Ziemia przeklętaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

PERYFERIE CARCASSONNE

Eliza, stojąc na deszczu, odgarnęła z twarzy ciemne kosmyki włosów. Wpatrywała się w grób dziadka – był on jej jedynym krewnym. Siedemnastolatka nie miała już nikogo z rodziny na tym świecie.

Z bólem patrzyła, jak krople wody kapią na płytę nagrobną na cmentarzyku przy pustelni Świętego Jakuba. Za jej plecami smutnie szemrali między sobą pozostali żałobnicy i stopniowo się rozchodzili, żeby jej pozwolić pożegnać zmarłego w samotności. Eliza bardzo żałowała, że nie umie pisać – tak by chciała wyryć na kamieniu jego imię: Lambert.

W oddali widać było fortalicję, otuloną szarą mgłą, pod nią zaś plątaninę przedmieść sięgających aż do brzegów rzeki Aude. Tam, w pobliżu mostu, wśród domów ze ścianami z kamienia i drewnianych belek, był i jej dom – gospoda starego Oteria, w której, od kiedy tylko sięgała pamięcią, pracowała razem z dziadkiem jako służąca. Stary Lambert niejednokrotnie mówił, że jest córką dzielnego żołnierza, który zginął, walcząc pod rozkazami hrabiego Bery II, i śmiejąc się, wróżył wnuczce wielką przyszłość. Eliza jednak wiedziała, że dziadek wymyślił tę bajeczkę tylko po to, żeby pocieszyć sierotkę, od szóstego roku życia zmuszoną do pracy w zajeździe.

Jej rodzice i rodzeństwo zginęli w pożarze zajazdu, kiedy Eliza miała tylko dwa lata. Dziadek i wnuczka mieszkali razem z resztą służby; mała pomagała we wszystkich pracach, na które pozwalał jej wiek, od noszenia drew na opał po naprawianie dachu czy usługiwanie przy stole. Pracowali bez wytchnienia, a stary Oterio, właściciel zajazdu, uważał ich za swoją rodzinę. Trudne to było życie, ale przynajmniej niczego im nie brakowało.

Eliza, mimo iż serva[12], rosła szczęśliwie na tym małym skrawku świata. Jej wrodzony optymizm sprawiał, że nie narzekała na swój los. Nigdy nie wyjeżdżała z Carcassonne, ale z przejęciem słuchała opowiadań kupców i pielgrzymów odwiedzających zajazd. Zachwycała się przygodami, jakie przeżywali podczas swych wędrówek, i wyobrażała sobie, co ona by zrobiła w podobnej sytuacji.

Wychowanie w zajeździe zrobiło swoje – wyposażyło ją w niezbędną w tym fachu rezolutność. Kiedy zmieniła się z dziecka w zgrabną dziewczynę o słodkich, migdałowych oczach, które lśniły, kiedy się uśmiechała, umiała już unikać zaczepek klientów i z wdziękiem odpowiadać na pochlebstwa. Zawsze, kiedy odwiedzała pustelnię Świętego Jakuba i stawała przy omszałych kamieniach nagrobnych swoich bliskich, dziękowała Bogu za to, że ma dziadka i może liczyć na dach nad głową. To było o wiele więcej, niż mieli inni ludzie z przedmieść.

Tego roku jesień była wyjątkowo ostra, a wraz z nią przyszło nieszczęście. Dwa dni temu stary Lambert na widok nieba zaciągniętego ciężkimi deszczowymi chmurami wdrapał się na dach zajazdu, żeby lepiej umocować strzechę. Eliza, słysząc krzyki innych służących, wyszła z kuchni i znalazła leżącą na ziemi połamaną drabinę, a obok niej Lamberta. Mogła go tylko ukołysać rozdzierającym płaczem, a ból rozstania wydawał jej się nie do zniesienia.

Oterio bardzo zmartwił się stratą ulubionego sługi i opłacił jego pochówek.

