SznurekTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Sznurek
Sznurek
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Sznurek
Sznurek
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
24,99  18,24 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Józef Soszyński

Sznurek

i inne opowieści

Saga

SznurekZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2012, 2020 Józef Soszyński i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726558449

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

PIÓRKO

Dzień dobry. Najtrudniej jest zacząć. Gdybym był pisarzem, nie byłoby z tym problemu, zapewne, a ja tymczasem jestem zupełnie zwyczajny, małorolny z Dwernika w Bieszczadach, Józef Soszyński, lat 64, umysłowo nieco ociężały, zaniedbany intelektualnie i nigdy bym tego nie pisał, gdyby nie nacisk ze strony rodziny.

Doszło już do tego, że siostra moja Zdzisława, kupiła kiedyś ekstra dla mnie taki duży blok w kratkę i trzy długopisy, wszystko to mi wręczyła z surowym napomnieniem, że niby koniecznie mam opisać to wszystko, co opowiadałem. O tej dziesięciogroszówce, koniecznie, i o tym wiecznym piórku wyłowionym ze stawu. Musi być opisana też ta niezwykła miłość pastucha wiejskiego ze wsi Katy i córki starosty z powiatowego miasteczka Nisko nad Sanem, moja przygoda z tęczą i sen z owadem. Brat mój Marek, sąsiad (Staszek Rusin) i synowie, Bartuś i Józek, uważają, że z tych moich przygód można by narobić sporo niezłych scenariuszy filmowych, i tak mnie naciskają, że wreszcie uległem, no i oto zaczynam.

Najtrudniej jest zacząć. Zaczynam, zaczynam i ciągle jeszcze nie zacząłem, bo od czego niby mam zacząć? Gdybym był pisarzem... Dla pisarza to jak splunąć. Wymyśli sobie postać, realia, fabułę, wyfantazjuje otoczenie, przygody. Jest do tego wprawiony i nie musi się obawiać profesora Miodka, bo i gramatykę i budowę zdania i reguły pisowni, ortografię, te wszystkie tam podmioty, orzeczenia, przydawki, dopełnienia, zaimki, imiesłowy, zdania podrzędnie złożone, tryby rozkazujące, warunkowe itd., ma to w małym palcu, podczas gdy ja, małorolny (1,10 ha) z Dwernika, wprawiłem się nieco do kosy, grabi, wideł, siekiery, łopaty. Ostrzyc owcę? ‒ Proszę bardzo. Zaciąć baranka? ‒ Już się robi. Śliwę zaszczepić? ‒ Nic prostszego. Gdzie mi tam do pisania. Ale muszę, bo przecież obiecałem Dzidzi.

A może to i lepiej, że nie mam fantazji pisarskiej, że nie muszę niczego zmyślać, wystarczy mi opisać po prostu jak było. Ty, co teraz czytasz te słowa, wybacz mi to przynudzanie i postaraj się jakoś dobrnąć do tych miejsc, gdzie będzie niezwykle i fascynująco. Jeszcze się nie „rozkręciłem” z tym pisaniem, jeszcze wciąż nie wiem jak to zrobię. Najłatwiej by mi było chyba pisać jakoby list do Ciebie, co będziesz czytać te słowa, co właśnie te słowa czytasz.

Dzieciństwo spędziłem w miasteczku Nisko. Nasz rodzina była bardzo uboga. Ojciec, mama, Danusia, Aldek, ja, Dzidka, Julek i Marek. Nasz tato był woźnym sądowym. Zarobki jego były tak humorystycznie i tragicznie niskie, że nie mogę się nadziwić, jakim cudem wszyscy przeżyliśmy i nikt nie umarł. Były oczywiście i krzywica, i gruźlica, i próchnica, i choroby reumatyczne. Kraj zrujnowany wojną i okupacją, potem przydeptany bolszewizmem. Realia, w jakich dorastałem, są dla ludzi urodzonych później całkiem niewyobrażalne.

Cała nasza ośmioosobowa rodzina mieszka w jednej izbie w budynku Sądu Powiatowego. Na piętrze jest ta izba duża i bardzo wysoka. Trzy wielkie okna na najdłuższej ścianie. Tuż za oknami budynek Magistratu radykalnie zasłania wszystko. Niebo i Słońce. Zawsze było mroczno, a zimą bardzo zimno. Okna są nieszczelne i piec węglowy, co wygląda jak wysoka blaszana beczka, pomalowana jakimś srebrolem, ogrzewa głównie tę podsufitową część izby, wysokiej na ponad cztery metry. Tu na dole jest zawsze zimno. Na prawo od drzwi wejściowych stoi piec kuchenny, jest też jakaś szafa i prawie cała powierzchnia tej izby, dość przecież dużej (chyba 5 na 7 metrów) zastawiona jest nieodzownymi meblami. Łóżka 4 ‒ Danka śpi z Dzidką, ja z Aldkiem (Romualdem), Julek z Markiem, tata z mamą. Stoi też i stół kuchenny jeden, do przyrządzania jedzenia i do spożywania posiłków, i do odrabiania lekcji, jeden i ten sam. Są cztery krzesła. Każde inne. Jedno bardzo ładne, rzeźbione, z siedzeniem uplecionym misternie z plecionki. Ta śliczna plecionka jest niestety dziurawa, znaczy się podarta.

