Ziemia przeklętaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

14

PUSTKOWIA OSONY W POBLIŻU MONTSENY

Jan podparł rękami obolałe plecy i się przeciągnął. Słońce schodziło już coraz niżej, a on patrzył na wyoraną bruzdę ciągnącą się tak daleko, że niemal tracił ją z oczu. Widział swoją żonę Ledę z małą Aurią zawiniętą w chuście na jej plecach, a także starsze dzieci, Zygfryda i Emmę, z motykami, które im wyklepał, kiedy jeszcze był kowalem. Mały Galderyk zbierał kamienie i układał je na kupkę; miały im posłużyć do budowy domu. Przedtem musieli jednak spulchnić jak największy kawałek ziemi. Każda zdobyta piędź po trzydziestu latach będzie należała do nich. Rola nie była przygotowana pod zasiew pszenicy, ale i tak liczyli, że następnego lata zbiorą choć trochę plonów. To był dopiero początek.

W oddali widział innych, też walczących z opornym gruntem. Jan i Leda, osiedlając się tam wraz z innymi rodzinami, postanowili sobie pomagać. Pasterze, którzy im dostarczali mleko i sery, nazwali to miejsce Esquerda, Szczelina. Było to wąskie pasmo skalistej ziemi nad jednym z meandrów rzeki Ter. W pradawnych czasach była tu wieś, z której pozostały jeszcze resztki ścian i szczeliny w skale. Ziemia była żyzna: rosły tam dęby korkowe, klony i kasztanowce. Znaleźli też czereśnie, jabłonie i drzewa orzechowe, zarośnięte gęstwiną krzaków, ale możliwe do odzyskania. Dobre miejsce do osiedlenia.

Nieliczna społeczność zaznaczyła kamieniami to, co było jedyną uliczką pomiędzy domami, i placyk, na którym, jeśli Bóg pozwoli, zbudują kościół. Nad brzegiem rzeki Ter będzie można postawić młyn. Ale do urzeczywistnienia tych planów wciąż było bardzo daleko. Na razie rozbijali jałową glebę, a nocą się chronili w pobliskich jaskiniach.

Pozostali koloniści podzielili się na grupy i osiedlili w tej samej okolicy, u podnóża góry Montseny, dla ostrożności niezbyt daleko od siebie. Podczas mroźnych nocy wspólnie marzyli przy ogniu o przyszłej wiosce Esquerda i o kościele, który przystroją pięknymi ornamentami. Obiecywali sobie ufundować złoty kielich z wdzięczności za tę szansę, jaka im została dana.

Nagle Jana wyrwał z zamyślenia dziecięcy krzyk. Przez pole biegł Galderyk. Jan pomyślał z niechęcią, że to Emma go goni dla zabawy. W grudniu dni były bardzo krótkie i niebawem spodziewali się śniegu, powinni teraz wykorzystać każdą chwilę na pracę, zamiast dokazywać!

W tym momencie z lasu wyłoniły się hordy zbójów. Jan wpadł w panikę. Widział to już wcześniej, a w tym momencie przeklął dzień, w którym postanowili pójść za biskupem Frodoí. Strach ogarnął całą dolinę. Wszyscy starali się natychmiast ukryć.

W wieczornym półmroku broń zbójów z kości i zardzewiałego żelastwa wydawała się jeszcze bardziej przerażająca. Biegli wielkimi susami. Jeden ciskał drewnianymi kulami w stronę Galderyka. Chłopiec krzyknął i wpadł w chaszcze.

Leda rzuciła się ratować synka, nie myśląc, że być może biegnie po śmierć. Na szczęście Zygfryd i Emma z małą Aurią uciekli w stronę rzeki. Jan złapał motykę i popędził za żoną. Nie mógł inaczej.

Leda z krzykiem rzucała w zbójów kamieniami, ci zaś natychmiast ją otoczyli. Jan stanął w obronie żony z podniesioną motyką. Z boku jeden ze zbójów, z czaszką dzika na twarzy, podniósł olbrzymi topór i jednym ciosem odciął mu przedramię. Jan upadł z wyciem, z którym mieszały się wrzaski Ledy. Kiedy chciała do niego podejść, podjechał do nich jakiś jeździec.

