Ziemia przeklętaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Zrodzone z Ziemi dzieci przeżyły, a mnisi, ludzie poważni i głębokiej wiary, widzieli w tym znak Opatrzności. Nie pojawił się nikt, kto by poszukiwał dwójki rodzeństwa – a ród Tenes przestał istnieć, jak tyle innych w tamtych niespokojnych czasach. Znajdowano zresztą często samotne, zagubione dzieci.

Z pięciu frates trzech było już w zaawansowanym wieku, a do pracy w winnicy trzeba było młodych i silnych rąk. Chowano więc te dzieci jako niewolników w służbie klasztoru. Kiedy Rotel dostatecznie się rozwinie, zostanie wydana za mąż za jakiegoś młodzieńca ze wsi albo – jeśli poczuje powołanie – pójdzie do klasztoru żeńskiego.

Dzieci dorastały tak przywiązane do siebie nawzajem jak wtedy, gdy je znaleziono na cmentarzu, a nawet kiedy już przerosły swoich dobrodziejów, wciąż pozostały oczkiem w głowie surowych mnichów.

Oboje byli jasnowłosi, z tym że włosy Rotel przypominały promienie słońca. Oboje też mieli niebieskie oczy, ale oczy Rotel były jaśniejsze i bardziej przenikliwe. Choć tak do siebie podobni – byli jednak inni. Chłopiec nigdy się nie przyznał, że pamiętał, jak jego ojciec wszedł do zamku z nowo narodzoną córeczką owiniętą w kocyk. Jego matka zamknęła się wtedy, płacząc, w swoich komnatach. Bo Rotel była nieślubną córką rycerza Isembarda z Tenes.

Teraz młody Isembard w wolnych chwilach ćwiczył się w walce na drewniane miecze i uczył się celować z łuku, a jego jedynym zmartwieniem były usypiające go długie modlitwy, w których musiał brać udział. Rotel, ciekawska i samotna, uciekała czasem do lasu i wracała dopiero o zmroku, nigdy nikomu nie mówiąc, gdzie tak długo była. Mnisi w końcu przestali ją wypytywać.

Pamiętali, że nawet wilki nie zrobiły jej żadnej krzywdy i stary frate Rainart aż do śmierci twierdził, że to niezwyczajna dziewczynka, bardziej zjednoczona z przyrodą niż inni ludzie.

Rotel nie straciła żadnej z kóz, które pasła, nawet kiedy była bardzo mała. Nigdy nie czuła strachu i zdarzało się, że wracała do domu z jakimś małym zajączkiem, którym się potem troskliwie opiekowała. A kiedy miała trzynaście lat, jej dzika natura objawiła się w całej pełni: po wielkiej zamieci śnieżnej zniknęła na trzy dni. Znaleźli ją w jakiejś grocie, zdrową i wesołą. Okryła się zwierzęcą skórą, którą mnisi chyba rozpoznali i chcieli spalić, ale ich przekonała, żeby tego nie robili. Nigdy nie mówiła o tym, co się wydarzyło, jednak od tej chwili uśmiechała się i patrzyła na przyrodę wokół siebie, jakby ta szeptała jej do ucha swoje tajemnice.

Dojrzała i dostała zwykłej miesięcznej przypadłości, ale czas osłabił religijną gorliwość mnichów, którzy zapomnieli, że dziewczynka powinna już od nich odejść. Najbliższa wioska była oddalona od klasztoru co najmniej o dzień drogi, tak więc bardzo niewielu jej mieszkańców zaglądało do pustelni Świętej Afry. Nawet pielgrzymi rzadko tu bywali. Mnisi zbudowali jednak dla dziewczyny kamienną chatę poza klasztorem, w pobliżu winnic, gdyż przeor Adaldus wolał uniknąć niepotrzebnych plotek. Traktowali ją jak córkę, ta zaś pracowała bez wytchnienia, a braciszkowie nie byli już w wieku skorym do pokus.

