Człowiek i zbrodniaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Człowiek i zbrodnia
Człowiek i zbrodnia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 54,98  43,98 
Człowiek i zbrodnia
Człowiek i zbrodnia
Audiobook
Czyta Artur Ziajkiewicz
29,99  22,19 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Skundal w czasie procesu

Warszawa, dnia 6 kwietnia 1978 roku, siedziba redakcji tygodnika „Prawo i Życie”. Wokół redakcyjnego stołu: Henryka Ostrowska — opiekun społeczny i działacz społeczny ZBOWiD-u, Jadwiga Węgrzecka — tłumacz języków obcych.

Stawiam, jak poprzednio, to samo pytanie:

— Co zadecydowało, że wyraziły Panie zgodę na wyjazd do RFN, aby tam nie tylko stanąć przed sądem, ale spotkać się oko w oko z byłymi oprawcami? Czy podjęciu takiej decyzji towarzyszyły opory i skojarzenia?

Henryka Ostrowska: — Jest to sprawa bardzo trudna. Jak dostałam to zaproszenie, zaczęłam sobie zdawać sprawę z tego, iż wyrażenie zgody na wyjazd na proces będzie równoznaczne z powrotem do obozu. Znając Niemców, wiedziałam, że muszę w czasie przesłuchania operować dokładnymi szczegółami z tamtego okresu, z tego, co widziałam i przeżyłam.

Każdy człowiek przeżywa inaczej, każdy inaczej odczuwa i ma inną skalę zapamiętywania. Całymi prawie nocami myślałam więc o tym, zastanawiałam się, radziłam męża i córki. Mąż, biorąc pod uwagę mój stan zdrowia, wręcz oświadczył, że mój wyjazd na proces jest niewskazany.

Mimo tych przeciwwskazań postanowiłam pojechać do Düsseldorfu, ponieważ zdawałam sobie sprawę, że jestem bodaj jedynym świadkiem, który może coś wnieść w sprawie cyklonu B. Że cyklon ten był w obozie używany do uśmiercania ludzi, a nie — jak tego chcą niektórzy na Zachodzie — do dezynfekcji.

Z jedną koleżanką, która pracowała ze mną w owym obozowym magazyniew Majdanku rozstałam się w kolejnym obozie w Ravensbrück, z którego mnie przetransportowano do Buchenwaldu. Po wojnie starałam się ją odnaleźć przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż, ale bezskutecznie. Nie wiem, czy żyje.

Miałam więc zeznawać na okoliczność owego cyklonu B oraz dwóch oskarżonych, Orlowskiej, która tymczasem zmarła, i Braunsteiner. Musiałam więc wrócić do tamtego koszmaru, przypominać sobie sytuacje tak dalekie ludziom, a jednak prawdziwe. Musiałam odtworzyć w pamięci twarze oprawców i ich ofiar. A więc to wszystko, co postanowiłam zapomnieć i to tak dalece, że wymazałam z pamięci nawet moje numery obozowe. Wychodziłam z założenia, że za długo byłam numerem, a nie sobą. Meldowałam się nie jako Ostrowska, lecz jako numer, i po wyjściu z więzienia mam prawo wrócić do tego, co ma każdy człowiek — do imienia i nazwiska.

...Nie, nie. Nadal nie pamiętam mojego numeru, choć mam zaświadczenie Międzynarodowego Czerwonego Krzyża i tam wypisany jest mój numer z Majdanka i kolejno z Ravensbrück i Buchenwaldu. Żadnego z nich sobie jednak nie przyswoiłam, choć decydując się na wyjazd na ten proces w charakterze świadka, musiałam wrócić do piekła, którego początek datuje się z chwilą aresztowania mnie w maju 1943 roku przez gestapo w Ciechanowie, skąd przewieziono mnie do Płocka. Z tego miasta 2—3 września odbyłam podróż do Majdanka.

Rozpoczęłam pracę w Hofkolonne Komando 24 . Praca polegała na robieniu porządku na Polu — zbieraniu śmieci i odpadów, które ładowałyśmy na wóz. Wóz ten ciągnęły więźniarki. Zakładałyśmy lejce i tak, zaprzegnięte jak konie, ciągnęłyśmy ten wóz hen, daleko, na ostatnie Pole za krematorium.

Miałam więc zeznawać w Düsseldorfie. W momencie wyjazdu byłam już myślami przy odtwarzaniu w pamięci tamtych obozowych przeżyć. Lekarz zaaplikował mi bardzo silne środki uspokajające, zaznaczając, abym ich nie używała idąc do sądu. Już w samolocie odczuwałam wzrastające napięcie. Po raz pierwszy, tam w samolocie, znów bezpośrednio zetknęłam się z językiem niemieckim. Po raz pierwszy leciałam do RFN.