Był czas, że chodziłem do szkoły w butach, z których jeden był z Kanady, drugi z Ameryki. Ten z Kanady był damski na wysokim obcasie. Ojciec odpiłował ten obcas do wysokości takiej, żebym miał pięty +/‒ na jednakowej wysokości. Oba buty były za duże i obcierały. Ojciec pokazywał nam, jak się powinno owijać stopy onucami. Nigdy się tego porządnie nie nauczyłem. Zawsze te onuce zwijały mi się w butach, gniotły, obcierały albo wyłaziły mi z butów, a odmrożenia palców stóp do dziś odnawiają się co zimę, chociaż już od lat nie marznę.

Pamiętam z tamtego czasu, że właściwie zawsze byłem głodny. Chociaż nie, nie zawsze, ale przeważnie. Z wielkim podziwem myślę dzisiaj o naszej mamie, że jednak jakoś tej biedzie, czy wręcz nędzy, umiała się przeciwstawić, i w tym niedostatku chodziliśmy czyści, niezawszeni, a przecież, oprócz sześciorga dzieci musiała jeszcze znieść jakoś i utrzymać to siódme, czyli naszego ojca. On był w gruncie rzeczy też jak dziecko. Cóż z tego, że naprawdę pięknie grał na trąbce i latem co sobotę grał wraz z innymi muzykantami na festynie w parku miejskim, za co mu płacono jakieś pieniądze. Z tego festynu wracał nad ranem, podpierany przez kolegów-muzykantów. Tak samo pijanych. Usta miał opuchnięte i obolałe od wielogodzinnego grania i tych pieniędzy było bardzo mało, a nawet jeszcze mniej niestety. O świcie brałem worek i szedłem do parku zbierać butelki po wódce i winie. Na tych butelkach zarabiałem chyba niewiele mniej niż ojciec swoim graniem. Tak więc mama miała, de facto, jeszcze i to siódme dziecko do wyżywienia, oprania, ubrania.

Jezus Chrystus wykarmił rzeszę mając 5 chlebów i 2 ryby, ale Jezus był Bogiem wszechmogącym, więc cóż to dla niego? Myślę, gdyby tak pozbawił się Bożej mocy i jako rzeczywiście zwykły człowiek stanął do zawodów z naszą mamą i musiał, jak ona, dzień po dniu, przez lata długie codziennie wyżywić, ubrać, ogrzać, wyleczyć, umyć, pozmywać, wyprać, wyprasować i wyszorować, nie jednorazowym cudem, ale mordęgą codzienną przez lata całe, przegrałby (jestem pewien) Jezus z naszą mamą. Wątpię czy dotrwałby do trzeciego miesiąca. Codziennie zdobyć te kartofle, ten chleb, kaszę, jakiś smalec, cebulę, marchew; obrać, wypłukać, ugotować, pozmywać. Kupić zeszyty, podręczniki, kości jakieś na krupnik, mąkę, ser, nalepić pierogów, skombinować mleko, pójść do szkoły na wywiadówkę, a tu jeszcze pranie, balia, tara, mydło, nagrzać wody w saganie, opał skombinować, urodzić piąte dziecko, a potem szóste. Stać w długich kolejkach sklepowych z takimi żylakami na nogach. Pewnie miałby dość już po tygodniu.

Wspieraliśmy naszą mamę w miarę naszych dziecięcych możliwości. Były to wyprawy do lasu po grzyby, jagody, zioła i tak wracało się z bańką jagód i workiem szyszek sosnowych na opał. Na szczęście świat był jeszcze nie tak zaśmiecony i zatruty jak dzisiaj, przeto prawie w każdej kałuży mieszkała jakaś ryba i można było koszem od kartofli odcedzić w stawie parę płotek czy karasi. W gliniankach za cegielnią można było trafić lina, nawet dużego. Z tych karasi i płotek mama robiła takie kotlety rybne mielone. Jeśli już sprzedałem te butelki i makulaturę, i złom, to mogłem sobie kupić tenisówki i majtki i koszulkę na WF do szkoły. Teraz to jest WF, a wtedy po prostu gimnastyka.