Tymczasem Rotel powoli zamieniała się w pannę zadziwiającej urody. Wnosiła przy tym do klasztoru mnóstwo ciepła i często, ku zgorszeniu przeora Adaldusa, ciszę klasztoru Świętej Afry mąciły wspólne śmiechy mnichów i dziewczyny, która poza klasztorem sprawiała jednak wrażenie nieosiągalnej. Całkiem przeciwnie niż jej brat Isembard, do którego wzdychały wszystkie młódki z wioski.

Rodzeństwo tryskało energią, natomiast mnisi się starzeli. Trudne warunki życia i niedostatki jedzenia podkopywały zdrowie mnichów, dlatego Isembard i Rotel musieli się zabrać do pracy w polu, zaopiekować małym klasztorem i zająć się zaopatrywaniem spiżarni.

Wszystko się zmieniło latem 860 roku, kiedy mieszkańców wsi dopadła zaraza, która zabrała większość mnichów. Przeżyli jedynie przeor Adaldus i jeden z braciszków, Remigius. Nie chcąc dopuścić do całkowitego wyludnienia klasztoru (ziemie przeszłyby wówczas w ręce hrabiego Girony), zaoferowali jego przejęcie innej wspólnocie zakonnej.

W klasztorze Świętej Afry osiedliło się siedmiu nowych mnichów, również reguły benedyktyńskiej, ale już z bardziej nowoczesnym rygorem, wprowadzonym przez Benita z Aniano za czasów panowania Ludwika Pobożnego. Kiedy przybyli, niechętnym okiem patrzyli na obecność Rotel. „Kobieca nieczystość” kalała ich dom modlitwy, a już jej niedostępna uroda dręczyła ich śmiertelnie.

Sykstus, najbardziej zagorzały obrońca reformy Benita z Aniano w tym gronie, został wybrany przeorem – i wówczas wszystko uległo zmianie. Rotel mogła wchodzić do kaplicy tylko podczas mszy, a nawet wtedy powinna była stać z tyłu, z zakrytą głową. Nie wolno jej już było rozmawiać z mnichami. Sykstus postanowił, że będzie mogła zostać tu do czasu, aż znajdą dla niej jakiś żeński klasztor albo rodzinę z wioski. Isembard starał się go przekonać do zmiany decyzji – bez skutku; zresztą i dla niego klasztor Świętej Afry przestał już być domem.

Owej jesieni 861 roku Rotel miała piętnaście, a Isembard dziewiętnaście lat. Był dziewiętnasty października, wigilia Świętego Szymona, i nowy przeor uroczyście celebrował to wydarzenie, nie tłumacząc przyczyny.

Wieczorem rozbrzmiał mały dzwon na wieży pustelni – jego dźwięk odbił się echem po okolicznych górach. Isembard, pracujący przy winnych szczepach, podniósł się i z rękami opartymi na biodrach wyprostował plecy. Czyścili teraz winne szczepy i mieli jeszcze dużo pracy, ale nie mogli przecież opuścić nabożeństwa, inaczej przeor znowu miałby do nich pretensje.

– Już pora, Rotel! – zawołał Isembard.

Sylwetka siostry ukazała się z innej strony pola.

– Nie powinnam teraz nigdzie iść – rzekła ponuro, kiedy już stanęła obok niego.

– Wówczas przez dwa dni nie dadzą nam jeść. Tak to teraz jest.

Na mszę przychodzili zwykle ludzie z wioski, tym razem zjawił się też jakiś ważny duchowny, przybyły z hrabstwa Barcelony – Frankończyk nazwiskiem Drogo de Borr. Frate Remigius mówił o nim ze strachem. Miał podobno wielką władzę w marchii, obszerne posiadłości i zamki pomiędzy Barceloną a Urgell, przy tym krążyły o nim niepokojące wieści, jakoby trzymał u siebie harem młodziutkich dziewcząt. Podobno Drogo zamieszkał w hrabstwie Girony, by tam oczekiwać na nowego biskupa Barcelony, który podróżował przez jego diecezję. Poza tym spodziewał się, że zostanie hrabią Barcelony i chciał koniecznie zyskać sympatię biskupa. Wszystkich dziwiło, że zatrzymał się w skromniutkim klasztorze Świętej Afry.

