Ramiona wagiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ramiona wagi
Ramiona wagi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,98  31,98 
Ramiona wagi
Ramiona wagi
Audiobook
Czyta Artur Ziajkiewicz
24,99  18,24 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Józef Musioł

Ramiona wagi

Saga

Ramiona wagiZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2014, 2020 Józef Musioł i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone. ISBN: 9788726726213

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Sędzia funkcjonuje w konkretnej przestrzeni czasowej, w której prawo zmienia się diametralnie. Na przykład raz eliminuje karę dożywotniego pozbawienia wolności i wprowadza karę 25 lat więzienia, to znów eliminuje karę śmierci i przywraca dożywocie. Prawo się zmienia, sędzia musi trwać, tak jak bohater tej książki.

Jakiekolwiek podobieństwo miejsc i nazwisk występujących w tej książce jest dziełem przypadku.

... bojaźliwi sędziowie niweczą działania

ustawodawstwa...

Odważnych sędziów –

oto czego państwo najbardziej potrzebuje.

(Napoleon, 1812)

– Swój los składam w ręce Sądu.

W czyje ręce? Sądu? Nie, nie! W twoje. Sąd jest jedynie urzędową dekoracją. To ty, nie bacząc na przywdzianą togę, musisz we własnym sumieniu zadecydować o losie tego konkretnego człowieka poprzez udzielenie odpowiedzi przede wszystkim sobie, a potem dopiero temu na ławie oskarżonych i tym, którzy czekają na swoistą wycenę ludzkiego życia. Odpowiedzi nie tylko na pytanie: „Czy zabił?”, bo to pytanie w tej sprawie nie budzi wątpliwości, ale odpowiedzi o stopniu winy oskarżonego, czy działał w afekcie?, czy też, jak chce tego prokurator, że działał z premedytacją. Jeżeli oskarżony zabójstwo to planował, to kiedy powziął taką decyzję, w jakich warunkach zrodziła się myśl pozbawienia życia znienawidzonego człowieka? Był przecież człowiekiem przyzwoitym, dobrym mężem i ojcem. W jakże natężonym transie psychicznym musiał się znajdować, skoro równocześnie przygotowywał sobie zadanie śmierci. Do jakże skomplikowanego skumulowania sprzecznych racji musiało u niego dojść. Zaplanował zabicie człowieka z powodu żalu, poczucia krzywdy osobistej, jakiejś idei uwolnienia społeczności w pracy, z którą się utożsamiał, od strażnika, który tę społeczność upokarzał. Czy tamten upokarzał, czy tylko rygorystycznie wykonywał swe obowiązki? W swoim odczuciu chronił miejsce pracy również tej społeczności, do której należał jego zabójca.

Są zawody i funkcje, których wypełnianie siłą rzeczy ogranicza lub narusza sferę prawną, osobistą drugiego człowieka. Jak zakreślić ową granicę, której przekraczać się nie powinno, czy zawsze to jest możliwe przez ustalone przepisami normy?

– Sąd udaje się na naradę, po której zostanie ogłoszony w tej sprawie wyrok – ogłosił wszystkim Sędzia.

Podnieśli się z ciężkich foteli i gęsiego udali się do pokoju narad. Sąd, to znaczy sędziowie, znikają, pozostawiając opuszczony przez siebie podłużny, pokryty zielonym suknem stół sędziowski. Za tymi drzwiami niewielkiego pokoju narad rozgrywa się ostatni etap dochodzenia prawdy i to nie tylko o tym, kto i jak zabił, ale prawdy, która nie dotyczy fizycznego zachowania sprawcy, ale czegoś nieuchwytnego, nieutrwalonego kamerą technika dochodzeniowego policji, prawdy o tym, co działo się wewnątrz tego oskarżonego.

Nie jestem bezmyślnym narzędziem. Wraca pytanie, w jakim więc momencie nastąpiło podjęcie owej decyzji, która pokonała opór przed popełnieniem zabójstwa, przed targnięciem się na cudze i własne życie.

Mam wydać wyrok. W pięciu zadecydować o jednym. Rozstrzygnąć o winie i karze, i to w imieniu Państwa. Dlaczego Państwa, a nie we własnym?

Czyżby ustawodawca, nie wierząc w jego nieomylność, asekurował go i przejął w ten sposób odpowiedzialność za jego rozstrzygnięcia?

Jestem tak silny, że wierzę, iż mam rację, wydając taki, a nie inny wyrok, czy jestem tak słaby i niepewny swych racji, że musi cię osłaniać autorytet Państwa. A może to wyposażony w prawo i obowiązek niezawisłości swoim rozstrzygnięciem ma budować autorytet i siłę państwa prawa?