Jadwiga Węgrzecka: — Dla mie to też był głęboki wstrząs, że muszę znowu wracać do tych spraw. Z tym, że ja nie tyle zastanawiałam się nad SS-manami, na których temat miałam zeznawać, ale najgorszy był dla mnie moment dokładnego przypominania sobie tych wszystkich wydarzeń, o których będę musiała mówić na procesie. Zdawałam sobie sprawę, że głównie będzie chodziło o selekcję, bo to jest to, co ich najbardziej obciąża. Trzeba sobie było dokładnie przypomnieć, jak przebiegały te selekcje. I wtedy wyraźnie stanęły mi przed oczyma obrazy dzieci zabieranych do gazu, kobiet selekcjonowanych. Wie pan, to była rzecz, która mnie wytrącała z równowagi i to właśnie było dla mnie najbardziej ciężkim przeżyciem w momencie, kiedy musiałam podjąć decyzję wyjazdu.

Zostałam aresztowana w listopadzie 1942 roku w Radomiu w konsekwencji niepowodzenia akcji ruchu oporu w Roszkach koło Radomia. Po nieudanej akcji 11 listopada przeprowadzono dość liczne aresztowania, tego dnia zaaresztowano kilkadziesiąt osób w Radomiu, w tym mnie i moje dwie koleżanki.

Po dwóch miesiącach pobytu w więzieniu, w nocy z 6 na 7 stycznia 1943 roku przewieziono mnie na Majdanek. Byłyśmy pierwszym kobiecym transportem do tego obozu, i jako pierwsze wszystkiego musiałyśmy na sobie doświadczyć. Wprowadzono nas na Pole tak, jak wyjechałyśmy z więzienia, i dopiero po jakimś tygodniu czy nawet później zaprowadzono nas do kąpieli.

Byłyśmy zadowolone, kiedy usłyszałyśmy, że idziemy do kąpieli. Zima była bardzo ostra, kilkanaście stopni mrozu, baraki nie skanalizowane. Na środku Pola była jedna jedyna studnia, taka z ręczną pompą, ale tak zamarznięta, że dosłownie nie było się czym myć. Myłyśmy się śniegiem lub cieczą nazywaną kawą, którą dawali nam do picia. Na wiadomość, że prowadzą nas do „badu”, ucieszyłyśmy się, że nareszcie będzie się można normalnie umyć.

Ale ten „bad” okazał się rzeczą wstrząsającą pod każdym względem. Przede wszystkim pierwszy moment, że musiałyśmy się do naga rozbierać przy mężczyznach. Sama kąpiel też była makabryczna, bo polegała na tym, że raz puszczano gorącą wodę, drugi raz zimną. Kiedy człowiek był namydlony, to zaraz zamykano wodę tak, że nie wiadomo było, czy będzie się można spłukać, czy nie. Po tej „kąpieli” kazali nam wchodzić do takiej miski — małej wanienki, z jakimś obrzydliwym ciemnym płynem dezynfekcyjnym, w którym musiałyśmy się zanurzać — rzekomo w celach dezynfekcyjnych. Na zakończenie tej koszmarnej kąpieli odebrano nam nasze rzeczy osobiste — ciepłe palta, ciepłą bieliznę i dano pasiaki i jakąś bieliznę, która na nas nie pasowała. Duże i tęgie dostawały za małe rzeczy, szczupłe i drobne dostawały ogromne, w których się topiły. Na Pole wróciłyśmy jak gromada przebierańców. Następny transport pawiacki, który przyjechał dziesięć dni po nas idąc do „badu” wiedział już, co go tam czeka. Koleżanki wszystkie cieplejsze rzeczy zostawiły sobie na bloku.

Czy przeżywałam problem podjęcia decyzji wyjazdu na ten proces? Mogłam nie jechać, ale dyskutowałyśmy tę sprawę ze starszymi koleżankami i jednak doszłyśmy do wniosku, że skoro doszło do tego procesu, co należy uznać za sukces opinii publicznej, w tym i opinii polskiej, to nie można się w tym momencie wycofać.

Zastanawiałam się, czy nasze zeznania będą dość mocne, dość przekonujące. Po tylu latach nawet te najtragiczniejsze przeżycia bledną, upływ czasu może przecież pewne odczucia i spostrzeżenia osłabić, zdeformować. Chciałam zeznawać zgodnie z prawdą i z sumieniem.

Mój dylemat polegał na tym, czy sprostam zadaniu świadka, bo niełatwo przecież odtworzyć zdarzenia sprzed przeszło trzydziestu kilku lat. Mam rodzinę, ale ona pozostawiła mi wybór. Trudno żeby tutaj ktoś mógł za mnie podjąć decyzję.

Wyjechałam 6 czerwca 1977 roku. Boję się latać samolotem, więc skorzystałam z możliwości jazdy pociągiem. Jechałam razem z przyjaciółkami, też świadkami w tym procesie.

