Stara baśń, tom drugi

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Psy i ludzie pchali się dokoła tych ciał bladych i sinych – a przez szpary i okna przerażone niewiasty patrzały szepcząc. Na dworze panowała cisza, jak gdy wicher śmierci przeleci. Pozdzierawszy z nich odzież, oprawcy znowu powrozy przywiązali do nóg i ciągnęli na pagórek, nad jezioro. Starym kneziom należała choć mogiła i stos ognisty, ale Chwost nie myślał ani palić ciał, ani im sprawiać tryzny. Nie czas mu też o tym myśleć było. Zagrzebano ich w dole, jak zdechłe zwierzęta, aby gnili marnie i robakom za pastwę służyli, co było pogardą wielką i zniewagą w owych czasach.

A gdy trupy wleczono, psy wyjąc ciągnęły za nimi i wicher się zerwał od lasów, choć niebo czyste było – poleciał po wieży, po komorach, po izbach wyjąc i świszcząc dziko, aż Chwost obejrzał się, drgnął i w kąt na ławę zacisnął mrucząc.

Brunhilda ręce myła w wodzie na stole i patrzała na przestraszonego z politowaniem i niemal z pogardą.

VI

Gdy czeladź potrutych wiązano, Żuła, który starostą był przy Mściwoju, zawczasu postrzegłszy, co ich czeka, rzucił się na ziemię, podpełznął między krzaki rosnące pod tynem, wsunął się dalej od ciżby, na częstokół wdrapał i przeskoczywszy go, wpław począł do brzegu się dobijać. Drużyna zajęta innymi nie postrzegła ucieczki, nie posłyszała pluskania po wodzie… Z wieży tylko stojący na niej strzelać zaczęli do płynącego i nawoływać, ale nim się opatrzono w pogoń pójść za nim, już dopadłszy lądu, gdzie się pasły konie, chwycił świerzopę65 i oklep, rękami ją popędzając pobiegł w lasy.

Pastuchy za nim pognały, ale go pochwycić nie mogły. Żuła nogami i oburącz gnał przestraszone stworzenie, które go jak szalone w zarośla wniosło. Gdy znikł z oczów pogoni, już go w lesie próżno dalej pędzić było.

Żuła wprost biegł do grodu Miłosza, chciał choć jego ocalić, można się było bowiem spodziewać teraz, że Pepełek, który Leszka wypuścił tylko, aby stryjów do siebie ściągnąć, nie daruje i ostatnim ze swojego rodu. Po drodze Żuła gnając spotkał w lesie kmieci, obejrzeli się za nim, rzucił im tylko słów kilka…

– Na grodzie Leszków naszych potruto… jeden Miłosz i ślepy syn jego pozostał!..

Poszła więc wieść szeroko po dworach o tym, co się na zamku stało.

Żuła pędził co koń sił miał, dopóki drugiej na drodze nie napadł stadniny, aby go zmienić. Podjechał do koni, pochwycił za grzywę jednego, przeskoczył mu na grzbiet, przypiął się doń jak kleszcz i pognał go, rzucając świerzopę, która uwolniona strząsnęła się, prychnęła i spokojnie trawę gryźć zaczęła.

Na grodzie Miłoszowym, pod starymi dębami siedziała matka z Leszkiem, jak dziecko go zabawiając powieściami. Opodal nieco odpoczywał znużony śpiewaniem Słowan, którego dla biednego chłopca sprowadzono, aby go pieśniami rozrywał. Ojciec na niedźwiedziej skórze rozesłanej pod drugim dębem leżał sparty oburącz i milczący. Zaczęto do bramy bić i krzyczeć. Żuła stał u wrót. Puszczono go poznawszy, że był z orszaku Mściwojowego. Zsunął się z konia i pobiegł co tchu ku Miłoszowi, pot mu się lał po twarzy, wargi drżały, przybiegł, padł do nóg staremu i nie mogąc mówić, zapłakał.

Stary go nie poznał zrazu, oczy miał łzami wyjedzone.

– Kneziu, panie! – zawołał ręce łamiąc – tyś już jeden pozostał… Nie chcieli cię słuchać nasi miłościwi kneziowie, nie ma już z nich ani jednego na świecie… Chwost ich z żoną potruł przy biesiadzie, w gościnie, we własnym domu!..

Zerwał się stary Miłosz i rękami uderzając o ziemię padł na nią znowu, a Żuła jęcząc mówił.

