą się do Boga w inny sposób niż w pozostałych miejscach naszego cesarstwa. Pewne rzeczy się zmienią, ale inne sprawią, że to my się zmienimy. Powinniśmy być na to przygotowani i zdobyć się na cierpliwość, żeby tu znaleźć także swój dom.

Zaległa cisza, którą przerwała Emma, starsza córka Jana. Zerwała się nagle.

– Gdzie jest Ada? – spytała ze strachem.

– Tam! Tam poszła! – powiedział Galí, wskazując w stronę lasu.

Trzyletnia dziewczynka skorzystała z tego, że nikt nie zwracał na nią uwagi, i zaszyła się wśród drzew. Panowała tam całkowita ciemność… Rotel wbiła paznokcie w ramię brata.

– Ada, wracaj! – wołała, bardziej przerażona niż matka dziecka. – Wyjdź z lasu!

Malutka podniosła rączkę, jakby ją pozdrawiała. Nagle pisnęła i zniknęła im z oczu, jakby coś ją wciągnęło w ciemność drzew. Jej przerażony krzyk słychać było z coraz większego oddalenia.

– Boże drogi!

Pobiegli w ślad za dzieckiem. Powstał szaleńczy zamęt. Las był pełen okrzyków strachu i dziwnego wycia. Spośród drzew wyjrzały jakieś postacie, ale nie byli to ludzie.

Isembarda sparaliżowało straszne wspomnienie z dzieciństwa. Demony, które napadły na zamek Tenes, wróciły, żeby zabrać ich ze sobą do piekła. Ognisko oświetliło jakąś straszliwą czaszkę najeżoną zardzewiałymi pazurami, potrząsającą ogromnym toporem. Potem zjawiła się inna postać, z głową wilka z otwartą paszczą. Strach rozproszył ludzi po lesie i zaczęło się krwawe polowanie. Isembard i Rotel widzieli, jak któraś z tych postaci zatopiła ręce w rozdartym brzuchu jakiejś kobiety wydającej właśnie ostatnie tchnienie.

Jeden z potworów wypatrzył ich i z dzikiem wyciem ruszył w stronę rodzeństwa. Isembard, wiedziony instynktem, uderzył go kamieniem w paszczę, kiedy tamten zamierzył się na Rotel potężną pałką. Kij musnął głowę dziewczyny, zachwiała się z twarzą zalaną krwią. Ale napastnik upadł na ziemię. Zgubił hełm i Isembard ujrzał twarz brodatego mężczyzny, pokrytą brudem i strupami.

– To człowiek… – wybełkotał chłopiec po tylu latach koszmarów.

– Tak, tyle że zachowuje się jak zwierzę. – Biskup Frodoí podszedł bliżej i przypatrywał mu się z lękiem. – Jeden Bóg wie, ile strasznych rzeczy musiał przeżyć, żeby tak skończyć. Szybko, musimy się schować.

– A moja siostra? Nie widzę jej, w lesie jest tak ciemno…

W obozie panował kompletny chaos, koloniści uciekali we wszystkich kierunkach.

– Poszukaj jej, Isembardzie! I niech ci Bóg dopomoże – mruknął biskup.

Atak nastąpił w najgorszym momencie, bo zaraz po odjeździe kapitana Oriola – pomyślał Frodoí ze smutkiem. – Niech Bóg dopomoże nam wszystkim…

Galí i Eliza znaleźli jakieś schronienie wśród korzeni obalonego dębu – skulili się tam, wstrzymując oddech. Jeden z napastników się zatrzymał i zobaczyli, że węszy zupełnie jak zwierzę, a jego demoniczna twarz to w istocie drewniana maska, pomalowana na czerwono. Mieli wrażenie, że upłynęła cała wieczność, zanim się oddalił.

– Kim oni są? – jęknęła dziewczyna. – Jeżeli uda nam się przeżyć, wracamy do Carcassonne!

Galí zatkał jej usta dłonią, niestety za późno. Zamaskowany potwór zawrócił i wyciągnął ją z gęstwiny korzeni. Eliza krzyczała w panice i błagalnie patrzyła na męża, który nadal siedział skulony i nie reagował. Napastnik już podnosił w górę gigantyczny zardzewiały młot, kiedy nagle ktoś skoczył mu na plecy i wbił nóż w gardło. Kiedy ranny padł na ziemię w agonii, ujrzeli Rotel, w sukni pokrytej błotem i z twarzą we krwi. Była ranna w głowę. Chciała coś powiedzieć, ale upadła na ziemię zemdlona.

W tym momencie od strony rzymskiej drogi rozległy się dźwięki rogu. Dziwaczni napastnicy jakby na rozkaz przerwali polowanie i uciekli w głąb lasu. Za nimi pobiegło kilka grup ludzi w łuskowatych kolczugach, z okrągłymi drewnianymi tarczami i z nogami owiniętymi paskami skóry, w stylu Franków.

– Nie obawiajcie się! Jesteście pod opieką pana Drogo de Borr! – wołali do rozproszonych, oszołomionych kolonistów.

Eliza szlochała, starając się ocucić Rotel. Galí, nadal wystraszony, podszedł bliżej.

– Bogu dzięki, że nic ci nie jest – mruknął, nie wspominając o swojej tchórzliwej reakcji.

– Co tu się dzieje? Trafiliśmy do piekła, Galí!

Niedaleko od nich Leda zwoływała swoje dzieci. Młoda kobieta odetchnęła głęboko, starając się opanować strach.