Byłam po raz pierwszy w RFN i muszę panu powiedzieć, że w ogóle czuję niechęć do jeżdżenia do Niemiec. I nawet w NRD, do której się jeździ niemalże po zakupy, nie byłam ani razu. Przyjechałam na dworzec do Düsseldorfu. Dworce wszystkie są mniej więcej do siebie podobne. Mieszkałyśmy z koleżanką w Kolonii. W hotelu biorę klucz do pokoju numer... Numer, znowu numer?

Skojarzenie zupełnie przypadkowe. Mój obozowy numer z Majdanka to 169. Do ewakuacji, do kwietnia 1943 roku byłam numerem 169. Potem Ravensbrück — niecałe dwa miesiące, a następnie Lipsk. To było Komando Lipsk, administracyjnie należące do obozu w Buchenwaldzie. Nasz obóz wyzwolili żołnierze Armii Czerwonej. Przedtem goniono nas — trudno powiedzieć gdzie, bez celu. Pędzono po Saksonii — spod frontu amerykańskiego pod front radziecki. Niemcy nie wiedzieli, co z nami zrobić. Wtedy sami piekielnie bali się o siebie, o swoje skóry. Jak było słychać jakieś detonacje z frontu amerykańskiego, to robiliśmy w tył zwrot i gnano nas w drugą stronę, pod front radziecki. Był to dziwny marsz między dwoma frontami zakleszczającymi hitleryzm.

Warunki ewakuacji makabryczne. Raz dziennie otrzymywałyśmy kilka kartofli z parnika, robiłyśmy po dwadzieścia — trzydzieści kilometrów dziennie prawie bez jedzenia, spanie pod gołym niebem. Stwierdzając, że szansa przeżycia ewakuacji jest mała, postanowiłam razem z koleżankami zaryzykować i odłączyć się od transportu. I to nam się udało. Było nas dziesięć, przechodziłyśmy koło takiego gęstego lasu i wskoczyłyśmy w ten las. Wprawdzie SS-mani trochę za nami postrzelali, ale szczęśliwie żadnej z nas nie trafili. Las okazał się szczęśliwy.

Był to koniec kwietnia, początek maja. Zmieszałyśmy się z tłumem uciekinierów z Austrii i z południowych rejonów Niemiec. Tam już nikt na nas nie zwracał uwagi. I tak nam się udało. Zupełnie świadomie podeszłyśmy pod front radziecki, żeby móc wcześniej wrócić do kraju...

— Refleksje związane z zetknięciem się z sądem w Düsseldorfie?

Henryka Ostrowska: — Przyleciałam we wtorek. Z lotniska w Düsseldorfie odebrała mnie pani z Czerwonego Krzyża, bardzo miła, uprzejma. Powiedziała, że pokój jest zarezerwowany, że ona jest z synem własnym samochodem, którym przewiezie nas do hotelu. Pytała również, czy nie chciałybyśmy zobaczyć Düsseldorfu i Renu. Byłam już zmęczona, pierwszy raz leciałam samolotem, więc i to wrażenie nałożyło się na tę osobliwą podróż. Nie bardzo chętnie, ale wyraziłam zgodę i poszliśmy nad Ren, później na spacer, a potem podjechałyśmy pod hotel.

 

Jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, co mnie czeka. Ciągle myślałam, ciągle sobie przypominałam. W pokoju nie mogłam zasnąć. O co mnie jutro będą pytać, co to jutro będzie. Nie spałam prawie wcale. Słońce wschodziło, wykąpałam się, ubrałam i już czekałam na tę Niemkę, która przyjdzie po mnie.

Z hotelu do sądu było bardzo blisko. Byłyśmy tam za dziesięć dziewiąta. Słyszałam, że moja towarzyszka coś do mnie mówi, ale byłam pod wrażeniem tego, co widzę. Wchodzą ludzie, wypatruję twarzy, tych twarzy...

Siedzę na korytarzu. W pewnej chwili otwierają się drzwi i na salę wchodzą dwie kobiety. Spojrzałam — ta jedna to chyba Braunsteiner. Jak gdyby nigdy nic, idzie swobodnie. A ze mną coś się zaczyna dziać.

Na samą myśl o tym, już mam ciarki... Przepraszam, to przejdzie.

A więc przeszła koło mnie. Poznałam ją. I w tej sekundzie poczułam się tak, jakby mi ktoś ściskał ramiona. Jakiś taki wewnętrzny lęk. Wydawało mi się, że jeżeli ona zawróci, to będę zmuszona wstać i zameldować się — tak jak tam, w obozie. To może się wydać śmieszne, po tylu latach, a odczuwałam jakiś dziwny, nieokreślony lęk. Wydawało mi się, że będę zmuszona stanąć na baczność.