Eliza poczuła nagle, jak czyjeś palce splatają się z jej palcami przy grobie dziadka. Drgnęła. To był Galí. Popatrzyła na niego ze smutkiem i pozwoliła, by ogrzał jej dłonie w swoich. Wygadany dwudziestopięcioletni młodzieniec o bystrym spojrzeniu mieszkał w ich zajeździe już prawie rok. Był wnukiem przyjaciela rodziny Oteria, jak twierdził sam właściciel, który przyjął chłopaka z otwartymi ramionami. Galí nie był postawny, ale bez przerwy się uśmiechał, a jego elokwencja robiła na wszystkich naprawdę duże wrażenie. Pracował w tawernie w zajeździe i nadzwyczajną wręcz uprzejmością zjednał sobie sympatię młodej służącej. Lambertowi niezbyt się podobało, że wnuczka zadurzyła się w tym młodzieńcu bez stanowiska ani ziemi, który w dodatku miał opinię libertyna. Powiedział o tym Elizie, dziewczyna jednak była zafascynowana swobodnym zachowaniem chłopaka.

Dwa dni przed nieszczęśliwym wypadkiem starego Lamberta Galí ośmielił się pocałować Elizę w drewutni, a ona mu na to pozwoliła. Dlatego teraz, kiedy tak stali we dwoje w deszczu na cmentarzu Świętego Jakuba, jego czuły dotyk przyniósł jej pociechę.

– Lambert ci obiecał, że nigdy nie będziesz samotna. Ja się tobą zajmę.

Uśmiechnęła się smutnie. Galí jak zwykle znalazł właściwe słowa. Pozwoliła się objąć, chociaż to nie było właściwe. Dygotała z zimna.

– Lambert zawsze dotrzymywał obietnic.

Wiedziała, że Galí miał ponurą, pełną nieszczęść przeszłość – podobnie jak ona. Wychowywał się jako wolny człowiek w mieścinie Vernet w hrabstwie Conflent, gdzie Gombau, jego dziadek, a przyjaciel Oteria, w imieniu hrabiego administrował tamtejszymi winnicami.

W 848 roku najeźdźca, Wilhelm z Septymanii, po zabiciu hrabiego Sunifreda w Barcelonie zaczął prześladować jego wasali, w tym także Gombaua. Żołnierze Wilhelma wtargnęli do Vernet, zniszczyli dom młodego Galego, zgwałcili, a następnie zabili jego matkę i siostry. Chłopcu udało się uciec razem z dziadkiem. Przez kilka lat mieszkali w Ampurias, a kiedy stary Gombau umarł, opuszczony i bezdomny Galí udał się do Carcassonne, by szukać schronienia u Oteria.

Wszyscy w zajeździe ostrzegali Elizę przed Galím, ona jednak na to nie zważała. Galí był wolnym człowiekiem, znał świat – a wybrał właśnie ją spośród innych, starszych służących. Jego słodkie słówka sprawiały, że czuła się wyjątkowa.

– Myślałaś o tym, co ci powiedziałem? – spytał Galí.

– Barcelona leży na granicy. – Dobrze wiedziała, o co mu chodzi; wzdrygnęła się, przykro jej było o tym mówić w takiej chwili. – To niebezpieczna ziemia.

– Ale przecież właśnie teraz mamy okazję stąd wyjechać! – Objął dłońmi jej twarz, jak zwykł robić, kiedy chciał, żeby go posłuchała. – Wyruszenie z orszakiem nowego biskupa Barcelony to jedyny sposób, żeby przejechać przez Marchię Hiszpańską. Wszystkim, którzy się do niego przyłączą, obiecał ziemię i opiekę Kościoła.

Ostatnio w zajeździe o niczym innym się nie mówiło. Nowy biskup Frodoí przybył do Narbony i za dwa tygodnie miał udać się do Barcelony wraz z tymi, którzy uwierzyli w jego obietnice. Nie wszyscy pochwalali tę ryzykowną propozycję; poza tym niektórzy biskupi i pewne szlacheckie rody, nieprzyjazne jego domowi, pragnęli za wszelką cenę nie dopuścić do jego sukcesu.