– Litości! – błagała Leda.

– Winien jest Frodoí! – ryknął bezlitośnie człowiek na koniu.

Leda się odwróciła. Wzrok miała zamglony, ale zobaczyła jego dziwaczny wygląd: twarz do połowy zakrytą włosami.

– Drogo de Borr…

Zbóje nadal ścigali kolonistów, a tymczasem Jan wykrwawiał się, krzycząc z bólu.

– Chcę, żeby ktoś z wioski zaprowadził tych ludzi do biskupa. Może wreszcie zrozumie, kto jest panem na tych ziemiach!

Z jego siodła zwisały pokrwawione odcięte ręce i ramiona. Zaczepił na haku jeszcze broczące krwią ramię Jana. W tym momencie Galderyk rzucił w niego kamieniem, który trafił w okrągły hełm Drogo. Szlachcic skulił się z bólu i odwrócił, wściekły.

– Uciąć ręce temu małemu! To będzie jeszcze lepszy efekt dla biskupa!

Chłopiec wzywał pomocy rodziców, kiedy kładli mu rączki na kamieniu. Jan próbował się do niego podczołgać, ale jeden ze zbójów przydeptał buciorem jego kikut i mężczyzna stracił przytomność z bólu. Ten z głową dzika podniósł topór… Leda szalała, a chłopczyk zamknął oczy.

– Krzyż ze srebra! – warknął bestialski kat.

Opuścił topór, żeby zerwać z szyi chłopca krzyżyk od biskupa. Galderyk się bronił i zaczęli się szarpać.

Nagle nad nimi rozległ się świst i dzikus upadł na chłopca. Strzała przebiła mu szyję na wylot. Zaraz po tym kolejni dwaj napastnicy także padli trafieni strzałami.

Po kamienistej ścieżce galopem nadjechała grupa jeźdźców.

Drogo zaklął przez zęby:

– Wracają zjawy marchii. Isembard…

Horda zbójów zawyła wściekle: było ich ponad dwudziestu przeciwko sześciu.

Isembard, który jeszcze niezbyt pewnie czuł się w siodle, galopował za Guisandem, Inverią i Nilo. Dołączył do nich inny wasal dawnych Kawalerów Marchii, pustelnik z wieży Benviure imieniem Pau, który mimo prawie siedemdziesiątki nadal zręcznie władał maczugą. Jego obecność sprawiła, że dawni rycerze uznali, iż biorą udział w jakiejś świętej misji.

Młody Tenes ostatecznie nie zdołał się utrzymać na koniu i upadł na ziemię. Czuł, że strach ściska mu żołądek, ale mocno trzymał rękojeść miecza, tak jak go uczono. Jeden ze zbójów z czaszką na twarzy ruszył biegiem w jego stronę. Isembard poczuł mrowienie w całym ciele. Wiedział, że musi ciąć mieczem, zanim tamten go dosięgnie. To już nie było ćwiczenie: gdyby wykonał zamach za wcześnie, ostrze przecięłoby powietrze; gdyby się spóźnił, tamten rozorałby go na pół swoim zardzewiałym toporem.

Polecił się pamięci ojca. Odetchnął głęboko. Był z rodu Tenes, a to pchnięcie mieczem miało być początkiem albo końcem jego nowego życia.

Kiedy tamten był już o krok, Isembardowi przemknęło przez myśl, że tym mieczem mógł obronić Rotel – i poczuł pulsowanie w skroniach. Siostry już nie mógł ochronić, ale tych kolonistów – na pewno! Wykonał potężne cięcie boczne: miecz trafił w żebro przeciwnika, zagłębił mu się w brzuchu i ciął dalej, aż wyszedł drugą stroną. Napastnik upadł i umierał, z wnętrznościami wylewającymi się na zewnątrz.

Był to pierwszy człowiek, którego Isembard zabił.