Ta Niemka, która ze mną siedziała, zauważyła, że drżę, denerwuję się: — Pani Ostrowska, niech pani zapali papierosa, bo pani jest bardzo zdenerwowana.

Zaczęły napływać inne osoby, kobiety, mężczyźni. Gong i wszyscy wchodzimy na salę. Niemka wprowadza mnie na miejsce przeznaczone dla świadka. Nigdy nie byłam w sądzie. Jakieś podwyższenie, tu był sąd, a tam tłumacz.

Duża sala. Tylko przestrzeń między świadkiem a pierwszą ławą oskarżonych niewielka, tak że można patrzeć na twarz oskarżonej. Pechowy był dla mnie tłumacz. Pierwszy raz pełnił tę funkcję. Był to bardzo młody człowiek. Z tego, co mi opowiadał, pochodził z Krakowa. Dwadzieścia lat w Polsce. Wyjechał, zdaje się w związku z akcją łączenia rodzin i studiował w Bonn. Miał trudności, nie znał niektórych wyrażeń Nie dziwię się, bo często w grę wchodził żargon obozowy. Na przykład słowo „strażnica” tłumaczył „kleines Hauschen”.

— Proszę pana, ja się z tym nie zgadzam!

Sędzia nas obserwuje i pyta: — O co chodzi, pani Ostrowska? No więc tłumaczę.

— Już wiem — mówi — chodzi o strażnicę.

— Tak, panie sędzio, chodzi o strażnicę, bo „kleines Hauschen”, to nie jest strażnica.

Później był taki moment, kiedy mówiłam o pomieszczeniu, gdzie były te puszki, gdzie była Gasskamera, i gdzie drzwi były uchylone i przez te drzwi widziałam zagazowanych ludzi. Więc on znowu tłumaczy, że drzwi były otworzone. Nie zgadzam się, drzwi nie były otworzone, one były uchylone.

Tłumacz mówi: — Nie znam słówka „uchylone”.

Więc sędzia znowu pyta: — O co chodzi? Wreszcie mówi: — To znaczy nie całkiem otwarte. I pyta: — A dlaczego pani tak bardzo zależy, żeby były „lekko uchylone”.

— To dla mnie bardzo ważne, bo ja tak widziałam. I to ma znaczenie, bo przez otwarte drzwi można dużo widzieć, a przez uchylone mniej.

Trzy dni trwały przesłuchania, stopniowo dochodziliśmy z tłumaczem do porozumienia. Powiedziałam mu: — Proszę pana, pan był dwadzieścia lat w Polsce i ja pana bardzo proszę, żeby pan tak tłumaczył, jak ja panu mówię. Żeby pan wczuł się w moją sytuację, a nie mówił monotonnym głosem.

— Ja tego nie potrafię!

— Inaczej nie odda pan prawdy i sensu tego, co zeznaję.

Starałam się opanować, ale nie było to łatwe. Poznałam wszystkie SS-manki i jednego SS-mana. Braunsteiner, „Krwawą Brygidę”, Charlottę, Lauricha, który obecnie rzekomo jest bogatym przemysłowcem i właścicielem domu towarowego. Tam w obozie był w Politische Abteilung 25 . Mówiono, że to on wykonuje egzekucje przywożonych z zamku — więzienia w Lublinie. Miał taką wprawę w biciu, że potrafił pejczem wybijać oczy więźniom. Doszedł w tym do perfekcji. Miał wtedy 24 lata. Dzisiaj ma ponad sześćdziesiątkę, jest bardzo elegancki, przyjeżdżał i odjeżdżał z sądu pięknym samochodem.

Sędzia prosi, żebym opuściła miejsce i rozpoznała oskarżonych. Ją zostawię na koniec. Pomyśli, że jej nie rozpoznałam. Zatrzymałam się przed nią, ową groźną Braunsteiner, spojrzałam na nią, ale ominęłam ją. Przy niej siedział jakiś były SS-man, którego nie znałam. Później dowiedziałam się, że to był Hackmann, którego nie mogłam pamiętać, bo on był wtedy w Majdanku, gdy mnie jeszcze tam nie było. Na końcu wskazałam na Braunsteiner.

Tkwię więc znów tam, w Majdanku.

Gdy wchodziłam, meldowałam się podając swój numer — taki był przepis. Podobnie, gdy się wychodziło. Wtedy usłyszałam niesamowity krzyk. Taki krzyk, że wydawało się, że dzieje się coś strasznego. To dwoje małych dzieci tak krzyczało, gdy ciągnęła je Aufseherin SS Braunsteiner...

— W jakim wieku były te dzieci? — pyta mnie obrońca.

— Nie mogę powiedzieć, bo dzieci w obozie mogły mieć po dziesięć lat, a wyglądały na pięć, sześć. Były to po prostu skóra i kości. Wyglądały tragicznie.