Uczyliśmy się w szkole raczej źle i mama na wywiadówkach musiała za nas świecić oczami. Moje zeszyty zawsze były w kleksach. Te stalówki od Pana Szymańskiego wciąż mi drapały. Atrament się rozlewał. Pisanie zadań to była prawdziwa dla mnie udręka. Nie miałem piórnika i ciągle wszystko gubiłem. Dzieci nosiły do szkoły zeszyty spięte gumką pasmanteryjną lub uszczelką od słoika Wecka.

Trudno było nam o dobre wyniki w nauce, ale był w naszej rodzinie jeden niezwykły wyjątek. Siostra Danusia, najstarsza, była najlepszą uczennicą w szkole, może nawet w dziejach szkoły. Ze wszystkich przedmiotów miała zawsze najlepsze oceny. Niesłychanie obowiązkowa, nieprawdopodobnie pilna, uważna i grzeczna. Żadnych wagarów, wzorowa staranność. Zdumiewali się wszyscy, jak to możliwe, żeby dziecko z rodziny tak skrajnie ubogiej, miało tak świetne wyniki w nauce. Jej zeszyty zawsze porządne, każdy obowiązek szkolny wykonany z najwyższą pilnością, zawsze godny najlepszej oceny. Tak było.

Danusia jest dzisiaj emerytką, a życie przepracowała jako lekarz, potem lekarz neurolog, specjalizacja pierwszego, potem drugiego stopnia. Przez całe pracowite i uczciwe życie dorobiła się miniaturowego mieszkanka na dziesiątym piętrze bloku z wielkiej płyty (slumsy przy Lubuskiej we Wrocławiu). Przez jakiś czas miała nawet samochód, malucha na przedpłaty czy raty, ale złodzieje ukradli spod bloku. Ukradli komuś, kto nie wyniósł spinacza z biura, nie podniósł śliwki opadłej z cudzego drzewa. Ale wróćmy do Danusi w szkole i do tamtych realiów.

Wiem, że to wszystko, co opisuję, jest nieco przynudne i jakby papierowe. Ot, taka nędzarska rodzina jak z ruskiej bajki, te grzyby i ryby, i te osiem osób w piwnicznej izbie, a Ty czytasz, może z niesmakiem i już chcesz wiedzieć, jaka niezwykłość się za tym kryje, ale proszę, nie kartkuj tej książki czy książeczki (jeszcze nie wiem co mi z tego wyjdzie). Przebrnij proszę życzliwie i pokornie przez te wszystkie nudynapudy. Obiecuję, że ta niezwykłość będzie, ale w swoim czasie.

 

Nie wiem ile masz lat. Jeśli jesteś po sześćdziesiątce, to może zbędne Ci są niektóre informacje, jako te o onucach. Ale jeśli masz mniej niż 50 lat, to przecież w Twojej świadomości są zakodowane wyłącznie skarpetki. Więc musisz zdać sobie sprawę, że nie od zawsze istnieją długopisy, że taki na przykład zwykły zegarek na rękę, to był klejnot drogocenny, obiekt pożądania złodzieja kieszonkowca. Złodziej długo i cierpliwie ćwiczył sposoby zdejmowania zegarka z ręki tak, aby okradany niczego nie zauważył.

Wieczne pióro, pióro do pisania, pióro którego nie musisz maczać w kałamarzu, a możesz nim napisać długi list i żaden kleks się nie zrobi, takie pióro to był luksus, przedmiot zbytku, klejnot, stalówka z czternasto- lub dziewiętnastokaratowego złota, zakończona końcóweczką z platyny albo irydu, bądź nawet palladu. Z wielką precyzją wykonana każda część. Ten specjalnie precyzyjnie wyfrezowany spławik, ta pompka do wciągania atramentu. Tak skarbie. Wieczne pióro to był obiekt marzeń licealisty, bardziej niedościgły niż dziś wygrana w totolotka. Tego nie było w sklepie, to było w Ameryce, a Ameryka była daleka, egzotyczna i nieosiągalna. To mogło być gdzieś w Japonii, a Japonia była jeszcze dalsza, egzotyczniej sza i nieosiągalniejsza. (Panie profesorze Miodek, wiem, że „nieosiągalniejszy” to błąd w stopniowaniu przymiotnika, ale ja tak specjalnie, żeby było bardziej wesoło, czyli weselej.)