Eliza poczuła zawrót głowy. Ciało dziadka jeszcze nie ostygło, a Galí już ją próbował na coś znowu namówić. Od tygodni jej tłumaczył, że stary Gombau przed ucieczką schował coś w swoim domu w Barcelonie. Twierdził z uporem, że teraz ma okazję tam wrócić i znaleźć ukryty skarb. Chciał zabrać Elizę ze sobą.

– Barcelona to niebezpieczne miejsce – powtórzyła Eliza ponuro. – Mówią, że niedługo zniknie z powierzchni ziemi.

– Jej mury są wyższe niż mury Carcassonne! – wykrzyknął Galí z zachwytem, nie przejmując się tym, że stali właśnie nad grobem starego Lamberta.

– Tu przecież nie jest nam źle, Galí. Ty naprawdę wierzysz w to, co ci opowiadał twój dziadek?

– Jestem tego pewien! Jeśli to nadal tam jest, nasze życie całkiem się odmieni!

– Tego właśnie się boję. Zresztą… jestem sługą i niewolnicą Oteria.

Galí pogłaskał dziewczynę po włosach z bezczelnym uśmiechem, który ją tak onieśmielał.

– Porozmawiam z nim. Jeżeli pozwoli ci jechać ze mną, przestaniesz być niewolnicą!

Eliza tego dnia nie miała ochoty na wysłuchiwanie obietnic bez pokrycia, dlatego westchnęła, mówiąc:

– Powiadają, że ten Frodoí to ambitny szlachcic, starał się podobno o jakieś bogate biskupstwo i za to go ukarano. Jeżeli zabiera ze sobą osadników, to po to, żeby pracowali na jego ziemi, a on będzie z nich ściągał podatki.

– Pewnie, że jest ambitny! Ale najważniejsze, że przy nim moglibyśmy jechać bezpiecznie. Wierz mi, Elizo, nasza przyszłość to tylko Barcelona!

– Ale… przecież ty tam nigdy nie byłeś! Przyjechałeś z Vernet – oponowała Eliza. I po chwili dodała: – Boję się, bo to granica.

Twarz Galego pociemniała. Nie był przyzwyczajony, żeby ktoś tak długo mu się opierał. Niemniej po chwili zrozumiał, o co chodzi, i spróbował się opanować.

– Moglibyśmy nawet otworzyć własny zajazd. Wyobrażasz to sobie? Byłabyś tam panią, bo przecież podzielę się z tobą wszystkim! Twoje dzieci będą się wychowywały jako wolni ludzie i niczego im nie będzie brakowało!

Eliza ze smutkiem pogładziła delikatnie płytę nagrobkową Lamberta. Mądry starzec chciał dla niej wszystkiego, co najlepsze, i nigdy by się nie zgodził na ryzykowny pomysł Galego. Dziadka już jednak zabrakło, a Galí nalegał. Powtarzała sobie, że to tylko piękny sen. Poza tym przecież Oterio nigdy nie pozwoli jej odejść, była zbyt cenna dla zajazdu. Ta myśl przyniosła jej ulgę.

Kiedy miała jakieś dwanaście lat, zaczęła się interesować pracą dziadka, który w zajeździe był kucharzem. Przy ogromnym ogniu odkrywała dzięki niemu tajemnice przypraw, poznawała sekrety zup i uczyła się rozpoznawać po zapachu ten jeden jedyny właściwy moment, kiedy należało zdjąć z ognia sztufadę. Rozwinęła w sobie wyjątkową intuicję, a Oterio wiedział, jak ją wykorzystać. Dziewczyna, pomagając Lambertowi, nauczyła się, jak wędzić ryby, solić mięso i przyrządzać wędliny. Do tego robiła świetne ciasta i nugaty, a także konfitury owocowe, które przechowywano w wielkich garach.