– Ledwie z życiem uszedłem, aby wam wieść przynieść. Uchodzić i wam potrzeba!.. Przyjęli nas na grodzie słodko, wyszedł Chwost do wrót zapraszając… Siedli do stołu wszyscy, jedli i pili długo… a nie wstał już z ławy nikt, padli tam wszyscy, jak siedzieli… Trupy powleczono grzebać w ziemi niespalone… Psy szły za nimi tylko wyjąc. Nie został ni jeden, nie ocalała głowa żadna. Czeladź spętano… jam sam, nie wiem, jakim szczęściem, uszedł… Teraz, gdy się odkryło, co miał w sercu, naśle pewnie i na was, kneziu… uchodzić trzeba!..

– O bracia moi, o rodzie mój! – jęczał Miłosz ręce załamując – na to wam przyszło, byście od własnej krwi ginęli… Gdzież i po co mam uchodzić, jeśli i mnie zgładzić zechce?…

Dosłyszał tych wyrazów Leszek i matka siedząca przy nim, i z krzykiem narzekać poczęli. Po grodzie rozszedł się płacz i przerażenie wielkie. Stary Miłosz tylko nie ruszał się z miejsca, a gdy mu pierwszy wybuch żałości przeszedł, posępnie się zadumał.

– Nie ujść przeznaczenia! – mruczał.

Wtem spojrzał na oślepione swe dziecię i żal mu się go zrobiło. Krzyknął na ludzi. Zaczęli się zbiegać z zabudowań i dworu. Ruch pod dębami stał się żywy.

Leszka wzięła matka za rękę i wiodła ku ojcu.

– Konie sposobić – zawołał stary – ja sam pojadę… Leszek z matką i służbą do lasu na pasiekę się schroni, ja dalej muszę. Na własną krew podnieść rękę… o doloż ty moja!..

Żule tymczasem, który ze zmęczenia i głodu padał, przyniesiono chleb i piwo. Staremu kneziowi, który tyle czasu jak złamany i bezsilny na łożu przeleżał, nie ruszając się prawie, siła się zdawała powracać. Wstał z legowiska, wyciągnął ręce zdrętwiałe, potoczył zamglonymi oczyma, wyprostował się i zawołał, aby mu oszczep, miecz i łuk podano.

Dokoła poruszało się wszystko. Z szop wyprowadzano konie rżące, ludzie sakwy wiązali, Miłosz swój oręż przypasywał i chodził to Leszka ściskając, kładąc mu ręce na ramiona, to wydając rozkazy.

Krótkiego czasu potrzeba było na przygotowanie. Przy Leszku jechała stara matka i dwóch ludzi. Z Miłoszem dziesięć szło koni. Gęślarz zapomniany podniósł się spod drzewa i dziecku się prowadzić kazał – w świat znowu.

Nikt nie wiedział, dokąd się uda stary. Wziął z sobą Żułę, sam przodem ruszył, nie mówiąc drogi, i konia pognał. Złamany ten niedawno starzec, który zdawał się z trudnością obracać na posłaniu, siedział teraz na koniu nieprzygarbiony nawet, jak dąb wiekowy twardy i niezgięty, nieszczęście wielkie nową moc mu dało.

Na noc położyli się obozem w lesie. Miłosz ognie rozpalić kazał, legł pod szałasem z gałęzi, ale nie zasnął… Patrząc w ognisko przeleżał noc całą, a gdy zaświtało, dał znak – do koni. Jechali dzień drugi w milczeniu, Żuła się domyślił już że na Lednicę dążyli.

Już jezioro widać było, gdy dwie kupy jezdnych spotkali. Byli to kmiecie zbrojni.. Postrzegłszy Miłosza, Ścibor, jeden ze starszych, przybliżył się do niego i zastąpił mu drogę.

– Wy z nami! kneziu! – zawołał do niego.

– Ja… z zemstą, nie z wami – ponuro odparł Miłosz. – Tam będę, gdzie pomsta.

– My też jej na Chwostyku szukamy – począł Ścibor. – Kmiecie się zbierają na Lednicy. Bądźcie nam głową na tego zbójcę…

– Ja wam głową nie będę – zamruczał stary – ręką tylko… Z kmieciami nie trzymam, bom innego rodu, a z zemstą idę.

To mówiąc koniem wyminął zastępującego mu drogę Ścibora, za którym i inni kmiecie stali i słuchali, i popędził ku brzegowi jeziora. Kupki kmieciów pociągnęły za nim. Na wodzie widać było czółna pełne tych, co już na ostrów płynęli. Konie z czeladzią pasły się na wybrzeżu.