Jak złożyć w jedno to cząstkowe zachowanie oskarżonego, jak wniknąć, co naprawdę nim powodowało, jak uporządkować to nieuchwytne, jak skojarzyć rozkojarzone wrażenia po każdym przeprowadzonym dowodzie, wystąpieniu oskarżyciela i obrońcy, poddać to z osobna i razem niezbędnej dyscyplinie.

Cofał jeszcze raz tę swoistą taśmę filmową z zarejestrowanym przebiegiem procesu.

Tam na sali rozpraw sam go prowadziłeś, byłeś jego reżyserem. Reżyserem? Jeśli tak, to skąd wiesz, że twoje widzenie oddaje prawdę. Czy w takim przypadku możliwe jest spełnienie wymogu absolutnej bezstronności, skoro w tym filmie jest coś, a może wiele twojego, niekoniecznie obiektywnego widzenia owego tragicznego wydarzenia? Echa oskarżenia i obrony zderzają i wykluczają się wzajemnie.

Wracają obrazy z przebiegu rozprawy.

– Otwieram posiedzenie Sądu Wojewódzkiego – to rytuał. – Rozpatrywana będzie sprawa Andrzeja Poraja oskarżonego o przestępstwo z artykułu 148 § 1 kk. Oskarżony Poraj doprowadzony został z aresztu.

– Zgłaszam się jako obrońca oskarżonego. Podpisane przez oskarżonego pełnomocnictwo złożyłem już wcześniej do akt sprawy – oświadcza adwokat.

– Oskarżam Andrzeja Poraja pochodzenia chłopskiego, z zawodu mistrza ślusarskiego, żonatego, ojca dwojga małoletnich dzieci, bez majątku, dotąd nie karanego – aresztowanego od dnia 11 stycznia... – o to, że w zamiarze pozbawienia życia Zbigniewa Hończy uderzył go trzykrotnie ostrzem siekiery w głowę, powodując rozległe uszkodzenia i pęknięcia kości czaszki oraz uszkodzenia opony twardej i tkanki mózgowej na głębokości do półtora centymetra, które to obrażenia spowodowały jego śmierć – to jest o czyn z art. 148 § 1kk .

Wysoki Sądzie – grzmiał prokurator – na ławie oskarżonych zasiadł człowiek, którego cynizm i brutalność sięgnęły szczytu. Na ławie tej zasiadł człowiek, który dopuścił się najpoważniejszej zbrodni, zbrodni zabójstwa starego, bezbronnego człowieka. Jak do tego doszło? Oskarżony zatrudniony był w Przedsiębiorstwie Doświadczalnym Urządzeń Peryferyjnych w charakterze wysoko wykwalifikowanego ślusarza. W tym samym przedsiębiorstwie rozpoczął pracę – na pół etatu, jako portier – Zbigniew Hończa.

Przerzuca strony aktu oskarżenia.

Oskarżony opuszczał zakład pracy. Portier Zbigniew Hończa - w ramach swoich obowiązków - zatrzymał go i szczegółowo skontrolował zawartość jego teczki. Wywołało to u kontrolowanego niezadowolenie. Oburzony wyraził coś niewłaściwego pod adresem portiera. Następnego dnia portier Hończa odebrał oskarżonemu przepustkę, a w dwa dni później sporządził dia kierownictwa przedsiębiorstwa meldunek - donos na oskarżonego. od tego czasu dochodziło między tymi dwoma mężczyznami do scysji.