Więc pióro wieczne w miasteczku Nisko, pięćdziesiąt kilka lat temu, to było coś znacznie rzadszego niż taka rzadkość jak zegarek na rękę. I oto cóż się stało. Nasza Danusia została za swoje wyniki w nauce nagrodzona przez szkołę prezentem niezwykłym, klejnotem drogocennym, WIECZNYM PIÓREM. Pamiętam je. Leżało czarne i połyskliwe w cudnym pudełeczku wyścielonym czerwonym aksamitem. Tam było takie specjalnie ukształtowane gniazdko, dokładnie na kształt i wymiary tego pióra. Zakrętka miała złotą zapinkę. Pióro miało stalówkę ze złota i końcóweczkę z hartownej platyny, a może palladu. Przychodzili oglądać to pióro urzędnicy sądowi. Był, pamiętam, pan sekretarz Gola z żoną, przyszedł też Pan Rejent, Reczkowicz lub Raczkiewicz i jacyś adwokaci byli, i nawet sam prezes Sądu ‒ Pan Sędzia Ćwierz. Każdy próbował coś napisać tym piórem, wszyscy chwalili, gratulowali ojcu takiej córki. Danusi też gratulowali i mamie. Ojciec był dumny i wzruszony, mama też była wzruszona i szczęśliwa. U mnie podziw dla Danusi był pomieszany z zazdrością. Aldek też, przypuszczam, zazdrościł.

Pióro było najlepsze, markowe, amerykańskie. Oddawało na papier dokładnie tyle atramentu ile trzeba. Pisało pięknie, stalówka sunęła po papierze gładko, bez zahamowań, bez drapnięcia. Ślicznie modelowało litery. Już ono samo było jakby mistrzem kaligrafii.

Jakże ja zazdrościłem siostrze tego skarbu.

O Boże, gdybym ja miał takie pióro, ależ bym się wtedy dobrze uczył, miałbym takie piękne zeszyty. Też bym dostawał jedynki lub dwójki. Tu muszę wyjaśnić. Jedynka w owym czasie to był najlepszy stopień, czyli bardzo dobrze, dwójka to było dobrze, trójka ‒ dostatecznie i czwórka niedostatecznie. Tak było. Naprawdę. Potem to zmienili.

Marzyłem o takim skarbie. Tak mi się te marzenia nawarstwiły, uleżały, że żyłem ja, mały, dziesięcio-, może jedenastoletni chłopiec, z przeświadczeniem, że gdybym miał takie pióro, to wszystko, ale to wszystko by się zmieniło. (Ojej, a niech to. Dwa razy „że” w jednym zdaniu. Wiem wiem. Niechlujstwo stylistyczne. Jak w tej przysiędze małżeńskiej w Urzędzie Stanu Cywilnego. Sejm PRL-u jeszcze zredagował i zatwierdził taki tekst, a nawet jeszcze gorszy, bo drugie „że” zastąpiono pretensjonalnym „iż” i miliony razy był ten tekst używany i nadal jest, więc może jakoś mi się upiecze. Może nie zauważą.)

Tak, zmieniłoby się, byłbym najlepszy w klasie, no powiedzmy, drugi po Jadzi Wiśniewskiej, ale może nawet przed Marysią Ślęzakówną, i mama by się cieszyła, i tato byłby dumny ze mnie. Nie chodziłbym na rękach, żeby zaimponować kolegom i moje cienkie, chude, patykowate nogi by mi się pogrubiły, i nie miałbym takich odstających uszu, i przestałbym się jąkać.

Tego jąkania to chyba się dorobiłem jeszcze przed szkołą, na schodach w Sądzie. Były tam schody na piętro z kamienia piaskowca, tak już zdeptane, wyoblone i od intensywnego ich eksploatowania zdeformowane, że łatwo było o uślizg nogi na krawędzi stopnia i upadek, zwłaszcza jeśli małe dziecko pokonać je chciało idąc z góry na dół. Wchodzenie na górę było bezpieczniejsze. Wiele razy spadałem z tych schodów, siniacząc sobie boleśnie łokcie i kolana, nabijając guzy na łebku. Być może, doszło kiedyś do uszkodzenia kości czaszki, bo jeden taki guz pozostał mi na zawsze z lewej strony powyżej łuku brwiowego, w górnej części czoła. Ten guz to przypuszczalnie rodzaj zrostu uszkodzonej kości. Może więc jakiś uraz czy wstrząs mózgu stał się powodem mojego jąkania się, a może to rodzinne, bo brat mój Julo też się jąkał. Ale takie pióro przecież by mi wszystko uzdrowiło. No tak właśnie.

Gwoli ścisłości. Nie stało się to pióro Danusi jakąś moją chorobliwą obsesją. O nie. Szybko się pogodziłem z faktem, że nie mam wiecznego pióra i mieć nie będę, wszelako ilekroć kleks plamił mi zeszyt, myśl przelotna i krótka „Gdybym miał wieczne pióro...” zapadała mi w serce maleńką „kropelką żalu”, że niestety nie mam.

Miły mój, kochana moja, jeżeli udało Ci się dobrnąć już do tego miejsca, jeżeli nie odłożyłeś tej książeczki czy może książki, to ciesz się. Zaraz będzie to najniezwyklejsze. Chociaż nie, najniezwyklejsze będzie na samym końcu. Ale przebóg, nie zaglądaj tam. Dojdź do tego końca nie omijając żadnego stopnia tych wyślizganych, wydeptanych schodów Sądu Powiatowego w Nisku.