Czuł się dziwnie, dzwoniło mu w uszach, kiedy zjawił się inny dzikus z drewnianą maczugą. Isembard uchylił się przed ciosem i stanął z nim twarzą w twarz. Pojął, że ów osobnik w kolczastym zardzewiałym hełmie zawsze robi ten sam ruch: z góry do dołu. Wydawał się równie wystraszony jak on, choć akurat jemu nikt przecież nie tłumaczył, jak walczyć. Dopiero w tej chwili chłopiec w pełni zrozumiał pouczenia Guisanda. Ten przeciwnik już okazywał, że jest pokonany. Kiedy tylko Isembard miał sposobność, zagłębił ostrze miecza w piersi napastnika.

Odgłosy walki zaczęły cichnąć. Kawalerowie dosłownie zmasakrowali wrogów i horda uciekła, zdziesiątkowana. Z daleka ujrzeli Drogo de Borr. Wyzwali go, by stanął do walki, ale oddalił się ze swoimi ludźmi. Ryzyko było za duże, dlatego złorzecząc, zniknął w puszczy.

Po wszystkim okazało się, że tylko Inveria ma cięcie na nodze. Pau, pustelnik, podszedł do biednego Jana.

– Musimy ci przypalić ranę, inaczej stracisz tę resztkę krwi, która ci jeszcze została.

– W jaskini jest ogień – wskazała Leda, siedząca przy mężu.

Koloniści w mig tam go zanieśli. Wtedy Leda rozpoznała najmłodszego z wybawców.

– Isembardzie! To ty?

– Ledo, tak mi przykro – powiedział zgnębiony. Myślał o tym, jaki los spotkał jej córeczkę Adę, ale milczał, tak jak to sobie obiecał, inaczej sprawiłby tej kobiecie zbyt wielki ból. – Dowiedzieliśmy się, że ktoś was zaatakował. W dwóch z nowych osiedli nie zostało żywej duszy, tutaj przynajmniej…

Nie wiedział, co dodać. Leda przytuliła go z całej siły, nie mogąc powstrzymać strumieni łez. Świat był dla nich okrutny, a Bóg… wydawało się, że Boga nie ma. Znalazła jednak powód, by podziękować rycerzom, którzy się do nich zbliżyli.

– Moje dzieci żyją tylko dzięki wam.

Jaskinia była naturalnym schronieniem nad rzeką. Na skale widniały nieporadne rysunki przedstawiające sceny z polowania. Wybrali to miejsce, bo już tam byli inni ludzie i to powinno im przynieść szczęście.

Kleryk przyłożył rozpalony topór do kikuta ręki Jana. Straszny krzyk napełnił dolinę. Stopniowo wracali tu inni koloniści, wystraszeni, patrząc na pole usiane ciałami zbójów.

– Jeżeli przeżyje, to będzie cud – mówił Pau, pokrywając oparzenie jakąś mazią pachnącą koprem.

– Ega mogłaby go wyleczyć – zasugerował Guisand.

– Tak, to prawda. Ta kobieta wie o ranach więcej niż ktokolwiek inny – mruknął Inveria, który właśnie sam sobie zszywał cięcie na nodze nicią z jelit.

Pau rzucił szybkie spojrzenie na Isembarda, który nadal zatopiony w myślach wpatrywał się w żółtawe oblicze Jana. Zmarszczył brwi i z powrotem przyjrzał się kikutowi.

– Nie podobają mi się zabobony tych kobiet z lasu, ale jestem pewien, że Eda mogłaby mu pomóc. – Zwrócił się do Ledy i dodał: – Staraj się utrzymać go przy życiu do mojego powrotu.

Kiedy już cała miejscowa społeczność zebrała się razem, nadal wystraszona, Guisand przemówił:

– Słuchajcie! Opowiedzcie pasterzom o tym, co się tutaj stało, a także każdemu mnichowi, domokrążcy czy poganiaczowi mułów, który tutaj przyjdzie! Mówcie wszystkim, że Isembard Drugi z Tenes i jego rycerze uratowali was przed demonami marchii.

Leda podeszła do Isembarda i ucałowała jego dłonie. Ten gest wzruszył nie tylko młodzieńca, ale i wszystkich obecnych. Chłopiec wrócił myślami do Rotel. Oboje wychowali się pośród klasztornych winnic i teraz mogliby być tutaj zupełnie bezbronni wobec ataków dzikich hord. A jednak Bóg przeznaczył mu inny los, którego jeszcze ciągle nie potrafił do końca zrozumieć. Patrzył na swoje pokrwawione ręce i już wiedział, że to właściwa droga – i pewnego dnia odnajdzie swoją siostrę.