— Jak to, tak blisko obok pani, Ryan (bo oni nie mówili Braunsteiner) ciągnęła te dzieci, a pani nie może określić ich wieku i płci?

— Nie mogę, ponieważ te dzieci nie były urbane. Te dzieci miały na sobie szmaty i dlatego nie mogę panu powiedzieć, czy była to dziewczynka czy chłopiec, czy były to dziewczynki czy chłopcy. Dzieciaki były ostrzyżone. Miały na sobie jakieś brudne szmaty. Ona ciągnęła te dzieci. Ja stałam i meldowałam się. Wtedy, jak ona wychodziła, to przestałam się meldować i wyszłam za bramę. Stanęłam i patrzyłam. Ona te dzieci ciągnęła do „badu”.

W tym momencie się załamałam. Po prostu nie mogłam dalej zeznawać. Coś się ze mną stało. Nie mogłam dalej zeznawać. I wtedy sędzia powiedział: — Piętnaście minut przerwy, żeby świadek mógł się uspokoić.

Posiedziałam z pięć, dziesięć minut, i wtedy tłumacz ponawia prośbę, żebym wyszła i zapaliła papierosa. Dałam się przekonać. I ledwie zdążyłam wyjść, jakiś mężczyzna — taki wysoki, chudy, w okularach, klęka przede mną i woła po niemiecku: Im Gottes namen!... W imię Boga, proszę o przebaczenie!...

W pierwszej chwili nie wiedziałam, o co chodzi? Kto to jest? A bałam się ich wszystkich. Okazało się, że był to pastor niemiecki, i on to prosił mnie o przebaczenie, ponieważ słyszał, jak jeszcze w pierwszej fazie zeznawałam, że widziałam gazowane dzieci, to znaczy wynoszenie ich już z Gasskamery i rzucanie na przyczepę. Gasskamera znajdowała się wewnątrz. To była część łaźni. Byłam przed tą łaźnią, bo SS-manka wysłała mnie do baraku SS-manek po książkę. Przechodząc koło łaźni zobaczyłam przyczepę z ciągnikiem i mnóstwo tych dzieci. Trudno mi określić, ile ich było. Jedni więźniowie nosili je i rzucali na kupę, inni stojąc rzucali je na przyczepę. A tam obok stała Braunsteiner i krematorzysta Mussfeld. To było moje pierwsze zetknięcie się z Braunsteiner. A drugi raz wtedy, kiedy ciągnęła te dzieci.

— ...Nie. Pastorowi nic nie odpowiedziałam, bo nie byłam zdolna...

Jak już wychodziłam po pierwszym przesłuchaniu na korytarz, podszedł do mnie jakiś mężczyzna:

— Proszę pani, czy mogłaby pani powiedzieć coś na temat tych zagazowanych dzieci i na temat obozu?

Było to w pierwszym dniu przesłuchania.

— ...Nie. Bardzo mi przykro, ale nie jestem w stanie z panem rozmawiać.

— Niech się pani nie boi — powiada — i wyjmuje wizytówkę, o tę: „The Sunday Times”, London, Antony Terry M. C. European Editor, Paris 8me , Paul Clemenstr. 1 233-305. Mówi, że jest dziennikarzem, że jest Anglikiem. Odpowiedziałam, że bardzo mi przykro, ale nie jestem już w stanie z nim rozmawiać.

Wracając do przesłuchania, to obrońca Braunsteiner podniósł, że z moich zeznań wynika, iż na I Polu nie byłam bita przez Braunsteiner.

Sędzia prosił mnie, żebym jeszcze raz powtórzyła to, co zeznałam.

— Rzeczywiście, zgadza się, nie byłam bita na terenie Pola, ale nie znaczy to, że nie byłam bita na terenie obozu. Nie pytano mnie bowiem, czy Braunsteiner biła mnie, gdy już pracowałam jako szrajberka. Sędzia uznał moje wyjaśnienie. Natomiast pan Bock zarzucił mi stronniczość i nieobiektywizm.

Kolejne moje zeznania dotyczyły pracy w magazynie obozowym. Były to trzy baraki — magazyn narzędzi, ale wśród tych narzędzi znajdowały się różne rzeczy. Między innymi noże, ale nie takie zwykłe, tylko dość długie noże. Te noże odbierało krematorium. Później dowiedziałam się od więźniów, że noże te służyły do przecinania wnętrzności i żołądków, bo i tam hitlerowcy szukali złota. Było też coś takiego, co służyło do wyciągania prochu ze spalonych kości. Takie grabki krupierskie. Były też kosze na różne jarzyny i różne narzędzia ogrodnicze.