Sykstusa nie obchodziło gadanie pospólstwa ani plotki mnichów. Zamierzał rozbudować i wzbogacić klasztor, toteż szukał protektorów. Kiedy Drogo de Borr ze swoją świtą mijał pustelnię Świętej Afry podczas polowania, przeor zaprosił go na uroczystość, nie zdradzając się nawet słówkiem, jakie to niezwykłe, że tak wielki pan aż tak bardzo oddalił się od miasta Girony. Niewątpliwie był to dar od Najwyższego.

Rotel zrzuciła chustkę, żeby uwolnić spod niej gęste jasne włosy, spadające jej na plecy w miękkich falach. Isembard rozumiał jej lęk. Mimo że właściwie była jeszcze prawie dzieckiem, jej uroda oślepiała i przyciągała wzrok. Tutaj znali ją tylko mnisi i ludzie z wioski, ale tego wieczoru prawdopodobnie zobaczy ją jakiś pan o złej reputacji – i wtedy wszystko mogło się zmienić.

– Przeor Sykstus obejdzie się bez nas, sam może poprosić o jałmużnę – stwierdziła, podchodząc do brata.

– Zarabiamy na chleb i musimy wypełniać polecenia. Tak było zawsze, Rotel.

– We wsi nazywają mnie konkubiną mnichów – zauważyła ze smutkiem.

– Tak, wiem… i mówią, że masz oczy czarownicy – zaśmiał się brat. – Nie przejmuj się tym. Staniemy pomiędzy niewolnikami i pastuchami, w głębi kościoła. Nikt na nas nie zwróci uwagi.

Nie wydawała się przekonana, więc Isembard mocno ją przytulił. Zawsze się nią opiekował. Choćby ludzie Drogo nosili żelazne miecze, przysiągł sobie, że nie pozwoli jej skrzywdzić.

– Puść mnie, braciszku – poprosiła. – Pozwól mi zapleść włosy.

Kiedy Isembard odszedł, dziewczyna, ze wzrokiem utkwionym w winnicy, która wyrosła razem z nimi, zaczęła się czesać. Zawsze tak robiła, gdy była zdenerwowana. Nie chciała biec do klasztoru, nie chciała, żeby Sykstus ją komuś pokazywał niczym sztukę bydła – bo pewna była, że właśnie to zamierzał uczynić. W wiosce inne dziewczyny w jej wieku z woli rodziców były już zamężne, a mnisi mogli zrobić z nią to samo.

Pobiegła w stronę lasu, a potem do ukrytej groty. Nawet Isembard nie wiedział, że chowała tam Panią: wysoką na piędź figurkę z terakoty, przedstawiającą siedzącą damę z wysoką fryzurą i dzieckiem w ramionach. Wyglądała na antyczną. Rotel znalazła ją w płaszczu, tam, gdzie kilka lat temu schroniła się przed śnieżną zamiecią. Nigdy nie pokazała tej figurki mnichom. Mogła to być Matka Boska. Stała na występie głazu, okolona zwiędłymi kwiatami. Teraz to ona przynosiła jej kwiaty. Dzięki temu dobrze się czuła.

Grota była jej tajemnym sanktuarium. W lesie panowała cisza. Na ziemi coś zasyczało – pod jej stopami przepełzła żmija. Ale Rotel nieraz już się zetknęła z wężami, stała więc spokojnie. Powoli zaczęła się schylać, nie odrywając oczu od szykującej się do ataku żmii, i w odpowiedniej chwili złapała ją za głowę.

– Co tu robisz? Zima się zbliża! Powinnaś się gdzieś schować… tak jak ja.

Rzuciła gada w krzaki… i w tym momencie włosy zjeżyły się jej na karku. O kilka kroków od niej, wśród drzew, stała jakaś postać owinięta w skóry i wpatrywała się w nią. Rotel widziała ją już nie pierwszy raz w ciągu ostatnich tygodni. Mogła to być pokutująca dusza jakiegoś zmarłego, jak opowiadali mnisi, strasząc dzieci, kiedy ona i Isembard byli jeszcze mali. Coś jej jednak mówiło, że tu chodzi o dużo większe niebezpieczeństwo. Mrugnęła oczami – i postać zniknęła. Rotel nareszcie odetchnęła.