Goście wychwalali pod niebiosa kuchnię w zajeździe Oteria. Lambert razem z wnuczką czekali zawsze na te rzadkie chwile, kiedy przychodziły egzotyczne przyprawy, i od podróżników z dalekich krajów uczyli się przepisów, żeby następnie przyrządzać potrawy, dzięki którym cudzoziemcy czuli się jak u siebie w domu. Zajazd prosperował jak jeszcze nigdy dotąd, a jego sława rozchodziła się daleko po całym hrabstwie. Oterio traktował Elizę jak córkę, a ona wiedziała, że nigdy nie straci dachu nad głową.

 

W tej chwili chciała tylko płakać.

– Czasami myślę, Galí, że ty tak czy owak odejdziesz. – Wsparła głowę na jego piersi. – Jestem niewolnicą i moje miejsce zawsze będzie tutaj. – Zadrżała. – Zimno mi. Wracajmy do zajazdu.

Kiedy schodzili błotnistą ścieżką, oczy młodzieńca pociemniały.

Od pogrzebu Lamberta minęły już trzy dni.

Stary Oterio siedział w piwnicy tawerny wraz z pięcioma innymi mężczyznami, wszyscy milczeli, a na ich twarzach malowała się powaga. Gospodarz miał wrażenie, że ziemia otwarła mu się pod stopami. Patrzył na usypaną na starej beczce, na której zazwyczaj grali w kości i pili wino, górę srebrnych monet, jaką właśnie stracił – niemal nie zdając sobie z tego sprawy, owładnięty gorączką hazardu. Od lat nie przeżył równie koszmarnej nocy. Był wściekły, chciał cisnąć daleko trzy pożółkłe kostki do gry, przez które poniósł tak ogromną szkodę.

Galí się uśmiechał, rad z niewielkiej fortuny, jaką zdobył tej nocy. Oterio miał ochotę się na niego rzucić. Przyjął go z otwartymi ramionami, kiedy chłopak zjawił się w zajeździe, mówiąc, że jest wnukiem Gombaua, najlepszego towarzysza Oteria z czterech wojennych kampanii w służbie hrabiego Oliby z Carcassonne, aż do chwili, kiedy odszedł na służbę do hrabiego Sunifreda, kuzyna hrabiego.

Oteria i Galego łączył starannie skrywany pociąg do hazardu, obaj odwiedzali najbardziej plugawe tawerny Carcassonne, jednak aż do tej chwili nigdy nie grali przeciwko sobie. Zaczęli o północy z garstką oboli, ale po kilku drobnych zwycięstwach Oteria Galí namówił go do dalszej gry. Był to poważny błąd, jednak zupełnie zaślepiony grą Oterio nie przejrzał zamiarów chłopaka. Dopiero tuż przed świtem gospodarz zrozumiał – jeszcze ciągle otumaniony winem – że stracił więcej, niż miał.

– Te wszystkie pieniądze są konieczne do funkcjonowania zajazdu, Galí. On żywi wiele rodzin i niewolników – powiedział znękany, wskazując kupkę monet. – Otworzyłem przed tobą drzwi mojego domu z racji przyjaźni, jaka mnie łączyła z twoim dziadkiem, a teraz…

– Taki jest hazard, Oterio – mruknął Galí bez krzty litości.

– Ale ja ich potrzebuję! – nalegał zrozpaczony gospodarz. Język mu się plątał po winie.

Galí uśmiechnął się obłudnie i popchnął kupkę monet w stronę Oteria.

– Przecież wiesz, czego chcę… Mówiłem ci o tym.

Gospodarz wytrzeszczył oczy. Nagle wszystko do niego dotarło. Więc dlatego poszli do tawerny tej nocy! Miał ochotę pobić chłopaka.

