Ziemia przeklętaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4

GIRONA

Miasto pojawiło się przed ich oczami o świcie, ciche, okryte gęstą mgłą płynącą od rzeki Oñar i unoszącą się w górę, ponad potężne mury. Pod portykiem kościoła pierwsi kupcy starali się zająć jak najlepsze miejsca. W zasadzie powinni byli czekać, aż się skończy msza, chcieli jednak wykorzystać czas, zanim koloniści nowego biskupa Frodoí wyjadą do Barcelony. Kupcy głośnym krzykiem zachwalali swoje derki i narzędzia, cieśle zaś sprawdzali koła i osie wozów. Zima miała być ostra. Deszcze skutecznie utrudniły im już drogę z Narbony, a dalej zapowiadało się jeszcze gorzej. Mogli przebyć starożytną drogę rzymską odcinkami – kamienistymi i pełnymi nierówności – ale istniało ryzyko, że zanurzone w błocie koła zaczną odpadać.

W mrocznym wnętrzu kościoła dym kadzideł przygaszał blask świec, choć zarazem tłumił odór potu i skór podróżnych. Msza się skończyła i nowy biskup Girony Elias rozmawiał ze swoim wikariuszem i innymi kanonikami – wszyscy byli wiekowi i przyglądali się młodemu biskupowi, który się modlił, klęcząc przed krzyżem.

Chociaż Frodoí przyjął mandat, kuria i miejscowa szlachta nie były pewne, czy pośpieszy do swojej siedziby w Barcelonie. Wielu się ucieszyło, kiedy wyjechał z Reims – ot, jeden rywal mniej. Widywali go zresztą tylko na synodach. Podróżował w towarzystwie mnicha Servusdei aż do Narbony, gdzie arcybiskup Fredoldo go pobłogosławił, do końca nie mając pewności, czy decyzja młodego człowieka nie była motywowana pychą. Dołączył do nich Jordi, kapłan z Barcelony, który bardzo kochał swoją ojczystą ziemię, a młodego biskupa uznał za wysłannika Pana.

Ku zaskoczeniu dworu król Karol się zgodził, by biskup zabrał kolonistów do Marchii Hiszpańskiej do pracy na nieuprawianych ziemiach należących do biskupstwa, gdyż po ostatniej napaści brakowało tam ludzi. Hrabia Barcelony Humfryd, który pozostawał w dobrych stosunkach z monarchą, też wyraził zgodę, gdyż pod jego nieobecność najwyższą władzę stanowili biskup oraz wicehrabia. Wezwanie rozesłano gońcami i gołębiami pocztowymi do wszystkich miast Gocji, od Pirenejów aż po dolinę Rodanu. Chociaż sama wzmianka o Marchii Hiszpańskiej budziła grozę, wszędzie panowała tak straszna nędza, że do Narbony ciągnęła niemal setka chłopów i rzemieślników, a wraz z nimi paru wykolejonych mnichów i kalekich żołnierzy. Niektórzy byli tak wychudzeni, że przypominali kościotrupy, w łachmanach i z pustymi rękami; inni jechali własnymi powozami z czeredą swoich niewolników. Niemniej wszyscy poszukiwali jakiejś swojej ostatniej szansy, choćby ona tkwiła w najbardziej samotnym zakątku chrześcijańskiego świata. Frodoí polecił klerykom sporządzenie listy – bez zadawania zbędnych pytań. Dla niego także był to początek nowego życia.

Do Frodoí podszedł biskup Elias i zauważył na jego ładnej twarzy łzę, która spłynęła i zniknęła w czarnej brodzie, elegancko przyciętej według dworskiej mody.

– Od chwili, kiedy przybyłem do Gocji, ciągle słyszę, że Barcelona jest skazana na zagładę – szepnął Frodoí łamiącym się głosem. – Czy taka ma być wola Boga?

Elias poczuł współczucie dla młodego biskupa, którego czekało niełatwe zadanie.