 

Pobiegła wystraszona w stronę klasztoru. Wolała już pożądliwe spojrzenia mężczyzn niż badawczy wzrok cienia z lasu.

Obecność Zrodzonych z Ziemi nie umknęła niczyjej uwadze. Isembard nie spodziewał się tego, a dziewczynka ze wszystkich sił starała się jakoś wytrzymać na mszy, stojąc w głębi ubożuchnej pustelni, pozbawionej ozdób i obrazów.

W końcu jednak miała tego dosyć.

– Chcę stąd wyjść.

– Zabraniam! – nie kontrolując się, wykrzyknął Isembard.

Stanowili przecież własność klasztoru. Mimo iż cieszyli się sympatią starego Adaldusa i frate Remigiusa, przeor Sykstus uznałby za wielkie uchybienie, gdyby Isembard i jego siostra opuścili kaplicę.

Nagły okrzyk zwrócił uwagę Sykstusa, który tak się zdenerwował, że przerwał modlitwę dziękczynną.

Obok niego stał Drogo de Borr. Chociaż szlachcic już wyjaśnił, że w młodości był dobrym kapłanem, nie uczestniczył jednak w odprawianiu nieszporów. Miał wygląd wojownika i długie czarne włosy, które zakrywały mu część bladej, chudej twarzy. Przekroczył już czterdziestkę i spoglądał na obecnych jak grabieżca o ciemnych oczach, w których kryły się sekrety, o jakich lepiej nie wiedzieć. Na kolczudze z metalowych kółek miał narzutkę z wyhaftowanym smokiem, a topór odłożył na ołtarz – przeor omijał go dyskretnie, żeby nie rozdrażnić rycerza, którego wygląd krępował obecnych, co jego samego z kolei bawiło.

Na widok Rotel Drogo uśmiechnął się chytrze i pochylił do jednego ze swoich ludzi, szepcząc mu coś do ucha. Dziewczynę ogarnęło przeczucie, że zdarzy się coś okropnego, i wybiegła z kaplicy.

Przeor Sykstus dalej odprawiał mszę. Wzniósł skromny drewniany kielich, okładany mosiężną blachą – naczynie z pewnością niegodne, by znalazła się w nim krew Chrystusa. W 803 roku na synodzie w Reims postanowiono, że kielich powinien być zrobiony ze szlachetnego metalu. Klasztor Świętej Afry był jednak nędzny, składał się z kaplicy w pustelni i małego domku o dwóch celach, który mnisi sami wznieśli, kamień po kamieniu, na wzgórzu oddanym im tymczasowo przez hrabiego Girony. Utrzymywali się przy życiu, nie mając żadnych wpływów ani niewolników, jedynie z dziesięciny.

To się jednak zmieni – mówił sobie przeor – a w pierwszej kolejności należy zdobyć jakiś kielich o prawdziwej wartości… no, i inne ozdoby. Powinien wykorzystać obecność Drogo i zaproponować mu coś, co ten by wysoko ocenił. Właściwie przeor już podejrzewał, że żołnierz właśnie po to wrócił. Podczas swojej poprzedniej wizyty mógł już przecież zobaczyć Rotel… na przykład pracującą w winnicy.

Sykstusa nigdy nie interesowało pochodzenie znalezionego rodzeństwa. Ostrożni mnisi opowiedzieli mu tylko, że dzieci się tu zjawiły pewnej burzliwej nocy i że wilki jakoś je oszczędziły. Ta piękna dziewczyna bez rodziców i bez rodziny wydała mu się darem od Boga. Należała przecież do klasztoru, tak samo jak winnice czy kozy! Przeor z werwą wrócił do odprawiania mszy.

Po nabożeństwie Isembard przywitał się ze znajomymi z wioski i poszedł szukać siostry. Udał się nad pobliskie źródło, gdzie dziewczyna zazwyczaj siadywała, kiedy ją coś martwiło – jednak tam jej nie znalazł.