 

– Wiesz może coś o Elizie z Carcassonne? – odważył się dyskretnie spytać Ledy.

Kobieta smutnie kiwnęła głową.

– Zostawiliśmy ją w Barcelonie, gdzie ona i Galí zajmowali się budową nowego, porządnego zajazdu. Jest cała i zdrowa, Isembardzie. Bardzo płakała za wami. – Kiedy Isembard odszedł zamyślony, zwróciła się do Guisanda: – Drogo mówił, że jesteście widmami.

– To prawda – potwierdził stary rycerz. – Jesteśmy widmami Kawalerów Marchii. Ścinamy głowy tym bydlakom z hord i umieszczamy je na każdym rozstaju dróg. W ten sposób wszyscy się dowiedzą, że wróciliśmy z zaświatów po to, by marchia nadal żyła!

15

Galí stracił cały majątek. W dodatku on i Eliza mieli jeszcze dużo długów do spłacenia, a wiadomość ta wkrótce się rozniosła ku wielkiemu wstydowi tej pary. Dzięki sympatii, jaką się cieszyła młoda kobieta, i protekcji biskupa reklamacje zostały przedłożone przed trybunał hrabiego i odroczone aż do Dies Sanctorum Innocentium[23], czyli do 28 grudnia. Gdyby do tego dnia nie zdobyli części tego, co byli winni, i nie prowadzili rozmów w sprawie oddania pozostałych zaległości, zgodnie z prawem Gotów mieli się stać niewolnikami swoich wierzycieli. Elizie brakło już łez. Pragnęła wrócić do Carcassonne.

Była jednak gotowa otworzyć tawernę – musieli spłacić cieśli i murarzy. Nic nie mówiąc Galemu, zaczęła sprzątać salon, żeby go dostosować do potrzeb karczmy.

Jej mąż był już tylko cieniem dawnego siebie. Mężczyzna, który jeszcze nie tak dawno mamił ją słodkimi słówkami i uśmiechami, przepadł bezpowrotnie, jakby wraz z pieniędzmi stracił całą charyzmę i charakter. Kiedy w końcu niechętnie się przyłączył do tej ciężkiej pracy, jego ręce pokryły się pęcherzami. Piętro pozostało takie, jakie było, ale parteru można już było używać. Okna zakryli żaluzjami ze słomy, a gruz wyrzucili. Wstawili drzwi, które odzyskali z ruin jakiegoś domu, a z kawałków drewna porobili toporne stoły i ławy – wprawdzie swoim wyglądem nie zachęcały one do biesiadowania, ale nie mogli zaangażować rzemieślnika, by im zrobił lepsze meble.

W wigilię świętej Łucji Eliza przyjrzała się rezultatom ich pracy i gorzko westchnęła. Nigdy by nie weszła do tak nędznego lokalu, ale nie mogli już zrobić nic więcej! W milczeniu narzuciła pelerynę, która wciąż jeszcze pachniała tawerną Oteria. Mąż patrzył na nią zasępiony.

– Co ty chcesz zrobić, Elizo? Naprawdę wierzysz, że ktoś tu przyjdzie? – Po długim milczeniu, nie mogąc znieść pełnego wyrzutu spojrzenia żony, fuknął: – Nie chcesz rozmawiać ze swoim mężem?!

– Myślałam, że mnie kochasz, Galí. Teraz… cię nie poznaję.

– Kocham cię! Popełniłem błąd, ale nadal tu jestem. – Wysunął przed siebie poranione ręce. Potrzebował jej teraz bardziej niż kiedykolwiek, po prostu żeby przeżyć.

Gniew Elizy brał się też z pustki w sercu. Galí odebrał jej radość, odkryła ciemne strony jego charakteru i wątpiła, czy byłby dobrym ojcem. Cóż, kiedy mieli teraz tylko siebie nawzajem… no i ten dom. Tęskniła za codzienną pracą bez odpoczynku w kuchni Oteria.