– Wierzę, że wolą Boga jest, byście właśnie wy temu zapobiegli, ale nie przyjdzie wam to łatwo…

Frodoí ponownie się odwrócił do krzyża i nadal klęcząc, zagłębił się w modlitwie. Po chwili wstał. Moment słabości minął.

– Nie ma powrotu. Niech Bóg nas strzeże.

W tym momencie zadzwonił dzwon kościelny i księża wyszli pod portyk. Archidiakon włożył wspaniałą złotą przepaskę na głowę biskupa, który następnie odebrał błogosławieństwo od Eliasa. Z pastorałem w ręku Frodoí zwrócił się do obecnych:

– Ci, którzy mi towarzyszycie w tej podróży, wiedzcie, że Bóg odpuszcza wam wszystkie grzechy! – zawołał, jak zwykle z wielkim przekonaniem w głosie. – Wszystko, co być może splamiło waszą przeszłość: błędy, czyny haniebne, sromota, straciło w tej chwili znaczenie! Bóg powstrzymał najazd niewiernych, a czcigodny Karol Wielki wyznaczył marchię jako granicę, której wrogowie nigdy nie mogą przekroczyć. Teraz nas prosi, byśmy się połączyli z ludźmi, którzy tam mieszkają, i pomogli im uprawiać ich zaniedbane pola, odbudować zrujnowane klasztory i założyć nowe osiedla. Wiemy dobrze, że ta ziemia przesiąkła krwią, ale gorąco się modliłem i Bóg zesłał na mnie wizję…

Elias patrzył na biskupa ze zdumieniem. Frodoí, nie zwracając na niego uwagi, wyciągnął ręce, jakby obejmował tłum.

– Zobaczyłem winne szczepy, przegięte do ziemi pod ciężarem dojrzałego owocu, stada bydła złożone z tysięcy sztuk, pola złocistej pszenicy tak rozległe, że sięgały poza horyzont, a także stoły zastawione serami, słoniną i wędlinami! Nie! Nie idziemy tam po śmierć! Czeka na nas ziemia mlekiem i miodem płynąca!

Odpowiedziały mu brawa i wiwaty zgromadzonych pod portykiem ludzi. Dzieci z Girony prosiły rodziców, żeby też je tam zabrali.

Elias wpatrywał się w twarz biskupa Frodoí z lekkim uśmieszkiem.

– Potrzeba im wiary – rzekł do niego młody prałat.

Pięciu żołnierzy w kolczugach i skórach, z okrągłymi hełmami w ręku, zbliżyło się do Frodoí z szacunkiem. Byli to członkowie osobistej gwardii biskupa Barcelony, którzy przybyli tutaj poprzedniego wieczoru, żeby go eskortować do celu podróży.

Frodoí przywitał się z kapitanem Oriolem.

Kapitan miał dwadzieścia siedem lat, z czego już sześć odsłużył w siedzibie biskupstwa. Towarzyszyli mu jego najlepsi ludzie: Duravit, Italo, Nicolás i Egil – wszyscy byli doświadczonymi żołnierzami. Co prawda, gwardia przyboczna okazała się mniej liczna, niż się spodziewał biskup, musiał jednak wziąć pod uwagę, że niespodziewany najazd Saracenów zeszłego lata spowodował duże straty – wielu żołnierzy zostało zabitych, a część rannych jeszcze nie odzyskała pełni sił. Wszyscy oni złożyli świętą przysięgę, że będą chronili życie biskupa. Frodoí ujrzał w oczach Oriola tak szlachetny zapał, że poczuł się pokrzepiony na duchu – ostatecznie najtrudniejszą część podróży mieli jeszcze przed sobą.

W pobliżu biskupa stał Drogo de Borr ze swoimi ludźmi – najemnikami, jak ich nazwał Oriol. Frodoí uprzejmie odmówił propozycji szlachcica, który chciał go eskortować aż do Barcelony. Biskup, wyczuwając, że była to próba manipulacji i wkupienia się w jego łaski, wyjaśnił, że ma własną ochronę. Nie miał zamiaru zaczynać urzędowania, będąc z góry już związany kompromisami i zobowiązaniami. Drogo udał, że z pokorą przyjmuje decyzję biskupa, ale jego wymuszony uśmiech dowodził, że czuje się znieważony.