– Przecież wiesz, że Eliza jest dla mnie jak rodzona córka… a zajazd bez niej to już by nie było to samo. Zakochałeś się, ale przyniesiesz jej nieszczęście! Gdyby żył Lambert…

– Zostaw starego w spokoju. Eliza jest młoda i piękna. Zasługuje na wolność! Będzie dobrą żoną i szczęśliwą matką.

Oterio zmarszczył brwi. Galí, od kiedy tu przyjechał, dzielił swój czas pomiędzy tawerny, grę i kobiety. Stary wiedział, że chłopak nie kocha Elizy, ale dostrzega jej zalety i potrzebuje tej dziewczyny, zamierza ją wykorzystać. Ta pewność sprawiła, że poczuł ucisk w żołądku, ale cóż – znalazł się w potrzasku. Musiał odzyskać to, co stracił. Gdyby Lambert tu był, Oterio nigdy by się nie odważył ustąpić wobec żądania Galego.

– Zatem po czterech pokoleniach to ty, Oterio, ściągniesz na siebie hańbę jako ten, który doprowadził do utraty słynnego zajazdu nad rzeką Aude – zimno stwierdził Galí.

Obecni poruszyli się niespokojnie na ławach. Oterio patrzył na srebrne pieniądze na beczce. Już nazajutrz nie będzie miał czym zapłacić za mięso ani za paszę dla zwierząt. Wszystko wskazywało na to, że zajazd popadnie w ruinę, a świadkowie – kumple Galego, którzy razem z nim balowali – z pewnością się postarają, żeby imię Oteria w Carcassonne okryło się niesławą. Nie mógłby znieść takiego poniżenia.

– Proszę cię tylko… ona nie powinna się o tym dowiedzieć – rzekł Oterio, wzdychając z rozpaczą.

– Ja lubię dziewczyny pełne zapału i wesołe. Nie szukam niewolnicy. Pójdzie ze mną z własnej woli, będzie wiedziała tylko to, co jej powiem, i będzie myśleć tak, jak ja sobie tego życzę. Chcę bez chwili zwłoki pojechać do Narbony i przyłączyć się do orszaku nowego biskupa Barcelony. – Skrzywił się błazeńsko. – Eliza będzie mi towarzyszyła jako moja żona, z twoim błogosławieństwem.

– W porządku, Galí. Eliza jest twoja – zgodził się gospodarz. Był zdruzgotany, zaciskał tylko pięści. – Jeśli ją skrzywdzisz, liczę, że będziesz się smażył w piekle.

Dwa dni później Eliza ujrzała puste stoły, oświetlone szarością kolejnego pochmurnego ranka. Służba już tam była i w kuchni rozpalono ogień. Ta chwila spokoju była ulubionym momentem dnia starego Lamberta. Elizie wszystko przypominało dziadka. Płakała, przyjmując kondolencje od parafian i od kupców przyjeżdżających do Carcassonne. Wszyscy ją cenili, wszak przez tyle lat śpiewała, śmiała się i tańczyła, umilając im wieczory!

Oterio też się zaraz zjawił i oboje usiedli przy osobnym stole. Zeszłej nocy Galí poprosił, żeby za niego wyszła – a ku jej wielkiemu zdziwieniu gospodarz zajazdu wyraził zgodę na ich ślub. Stwierdził, że stary Lambert przepracował sześćdziesiąt lat bez dnia wypoczynku i jego wnuczka zasługuje na wyzwolenie i na dobrego męża. Galí, świeżo wykąpany, w nowej tunice z dobrej tkaniny, godzinami opowiadał jej o możliwościach, jakie się przed nią otwierają, jeśli zdecyduje się na życie u jego boku, i Eliza zaraziła się w końcu jego entuzjazmem. Dotychczas całym jej światem był ten zajazd, ale jak dla każdego niewolnika największą wartość miała dla niej wolność, to jej pragnęła. Teraz, kiedy zabrakło dziadka, nic jej tu już nie czekało, może poza małżeństwem z jakimś innym sługą.