Między różnymi rzeczami w następnym magazynie znajdował się również cyklon B. Bo były trzy magazyny. O ten trzeci nie pytano w ogóle, nie wiem dlaczego. A w trzecim były obrazy, porcelana, złoto i wyroby ze złota.

Pierwszy, w którym pracowałam z koleżanką, była to „szrajbsztuba” 26 . Na jej tyłach zgromadzono zrabowaną pościel, bieliznę pościelową, koce, różne nakrycia na tapczany. W owym trzecim baraku były ogromne ilości złotych wyrobów, łyżeczki stołowe, zastawa. W życiu już nie zobaczę prawdopodobnie takiej ilości złota — różnych pater, kielichów, puderniczek, etui. To wszystko było popakowane w skrzyniach. Pokój był specjalnie obudowany żelazną blachą i klucz od tego pokoju miał szef. Nie pamiętam, jak się nazywał, w każdym razie od czasu do czasu tam chodził. Byłam tam dwa razy: gdy kazał mi coś tam układać i przy tym mnie uprzedził: „Ty głupia świnio, jeżeli cokolwiek gwizdniesz, to cię zaraz, tu na miejscu, zabiję”.

Kiedy byłam tam trzeci raz, przyjechała jakaś większa świta. Teraz wiem, że był tam Foerster, był Weiss — komendant obozu, i jeszcze jakichś dwóch wyższych oficerów. Wtedy to polecono mi odkrywać obrazy, wszystkie były bardzo pięknie poukładane i pakowane. Ja zdejmowałam przykrycia, a oni oglądali te skarby. Potem kazano mi iść z powrotem do „szrajbsztuby”. Ale o to mnie nie pytano, chociaż mówiłam o tym w Warszawie.

I tu właśnie... przepraszam, ale na samą myśl strasznie się trzęsę...

Wtedy właśnie zapytano mnie, ile tam było puszek cyklonu B. Odpowiedziałam, że dwieście sztuk. Czytałam kilka razy w naszej i zachodnioniemieckiej prasie, że, że... ja te puszki nosiłam. Nie chodzi mi o to, że tego nie robiłam. Tylko, że to było niemożliwe. To było fizycznie niemożliwe z uwagi na ciężar puszek, które ważyły półtora kilograma każda. Wszystkie byłyśmy bardzo wymizerowane, bardzo chude i wyniszczone. Były więc tak zwane „tragi”. Tłumacz nie wiedział, jak przetłumaczyć „tragi” — nosiłki.

— Ja nie wiem, jak przetłumaczyć nosiłki!

Więc sędzia pyta: — Co znaczy ten „tragi”? Przypuszczam, że to od czasownika „tragen”?

Więc przyjęto, że to się nazywa „trag”. To były po prostu takie nosiłki, w jakich murarze noszą cegły. Takie pudło podobne do noszy, po dwa uchwyty z każdej strony. Pod spodem były deski, na których się stawiało puszki. Wchodziły trzy, trzy i trzy — czyli dziewięć. Cztery kobiety, które pracowały w tamtym magazynie, brały każda za jeden uchwyt i niosły puszki do łaźni. Musiałam otrzymać pokwitowanie tych puszek, więc również musiałam tam iść. Kapo nr 1 — Reichsdeutsch — przyjmował puszki z cyklonem B i następnie przynosił do SS-mana pokwitowanie, które ja z kolei musiałam dostarczyć do „szrajbsztuby” i oddać SS-manowi. Na podstawie pokwitowań wiedziano, ile gazu było i ile wydano.

Kiedy gaz był przywożony do magazynu? Tego nie wiem. Nieraz jak przychodziłyśmy do pracy, to nowy transport puszek z gazem już tam stał. Z rozmów SS-manów wywnioskowałam, że na przykład przyszedł transport trzech tysięcy puszek, ale u nas, w tym podręcznym magazynie, nigdy tej ilości jednorazowo nie było. Dostawy gazu odbywały się na pewno po apelu.

Czy mogłam powiedzieć, że nie pójdę razem z tymi kobietami, które nosiły gaz? Nie, bo to była moja funkcja, to była moja praca. Przecież magazyn był zamykany na kłódkę i kobiety wpuszczano tam do pracy. SS-man otwierał wrota, bo takie wrota były w tych magazynach, wchodziło tam pięć czy dziesięć kobiet i były tam zamykane na cały czas pracy. Ale było wiadomo, że jest to gaz i że jest przeznaczony do zatrucia ludzi. To był cyklon B.

Czy cyklon B był używany do odwszania odzieży? W tym okresie, kiedy ja byłam, raz robiono odwszanie i nie używano cyklonu B. W tym okresie, to znaczy od 5 listopada 1943 roku do końca, do ewakuacji, w czasie kiedy ja tam byłam i pracowałam.