Miłosz z Żułą zsiedli ze swoich i poczęli do chałup na palach wołać o przewóz, ale tu nie było nikogo, wszystkie czółna poszły z innymi na Lednicę. Czekać więc musieli i stary na ziemi siadł. Nadciągający kmiecie wnet go otoczyli, ale ku nim ani spojrzał.

Tu gwar był w gromadkach wielki. Starszy Myszko z zawiązaną szyją, blady, bo mu się jeszcze rana nie zgoiła, przewodził między swoimi.

Do starego Wizuna po radę jechali i sami też tu spokojniej na ostrowiu i dogodniej niż na wietnicy, pomówić z sobą chcieli. Z drugiego boku stał z kilku Bumir, znany z tego, iż z Chwostem trzymał. Gdy Ścibor z Myszkami odeszli nieco od starego knezia, który z nimi mówić nie chciał, zbliżył się on do niego.

– Wy, kneziu – rzekł z cicha – nie myślicie pewnie z tymi kmieciami się łączyć… Co wam do nich! Ja trzymam z moim panem i z waszym rodem, ja człowiek jestem spokojny i Leszek też!

Miłosz na niego popatrzył.

– Jeśli trzymasz z tym zbójcą, co na grodzie siedzi, idźże precz ode mnie!

Ręką mu wskazał na pole.

Bumir się nie cofnął.

– Wy też, kneziu, z synowcem trzymać powinniście… Syna wam zabić kazał, powiecie? – no, tak! ale się synowie wasi podnosili na niego i odgrażali… Broni się i zając, gdy go psi biorą… Pozbył się Mściwoja i Zaboja, bo mu oni w żywe oczy powiedzieli, że z nim trzymać nie chcą, a przeciw niemu będą… Okrutny nie jest… a sam sobie szkodzić nie może…

Miłosz milczał pogardliwie, a Bumir mówił ciągle.

– Co pomoże, iż się zbierają i radzą… nic nie uradzą… a potracą głowy… Kneź ma Niemców w pomoc, którzy nadciągną i kraj nam spustoszą…

Mówił, a stary Miłosz odpowiadać mu nawet nie chciał. Wtem czółen pusty przybił do brzegu, stary na Żułę skinął i poszedł siąść, ale przewoźnik zmęczony na ziemi ległszy, wieźć ich nie chciał. Próżno go Żuła parę razy kopnął nogą. Sam wreszcie wiosło pochwycił i Miłosza powiózł na ostrów. Tu gdy się zbliżyli, ujrzeli kupy ludzi zgromadzone i ruch niezwykły, jakby na wiec się zebrała starszyzna. W milczeniu wysiadł Miłosz stary i nie patrząc na nikogo, skierował się tam, gdzie stał Wizun, otoczony żupanami, władykami i kmieciami.

Do nikogo nie przemówiwszy słowa, kneź stary wpośród nich na kamieniu miejsce zajął. Opodal nieco i Bumir z małą gromadką stał także.

Stary Wizun, na kiju oparty, słuchał; z otaczających go jedni po drugich i razem, odzywali się wszyscy gorącymi słowami. Wrzawa panowała w tłumie, w którym przewodzili Myszkowie. Na Miłosza popatrzano tylko, rozsunęli mu się nieco, ale nań bardzo nie zważano.

 

Starszy z Myszków z krwawą szyją głos zabrał.

– Dosyć tych mordów i tego niemieckiego panowania – mówił – Chwościsko siedzi na grodzie, ale nie on rządzi, tylko ta jędza – baba, co trucizny warzy i zdrady… Nie chcemy ani jego, ani synów, ani żadnego z tego rodu, który dość się krwi naszej napił…

– Nie chcemy! – krzyknęli drudzy, podnosząc ręce – nie chcemy!..

Na milczącego Bumira skierowały się oczy, a ten stał bledniejąc trochę, ale nie cofając kroku.

Miłosz słuchał patrząc w ziemię.

– Co wy na mnie ślepia wywieracie? – wyrwał się Bumir po chwili milczenia – nie zlęknę się was… Wyście ta krowa, co dużo ryczy, a mleka z tego nie będzie. Chwostek, coście go tak przezwali, i Niemka z nim nie dadzą się wam. Rozpoczniecie wojnę, sprowadzą Niemców, spalą i spustoszą, to cała wasza będzie wygrana…

I śmiać się począł.

– Do Sasów daleko! – krótko ozwał się Miłosz nie podnosząc oczów.