Kiedy zapadł wieczór, wieśniacy ruszyli wspólnie do domów. Drogo także się oddalił ze swoimi żołnierzami w kierunku Girony.

Isembard odetchnął z ulgą. Rotel nadal się nie pokazywała, dlatego poszedł aż do jej groty, licząc, że tam ją znajdzie.

– Rotel?

Usłyszał jej zduszony krzyk. Przerażony wpadł do środka, nie myśląc o niebezpieczeństwie. Ujrzał siostrę na ziemi, związaną i zakneblowaną – zanim jednak zdążył zareagować, poczuł uderzenie w tył głowy i zapadł w ciemność.

– Isembard! Obudź się!

Czyjś głos wwiercał mu się w mózg. Powoli otworzył oczy, czując nieznośny ból. W półmroku rozpoznał starego Adaldusa.

– Zabrali ją! – ze smutkiem powiadomił go stary mnich.

– Rotel! – krzyknął chłopak z rozpaczą. – Co się stało?

– Przeor… sprzedał ją temu Drogo.

– Ależ… ja go przecież widziałem! Odjechał sam, tylko ze swoimi ludźmi!

– Nie chciał tego robić na oczach wieśniaków. Dopiero kiedy zapadła noc, zabrał ją jeden z jego żołnierzy… dwóch naszych ludzi mu pomogło – dodał Adaldus ze wstydem. – Niech nam Bóg wybaczy…

Mimo że nadal oszołomiony, Isembard zerwał się gwałtownie w panice. Nie zdołał jej ustrzec!

– Bracie Adaldusie, uważasz, że Drogo przyjechał tu właśnie po nią? Żaden wielki pan nigdy nas dotąd nie odwiedzał… – mówił zdruzgotany.

– Mógł ją zobaczyć, kiedy tu był kilka tygodni temu ze swoimi ludźmi… A może jakiś wieśniak opowiedział mu o niej… Nieważne. Rotel jest bardzo piękna, ale też jest wyjątkowa… sam o tym wiesz najlepiej. Może to jakiś kaprys albo inna przyczyna…

– Muszę ją odnaleźć – stwierdził Isembard. Był wystraszony, ale nie miał zamiaru jej porzucić w potrzebie.

Adaldus wręczył mu nóż i woreczek z kilkoma srebrnymi obolami. To miała być broń Isembarda w starciu z mieczem żołnierza Drogo. Od czasu, kiedy dwanaście lat temu uciekł z Tenes, nigdy nie widział takiej broni.

– Okradłeś przeora Sykstusa!

– Sykstus uważa się za narzędzie Boga, ale ja przecież także jestem takim narzędziem. – Adaldus uściskał Isembarda. Kochał rodzeństwo, jakby byli jego własnymi dziećmi. – Przez dziesiątki lat byłem przeorem… a teraz nie poznaję dawnej Świętej Afry. Jeżeli uda ci się odnaleźć Rotel, nie wracajcie tu!

– Co z nami będzie? – westchnął Isembard, zgnębiony. Od dzieciństwa oboje z siostrą służyli ludziom oddanym modlitwie. Nie rozumiał, za co Bóg ich tak karze… A może ma wobec nich jakieś niezbadane jeszcze zamiary?

Adaldus płakał. Czuł się winny. Kiedy Rotel, mając trzynaście lat, pierwszy raz zaczęła krwawić, to on był przeorem! Powinien był ją wtedy oddać jakiemuś chłopakowi z Katalonii – młodemu i godnemu takiej żony. Ta dziewczyna wiodłaby wtedy może i nieciekawe życie, ale teraz? Została wydana niczym łup dla kaprysu jakiegoś szlachcica o złej sławie i wątpliwych zamiarach.

Znowu uściskał Isembarda. Dobrze poznał tego chłopca i wiedział, że ma szlachetną duszę, a w jego żyłach płynie krew legendarnego rodu. Tyle że Isembard był teraz tylko niewolnikiem bez grosza przy duszy, nie licząc tych drobnych, jakie mu ofiarował. Ale i tak było wiadomo, że dla Rotel zaryzykuje wszystko.