9 stycznia oskarżony przyszedł do pracy w godzinach rannych i w czasie kontroli przepustek doszło między nim a portierem Hońezą do kolejnego gwałtownego zatargu, w wyniku którego oskarżony uderzył Zbigniewa Hończę tak silnie, iź spowodował ranę ciętą kości ciemieniowej i potylicznej. Wezwano policję. Oskarżonemu polecono opuścić zakład pracy. Pokrzywdzony sporządził kolejny meldunek, po którym dyrekcja przedsiębiorstwa zwalnia oskarżonego z pracy ze skutkiem natychmiastowym. Pismo o zwolnieniu doręczono mu 10 stycznia. Po powrocie do domu oskarżony działał jak w transie: naostrzył siekierę i nóż, następnie całą noc dokonywał swoistego rozrachunku, pisał listy pożegnalne – przez cały czas nie opuszczały go myśli samobójcze. Rano następnego dnia oskarżony czekał na przystanku autobusowym. Autobus przyjechał przed godziną piątą. Z autobusu wysiadł Hończa, Oskarżony udał się za nim. Gdy 70-letni portier spostrzegł oskarżonego, zaczął uciekać. Oskarżony pognał za nim, Niemal w biegu uderzył go ostrzem siekiery w tył głowy. Hończa upadł, a wtedy oskarżony już leżącego na ziemi jeszcze dwukrotnie uderzył tym zbrodniczym narzędziem i zbiegł do piwnicy pobliskiego budynku. Wepchnął garść zatrutej pszenicy, w drugą ręką mocno chwycił rękojeść noża i pchnął w lewą część klatki piersiowej. Gdy powstało zbiegowisko, Zbigniew Hończa już nie żył. Sekcja zwłok wykazała między innymi przerąbania i wgniecenia odłamów kostnych, płatowe odrąbanie kości sklepienia czaszki w okolicy jej szczytu. A w piwnicy sprawca czekał na swój zgon. Nie nastąpił on jednak.

Około godziny dziewiątej oskarżony wyszedł ze swej kryjówki i na ulicy został zatrzymany przez funkcjonariuszy.

– Wysoki Sądzie, oskarżony swoim czynem wyczerpał znamiona przestępstwa z art. 148 § 1 kk – zakończył prokurator.

– Czy oskarżony zrozumiał treść aktu oskarżenia, czy przyznaje się do winy i jakie chce złożyć wyjaśnienia?

– Zrozumiałem, o co jestem oskarżony. Do winy przyznaję się częściowo, do czynu całkowicie. Gdyby nie kłamliwe doniesienia na mnie, do tego by nie doszło. Hończa nie miał podstaw, by mnie szantażować, gdyż nerwy ludzkie mają pewne granice. On zniszczył cały mój dorobek, spowodował zwolnienie z pracy. Pierwsze zajście z Hońezą polegało na tym, że przechodząc przez portiernię miałem przy sobie brudne skarpety i koszule w teczce. Sposób przeprowadzenia przez niego kontroli był ohydny. Gmerał w teczce, w brudnych rzeczach. Powiedziałem wtedy: „wstydziłby się pan kopać w takich brudnych rzeczach”. To wszystko, a ten napisał za to na mnie raport, że utrudniam mu przeprowadzenie kontroli. Na drugi dzień zabrał mi przepustkę – po prostu wyszarpał mi ją. Uwziął się na mnie. Świadczy o tym drugie zajście, które miało charakter drastyczny. Hończa poddał mnie szczegółowej rewizji. Oczywiście nic nie miałem przy sobie. Wyszedłem i normalnie zamknąłem drzwi – tak jak to czynią wszyscy inni. Wtedy przez otwarte drzwi powiedział do mnie: „ty chamie, nie trzaskaj drzwiami” i wychylił się przez drzwi za mną. Ja go wtedy mocno wepchnąłem do środka. Tak było, widzieli to inni portierzy. Podpisali mi stosowne oświadczenia. To rozwścieczyło Hończę i następnego dnia doszło między mną a nim do szamotaniny. Mogłem go wtedy niechcący trzasnąć, to znaczy uderzyć. Wezwano funkcjonariusza, a ja udałem się do domu. Żona mówiła mi, abym tego człowieka unikał. Potem potoczyło się wszystko błyskawicznie. Wręczono mi zwolnienie z pracy. Nie wiedziałem, co robić, byłem zrozpaczony, że wyrzucono mnie tak bez wypowiedzenia z tego zakładu, dla którego tyle zrobiłem, byłem przy jego uruchamianiu. Wyrzucono mnie na bruk. Miałem na utrzymaniu żonę i dwoje dzieci. Nie widziałem wyjścia. Postanowiłem sobie odebrać życie. Zakupiłem zatrutej pszenicy, naostrzyłem nóż. W nocy zacząłem pisać listy pożegnalne. Wtedy powziąłem decyzję uwolnienia zakładu od Hończy, który wyrządził tyle krzywdy ludziom. Wziąłem siekierę, coś mnie pchnęło, poszedłem na przystanek. Pierwszy cios pamiętam, a potem już wszystko zamazało się w mych oczach. Poszedłem do piwnicy, zjadłem pszenicę i zadałem sobie cios nożem w okolicę serca. Krew płynęła wolno. Czekałem na śmierć. Nie przychodziła. Nóż przyciskałem do muru. Chciałem doprowadzić do wykrwawienia. Czekałem dwie godziny. Załamałem się całkowicie i nie miałem możliwości skończenia z sobą. Wyszedłem więc z piwnicy i skierowałem się do funkcjonariuszy, którzy mnie poszukiwali.