– Jesteś pewna, że tego chcesz, Elizo? – bez ogródek spytał właściciel zajazdu. Patrzył na nią ze smutkiem. – I nie mówię o wyjeździe do Barcelony.

Zaskoczył ją. Zeszłej nocy, w obecności Galego, Oterio wydawał się pogodzony ze wszystkim. Teraz jednak dostrzegła w jego spojrzeniu coś, co jej się nie spodobało. Prawdopodobnie się o nią boi.

– Wyjdę za niego za mąż… zgodziłeś się przecież.

– Nie odpowiedziałaś mi, Elizo. Twoja rodzina pracowała od pokoleń jako niewolnicy, tak że nawet kiedy chciałaś sobie kupić jakąś używaną suknię, potrzebowałaś mojego pozwolenia. Lambert poprosił mnie tylko o jedno: żeby cię nikomu nie oddawać wbrew woli. Chcesz poślubić Galego?

– No, mimo wszystko to dobry człowiek – odpowiedziała nerwowo i bez przekonania. – Tak mi wczoraj mówiłeś. – Spuściła głowę. Była bardzo młoda i bała się, ale Galí obiecywał przecież, że się nią zaopiekuje i zapewni jej dobre życie. – Będę za wami tęskniła, Oterio.

Gospodarz także spuścił głowę, zawstydzony. Gdyby Eliza odmówiła, musiałby szukać innego sposobu, aby naprawić swój błąd. Ona jednak uległa czarowi tego łobuza.

– Masz moje błogosławieństwo, córko – powiedział bezsilnie.

Eliza była smukłą dziewczyną o delikatnych rysach twarzy. Ciemne włosy zwykle zakrywała, żeby nie przesiąkły tłuszczem z kuchni. Ale najbardziej przyciągały uwagę jej oczy: były wielkie, barwy miodu, okolone gęstymi, długimi rzęsami, promieniejące ciepłem. Do tego była wesoła i bystra. Dziesiątki młodzieńców z Carcassonne o stokroć wyższej pozycji niż Galí nie wahałoby się o nią starać. Co z tego, kiedy było już za późno.

– Wszystkim nam będzie smutno, że cię nie ma… klienci też będą niezadowoleni – dodał Oterio.

– Adovira zna nasze przepisy i jest zręczną kucharką.

Stary pogłaskał ją po policzku jak ojciec. Ta dziewczynka, która kiedyś wskakiwała na stoły, żeby śpiewać dla gości aż do chwili, kiedy wpadał dziadek i zabierał ją do kuchni, teraz była już niemal kobietą. Nie widział jednak w jej oczach blasku zakochania. Galí swoim wdziękiem omotał młodzieńczą prostoduszność. A jednak, jak się lepiej przyjrzeć… Cóż, nie dostrzegał miłości również w oczach większości żon, wydanych za mąż przez rodziców. On, Oterio, był jej panem, a dziewczyna dorosła już do zamęścia. Czyli naturalny porządek został zachowany. Poza tym była rozsądna, przywykła do hałasu i krzątaniny w gospodzie. Wiedziała też, jak sobie radzić.

Myślał o tym wszystkim, żeby uśmierzyć poczucie winy. Sprzedał ją, przekazał innemu, żeby spłacić dług.

– Najpierw Lambert, teraz ty… coś za dużo tych strat. – Na jego twarzy pojawiła się gorycz. – Starzeję się.

Eliza nie mogła powstrzymać łez. Była przestraszona. Najchętniej wyszłaby za mąż i została w Carcassonne… Ale Galí miał wielkie plany co do ich obojga – tam, w dalekiej Barcelonie. Twardo obstawał przy każdej ze swoich obietnic.

– Dziękuję, Oterio. Jak tylko będę mogła, wyślę wiadomość przez jakiegoś kupca.

– Będziemy tęsknili za tobą, Elizo.

– I za Galím? – Zabolało ją, że wzbudził w niej tyle lęków.