– A wieża mocna, a dwór oczęstokolony, wały tęgie, wody z jeziora nie wypijecie – mówił Bumir – na grodzie drużyna śmiała i liczna, choćby rok im na Sasów czekać przyszło, z głodu nie pomrą i Chwostek się nie podda… Wreszcie weźmiecie go, ma on dwu synów u Niemców, przyjdą ci z nimi i karki wam nagną…

Słuchano szemrząc.

– Po cóżeś tu przyszedł? – krzyknął Myszko, następując ostro na mówiącego – idź im łapy liż… na grodzie… tu ciebie nam nie trzeba!

– Owszem – rzekł Bumir – kiedy rozumu nie macie sami, trzeba, by wam go kto przyniósł!

– Precz z nim! precz!… – poczęto wołać z gromady.

Bumir się nie ruszył i stał.

– Nie pójdę! – mruknął – prawcie swoje… jam tu tak praw, jak i wy…

Ścibor się doń tyłem obrócił i inni, kilku mu pięści pokazało.

– Bumir może i nie tak głupi, jak się zdaje – wyjąknął inny w jego obronie – zamek mocny, a my słabi…

– Ale nas gromada! – zawołano.

– Bez głowy! – dodał Bumir. – Wam na wiecach o wilczej swobodzie prawić… ale nie grody dobywać… Wy ziemianie, z pługiem chodzić, a z oszczepem na wilka, albo i na niedźwiedzia, a nie na kamienne ściany! Nim wy je dobędziecie, sami się weźmiecie stokroć za łby!

Wizun słuchał i milczał, oczyma rzucając to na Miłosza siedzącego z głową spuszczoną, to na Bumira, to na Myszków.

Starszy z krwawą szyją ujął Wizuna za rękę i odciągnął go nieco w stronę od Bumira i Miłosza.

– Idźmy gdzie indziej radzić, aby nam nie śmierdział ten Chwostykowy niewolnik!

Kupa się ruszyła za nim, ale Wizun pozostał w miejscu.

– Niech każdy prawi, co na sercu ma – odezwał się – na wiecu i na radzie wszystko wolno… a co starszyzna uradzi, dlatego przewiedzie66.

Pozostali więc na miejscu, a gdy się stało milczenie, rzekł Miłosz, wciąż zapatrzony w ziemię.

– Pierwsza rzecz, chcecie boju, toć bez wojewody nie ruszycie… obierzcie sobie wodza.

Niektórym się zdało, że za sobą to mówił i poczęli wołać:

– Leszka żadnego! żadnego!.. Kmiecia!

– Wybierajcie choćby konia i wołu! – wrzasnął Miłosz – ano wybierać trzeba, bo was jak stado owiec rozpędzą… Poginęli Leszki, szukajcie sobie drugich… W ulu bez matki, a w kraju bez ojca nie będzie ładu!…

Zamilkli wszyscy.

– Knezia nam nie trzeba na dziś – ozwał się jeden – z tym poczekamy.

– Ależ bez wodzów do wojny się nie obejdziecie – głośno zawołał powtórnie starzec – wojewodów, tysiączników, setników stanówcie, to pierwsza rzecz!

Znowu było milczenie, starszyzna się potrącała rękami, poglądając na Myszków. Myszko z krwawą szyją stał posępny.

– Tobie i twoim nam dowodzić należy – rzekł ktoś z tłumu na Myszka wskazując – nie zlękliście się mu w paszczę leźć w kilku, nie będziecie się obawiać pójść nań z gromadą.

– Myszko! Myszko! – powtórzyli inni. – Zgoda na niego… niech prowadzi ludzi, wici słać, lud zwołać i na gród idźmy z nim.

Gdy się ku Myszkom zwrócili, oni po sobie patrzyli.

– Zgoda – rzekł ten, którego już Krwawą Szyją nazywano – zgoda… prowadzić będę… ale posłuchu się domagam…

– Będziesz go miał!… – zaczęto krzyczeć ze wszech stron. Tylko Bumir i jego ludzie zmilczeli, a gdy tu wrzawa bojowa się wzięła, ustąpili na stronę, choć z ostrowa jeszcze nie odpłynęli.

Na Wizuna, który się przysłuchiwał, poczęto patrzyć. On kijem w ziemi przebierając, uszami i oczyma zbierał, co się wkoło działo. Siedział tuż stary kneź Miłosz, dalej stał Bumir; nie wszystkich ich pewni byli Myszkowie i znać Wizun, bo słowa nie mówił, chmurno brwi ściągał tylko. Z wielkiej gromady, gdy już Myszkom dano dowództwo, oni się naprzód wydzielili i na bok odeszli, a poczęli cicho rozmawiać między sobą.