 

– Czy oskarżony, idąc z siekierą na ten przystanek, planował to zabójstwo?

– Nie miałem zamiaru zabić, a jedynie chciałem go ostrzec. Później jednak, gdy go zobaczyłem, odczułem całą mą krzywdę, nie zapanowałem nad sobą i zadałem ciosy siekierą.

– Czy strony mają pytania do oskarżonego?

– Wnoszę o dopuszczenie dowodu z fragmentów listów pisanych przez oskarżonego, a nagranych na taśmie magnetofonowej. Tam będziemy się mogli przekonać, z jaką perfidią i bez skrupułów ten człowiek zaplanował tę całą zbrodnię – zgłosił wniosek prokurator.

– W zasadzie oponuję przeciwko temu dowodowi. Oskarżony przecież przedstawił nam przebieg zajścia – ripostował obrońca.

– Sąd postanowił dopuścić zawnioskowany przez prokuratora dowód. Proszę o uruchomienie magnetofonu. Czy to nagranie odpowiada treści listu pisanego przez oskarżonego?

– Tak.

– Zarządzam postępowanie dowodowe i pouczam oskarżonego o przysługującym mu prawie zadawania pytań osobom przesłuchiwanym i składania oświadczeń po każdym przeprowadzonym dowodzie.

Proszę niech wejdą świadkowie.

Proszę podać imię, nazwisko, wiek, zawód i czy świadek jest krewnym oskarżonego. Pouczam, że świadek ma mówić prawdę, ponieważ za fałszywe zeznania lub zatajenie prawdy grozi świadkowi kara pozbawienia wolności do lat 5.

Za zgodą stron Sąd postanowił przesłuchać świadków bez przyrzeczenia. Na sali pozostaje świadek Edmund Dziwski.

– Co świadkowi wiadome jest o sprawie?

– Oskarżony był podległym mi pracownikiem. Był jednym z pierwszych pracowników w przedsiębiorstwie, został zatrudniony w chwili powstawania tego przedsiębiorstwa. Był pracownikiem chętnym, rzetelnym, na każde zawołanie, był to człowiek po prostu potrzebny w naszym zakładzie pracy. Zawsze wykonywał polecenia przełożonych. Słyszałem, że doszło między oskarżonym a portierem Hońezą do konfliktu. Po prostu Hończa był chorobliwie nadgorliwy. W czasie kontroli po prostu rzucał się na ludzi. To prawda, pomagało to czasem wykryć coś u pracowników, którzy usiłowali wynieść jakieś przedmioty z pracy.

– To znaczy, że walczył ze złodziejstwem – wtrącił prokurator.

– Tak, walczył.

– Czy robił to po ludzku? – zapytał obrońca.

– Swoich obowiązków nie wykonywał kulturalnie, był niegrzeczny. Sposobami kontroli prowokował do konfliktów.

– Bo kontrolował, co? – drążył prokurator.

– Wysoki Sądzie, proszę o zwrócenie uwagi prokuratorowi na nieistotność zadawanych pytań – obrońca wykazał czujność.

– Zwracam uwagę, aby forma zadawanych pytań nie zawierała nacisku na treść zeznań świadka.

– Wykonywanie obowiązków portiera nie jest przyjemne. Nie jest przyjemne rewidować i być rewidowanym – kontynuował świadek.

– Dziękuję świadkowi, niech wejdzie świadek Maroń Alojzy.

– Jestem portierem. Pracowałem razem z portierem Hończą. Był to służbista. Każdemu do teczki zaglądał. Przepustki kontrolował napastliwie. Na przykład przepuścił pracownika, a gdy był już za portiernią na drodze rzucił się za nim i wyrwał mu teczkę do kontroli. Potem wyciągał z niej różne brudne rzeczy, chociaż należało robić to w kabinie do tego przeznaczonej, a nie przy ludziach. Ja z oskarżonym nigdy żadnego zatargu nie miałem. Oskarżony miał opinię bardzo dobrą.