Właśnie wróciłem ze szkoły. Nie, nie w tych butach jeden z Kanady, drugi z Ameryki. Tamte były na zimę. Teraz jest lato. Wakacje tuż-tuż. Mam tenisówki białe, wybielone proszkiem do zębów. Wiedz, że wtedy nie było czegoś takiego jak pasta do zębów, tylko proszek. Chyba kreda z jakimś miętowym posmakiem. Paskudztwo. Tenisówki kosztowały 12 zł. Butelka po wódce w punkcie skupu u Pana Chruszcza, litrowa (rzadkość) 1 zł, półlitrowa 50 gr, ćwiartka 25 gr. Maleńkie, rozmaite buteleczki brązowe, zielone, żółte kupowała apteka po 10 gr sztuka. Wielkie, ciężkie, zielone lub brązowe butelki po winie były (hańba) po 30 gr i trzeba było odmoczyć od nich etykietki. Trampki były po 16 zł. Nieosiągalne. Chleb 2 kg u piekarza, co miał na nazwisko Rola ‒ 3 zł albo 2kg mąki żytniej.

Tenisówki kupiłem sam, za własne pieniądze z butelek. Miałem wtedy 10 lat, a może 11. Już nie spadam z tych schodów. Wbiegłem po nich w moich tenisówkach na górę. Moje książki i zeszyty związane gumką rzuciłem na parapet okna. Parapety były szerokie, mury budynku bardzo grube, 50 cm lub więcej. Już nie pamiętam czy to krupnik był, czy kartoflanka, a może kapuśniak. Tenisówki zdjąłem i boso zbiegam po chłodnych kamieniach sądowych schodów na dół, ale nie do ulicy, tylko na podwórze będące wewnętrznym dziedzińcem budynku sądu i aresztu śledczego. Tam są chlewy, gdzie więźniowie pod nadzorem straży prowadzą hodowlę świń i jest nasza komórka z węglem, rupieciami, jakieś drewno opałowe, narzędzia, ot taki lamus, drewutnia.

Biorę kosz od kartofli, duży, z wikliny nieokorowanej, okrągły, głęboki, o dwu uchwytach. Z tym koszem przez planty do stadionu, za stadionem dalej prosto do rzeźni na skraju błonia-pastwiska, gdzie pan Gil pasie swoje krowy, błoniem do końca obok domku wujka Józka, gospodarstwa pana Gila, domu pana Sęka, nad staw. Staw zamyka dalszą drogę, chociaż można go obejść przez zboża.

Staw był duży, pół hektara, a może i więcej. Miał swoją nazwę. Nazywał się i nazywa się jeszcze i dziś, Skrzynka. Nazwa nieco dziwaczna, kojarzy się ze skrzynką zbitą z desek, a może pochodzi ta nazwa od skrzenia się promieni Słońca na drobniutkich falach pofałdowanego delikatnym wietrzykiem lustra wody.

Dziś z tego stawu niewiele zostało. Byłem tam pół wieku później, czyli niedawno. Staw zamienił się w żałosne bajorko. Skrzeczy w nim jeszcze kilka zabłąkanych żab. Były tam gdzieś robione jakieś melioracje i staw się spłycił, skurczył. Gdzieś przepadły te cudne nenufary i grążele. Ot, jeszcze broni się, chyba ostatkiem sił, kilka trzcinowych patyków. Już za mało nawet na gniazdko dla trzcinniczka. A przecież w tatarakach mieszkała ze swoimi dziećmi łyska. Niestety, tatarak gdzieś przepadł. Ta para perkozów dwuczubych też nie miałaby dzisiaj żadnej szansy bytu. Jakiś bezbożny zbrodniarz wykiprował do tego stawu całą wywrotkę asfaltu drogowego i leży tam w wodzie ogromne, kamienne, trujące, czarne gówno. Nie wierzysz to sprawdź.

Błonie ‒ pastwisko, gdzie pasły się krowy pana Gila, teraz wybetonowane, ogrodzone wysoką siatką stalową. Siatkę zdobią blaszane tabliczki z wizerunkami trupich czaszek i skrzyżowanych piszczeli. Stoją tam groźne konstrukcje wysokiego napięcia i złowrogo pomrukuje bateria wielkich transformatorów. Cud, że w ogóle jeszcze istnieje ta Skrzynka oszpecona i okaleczona, że jeszcze swoja szpetotą krzyczy o naszej człowieczej szpetocie. To my ludzie jesteśmy szpetni. To my sami w naszej głupocie samych siebie kaleczymy. A i ja, kiedy jako dziecko właziłem z tym koszem do stawu, nie doceniałem ani jego urody, ani jego niezwykłości. Te grążele i nenufary z całą swoją krasą i wdziękiem tej złotookiej żaby rozsiadłej na pływającym liściu, były mi czymś zwyczajnym, codziennym, czymś, co się nawet podoba, ale nie budzi zachwytu, jako że jest zwykłą codziennością.