– Nie jesteś przecież naiwnym dzieckiem. Przypominasz swojego dziadka, więc nigdy nie trać czujności, obserwuj go – przestrzegł ją Oterio, specjalnie wspominając Lamberta. Miał nadzieję, że piekący ból w gardle pozwoli mu jednak mówić. Wziął dziewczynę za ręce. Nie były to ręce damy, szpeciły je ślady oparzeń i źle zabliźnionych skaleczeń. Pod jej anielskim wyglądem krył się charakter zahartowany ciężką pracą. – I jeżeli będzie trzeba gryźć, gryź!

Kiedy ustały deszcze, Oterio dał wolność Elizie i pozwolił jej opuścić zajazd w towarzystwie triumfującego Galego.

Pobrali się pewnego zimnego poranka w małej pustelni Świętego Jakuba i zaraz wyjechali z grupą domokrążców zmierzających do Narbony, gdzie Frodoí czekał na osadników. Do orszaku dołączały również rodziny z innych miast, których losy ta niepewna przygoda i tak niewiele miała zmienić.

Ślubu udzielił im kapłan, który zwykł spędzać więcej czasu w tawernie niż w parafii i który się rozpłakał na widok rozpromienionej Elizy w czarnej płóciennej sukni i białym welonie żony Oteria. Odjeżdżała, by już nie wrócić – zatem poślubne pożegnanie w zajeździe było wzruszające. Wszystkich dwadzieścioro służących obdarowało ich kocami, solonym mięsem i bochnami białego chleba. Oterio i jego rodzina ofiarowali im garść srebrnych monet i dwa grube płaszcze, by wytrzymali trudy podróży. Jesień dopiero się zaczynała, ale chłody już dawały o sobie znać.

Galí jak zwykle uwodzicielsko się uśmiechał. Zabierał stąd to, czego chciał. Elizę opłakiwano rzewnymi łzami i długo trzymano w uściskach. Weselnicy wyczerpali już wszystkie ostrzeżenia i argumenty, żeby ich powstrzymać od podróży do ponurej Barcelony. Teraz można już było tylko prosić Boga o opiekę nad nowożeńcami.

Kiedy poranne mgły się rozwiały, dołączyli do dwukółek, z trudem brnących po błotnistej drodze. Eliza i Galí szli pieszo – i wszyscy zgromadzeni w drzwiach zajazdu z żalem patrzyli za dzieciakami.

– To była najgorsza decyzja, jaką podjąłem w życiu – mruczał ponuro Oterio.

Adovira – od teraz już kucharka – otarła łzy i oznajmiła:

– Dokądkolwiek pójdzie, będą ją kochali, jak my tutaj.

Orszak pokonał drewniany most na rzece Aude; teraz, po deszczach, woda się podniosła i most niebezpiecznie się kołysał. Eliza machała ręką na pożegnanie.

Do Oteria podszedł Gogo, najlepszy przyjaciel Lamberta. Jego też nie traktowano tu jak niewolnika, zwrócił się zatem do właściciela z zupełną swobodą:

– Galí tego chciał od czasu, kiedy się dowiedział o podróży biskupa Barcelony. Po prostu nie mogę przestać myśleć o tym, jak korzystny był dla niego wypadek Lamberta.

Oterio i tak już czuł straszne wyrzuty sumienia, dlatego nie chciał dźwigać jeszcze jednego brzemienia.

– Gdybym zasiał wątpliwość w duszy Elizy, tylko by ją to dręczyło, Gogo. Już dość się napłakała.

– Ona nigdy by nie odeszła od dziadka… nawet dla Galego.

Oterio spojrzał na starego Gogo i zadrżał.

– Nigdy się nie dowiemy, jak było naprawdę, a ufam, że ona też się nie dowie. Wiem, że jej będzie dobrze, Gogo. W każdym razie taką mam nadzieję… przez wzgląd na pamięć Lamberta. A chociaż Eliza jest jeszcze prawie dzieckiem, potrafi o siebie zadbać. Niech Bóg ma ją w swej opiece…