OPINIA BIEGLYCH PSYCHIATRÓW

Po przeprowadzeniu badania oskarżonego i zapoznaniu z całym materiałem sprawy wydajemy następującą, zgodną opinię: Tempore criminis – oskarżony, u którego stwierdzamy cechy zaburzeń osobowości o typie socjopatii nie znajdował się w stanie czynnych zaburzeń psychotycznych, ani też w stanie innego zakłócenia czy upośledzenia sprawności funkcji psychicznych i umysłowych, które znosiłyby lub zakłócały w stopniu znacznym jego zdolności rozumienia znaczenia czynu i zdolności kierowania swoim postępowaniem w rozumieniu art. 25 § 1 lub 2 KK. Ze względu na rozmiary spiętrzenia afektów fizjologicznych tempore criminis miał upośledzoną w stopniu nieznacznym zdolność rozumienia znaczenia czynu i kierowania swoim postępowaniem.

– Czy ta sytuacja, w jakiej się oskarżony znalazł, nie wywarła wpływu na działanie w afekcie? – Sąd zwraca się do biegłego.

– Analizując przebieg inkryminowanego czynu, jak i sytuację poprzedzającą, należy przypuszczać, że szczególnie niekorzystny splot wydarzeń zbiegł się z cechami osobowości oskarżonego, co w wyniku dało drastyczne rozwiązanie spiętrzonych afektów krzywdy i poniżenia w postaci krytycznego czynu.

Czy oskarżony jest osobnikiem agresywnym, czy uznającym prawo, kary itd.? – pytanie zadaje prokurator.

– Oskarżonego cechuje silna potrzeba autonomii, przeciwstawiania się nakazom i zakazom, uznaje prawo do niezależnego i swobodnego działania zgodnego z własnymi impulsami, lekceważy konwencje, jest dumny.

– Czy oskarżony jest człowiekiem zrównoważonym? – obrońca jest dociekliwy.

– Nie. Uczuciowo niezrównoważony, emocjonalnie niedojrzały, zdradza objawy impulsywności, nadpobudliwości. Zabójstwo było wynikiem rozładowania potrzeby agresji, której spiętrzenie wystąpiło krytycznego dnia, tym bardziej że w subiektywnym przekonaniu oskarżonego zabójstwo traktował jako wyzwolenie zakładu pracy, jak i samego siebie od człowieka, który zdaniem oskarżonego nie był przez załogę lubiany, wyrządzał ludziom krzywdę.

– Czy zdaniem biegłych oskarżony działał w stanie silnego wzburzenia? – dopytuje Sąd.

– Tak. Czynniki emocjonalne górowały u niego nad czynnikami rozumowymi, intelektualnymi.

– Czy Sąd ma odczytywać wszystkie dowody zawnioskowane do odczytania w akcie oskarżenia znajdujące się w aktach, czy też można je uznać za odczytane?

Za zgodą stron uznano dowody za odczytane.

– Czy strony żądają uzupełnienia przewodu?

– Nie zgłaszam – mówi prokurator.

– Nie zgłaszam – tu obrońca jest zgodny z prokuratorem.

– Zamykam przewód sądowy i udzielam głosu prokuratorowi.

– Popieram akt oskarżenia i żądam wymierzenia oskarżonemu najsurowszej kary przewidzianej w art. 148 § 1 kk , to jest kary śmierci.

– Wnoszę o zmianę kwalifikacji prawnej czynu oskarżonego na § 2 art. 148 kk . Oskarżony działał w stanie silnego wzburzenia usprawiedliwionego okolicznościami, działał w afekcie. Proszę o wymierzenie mu łagodnej kary przewidzianej w tym przepisie – argumentuje obrońca.

– O co prosi oskarżony?

– Na życiu mi nie zależy. Żal mi żony i dzieci. Swój los składam w ręce Sądu.

I znów: „Swój los składam w ręce Sądu” – niosło się jak echo w sali narad.

Uruchamiam ramiona wagi. Zaczynam ważyć to, co niewyważalne. Pięciu zamkniętych w pokoju narad. Dla każdego z nich waga odmierza to, co na szale rzucono. Na jednym ramieniu życie owego nadgorliwego strażnika, życie już unicestwione, na drugiej szali życie człowieka, który w desperackim kroku, w swojej wizji uwolnienia od zła, zabił. Dla każdego z sędziów języczek u wagi ma inne położenie. Winien, a jeżeli winien zbrodni, to czy działał z premedytacją, w pełni normalny, czy w afekcie? Ciągle te same pytania. Następuje dziwne odważanie winy, a potem dopasowywanie do niej kary. Na kartce papieru z nadrukiem „Wyrok w imieniu...” składamy swoje podpisy. Naciskam dzwonek, przekraczamy próg sali rozpraw i sadowimy się za podłużnym sędziowskim stołem...