– Muszę mieć przy sobie kogoś, komu mogłabym zaufać – powiedziała ze łzami w oczach.

Galí podszedł do niej. Tym razem Eliza się nie odsunęła, czuła się zbyt bezsilna.

– Moglibyśmy uciec – podsunął mężczyzna.

– Złapaliby nas, zanim byśmy dotarli do Via Augusta, i postawili przed sądem. Ta tawerna jest obskurna, ale to nasza ostatnia nadzieja. Mamy odroczenie terminu zapłaty długu do ośmiu dni po Bożym Narodzeniu, zaledwie za cztery tygodnie! – głos jej się załamał z żalu.

– Dobrze. Rób, co uważasz za najlepsze.

Eliza nie zwróciła uwagi na jego bezczelność. Nadal miała flaszeczkę oleju, ofiarowaną jej przez Godę do ochrony. Chwilami chciała ją wyrzucić, na razie niewiele jej bowiem pomogła. Rozlała kilka kropel oleju po kątach sali i w kuchni. Może mogłaby dostać coś za tę szklaną flaszeczkę…

Podeszła do drzwi. Dzień był zimny i wilgotny.

– Dokąd idziesz?

Eliza pokazała garść oboli, jakie jej jeszcze zostały.

– Trzymałam je na dzisiaj. Módl się, jeżeli potrafisz.

Trzynastego grudnia skromna tawerna „Miracle” w centrum Barcelony zaczęła działać. Na szczęście zanim wszystko stracili, Eliza zrobiła tłuste dojrzewające sery, a inne przyprawiła ziołami. Beczki zaś były pełne piwa, sfermentowanego tak, jak lubił dziadek Lambert. Za ostatnie grosze kupiła świeże masło, solone mięso, cebulę i warzywa. Pracowali bez wytchnienia, żeby wszystko przygotować, i nawet starali się sobie pomagać w tych niesprzyjających warunkach.

Niestety nikt nie zajrzał pod dach „Miracle”.

Eliza, siedząc przy drzwiach, patrzyła przez łzy na zapadającą noc. Zużyła dużo drewna, żeby ogrzać nędzny lokal – na próżno. Sztufada z tłuszczem miała się zmarnować. Galí w milczeniu krążył pomiędzy stołami i ławkami. Przeklinał sam siebie za tę sytuację, ale wciąż zastanawiał się nad możliwością ucieczki – bez Elizy. Nie chciał dłużej znosić wstydu ani potępiających spojrzeń sąsiadów, ale Drogo miał go w ręku. Poza tym bez pieniędzy nie zaszedłby daleko. Nie odważył się też wrócić do dawnych miejsc gry.

Tej nocy położyli się spać w milczeniu. Nazajutrz powtórzyło się to samo.

Czwartego dnia, koło południa, kiedy Elizie już zabrakło łez i tych wszystkich pytań bez odpowiedzi, pojawił się kapitan Oriol ze straży biskupa Frodoí.

Usiadł w kącie. Podała mu najlepszą pieczeń, jaką potrafiła przyrządzić. Mężczyzna jadł w milczeniu. Przypatrywała mu się z kuchni, zaniepokojona. W jego twarzy było coś, co jej się nie podobało. Pijąc piwo, skrzywił się i opróżnił jedynie połowę dzbanka. Skończył, podziękował, zapłacił obola i wyszedł.

Eliza opadła na pieniek, zrozpaczona. W zajeździe Oteria nie było dnia, żeby się nie chwaliła przed klientami swoimi potrawami i nie odbierała pochwał, które sprawiały jej wiele radości. Ta sztufada i piwo były przecież godne królewskiego stołu!

Zakręciła się nerwowo i narzuciła płaszcz.

– Wychodzisz? – rzucił Galí, opróżniając do końca dzban z piwem, zanim go nie zabiorą wierzyciele.

– Dlaczego nie przychodzą?! – wybuchnęła.

– Może czas nie jest odpowiedni?

– „Do tawerny chodzi się bawić i płakać”, tak zawsze mawiał Oterio. Tak jest wszędzie.