Dzwon odezwał się ponownie. Ceremonialne szaty schowano do skrzyni. Frodoí dosiadł konia, ubrany w prostą czarną tunikę, ze srebrnym pastorałem w dłoni. Otoczony strażą podjechał ku czołu orszaku, gdzie niesiono krzyże, i wyjechał z Girony przez bramę Oñar na Via Augusta, drogę prowadzącą na południe. Idący za nim koloniści tłumnie ruszyli do bramy, podczas gdy pozostali mieszkańcy żegnali się z nimi głośnym lamentem.

Wśród zgromadzonych przed kościołem stali też Isembard i Rotel. Ukryci pod płaszczami, obserwowali odjazd biskupa. Już od wczoraj byli w mieście, po którym krążyli ze strachem, jednak dzięki przybyciu tylu kolonistów udało im się zniknąć w tłumie, jak zresztą Isembard słusznie przewidywał. Girona mogła się dla nich okazać miejscem nieprzyjaznym i niebezpiecznym, ale szczęśliwie aż do tej pory nikt nie zwrócił na nich uwagi. Przyjezdni kupcy opowiadali, że pan Drogo de Borr wysłał żołnierzy do klasztoru Świętej Afry, żeby złapać dwójkę niewolników, którzy zabili jednego z jego ludzi. Tej pary jednak już w klasztorze nie było.

Przemówienie biskupa Frodoí wywarło wielkie wrażenie na Isembardzie. Znani mu mnisi w swoich kazaniach byli pogodni i skromni, nigdy nie widział człowieka obdarzonego taką charyzmą!

– Nasz ratunek tylko w nich, Rotel – stwierdził Isembard. Już wcześniej nawiązał rozmowę z kilku kolonistami. – Podobno potrzebna im siła robocza do pracy w polu, a mówią, że ten mnich, który wszystkich wpisuje na listę, nie zadaje żadnych pytań.

– Ale… Drogo? – nieufnie zauważyła Rotel. Widzieli już tego szlachcica z jego ludźmi, jak stali nieruchomo przed kościołem. – Nie pójdzie z nimi?

– Słyszałem, że biskup odmówił propozycji eskortowania go przez ludzi Drogo, bo ma własną gwardię.

Rotel skinęła głową, nie do końca przekonana. Wolała samotność od przyłączenia się do setki nieznanych ludzi, wiedziała jednak, że Drogo zapłacił za nią wartościowym kielichem i nie przestanie szukać jej i brata. A kiedy miasto się wyludni, zauważą i ją, i Isembarda.

Tłum wokół nich się rozpraszał, zostali na placu sami. Za bardzo zwracali na siebie uwagę, więc Isembard wziął Rotel za rękę i wmieszali się pomiędzy kolonistów, tłoczących się przy miejskiej bramie, by się wydostać z Girony.

– Żeby mi nie wychodził nikt, kto nie został sprawdzony! – wołał strażnik pilnujący bramy. – Jest tu dwoje niewolników, uciekinierów! Mogli się schować między kolonistami.

Rodzeństwo wymieniło między sobą spojrzenia. A więc Drogo przedsięwziął środki ostrożności! Pod samym łukiem bramy jakiś młody kleryk trzymający pergamin sprawdzał wszystkich wychodzących, strażnik miejski zaś kazał każdemu odsłaniać głowę.

– Co teraz zrobimy? – zapytała Rotel, ściśnięta w tłumie.

Próbowali się wycofać, ale zwarta ciżba, protestując, popychała ich w kierunku bramy. Doszli do arkady, gdzie jakiś żołnierz spojrzał na nich obojętnie.

– Ty! – zwrócił się do Rotel. – Odkryj głowę.