W domu panowała martwa cisza. Żona zapowiadała wyjazd z dziećmi do swej matki. Postawił ciężką teczkę w przedpokoju i jak wytresowane zwierzę odruchowo zzuł swe mokasyny. Żona zawsze robiła wymówki, gdy wszedł o te dwa kroki za daleko w głąb mieszkania. „Buty należy zdejmować nie przekroczywszy progu” – mawiała. Ciebie tego w domu nie nauczono? To, że jesteś wychowany na wsi nie znaczy, że masz tkwić w tamtym, że ciągle, mimo doktoratu, ma ci wychodzić słoma z butów. Mechanizm uruchomiony z przesadą właściwą kobietom zadziałał tu na zasadzie odruchu, ale i fałszywego zgrzytu – czy buntu. Walizkową teczkę z aktami postawił obok okna. Na biurku zauważył gruby zeszyt w niebieskich okładkach. Tytułowa okładka odchylona była do pozycji prostopadłej, odsłaniając białą kartkę pierwszej strony zeszytu. Odruchowo zaczął wodzić wzrokiem po drobnym, charakterystycznym dla żony piśmie. Wsparty rękami o blat i pochylony nad biurkiem, w tej dziwnej pozycji rejestrował przesuwające się linie liter, układające się w niezrozumiały – w pierwszej chwili – zapis.

Myślałam o złych stronach zmiany w życiu, za każdym razem pozostawia się poza sobą coś cennego, czego nie powinno się uśmiercać, a co porzucone ginie.

K. Mansfield

Doznawał dziwnego rozdwojenia jaźni: był tu, a wracał tam, do gmachu sądu, w którym zostawił siebie, ów balast rozważań przywędrował tu, w te cztery ściany małego pokoiku. Opowiedział się przeciw karze śmierci w tej konkretnej sprawie, bo wynikało to z oceny zachowania tego konkretnego oskarżonego o zabójstwo, z okoliczności, w jakich doszło do tego, że pozbawił życia tę, w jakimś sensie prowokującą swoim zachowaniem, osobę. Ale czy przez te szczegóły, które zaowocowały śmiercią, przemykały pewne idee, które zdominowały go przy podejmowaniu ostatecznej decyzji w czasie wyrokowania? Idee bądź to zwolenników kary śmierci, tak zwanych retencjonatów, bądź walczących z nią od kilku ostatnich wieków przeciwników zwanych abolicjonistami wyrosłymi z idei filozofii humanitarnej. Już kiedyś, gdy dopiero wkraczał w zawód sędziowski, oddawał się lekturze dzieł poświęconych dwóm filozofiom karania. Według tych pierwszych to właśnie restrybucja moralna uzasadnia karę śmierci, bo zakłócona przestępstwem równowaga moralna musi być przywrócona adekwatną karą. Kara śmierci – głoszą retencjonaci – odstrasza, działa przykładowo, jest powściągowa, konieczna dla obrony społeczeństwa, jest efektywna. To prawda, stanowi środek sztucznej selekcji, eliminuje zdemoralizowanych, jest sprawiedliwą odpłatą, no może to nie najważniejsze, ale nie pociąga dużych kosztów w porównaniu z dożywociem, stanowi remedium na gwałt, ale przecież też i zabezpiecza przed samosądem, jest antycypacją śmierci. Nie bez znaczenie też jest, że domaga się jej opinia publiczna wyrażona przez suwerenne społeczeństwo, którym przecież jest naród.

Czy kara śmierci jest niehumanitarna i niegodna człowieka? Wręcz odwrotnie. Stanowi najwyższe uznanie godności ludzkiej!

Bzdura – krzyczą abolicjoniści. Kara śmierci jest nieużyteczna, niekonieczna, niesprawiedliwa, bo stanowi odwet, a odwet nie jest sprawiedliwością samą w sobie, co zauważył już Arystoteles, nieproporcjonalna, nienaprawialna, sprzeczna z celami kary, wyklucza ekspiację, nie odstrasza, stanowi pogwałcenie życia ludzkiego i godności człowieka, wprowadza terror, jest sprzeczna z dzisiejszym poziomem kultury, jest anachronizmem stanowiącym zawsze destrukcję życia ludzkiego. Tak, tak, kara śmierci gloryfikuje sprawcę. Kara śmierci bazuje na strachu. Tymczasem strach przed karą śmierci nie jest najsilniejszym mechanizmem doboru i mającym wybór ludzkiego postępowania. Wiadomo, że odstraszanie nie działa na sprawców o zaburzonych procesach świadomości, sprawców z wkalkulowanym ryzykiem, tych, u których życie nie przedstawia żadnej wartości, nie działa też na odurzającego się sprawcę. Niehumanitarność kary śmierci ma ścisły związek z zasadą etyki, w myśl której człowiek jest summum bonum. Nie zabijaj wynika z postawy szacunku dla egzystencji każdej jednostki. Z uznaniem więc takiej absolutnej wartości każdej jednostki wiąże się ujemna ocena wszystkich czynów godzących w istnienie człowieka. Jeśli tak, to istnieje bezwzględny moralny zakaz zabijania i jeżeli moralnie złe jest zabójstwo, to zła jest również kara śmierci. Ze złem należy walczyć bez używania zła.