 

Dlaczego pamiętam, że to był akurat piąty? Bo trzeciego listopada była ogólna selekcja Żydów i po tej selekcji zostałam wybrana do tego komanda. Przedtem pracowałam w innym komandzie. Dopiero po tej egzekucji, masowej egzekucji Żydów, w czasie której zginęło kilkanaście tysięcy ludzi, SS-mani uzupełnili te komanda potrzebnymi pracownikami czy robotnikami na miejsce poprzednio tam pracujących Żydów.

Pamiętam. Wszystkie pamiętamy ten masowy mord nazywany „dożynkami” (Erntefest) z 3 listopada 1943 roku. Noszenie i przekazywanie gazu nie robiło na mnie takiego wrażenia, jak widok zagazowanych dzieci.

— Jak wysokie były te puszki z gazem? — pyta sędzia.

Spokojnie pokazuję, że mniej więcej pół metra, a jeżeli chodzi o średnicę, to gdyby mi dał centymetr to pokażę na centymetrze.

— Pani Ostrowska, ja nie jestem złośliwy, ja jestem tylko dociekliwy...

Powiedziałam więc, jak wyglądały te puszki. Do każdej puszki dodawało się — też mam trudności z nazwą — myśmy to nazywały „korony”. Takie żelazne koło w kształcie korony ze szpicami i służyło prawdopodobnie do przyciskania puszek, do ich otwierania. W każdym razie liczba „koron” i liczba puszek była taka sama. Puste puszki po gazie nie wracały do magazynu.

Jeszcze mówiłam, że włosy z „badu” były przynoszone do nas do magazynu, gdzie była waga. Włosy pakowało się w worki jutowe. W jeden worek ugniatało się po pięćdziesiąt kilogramów. Niemcy sami nalepiali na nie jakieś nalepki i wysyłali. Potem przyjeżdżał wóz, na który więźniarki ładowały worki.

Skończyłam mówić o gazie. Wszystko to zostało przyjęte, z tym że obrońca Braunsteiner — Mundorf, stary, niesympatyczny, bardzo często mnie atakował, mimo że sprawa puszek z gazem wcale nie dotyczyła oskarżonej, której bronił.

— No tak, zeznawała pani wczoraj...

— To było przedwczoraj.

Był taki moment, że zrobił się wielki szum na sali. Podskoczył taki wysoki adwokat, Bock, coś bardzo dużo i długo mówił, krzyczał. Pytałam się tłumacza, a on mówi: — Już niedługo, zbliża się trzecia, już niedługo skończą się pani zeznania...

To był drugi dzień procesu. I wtedy właśnie ten Bock wystąpił z jakimś wnioskiem, coś mówił, czegoś żądał. Pytam tłumacza, o co chodzi, bo nie mogę zrozumieć.

— To nie dotyczy pani — powiedział. I w końcu, że Bock złoży „coś” na piśmie.

Była przerwa. Czekaliśmy na korytarzu dwadzieścia pięć minut. Potem weszliśmy na salę i Bock złożył na piśmie wniosek, który sędzia przyjął i powiedział, że będzie rozpatrzony. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jaki to wniosek.

W trzecim dniu przesłuchania przychodzimy rano. Sędzia zaczyna od początku.

— Pani Ostrowska, przepraszam panią, ale jestem zmuszony jeszcze raz pytać panią na temat gazu.

Powiedział „jestem zmuszony”...

I znowu od początku. Powtarzam to samo. Pada pytanie Mundorfa, obrońcy Braunsteiner:

— Pani Ostrowska, pani zeznawała, że pani brała — mówił to do mnie z wielką ironią — że pani brała jedną puszkę pod jedną pachę, drugą puszkę pod drugą pachę, i tak pani z tym gazem chodziła od magazynu do łaźni, od magazynu do łaźni. I tak go pani nosiła, nosiła.

— Nie, proszę pana — mówię — ja już zeznawałam raz i jeszcze raz panu powtórzę, jak się to odbywało.

I dokładnie powtórzyłam to samo, co już zeznałam.

— To było tylko dwieście puszek? — dociekał.

— Nie, było więcej, tylko nie wiem, gdzie były magazynowane. I jeszcze panu powiem, że były trudności w zdobyciu gazu. Słyszałam bowiem rozmowę szefa ze swoim pomocnikiem, kiedy narzekał, że ci panowie z Gasskamery zapominają, że jest wojna i trudności w zdobywaniu gazu. Powinni więc gaz oszczędzać i dłużej ten Scheissdreck trzymać w kamerze. — To powiedziałam po niemiecku. I wtedy już o nic nie pytał.