Wielkie było i nieprawdopodobne bogactwo życia w tym oczku wodnym, a było tam właściwie wszystko, co możliwe na tej szerokości geograficznej. Te nartniki, biegające po powierzchni wody i połyskliwy owadzi drobiazg, co też, wykorzystując napięcie powierzchniowe, sunął szybkimi zygzakami, i ważki różnych barw i rozmiarów polatujące, i komary, i plankton wszelaki. Pająk topik był ze swoim dzwonem powietrznym, i ślimak zatoczek, i ślimak moczarka, i moczarka ‒ roślina denna, i pałka wodna, i strzałka wodna, zanudzę Cię wymienianiem wszystkiego, co było w tej Skrzynce, a dzikie kaczki przyfruwały na przekąskę z rzęsy, i bocian. Bocian od Staszka Piłata wpraszał się w odwiedziny do żab. Niekiedy długi zaskroniec w tanecznych wygibasach wzorzyście fałdował gładź wody, dążąc z jednego brzegu na drugi i jakiś małż wielki znaczył swoją drogę na dnie rowem wyżłobionym w piasku własną muszlą. A jakież ryby tam pływały, chyba wszystkie jakie tylko. No, może o pstrąga ijesiotra było trudno. A te raki spacerujące po dnie tuż przy brzegu i czajka tam była, i rybitwa. Mogłeś zobaczyć rzęsorka, to taki maleńki śliczny wodny szczurek, czarny z białym brzuszkiem, nie większy niż myszka, świetny pływak i nurek. Wszystkie wodne rośliny były czyściutkie a zieleń ich była świetlista. Dbały o to całe zastępy najrozmaitszych kijanek nieustannie czyszczących każdy listek i łodyżkę z jakiegokolwiek glonu. Wielki ogród botaniczny i przebogate ZOO na tej jednej połówce hektara. Taki był kiedyś świat. Nie masz pojęcia.

I ja, dziesięcio- lub jedenastoletni mały kłusownik, wszedłem po pas w wodę tego sanktuarium i zanurzyłem swój kosz świętokradczo w przejrzyste jego wody. Patrz jak pięknie napisałem, „zanurzyłem świętokradczo w przejrzyste jego wody”. A niech to; prawie jak Mickiewicz albo Konopnicka. Świętokradczo w przejrzyste jego wody, no no. Pogratuluj mi.

Tak było. Te wody były przejrzyste, ale ja wtedy po prostu chciałem złowić kilka karasi, żeby mama się ucieszyła. Robiłem to nieraz. Karasi było w tym stawie zatrzęsienie. Wystarczyło podejść pod tataraki, przystawić kosz i trochę postraszyć nogą z drugiej strony kępy. Zaraz coś stukało o dno kosza, wtedy szybko kosz do góry, a w nim już była ryba, niekiedy nawet dwie lub trzy naraz, nie licząc tych cierników i różanek. To było nietrudne i całkiem bezpieczne, a udawało się zawsze.

Tym razem się akurat nie udało i nie udało się też za drugim razem, i trzecim, i piątym, i ósmym. Nawet jak wyczułem to charakterystyczne stuknięcie, nie zdążyłem odcedzić ryby. Nie zobaczyłem żadnej, chociaż długo brodziłem w wodzie. Ani w trzcinach, ani w pałkach.

Już zmarzłem w tej wodzie, a popołudnie zrobiło się późne. W moim koszu była wciąż tylko rzęsa i ślimaki wodne, te płasko zwinięte zatoczki i te stożkowato zwinięte moczarki. Było ich pełno, grzechotały w koszu niby orzechy doprowadzając mnie do bezrozumnego, dziecięcego gniewu. Daremnie prosiłem jeziorko o rybkę jakąkolwiek. Prosiłem przez taką wewnętrzną, bezsłową modlitwę. Przez pragnienie choćby niewielkiego powodzenia.

Nic. Tylko ślimaki i ślimaki.

Ten mój gniew dziecięcy przybrał w końcu formę okrucieństwa. Już mi przestało zależeć na rybach, zziębnięty i zgłodniały, bliski płaczu odcedzałem moim koszem setki ślimaków i wysypywałem je na brzeg. Wiedziałem, że na brzegu muszą zginąć, że nie potrafią dopełznąć do wody, gdzie mogłyby żyć. Usypałem tak spory kopczyk ślimaczych muszelek. Naiwnie i bezrozumnie, jak to dziecko, mściłem się za moje niepowodzenie na tych właśnie ślimakach i patrz, ta zemsta okrutna i sroga nie przyniosła mi żadnej ulgi. Odczuwałem wciąż swoje niepowodzenie jako wielką i niesprawiedliwą krzywdę.