Spojrzała bezradnie na brata. Nie mogła odmówić. Kiedy tylko odkryła jasne włosy, wielki dzban, niesiony przez mężczyznę idącego za nią, upadł na ziemię i rozbił się w kawałki.

– A niech to diabli!

Po głazach bramy popłynął strumień oleju. Właściciel dzbana zwymyślał dziewczynę, która go popchnęła, choć jej towarzysz usiłował go uspokoić. Jakiś staruszek się poślizgnął, zapanował piekielny tumult. Dziewczyna winna stłuczenia dzbana skrycie dała znak Rotel.

 

– Idziemy! – zawołał Isembard, łapiąc siostrę za rękę.

Żołnierze i mnich z listą zostali wypchnięci przez tłum, który starał się omijać plamę oleju, i rodzeństwo ze spuszczonymi głowami przebiegło przez bramę. Oddalali się od ogólnego zamętu skuleni, nasłuchując, czy ich nie zawołają żołnierze.

W końcu dotarli do rzeki. Z ulgą padli sobie w ramiona. Biskup i jego konna eskorta byli już dość daleko, za nimi podążały pierwsze rodziny i reszta kolonistów.

– Niewiele brakowało… – usłyszeli życzliwy głos za plecami.

Aż podskoczyli oboje. Uśmiechała się do nich dziewczyna w sukni poplamionej olejem. Mogła być w wieku Isembarda, miała ciemne włosy i błyszczące oczy. Obok niej jakiś młodzieniec, starszy może o kilka lat, z rudą czupryną, patrzył na nią z pretensją. Isembard odwzajemnił się im wdzięcznym uśmiechem – i nagle, wpatrzony w delikatne rysy okrytej chustą dziewczyny, poczuł coś… coś, czego dotychczas nie znał.

– Dlaczego to zrobiłaś? – nieufnie spytała Rotel.

Eliza patrzyła na Isembarda i zwlekała z odpowiedzią.

Był najpiękniejszym chłopcem, jakiego kiedykolwiek widziała. Poczuła niespodziewane mrowienie w brzuchu.

– Pracowałam w zajeździe. Zetknęłam się w życiu z wieloma ludźmi, którzy próbowali uciec, i muszę powiedzieć, że wy jesteście z nich wszystkich najgorsi. Byliście tak przerażeni, że nie mogłam się powstrzymać. Mam na imię Eliza. To mój mąż Galí. Idziemy z Carcassonne.

Rodzeństwo popatrzyło na siebie w milczeniu. Rotel chyba miała ochotę odejść, ale Isembard zdążył się już odezwać.

– Jesteśmy pasterzami z gór, idziemy z północy hrabstwa – skłamał, próbując przekonać Elizę. Mówił trochę niepewnie, w końcu niewiele dotąd rozmawiał z obcymi kobietami. – Moja siostra ma na imię Rotel, a ja jestem Isembard. Przybyliśmy do miasta, żeby sprzedać nasze sery, i postanowiliśmy się przyłączyć do kolonistów idących do Barcelony.

Eliza czuła, jak tonie w oczach młodego kłamcy. Zachwycała ją jego nieśmiałość. Tak bardzo różnił się od Galego! W jego błękitnych tęczówkach widziała światło, a delikatne rysy chłopca mąciły jej spokój. Ponieważ mąż stał obok, bardzo starała się to ukryć.

Wskazała prałata idącego przed nimi.

– Nie ma znaczenia, skąd przyszliście i co kiedyś robiliście. Biskup Frodoí mówi, że dla nas wszystkich to jedyna szansa w życiu…

– Ale… dlaczego akurat wy się do nich przyłączyliście? – spytała Rotel. Dostrzegła zmieszanie Elizy na widok Isembarda. Czuła się oszołomiona, a ta dziewczyna wzbudzała jej niechęć.

– A zwróciliście uwagę na te potrawy, o których mówił biskup? No więc to ja je będę przyrządzała!