– Zostań tu z nią, Galí! Muszę im pomóc!

Nie zwracając uwagi na protesty męża, Eliza podbiegła do Ledy, ale naprawdę szukała Isembarda. Potknęła się o jakieś ciało z wydartymi wnętrznościami i zlękła się, że to on.

Galí nie miał zamiaru tkwić na widoku i postanowił zostawić Rotel, otoczyło go jednak pięciu wojowników z pochodniami. Jeden z nich się wyróżniał wyrytym na piersi złotym smokiem. Galí rozpoznał pana Drogo de Borr, szlachcica, który czekał na biskupa w Gironie.

– Panie, zawdzięczamy wam życie – powiedział z pokorą, która tak się zawsze podobała szlachetnie urodzonym. – Kto nas zaatakował?

– Tutaj nazywają to hordami, bo nacierają całą gromadą. Nigdy nie byli tak blisko miasta. – Spojrzał z lekceważeniem na Galego. – Może wywęszyli wasze kobiety? – Przyjrzał się ciału człowieka z czerwoną maską i cięciem na szyi. – Kto go zabił, ty?

Galí już miał zamiar przytaknąć, ale Drogo uśmiechnął się złośliwie i popchnął go.

– Nie wyglądasz na takiego. – Spojrzał na Rotel, leżącą bez czucia na ziemi, i spytał z chytrą miną: – To ona?

Galí wyczuł okazję, żeby zyskać przychylność Drogo. Rodzeństwo nieopatrznie opowiedziało mu kiedyś całą swoją historię.

– Myślę, że ta dziewczyna należy do was, szlachetny panie. Ma na imię Rotel i przyłączyła się do orszaku biskupa w Gironie. Biskup wziął ją pod opiekę, jak nas wszystkich, ale nic nie powiem, jeżeli ją sobie zabierzecie. W zamian za niewielką nagro…

Nie zdołał dokończyć. Poczuł ostrze noża na swoim gardle.

– A jej brat? Jest tutaj? Zabił jednego z moich ludzi!

– Pewnie jej szuka, panie! – jęknął Galí, przerażony.

Drogo zauważył jego tchórzostwo. Ten człowiek zrobi wszystko, byle uratować życie.

– Jak się nazywasz?

– Galí… z Carcassonne – wydyszał.

– Słuchaj no, Galí… – Tu oparł koniec sztyletu na jego powiece. – Zabiorę ją, a ty nic nie powiesz. A twoją nagrodą będzie, że ci nie wyłupię oka. Mam w Barcelonie wielu wasali. Jeden fałszywy krok, a obedrę cię ze skóry i wygarbuję ją!

– Zrobię wszystko, czego zażądacie, panie! – przyrzekł, nie ruszając się z miejsca.

Kiedy Drogo go puścił, Galí, drżąc na całym ciele, upadł na ziemię. Jeden z żołnierzy szlachcica zarzucił sobie zemdloną Rotel na ramię.

– Niech cię nikt nie zobaczy. Pozostali ze mną! Biskup będzie chciał nas pobłogosławić.

Pomału w lesie zapanował spokój, przerywany tylko płaczem kolonistów nad trupami swoich bliskich i wołaniem tych, którzy jeszcze ciągle szukali zaginionych.

Eliza znalazła w jakiejś norze Galderyka, jednego z synów Jana, i jeszcze trzech chłopców. Kiedy już straciła nadzieję, pojawił się Isembard, który nadal szukał Rotel. Z trudem się powstrzymali, żeby nie paść sobie w objęcia.

– Wszyscy zdrowi? – pytał z ulgą, widząc, że nic jej nie jest.

Eliza przytaknęła, płacząc, i chwyciła go za rękę.

– Rotel uratowała mi życie!

Na to pojawił się Galí z dziwnym wyrazem twarzy. Rozłączyli się. Spojrzał na nich mętnym wzrokiem.

– Rotel sobie poszła, kiedy się zorientowała, że jest tu Drogo de Borr. Uciekła… tam – wskazał kierunek, w którym odjechał szlachcic.

Isembard oddalił się. Nie wierzył mu, ale lęk o Rotel był silniejszy.

Galí uścisnął Elizę.

– Co się stało, Galí? Rotel była ranna…

– Tak jest lepiej – przerwał jej. – Drogo jest groźny, a gdyby nas z nimi zobaczył…

W tym momencie Eliza zrozumiała, że nie kocha Galego. Odsunęła się. Młoda i niewinna, wpadła w sidła wygadanego, czarującego zuchwalca. Teraz jednak czuła prawdziwą miłość… i tym kimś nie był jej mąż. Tonęła w jego oczach. Galí, nie mając pojęcia o tym, co się z nią dzieje, pogłaskał żonę lekko po twarzy.

 

– To była okropna noc. A jednak, dzięki Bogu, żyjemy. Obiecuję ci, że w Barcelonie wszystko będzie inaczej.

Nie odsunęła się od niego, ale wypatrywała oczy w ciemnościach, badając, w którą stronę odszedł Isembard, a po jej policzkach spływały łzy. Galí zaś miał nadzieję, że już więcej nie zobaczy tego niewolnika uciekiniera, który nie przestawał gapić się na Elizę.

W milczeniu podeszli do grupy kolonistów zebranej wokół namiotu biskupa. Kiedyś ich potomkowie pewnie będą opowiadać dzieciom baśnie o straszliwych demonach, tłumnie wyłaniających się z lasu… jednak oni sami nigdy nie zdołają zapomnieć strachu, jaki przeżyli tamtej nocy.