 

Przecież chciałem dobrze. Napracowałem się, a tu cały dzień zmarnowany. Jak tu wracać do domu? Mój kosz nasiąknięty wodą zrobił się ciężki. Jestem zmarznięty i głodny. Na pewno się przeziębię i znowu będę miał anginę. Jak się pokazać mamie w tej mokrej i ubłoconej koszuli i spodenkach ubabranych w błocie, i bez jednej nawet rybki na usprawiedliwienie. Zadania domowe nie odrobione, mapka z geografii nie przerysowana. Usiadłem przy tych ślimakach nieszczęsnych i się rozpłakałem prawdziwymi łzami.

Już chciałem iść do domu. Nagle patrzę na ślimaki i oto zdumienie moje wielkie. Ta kupka grzechotliwego drobiazgu to w ogóle nie są ślimaki. Nie mogę uwierzyć i nie potrafię zrozumieć.

To jest niepojęte, to nie może być prawda. To są same wieczne pióra, cały kopczyk wiecznych piór. Chociaż niezupełnie, to są, jak widzę, jakieś części luzem, jakieś zakrętki, korpusy puste w środku, spławiki, stalówki, niektóre uszkodzone, połamane. A tutaj proszę, kompletne wieczne pióro, ale jakby zmiażdżone, jakby je ktoś rozdeptał. Gdy biorę je do ręki, rozsypuje się na kawałeczki. A tu zakrętka z klipsem, niestety, ma wyłamaną tę część gdzie był gwint. Ot taki złom.

Grzebię w tym złomie i widzę, że jeśli się postaram, to w końcu złożę z tych części co najmniej jedno kompletne pióro, a może nawet kilka, przecież jest tego mnóstwo, więc wybieram i dopasowuję te spławiki, te stalówki. Grzebię w stosie ebonitowego złomu już pocieszony. Cieszę się, że to nie są ślimaki, że to nie ich muszelki, lecz ebonitowe ciała wiecznych piór tak grzechotały w moim koszu. Już mi nie żal tych ryb niezłowionych. Będę miał własne wieczne pióro.

W mojej klasie nikt nie ma wiecznego pióra, nawet Jędrek Sałdan, nawet Jerzyk Hołowczak, co mu wujek z Ameryki przysyła kredki, ołówki i zeszyty. Ja sobie moje na pewno złożę. Więc grzebię w tych zakrętkach, korpusach, spławikach czy spływakach. A tutaj, o proszę, proszę, całe, dobre, kompletne wieczne pióro, tylko stalówki brak. Zaraz którąś dopasuję, pełno tu różnych stalówek, niektóre pogięte, niektóre połamane, a i dobrych co niemiara. O, a tu drugie też kompletne i ze stalówką! Trzecie też całkiem dobre, nowiuteńkie!

A tu jeszcze jedno!!! Też nowiuteńkie i ma pośrodku wprawiony jakiś połyskliwy, świetlisty kryształek. Taki brylancik promieniście tęczujący. Wezmę wszystkie, będzie dla Dzidzi i Aldka, i tato dostanie jedno, ale to z kryształkiem będzie moje. To mi się najbardziej podoba.

Musze teraz przerwać pisanie. Późno się zrobiło i zmęczyłem się tym moim pisaniem do Ciebie. Jest już po północy, zrobiłem się senny. Jutro będzie niedziela i postaram się dokończyć Ci opowieść. Chcę, żebyś wiedział, że niczego, naprawdę niczego nie zmyślam i przekazuję Ci FAKTY. Naprawdę tak było, chociaż wydaje Ci się, że takie fakty nie mogą być prawdziwe. Poczekaj do jutra. Na razie Dobranoc.

Hej, dzień dobry. Oto jestem znowu. Miałem zacząć od rana, ale tak mi jakoś zeszło, że prawie cały dzień minął, a ja nic. Nawet ze dwa razy usiadłem do tego zeszytu, ale z pustką w głowie. Wprawdzie wiedziałem co, ale nie wiedziałem jak. Wczoraj to mi nawet nieźle szło, a dziś jakoś brak mi szwungu. Muszę się na nowo rozkręcić, ale póki co, plotę ot cokolwiek. Wybacz i zrozum, tzn. proszę, miej dla mnie zrozumienie. Chodzi mi o Twoją życzliwość i pobłażliwość, jeśli mi coś nie bardzo wychodzi i zaczynam przynudzać.

Na czym to ja wczoraj przerwałem. Aha, już widzę. To z kryształkiem będzie moje, to mi się najbardziej podoba.