Galí przypatrywał się rodzeństwu. Nie mieli ze sobą żadnych tobołków, a ubrani byli w stare, zniszczone i pocerowane rzeczy. Nie byli nikim ważnym… być może niewolnikami? Patrząc na nich z pogardą, wyjaśnił:

– Chcemy otworzyć tawernę. Moja młoda żona jest najlepszą kucharką w całej Gocji. Dla innych będzie praca na roli… – tu rzucił pożądliwe spojrzenie na Rotel, dodając: – I dużo dzieci do urodzenia, żeby znowu zaludnić marchię.

Nie odpowiedzieli, a Eliza była wściekła na Galego, że ich tak potraktował.

W tym momencie z bramy Oñar wyjechali dwaj jeźdźcy i zażądali od kolonistów odkrycia głów. Isembard i Rotel naciągnęli kaptury na twarze.

– Szukają was – stwierdziła z powagą w głosie Eliza. – Dlatego sprawdzają tych, którzy już wyszli.

Isembard spojrzał na dziewczynę i w jej oczach barwy miodu ujrzał coś, co go popchnęło do zwierzeń.

– Sprzedali moją siostrę i… uciekliśmy – wyznał nieostrożnie.

Nagle Galí odciągnął Elizę, żeby jej coś powiedzieć na osobności. Żołnierze byli już blisko, a on nie krył uśmiechu.

– Jeżeli to ci, których szukają, może nam dadzą za nich nagrodę?

– Ona jest taka młoda, Galí! – wykrzyknęła, przerażona. – Brat ją chroni, ale nikogo tu nie znają. Musimy im pomóc!

– To tylko niewolnicy! – nalegał Galí. Okazało się, że Eliza nie jest tak pokorną i taktowną żoną, jak się spodziewał. Czuł się w jej towarzystwie coraz gorzej.

– Ja też nią byłam – odparła dziewczyna.

– Ale teraz jesteś wolna! Jesteś moją żoną! – parsknął ze złością. – Powinnaś mnie słuchać.

Elizę przestraszyła ta reakcja, ale nie ustąpiła.

– A gdyby to was złapała dwójka nieznajomych, kiedy uciekałeś z Vernet ze swoim dziadkiem Gombauem?

Galí zacisnął pięści, rozdrażniony tą odpowiedzią. Niestety dokoła był tłum ludzi, więc się powstrzymał.

– Mogą nam sprawić kłopot.

– Już go mamy. – Eliza dotknęła swojej poplamionej sukni. – Pomogliśmy im się wydostać z Girony.

Galí zdał sobie sprawę, że Eliza ma właściwie rację.

– A w jaki sposób nie dopuścisz do tego, żeby ich złapali? – spytał

– Sprawimy, że znikną – odparła z przebiegłym uśmiechem.

Przypomniała sobie, jak kupcy w zajeździe opowiadali o podstępnych sposobach ucieczki przed poborcami podatków i innymi niebezpieczeństwami. Nigdy nie przypuszczała, że kiedyś sama będzie się musiała uciekać do podobnych wybiegów. Wrócili do rodzeństwa. Galí patrzył na nich podejrzliwie. Jego młoda żona stanowczo za bardzo się angażowała w ratowanie tego przystojniaka Isembarda.

– Zaufajcie mi i róbcie to, co wam powiem. – Eliza patrzyła spod oka na żołnierzy, którzy podchodzili coraz bliżej.

– Wychowała się w tawernie wśród żołdaków i oszustów – zimno wtrącił jej mąż.

Rotel zmarszczyła brwi, była nieufna. Isembard jednak spojrzał w oczy Elizy i mocno przycisnął ramię siostry. Zresztą na ucieczkę było już za późno, zaraz ich zobaczą.

– Isembardzie – rzekła Eliza – udawaj, że jesteś niewolnikiem mojego męża. Rotel, zamienimy się ubraniami i pójdziesz ze mną.