 

Siedząc przy biurku przywoływał nie tak dawno odczytane w naukowych dysertacjach rozważania za i przeciw karze śmierci. Przedzierał się przez książkę Alicji Grześkowiak Kara śmierci w polskim prawie karnym i jeszcze bardziej uzmysłowił sobie, że ten spór „za” i „przeciw” drąży ludzi od wieków

Marny sędzio, włączyłeś się w ten odwieczny spór etyczny o karę śmierci prowadzony przecież bądź na płaszczyźnie aksjologicznej – jako spór o wartości – nie zabijaj, wynikający z postawy szacunku dla egzystencji każdej jednostki ludzkiej – lub też jako spór o zależności empiryczne. Wolno sprawcę pozbawić życia, o ile w ten sposób odstraszy się potencjalnych przestępców. Jedna strona twierdzi, że kara śmierci odstrasza, druga, że nie odstrasza.

Wkraczamy w XXI wiek z tym balastem, czy śmierć za śmierć, a więc zło za zło, gdy tymczasem całkowicie zniósł karę śmierci już Leopold II Toskański w kodeksie karnym z 1786 roku oraz Józef II w kodeksie Austrii z 1787. To prawda taka jak i ta, że w rok później tę karę przywrócono, a później, już w XX wieku po I wojnie światowej, ruch abolicjonistów dość skutecznie zahamowały zmiany ustrojowe, które wspierane koncepcją urodzonego przestępcy przywracały karę śmierci.

Moje małżeństwo dobiega kresu. – Jak to sig stało, że nie zauważyłam, iż to się stało, że skończyła się miłość. Stosunek męża do mnie zmieniał się systematycznie, przestał się liczyć z moim zdaniem. W jego życiu jest miejsce na pracę, jeszcze raz na pracę i działalność społeczną. Wykłady, zebrania, spotkania z młodzieżą i ludźmi w odległych miejscowościach, na to wszystko ma czas, nie ma go tylko dla żony...

Jak trafnie osądziła! Ma rację, ale czy mogę zmienić siebie? Jestem wtłoczony w coś, co determinuje mój sposób bycia, mój stosunek do obowiązku. Obowiązek? A ten małżeński obowiązek, to zobowiązanie można ignorować?

Obrazki z życia zaczęły się przesuwać niczym na zwolnionym filmie. Od czasów poznania Elżbiety, od pierwszych spotkań, poprzez ślub, który był efektem nie tylko miłości, ale również powinności wobec dziewczyny spodziewającej się dziecka.

Właściwie poznał ją w niecodziennych okolicznościach.

Prowadził jako młody sędzia sprawę z tak zwanego oskarżenia prywatnego, czyli mówiąc językiem sądowym „pyskówkę” – gdy na salę rozpraw weszły dwie dziewczyny, jedna niższa, druga wysoka o „murzyńskiej” urodzie.

Ta mniejsza zgrabna brunetka zachowywała się dziwnie, zerkając na „Wysoki Sąd” co najmniej tak, jak to się czyni w sklepie, w którym ma się znajomą ekspedientkę. Jak się później okazało owe dwie dziewczyny, które zmuszony był wyprosić z sali, bo „pyskówki” tylko na zgodny wniosek stron można prowadzić przy „drzwiach otwartych” – przyszły odwiedzić swoją koleżankę, która w tym sądzie aplikowała.

Przez tę aplikantkę poznał owe dwie dziewczyny, które zaplątały się przypadkowo lub celowo na jego salę rozpraw.

Po roku ta mniejsza – absolwentka dwóch uniwersytetów – była już jego żoną.

Zamieszkali w małym mieszkaniu. Kochali się, choć od początku tego związku towarzyszyły małe zgrzyty, uwarunkowane jakże odmienną drogą, jaką przebyli, wyniesionymi z domu obyczajami.