Stary mnich chciał tchnąć w niego ducha odwagi.

– Zawsze pamiętaj, że jesteś synem Isembarda z Tenes. Żałuję, że nie potrafię ci więcej opowiedzieć o twojej rodzinie, ale jestem pewien, że sam to odkryjesz. Cóż, teraz powinieneś już iść.

Na wspomnienie o Isembardzie z Tenes chłopak poczuł ukłucie bólu. Ten ojciec rycerz obiecywał, że go nauczy, jak się walczy na miecze – ale nie wrócił, żeby dotrzymać obietnicy. Teraz chłopak potrafił tylko zajmować się winnicami i naprawiać mur starego klasztoru. Dawna rana odnowiła się w jego duszy i zaczęła jątrzyć, budząc nienawiść i ponurą determinację.

– W którą stronę pojechali? – zwrócił się do Adaldusa.

– Jedź w kierunku Girony. Przypuszczalnie Drogo będzie się tam chciał spotkać z nowym biskupem Barcelony. Ten żołdak, który porwał Rotel, nie może być daleko. Jeżeli dotąd nie dołączył do ludzi Drogo, może uda ci się go zaskoczyć. Ale uważaj.

– Pożegnajcie ode mnie frate Remigiusa.

– W tej chwili stara się zabawić wszystkich jakimś nudnym opowiadaniem. Lepiej, żeby nikt cię nie widział…

Isembard wziął podarowany mu przez Adaldusa płaszcz i oddalił się niczym cień. Rozbita głowa ciągle go jeszcze bolała. Kiedy uszedł kilka mil, zobaczył dwóch mnichów od Sykstusa wracających tą samą drogą; schował się przed nimi za pniem dębu korkowego. Zrozumiał, że zapłatą za jego siostrę był wspaniały srebrny kielich z perłami, który mnisi oglądali teraz z podziwem w świetle księżyca. W klasztorze Świętej Afry nie posiadano środków, aby kupić coś tak cennego.

Wściekły podniósł z ziemi wielki kamień, żeby nim rzucić w mnichów, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. W ciszy nocy każdą sprzeczkę byłoby słychać z daleka, mogłaby zaalarmować porywacza Rotel. Powinien go zaskoczyć, jeżeli chce wykorzystać okazję.

Kiedy mnisi zniknęli w ciemnościach, Isembard ruszył dalej i niebawem zauważył jeźdźca. Rotel szła za nim okryta skórami; dłonie miała przywiązane sznurem do uprzęży konia.

Dziewczyna wyczuła obecność brata i się odwróciła. Gestem poprosiła, by zaczekał; Isembard jednak wydał okrzyk i rzucił kamieniem, który trafił w okrągły hełm żołnierza. Jeździec skurczył się, oszołomiony bólem. Isembard jednym skokiem dopadł do niego i wbił mu nóż w nogę. Był wystraszony, ale zdołał przeciąć powróz i uwolnić Rotel. Żołnierz, pozbierawszy się po pierwszym ataku, zeskoczył z konia i jednym ciosem przewrócił chłopca. Isembard zgubił nóż, a kopniak w żebra powalił go na ziemię.

– Miejcie litość! To mój brat! – szlochała Rotel.

Człowiek Drogo ponownie kopnął Isembarda tak, że ten się zaczął toczyć po ścieżce.

– Odważny jesteś, chłopaku – wymamrotał. Podszedł do niego, kulejąc, i wyciągnął topór zza pasa. – Ale twoja siostrzyczka nie może się marnować w tym żałosnym klasztorku Świętej Afry…

Isembard, obolały, czołgał się po ziemi. Nie był w stanie się podnieść. Mimo to instynktownie zasłonił się ramieniem przed ciosem. Miał nadzieję, że Rotel wykorzysta chwilę nieuwagi porywacza i ucieknie do lasu.

W tym momencie mężczyzna wydał okropny charkot, topór wypadł mu z rąk. Patrzył przed siebie zdezorientowany, a z rozciętego gardła płynęła mu krew. Zwalił się na ziemię – i wtedy Isembard zobaczył stojącą za mężczyzną Rotel. Trzymała nóż, który zgubił brat, i ciężko dyszała.