O jednym z prokuratorów mogę powiedzieć, że zawdzięczam mu, że w ogóle zostałam na tym procesie. W czasie moich zeznań ciągle coś się działo. Raz Bock, raz inny obrońca, ciągle ktoś się zrywał, krzyczał, przeszkadzał. To wpływało na mnie tak denerwująco, że na drugi dzień powiedziałam do tłumacza:

— Wie pan, ja mam zaproszenie z Düsseldorfu i proszę żeby pan przetłumaczył, jak przyjdzie sąd, że rezygnuję z dalszych zeznań, bo jestem już wykończona nerwowo. Jeżeli chodzi o koszty podróży, to mogę je pokryć.

W tym momencie przyszedł jeden z prokuratorów i pyta się tłumacza o co chodzi.

— Pani Ostrowska, pani nie może nam tego zrobić. Pani musi być przygotowana, że obrona wszelkimi siłami będzie starała się panią utrącić. Pani musi być dzielna i przekazać nam to, co pani przeżyła i widziała w obozie, bo to jest bardzo ważne!

I później mówi do mnie: — ...niech pani zapali papierosa.

Zostałam. Zostałam, choć zdawałam sobie sprawę, że adwokat Bock przekroczył wszelkie granice. Nawet ten Mundorf, który też był ironiczny i taki złośliwy w stosunku do mnie, ironizował z tym noszeniem gazu, ale mówił jakoś spokojnie. Natomiast tamten nie tylko był agresywny — on po prostu krzyczał. Czuć było w nim wielką nienawiść. Zastanawiałam się, bo to jest młody człowiek, wysoki, szczupły. Nieraz go obserwowałam na korytarzu, nawet niebrzydki mężczyzna, ciemne oczy, którymi przez okulary patrzył na mnie z nienawiścią. Patrzyłam i czułam w nim tę nienawiść, tę wielką, nieprzejednaną wrogość. Kiedy krzyczał, było widać, że się zupełnie zapomina. Ta jego nienawiść była silniejsza niż jego zawód. Tak mi się wydawało.

— A teraz będzie pani przysięgała — zakończył sędzia. Złożyłam przysięgę. Pytał jeszcze, czy mam coś do powiedzenia. Powiedziałam, że owszem i po niemiecku dodałam: — Dziękuję wszystkim ludziom dobrej woli za uśmiech.

Wyjeżdżając zauważyłam, że coś się przede mną ukrywa. Już na lotnisku, spojrzałam na nagłówek jednej z niemieckich gazet: „Skandal im Prozess um Massenmord”. Zrozumiałam zachowanie sędziego Bogena, który chciał mi oszczędzić przykrości i nie kazał tłumaczyć wniosku adwokata Bocka i osób mi towarzyszących.

Bock postawił wniosek, aby mnie, tam na sali rozpraw, na sali rozpraw, gdzie sądzono oprawców z Majdanka — aresztowano. Wniosek ten złożył po moich zeznaniach o pracy we wspomnianym magazynie.

Jak ocenić to wystąpienie adwokata Bocka, jakie kryteria stosować przy ocenie takiej demonstracji pogardy i lekceważenia dla wartości leżącej u podstaw etyki nie tylko zawodu adwokata? Jak to się stało, że ten młody człowiek tak strasznie nienawidzi, kim jest poza salą rozpraw, w domu, w życiu politycznym?

„Człowiek z dobrą opinią u prawicy. Dzięki radykalnym hasłom i prawniczym kruczkom Ludwig Bock zMannheimu stał się adwokatem starych i nowych nazistów” — oto tytuł szkicu Ingrid Müller, poświęconegotemu idolowi zachodnioniemieckiej palestry, w numerze 39 „Sterna” z 21 X 1978 roku 27 . Oddajmy głos autorce tego artykułu.

„Obrońca w sprawach karnych z Mannheimu, Ludwig Bock, tak naprawdę odpręża się wtedy dopiero, gdy w piątek ładuje swego jamnika Seppela do rodzinnego samochodu i jedzie do Schwarzwaldu na polowanie na dziki. Lub gdy cała czwórka jego dzieci jest już wieczorem w łóżku, a muzyka Brahmsa, Schuberta czy Bacha tworzy przytulny nastrój. Wówczas myśliwy sięga niekiedy po książkę, przegląda »Myśli i wspomnienia« Bismarcka, bądź też z przyjemnością czyta najnowsze uwagi Joachima Fernaua, niegdysiejszego sprawozdawcy wojennego w »Völkischer Beobachter«.

Ale takie godziny odpoczynku są dość rzadkie. Ludwig Bock jest ambitnym i zaangażowanym adwokatem. A ponieważ bardzo się angażuje w sprawy dobrych przyjaciół, toczy się przeciw temu obrotnemu adwokatowi postępowanie przed sądem honorowym. W Wyższym Sądzie Krajowym w Karlsruhe toczy się przeciwko Bockowi postępowanie w związku z zarzutem, że okazał się niegodnym »szacunku i zaufania, jakich wymaga stanowisko adwokata« (paragraf 43 Federalnego Regulaminu Adwokatury).