Patrzę więc na to piękne, ciemnozielone pióro z owym promieniście tęczującym kryształkiem. Kryształek brylancik daje złudzenie jakby świecił własnym światłem, albo przepuszczał światełko zamknięte we wnętrzu. Zaraz potem wydaje mi się, że on jest tak na wylot i chyba po przeciwnej stronie jest otwór albo drugi taki brylancik. Obracam przedmiot, ale z drugiej strony nie ma otworu ani drugiego brylancika. Ciemnozielony, gładki, połyskliwy ebonit. Ten kryształek jarzy się i widzę w owym rozjarzeniu jakiś miniaturowy ruch. Iskierki w nim albo przygasają, a rozświetlają się inne, albo przesuwają się po nim zmieniając jednocześnie barwy i wciąż mam wrażenie, że za tym brylancikiem coś jest w środku pióra. Próbuję to coś zobaczyć przez brylancik, bo on, mimo owych błysków i iskierek, wydaje się być przeźroczystym i bezbarwnym sam w sobie. On sam nie ma barw ani światła, on je tylko przepuszcza.

Zbliżam więc pióro bliziutko do oka, niemal na styk z źrenicą i oto widzę w tym kryształku, czy może po jego drugiej stronie niezwykły, niewyobrażalnie piękny, rozległy krajobraz. Widok jest wstrząsająco wyrazisty. Jakaś rozległa, przecudna dolina zielona. Góry, jakich nigdy nie widziałem i nawet nie wyobrażałem sobie, że mogą tak wyglądać. Na niebie świeci słońce i czuję ciepło tego słońca na oku, to ciepło jest miłe, a blask piękny, intensywny, ale nierażący. Cały ów widok jest absolutnie bajkowy.

Nisko i okolice to równina płaska jak naleśnik. Innego świata nie znałem zupełnie. W życiu moim krótkim nie miałem okazji widzieć jakiejkolwiek góry czy doliny, a tu nagle coś tak niepojętego, taka bajka. Dosłownie, bo ten cały krajobraz był wszak niemożliwym do rzeczywistego zaistnienia, mógł być tylko cudną bajką zaklętą w tym niezwykłym wiecznym piórze.

Była w tym krajobrazie pewna generalna i zasadnicza sprzeczność. „Generalna i zasadnicza sprzeczność” ‒ teraz potrafię to tak nazwać, ale wtedy była to oczywistość nie wymagająca określenia słownego. No jakże to? Tu zielone pola przecudnej, rozłożystej doliny, ciepłe słońce, lato ciepłe, a jednocześnie pada śnieg, bardzo wyraziste, wielkie płaty śniegu suną z góry na dół powoli i opadają na ziemię pokrytą śniegiem grubo. Powinienem marznąć od tego śniegu, bo jest mróz, a śnieg i mróz jest tu właśnie, gdzie ja jestem. Powinienem stać moimi bosymi nogami w tym śniegu i marznąć w stopy i w ogóle, ale o dziwo nie marznę, bo wcale nie stoję w śniegu, ale jestem jakby zawieszony nieco ponad ziemią, metr lub dwa powyżej tych zasp śnieżnych. Jest mi całkiem ciepło, pomimo mrozu, który mnie otacza.

Więc jest w tym krajobrazie cudnym i zima, i lato jednocześnie, a coś takiego jest wszak niemożliwe. Mnie tam było wszystko jedno. Wiedziałem, że to nieprawda i że to niemożliwe, ale długo i z wielkim zachwytem oglądałem ten niezwykły obraz, ruchomy, bo śniegowe płatki nie wisiały jak namalowane, ale opadały prawdziwym śniegiem.

W oddali w dolinie rozróżniałem punkciki czy klocuszki budowli, domków, odgadywałem, że ta wijąca się, błękitna wstążeczka cienka jak sznurowadło, to rzeka. Nigdy nie widziałem rzeki w ten sposób. Rzeki się tak nie widuje. Żeby zobaczyć rzekę trzeba iść tam gdzie ona jest, przejść przez wiklinowe zarośla, wyjść na plażę i już widzisz rzekę, ale żeby tak z daleka i wysoka? Niepojęte i cudowne.

A tamta kreseczka żółtawo-brązowa to na pewno droga, na tej odgadniętej, odległej drodze coś się porusza. To chyba wózek jakiś. Nie widzę z tej odległości żadnych szczegółów, zaledwie odgaduję kształt sylwetki mniejszej niż ziarenko żyta. To musi być wózek na dwóch tylko kołach i ciągnie go zwierzątko, nie wiadomo koń czy osiołek, a może krowa, a może jakiś duży pies. Najwyraźniej jedzie, bo przecież, choć powoli, ale przesuwa się to ziarenko po kreseczce drogi, widzę to wyraźnie, a ta biała chmura na niebie też się przesuwa, i ten cały obraz, chociaż niemożliwy, żyje i rusza się najprawdziwiej.

Inne książki tego autora