– Zajazd Oteria był otwarty, od kiedy sto lat temu chrześcijanie zdobyli Carcassonne.

– Ale tutaj też podajemy doskonałe jedzenie. Jaka to różnica?

Galí nie odpowiedział, tylko dopił resztkę piwa. Pytanie Elizy zawisło w próżni. Wyszła z tawerny i pokonała plac. Dzień był zimny, ale słoneczny. Wiatr przynosił odór błota z ulic, tak pachniało całe miasto.

– W czym tkwi różnica? – powtórzyła.

Przymknęła oczy i zaczęła w skupieniu węszyć. Stopniowo docierało do niej, że nie wyczuwa tych zapachów, jakie w południe krążyły w powietrzu na przedmieściach Carcassonne. Brakowało aromatów tłustego sera i rozpuszczanego na ogniu masła. Ruszyła przed siebie ulicami. Zaglądała do brudnych tawern i uciekała przed obrzydliwym smrodem pomyj, podawanych tłoczącym się klientom. Doszła aż do budynków biskupstwa. Tam pachniało soczewicą i ciecierzycą z liściem laurowym. Na ulicy dwoje dzieci gryzło kawał razowego żytniego chleba, z którego coś skapywało. Podeszła.

– Oliwa z oliwek? Nie wolicie masła?

Obaj malcy wzruszyli ramionami, nie wiedząc, o co chodzi. Jeden miał w ręku róg z napojem. Było to ciepłe wino, a nie piwo, jakie jej dawali w dzieciństwie.

Wtedy zrozumiała.

– Tak! – krzyknęła przenikliwie.

Pobiegła natychmiast do pałacu Gody. Zaskoczeni służący zawiadomili panią, która zjawiła się zaraz, promienna jak zawsze.

– Nareszcie przyszłaś mnie prosić o pomoc, ty dumna Frankonko! Czego ci potrzeba?

– Pięciu srebrnych pieniążków i misek z drewna albo fajansu! Tak mi przykro… ale za bardzo się wstydziłam – tłumaczyła szczerze. – Oddam wszystko.

– Wiem, że tak zrobisz. Wiem, wystarczy spojrzeć w twoje miodowe oczy. – Goda się uśmiechnęła. – Moi służący zaraz zaniosą naczynia do twojej tawerny.

Eliza, zdenerwowana, poszła do Bramy Vell. O tej porze było tam już niewielu handlarzy, którzy akurat zwijali stragany. Minęła kosze jarzyn, cebuli i czosnku. Ze sznurów zwisały pęki ziół i suszonych pachnących liści. Na mięsnym straganie znalazła czarne wąskie kiełbaski. Powąchała je. Były inne niż te, które znała.

W Barcelonie jadało się inaczej niż w Carcassonne.

Zabrała wszystko, co mogła kupić, a było tego tyle, że jakiś niewolnik musiał jej towarzyszyć w drodze do domu.

– Rozpal ogień w ogrodzie, Galí! – krzyknęła, wchodząc do tawerny.

Mężczyzna podniósł głowę; spał na stole, upojony piwem.

– Po co ci tyle jarzyn? A ta kiełbasa? Nie wystarczy tej, którą zrobiłaś?

– Spójrz na ten dzbanek! To oliwa z oliwek! Mam liście laurowe, tymianek i czosnek, mnóstwo czosnku! – Złapała męża za ramiona i ucałowała w usta, pierwszy raz od wielu tygodni. – Dzisiaj dajemy jeść całemu miastu! Będziemy gotować na wolnym powietrzu, żeby wszystkim zaczęło burczeć w brzuchach! Ty zdobądź wino. Nie rozumiesz? To miasto śródziemnomorskie!