Eliza i Rotel podeszły do jakiejś skromnie wyglądającej rodziny, ciągnącej dwukołowy wózek. Jechała na nim kobieta karmiąca dziewczynkę; druga, trzylatka, siedziała obok. Kobieta rozpoznała Elizę i zaczęły szeptem rozmawiać. Matka patrzyła na Rotel i na zbliżających się strażników. W końcu skinęła głową i przekazała Rotel swoją nowo narodzoną córeczkę.

– Ma na imię Auria, skończyła dopiero parę miesięcy – tłumaczyła Eliza. – To Leda. Jest dobrą kobieta i chce ci pomóc, Rotel. Nigdy nie karmiłaś piersią, prawda? Nie mylę się?

– Ale…

– Dalej, wyjmij pierś! Teraz!

Z tyłu za nimi było już słychać żołnierzy, krzyczących na Galego, który z przesadną surowością popychał Isembarda, jakby niewolnik go rozzłościł. Pchnął go w błoto na drodze, ku wielkiej uciesze żołnierzy, którzy odjechali rozweseleni. Eliza uparcie kręciła się koło Rotel. Dziewczyna zsunęła rękaw sukni i zdenerwowana podała dziecku pierś.

– Boże drogi! – jęknęła, czując ugryzienie małych dziąseł.

– Jeszcze nie byłaś matką, prawda? – mruknęła Leda. – Chodź, siadaj obok mnie, moja córko…

Żołnierze podjechali i przypatrywali się dziewczynie.

– A może i nam się coś od ciebie dostanie, co, mała?

Ryknęli śmiechem, a Rotel zacisnęła zęby. Ból był nie do zniesienia, ale go wytrzymała. Malutka Auria kręciła się niespokojnie, nie mogąc nic wyssać z piersi, lada moment mogła zacząć płakać. Wówczas Eliza, która podeszła kilka kroków do przodu, mocno zakasłała spod kaptura.

– Popatrz no na tę pelerynę… zgadza się z opisem – zauważył jeden z jeźdźców.

Jednym skokiem byli przy Elizie i zdarli jej nakrycie z głowy.

– Przyszłaś tu dwa dni temu z biskupem. Skąd wzięłaś tę pelerynę?

– Panie!… – Eliza znowu zakasłała i zaczęła: – Dała mi ją taka jasnowłosa dziewczyna… ładna… bardzo młoda. Co ja takiego zrobiłam, na Boga? Weźcie sobie tę szmatę, jeżeli chcecie!

Dwaj żołnierze z odrazą wymienili między sobą spojrzenia, bo Eliza kasłała teraz bez przerwy, prosto na nich.

– Dokąd poszła?

– Uciekła z jakimś chłopakiem, bardzo do niej podobnym, panie. Przez mur… chyba na północ… nic więcej nie wiem. – Udała, że się dławi. – Ja… ja…

– Precz od nas, brudasie! Idziemy.

Rotel aż sapnęła z ulgą i oddała Aurię matce. Spojrzała na Elizę.

– To w tawernie można się nauczyć takich rzeczy?

– Tylko kiedy wieczorami pada deszcz. Gdy nadejdzie noc, jest o wiele lepiej!

Do wybuchu śmiechu Ledy dołączył Jan, jej mąż, który przez cały ten czas pozostawał czujny, strzegąc swojej rodziny. Mieli chyba po trzydzieści pięć lat i zmarszczki na twarzy, ale w ich oczach lśnił szlachetny blask. Czuli się dumni, że wyprowadzili w pole dwóch uzbrojonych jeźdźców.

Przedstawili swoje dzieci: Zygfryda, ich pierworodnego, mniej więcej w wieku Elizy, rówieśnicę Rotel, piętnastoletnią Emmę, ośmioletniego Galderyka, trzyletnią Adę siedzącą razem z matką na wozie i wreszcie malutką Aurię.