Kiedy się objęli, Isembard dostrzegł w jej oczach niepokojący blask. Ta delikatna piętnastolatka nie zawahała się zajść żołdaka od tyłu i poderżnąć mu gardło.

– To po mnie przyjechali! – mówiła wzburzona. Próbowała się wytłumaczyć, widząc zaniepokojoną twarz brata. – Przeor po prostu im mnie sprzedał!

Od chwili, kiedy żołdak złapał Rotel przy źródle, dziewczyna czuła paniczny strach – tyleż intensywny, co dotychczas jej nieznany. Nigdy nie obawiała się samotności na pustkowiach, nie bała się po nich błądzić ani nie czuła lęku przed niebezpieczeństwami, jakie mogły na nią czyhać w głębi lasu. Tego wieczoru jednak odkryła prawdziwy strach, a tak naprawdę najgorsze było to, że czuła się bezbronna i zdana na czyjąś łaskę. To właśnie lęk sprawił, że zareagowała tak gwałtownie. Spojrzała na swoje zakrwawione ręce i gwałtownie drgnęła.

– Drogo zapłacił za ciebie mszalnym kielichem.

Isembard miał wrażenie, że serce mu zaraz wyskoczy z piersi. Choć chłopaka trochę bolało żebro, oboje byli w niezłym stanie, a Rotel odzyskała wolność. Isembarda jednak dręczyło coś jeszcze:

– Nie zrobili ci krzywdy?

– Nie… ten człowiek miał mnie tylko zawieźć do Drogo – odpowiedziała dziewczyna, starając się uśmiechnąć, żeby uspokoić brata. – Powiedział mi, że pójdziemy do zamku Tenes.

– Do zamku naszego ojca? – Isembarda przeniknął piekący ból. Przeszłość wracała do nich po tylu latach, właśnie tej strasznej nocy.

Rotel przytaknęła. Stopniowo odzyskiwała spokój. Oboje jednak w tej chwili żeglowali po morzu wątpliwości. Wiedzieli, że ich życie zmieni się odtąd już na zawsze.

– Ten zamek to schronienie Drogo. Myślę, że on wie, kim jesteśmy… – Co zrobimy?

– Nie możemy wrócić do Świętej Afry. Nawet do wsi, bo natychmiast by nas wydali. – Isembard przypomniał sobie słowa Adaldusa: „Pamiętaj, że jesteś synem Isembarda z Tenes”.

U ich stóp leżało martwe ciało żołdaka.

Teraz już nie mógł myśleć jak niewolnik, jeżeli miał chronić siostrę.

– Rotel… żołdacy Drogo będą nas szukali w pobliżu klasztoru. W Gironie mieszka mnóstwo ludzi. Tam nikt na nas nie zwróci uwagi. Drogo się nie spodziewa, że pójdziemy aż tam. Mam kilka srebrnych oboli… Moglibyśmy uciec z jedną z kupieckich karawan.

Rotel patrzyła na niego z niepokojem. Nigdy dotąd nie opuszczali klasztoru. Chyba nawet nie umieli używać pieniędzy, a już na pewno – targować się z kupcami!

– Co z nami będzie?

Isembard objął siostrę. Czuł taki sam lęk jak wtedy, kiedy jako małe dzieci uciekali z zamku Tenes. A teraz znowu Bóg ich wystawia na próbę… Isembard chciał jej pokazać, że jest silny.

– Urodziliśmy się z Ziemi i już raz zwyciężyliśmy śmierć. Będę cię chronił, Rotel.

Dziewczyna dobrze znała brata. Był dzielny, ale ta sytuacja go przerastała. Mimo to mu ufała.

Ukryli ciało żołnierza w gęstwinie liści, spłoszyli jego konia tak, że pogalopował przed siebie – a sami szybko się oddalili.

Ich życie w klasztorze Świętej Afry dobiegło końca. Uciekali w milczeniu, nie wiedząc, czy to, co najgorsze, zostawili już za sobą, ani co ich czeka w przyszłości.