Oto Elżbieta, już żona, jest w ciąży. Leży zamyślona, a właściwie wyraźnie zmartwiona.

– Co ci dolega?

– Martwię się.

– Czym, zobaczysz, wszystko będzie dobrze, mój przyjaciel – znany ci doktor Kalucki – mnie o tym zapewnił. Jest to naprawdę dobry z powołania lekarz, specjalista położnik.

– Nie, nie o to się martwię.

– Tylko o co?

– O to, że dziecko, które urodzę będzie się nazywać tak brzydko, nie będzie nosić mojego nazwiska, a będzie się po prostu nazywać Brzeźniak, rozumiesz, Brzeźniak. Przyznasz, że nieładnie.

– Słuchaj, dla mnie nieważne jest, jak się kto nazywa, tylko kim jest, co daje innym, społeczeństwu. To jest miara oceny człowieka.

– Ale przyznasz, że będzie nazywać się brzydko!

Elżbieta pochodziła z rodziny z kresów, w której ojciec nosił nazwisko odnotowane już w XVI wieku, natomiast matka była córką malarki. Choć była kobietą wykształconą, małżeństwo jej było traktowane jako mezalians popełniony przez dziedzica. Dla prawdy trzeba odnotować, że podczas gdy on, zakochany w koniach, nauki nigdy nie traktował poważnie, kpił ze swego szlachecko-ziemiańskiego pochodzenia, jego małżonka, wykształcona i zdolna prawniczka, która poświęciła się nauczaniu prawa w szkole ekonomicznej, swą nobilitację poprzez małżeństwo traktowała śmiertelnie poważnie. Po prostu wżyła się w to, co nabyła, tak silnie, że była tym, kim się stała dopiero na skutek formalnego związku. Szalenie poważnie traktowała swoje związki rodzinne, swój zawód, w którym spełniała misję przekazywania prawdy o pewnych uniwersalnych wartościach, nie bacząc na narzucone schematy realizmu socjalistycznego. Miała poczucie własnej godności. Czasem jednak zachowywała się jak przechrzta, który uwierzył, iż od wieków był tym, kim się dopiero stał na skutek zmiany religii. Zastanawiające było, jakim to sposobem zwykła nauczycielka szkoły średniej nie tylko zachowuje się, ale i czuje się jak księżniczka krwi. Jako nauczycielka cieszyła się autorytetem dobrego pedagoga i wychowawcy. Uczniowie – szczególnie szkoły licealnej – cenią sobie, gdy nauczyciel jest „lepszy” niż inni, gdy otoczony jest owym tajemniczym nimbem swego pochodzenia, „lepszego” pochodzenia. I dziwne jest to, iż w ustroju programowo zwalczającym klasy posiadające, wybrzydzającym na szlachtę i równocześnie nobilitującym robotników i chłopów, ci sami chłopi, często poniewierani i lżeni przez dawną szlachtę – czasem tę najuboższą, szaraczkową, jak ją się często określa – robotnicy wyzyskiwani i pozbawiani pracy i źródła utrzymania, dzisiaj odnoszą się do nich jak do świętości. Czy faktycznie tamte kasty – szlacheckie, ziemiańskie – swoim zachowaniem i traktowaniem ludzi niższych klas zasługują na to, czy też ustrój socjalistyczny w naszym polskim wydaniu tak ich rozczarował i zawiódł ich oczekiwania? Śmieszne, ale owe charakterystyczne zachowanie wobec owej umarłej kasty daje się zauważyć u przywódców politycznych, choć oficjalnie, a nawet w rozmowach prywatnych, tego nie ujawniają. Nie przejmują pozytywnych cech sarmackich, tego, co było szlachetne ideowo, postępowania honorowego, a tylko to, co klasę tę zdeklasowało i doprowadziło do zupełnego skarlenia. Może zaciążyła tu świadomość bezpowrotności epoki i normalny w takich przypadkach szacunek do reliktów, które epoka pozostawiła nam niejako w spadku?

Sędzia Brzeźniak często się nad tym zastanawiał i zadawał pytanie, czy sam nie padł ofiarą pewnej mistyfikacji i zauroczenia owymi reliktami. Wszak Elżbieta była takim reliktem, jej rodowe nazwisko mogło zrobić wrażenie. Miała tzw. kindersztubę, lekkość i dowcip, który – jak mawiała – jest miarą inteligencji. Studia skończone, i to dzięki władzy ludowej, nie tylko na najsławniejszym uniwersytecie w Polsce, ale i za granicą.