Isembard i Rotel widzieli, że dziewczyna z Carcassonne jest ich przeciwieństwem. Przyzwyczajona do rozmów z nieznajomymi, robiła to ze swobodą, tryskała radością życia i już zdołała nawiązać znajomości z wieloma kolonistami. Poznała nawet biskupa Frodoí i jego nieliczną świtę. Biskup uznał dobry humor dziewczyny za bardzo użyteczny podczas tej niepewnej przygody.

Kiedy stracili z oczu Gironę, wśród setki kolonistów zapanował bardzo dobry nastrój, jednak już na Via Augusta powoli opadały ich wątpliwości. Żeby podnieść ludzi na duchu, Zygfryd i Emma zaintonowali pieśń żeńców. Inni chętnie przyłączyli się do śpiewu.

Isembard zbiegł do pobliskiego strumienia, żeby się obmyć z błota. Był wściekły na Galego. Wcale nie musiał aż tak go poniżać, do tego niepotrzebnie zwrócił na niego uwagę konnych.

Może zrobił to naumyślnie? W każdym razie jest zupełnie inny niż jego młoda żona, która ma takie piękne oczy, myślał.

– Niewiele brakowało…

Obok niego stała Eliza, lekko zarumieniona. Patrzyła na szczyt wzgórza, jakby się bała, że ktoś się tam pokaże.

– Szukałam cię, bo chciałam przeprosić za męża – mruknęła nerwowo. Nie wiedziała tak do końca, co tu właściwie robi. – Może odrobinę przesadził… Ale to dobry człowiek.

– Dziękuję, że nam pomogłaś – odpowiedział Isembard, starając się dać wyraz swojej dobrej woli. – Jesteś pierwszą dziewczyną, jaką poznałem, z wyjątkiem Rotel oczywiście, a dzisiaj uratowałaś mnie już dwa razy. – Zawahał się chwilę. – Dziękuję też twojemu mężowi.

Eliza poczuła się wzruszona. Ten chłopiec budził w niej całkiem inne uczucia niż te, które miała dla Galego. Pełne wdzięczności spojrzenie Isembarda sprawiło jej radość, i pierwszy raz od śmierci Lamberta pojęła, że teraz zaczyna żyć na nowo. Chciała się dowiedzieć, kim jest ta dwójka młodych, wyglądająca tak obco…

– Uważam, że z tego mogłaby powstać ciekawa historia. – Uśmiechnęła się, żeby mu jeszcze bardziej dodać otuchy. – Ale muszę już iść. Kiedy tylko będziecie mogli, przedstawcie się mnichom z orszaku biskupa.

Isembard skinął głową. Miałby ochotę dłużej porozmawiać z Elizą, wydawało mu się to takie łatwe! Ona jednak wbiegła na wzgórze i na główną drogę. Niebawem Isembard też tam ruszył i dołączył do Rotel oraz dzieci Jana i Ledy. Nie chcieli iść osobno i chociaż przyszłość obojga nie była pewna, każdy krok, który ich zbliżał do Barcelony, zarazem oddalał rodzeństwo od Drogo.

Pod wieczór Isembard i Rotel stawili się na wezwanie mnichów Servusdei i Jordiego. Tamci zapisali ich imiona i miejsce, skąd przybyli. Stary mnich zauważył jednak wyraz niepewności na ich twarzach.

– Będziecie mogli pracować z którąś z rodzin. Stare tajemnice już nie są ważne. Módlcie się tylko, żeby tamci pewnego dnia nie wrócili…

Tej nocy rodzina Jana – za sugestią Elizy – przyjęła rodzeństwo i pozwoliła mu usiąść przy swoim ognisku. Po skromnej wieczerzy, złożonej głównie z solonej słoniny i chleba, Isembard i Rotel wyjaśnili, że wychowali się jako niewolnicy w pewnym małym klasztorze i uciekli stamtąd, kiedy przeor sprzedał Rotel panu Drogo de Borr. Nie wspomnieli o zabitym żołdaku. Prócz Galego, który okazywał obojętność, pozostali słuchali, myśląc o własnych dramatach.

Taka była nieszczęsna rzeczywistość przeklętej ziemi, po której kroczyli.