Kiedy zapadła noc, z sadu rozszedł się zapach dobrze znany wszystkim mieszkańcom, ale godny kuchni arystokracji. Galí poszedł do pałacu biskupa i po uroczystej obietnicy, że za kilka dni odda należność, otrzymał z piwnic beczkę vinum novum, młodego i zdrowego wina, a także drugą, z vinum veterem, winem dojrzałym. Dostał też dwie baryłki kwaśnego wina, pochodzącego z resztek z ostatniego winobrania i o wiele tańszego. Na wszystkich stołach stały kosze z chlebem i miski ze złocistą oliwą. Wkrótce pojawili się pierwsi ciekawscy, a za nimi kolejni. Rozeszła się ważna wiadomość: ceny za te specjały były wręcz śmieszne. Straż, która miała akurat zmianę warty, też przyszła, zostawiając broń w kącie. Noc i wino sprawiły, że klientela się rozśpiewała – rozbrzmiały stare pieśni, przy wtórze chrupania i głośnego mlaskania.

Elizę bardzo bolały plecy. Podawała sztufadę i zmywała talerze od Gody, które Galí ustawiał w wysokie stosy w kuchni.

Albo taka robota, albo przyjdzie mi umrzeć z głodu w tym nieprzyjaznym mieście, myślał. Nie przestawali wydawać posiłków, aż ogromny gar całkiem się opróżnił. Nawet dla nich nic nie zostało. Strażnicy prosili, żeby Eliza się pokazała – chcieli jej powinszować. Młoda kobieta po raz pierwszy poczuła się jak w domu i nie kryła wzruszenia.

Dopiero po północy zgasili ogień w ogrodzie. Tawerna była już pusta i Galí, równie zmęczony jak ona, wręczył jej kasę ze wszystkim, co dziś zarobili.

– Ty to trzymaj, żono – powiedział, by odzyskać jej zaufanie; uznał, że chyba jednak wykorzystali swoją szansę.

Elizę aż ścisnęło w żołądku. Galí pojednawczo otworzył ramiona.

– Chcę być takim mężem, na jakiego liczyłaś. Głową rodziny w naszej tawernie – dodał z tą pewnością siebie, która go zaprowadziła aż do Barcelony.

Wahała się. Możliwe, że Galí mógłby się jakoś zrehabilitować. Miał charakter wodza, a jego serdeczność oznaczała, że porzucił dawne zwyczaje. Uczepiła się tej myśli z nadzieją, że wszystko się zmieni na lepsze, i w końcu zaczęli się ściskać i całować, płacząc i śmiejąc się jednocześnie, bo opadło z nich napięcie ostatnich dni.

Zamiatali salę, rozmawiając o nowych przepisach. Kiedy Galí zasłaniał jedno z okien, ktoś do niego zamachał, ukryty w cieniu po drugiej stronie placu. To był Calort, uśmiechał się jakoś dziwnie. Galí próbował nie dać nic po sobie poznać. Kiedy wrócił do sali, Eliza czekała na niego, siedząc na stole z zachęcającym uśmiechem.

– Sztufady już dla nas nie zostało, ale i tak będziemy świętować! – Chciała przypieczętować zgodę między nimi w szczególny sposób. Zamierzała zostawić wszystko za sobą, nawet wspomnienie Isembarda i jego gorących warg… – Nie sądzisz, kochanie?

Rotel obudziła się zlana potem. Twarz miała opuchniętą, wargi pokryte strupami i nie mogła otworzyć oka. Jeszcze ciągle miała gorączkę, ale już wróciła do świata z piekła majaków, w których bez wytchnienia uciekała przez niekończące się jaskinie przed atakującymi ją gigantycznymi potworami. Bolało ją całe ciało. Jej gładka skóra była rozpalona, nosiła ślady ukąszeń i kłów, które nigdy nie znikną. Jednak wciąż żyła, podczas gdy większość ludzi na jej miejscu umarłaby od trucizny albo ze strachu. Czuła się inna niż wszyscy: nie znała lęku ani innych wzruszeń.

– Ten, kto wraca z tamtej strony, zostawił tam cząstkę swojej duszy. Witaj.

Ónix stał obok niej przy ognisku. Poszli razem do pieczary.

 

– Bądź przeklęty.

– To jest właśnie nasz rdzeń, Rotel: przekleństwo. Nie jesteśmy z tej ziemi. Przekroczyłaś wrota do krainy ciemności. Widzę to w twoim lodowatym wzroku. Jesteś gotowa, żeby rozpocząć naukę. Świat zadrży przed nową bestiariuszką!

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?