Gdy po naradzie tej powrócili znowu, na Wizuna jęli wołać niektórzy, aby z chramu wydał im stanice, które noszono przed wojskami, gdy szły do boju, a czasu pokoju stawiano w bezpiecznym miejscu. Były to stare wyobrażenia bogów i znaki wojenne, na wysokich drzewcach osadzone. Wyniesienie ich z miejsca tego oznaczało wojnę. Wizun spojrzał na Myszkę z krwawą szyją, a ten głową potrząsnął.

– Będzie na to czas – rzekł krótko i stanowczo – ja sam po stanice przyjdę… i wiem, dlaczego ich teraz nie podnoszę.

To mówiąc i popatrzywszy z ukosa na Miłosza, siedzącego na ziemi, starego Wizuna odciągnął na bok z sobą i dwu swych braci.

– Ich to krew – rzekł wskazując na knezia – ja jej nigdy nie wierzę… nie chcę radzić z nim ni przy nim. Jeżeli stanice wyniesiemy, a wojnę zaraz obwołamy, sposobić się będą do obrony i posiłki zwoływać. Lepiej jeszcze posiedźmy cicho i gotujmy się, a ludzi zbierajmy, nie czyniąc hałasu. Chwostek pomyśli, żeśmy się go ulękli i uspokoi się… Może nam się go uda pochwycić, nie dobywając grodu. Nie wytrwa w nim zamknięty długo, po kilku dniach na łowy wyjedzie, a my nań czatować będziemy. Oszczedzim krwi… Zamordujemy go w lesie… Jeżeli się nam to nie powiedzie, czas będzie na gród iść…

Myszko się uśmiechnął. Spojrzał na Wizuna, który głową tylko potrząsł.

– Bumir i jego gromada stąd prosto na gród pójdzie donieść, co uradzono… rozejdźmy się cicho, nie mówiąc nic.

Dwaj bracia poszli z nakazaniem po gromadach i wnet starszyzna się na czółna zabierać zaczęła.

Stary kneź Miłosz, odstąpiony od wszystkich, pozostał sam, a ujrzawszy się opuszczonym, podniósł się i na Myszkę skinął.

– Nie pytam was o nic – rzekł – wiem, że mi nie powiecie, bo wiary u was nie mam. Jedno wam tylko oznajmuję, że na Lednicy zostaję i nie ruszę się stąd nigdzie, chyba do domu… Nie przystało mi ani wojować z nim, ani iść z wami, ale jeśli się wam powiedzie, cieszyć się będę. Jam stary, Leszek oślepiony… my dożyć żywota tylko chcemy spokojnie.

Rzekł i zawrócił się z wolna, wewnątrz ostrowu idąc, a od ludzi obcych stroniąc.

Myszko wnet zebrał do siebie drużynę.

– Do domów! – zawołał. – Naokoło grodu w lasach straże postawić… Ogniste wici niech wszędzie będą gotowe po górach, aby na dany znak zapalić je można. Gdy błyśnie ogień z nich, co żyje powinno biec ku Gopłu i do grodu… ale póki ja nie dam rozkazu, cicho siedzieć, aby Chwost o niczym nie wiedział.

Palec położył na ustach, poszeptali miedzy sobą i zwolna się rozchodzić zaczęli

Bumir ze swymi stał długo i chodził usiłując się rozwiedzieć, co postanowiono, języka jednak nie dostał. Wiedział tylko, że stanic nie wzięto z chramu i na wojnę jeszcze nie wołano; zmiarkował więc, że się ulękli knezia i że wszystko się rozchwieje, a skończy na próżnej wrzawie.

Pobłądziwszy około chramu, Bumir w końcu też do łodzi poszedł, przeprawił się i na koń skoczywszy, na całą noc pojechał do Chwostka.

Na grodzie sposobiono się do obrony i straż czujna była. Gdy Bumir przybył, puszczono go wnet i sama pani wyszła przeciwko niemu.

Był on tu domowy i znano go, że się zawsze płaszczyć był gotów, a wszystko, co się tu działo, za dobre przyjmować.

Biała pani przyjęła go wejrzeniem niespokojnym i uśmiechem wymuszonym.

– Co przynosicie? – spytała.

Westchnął zausznik.

– Miłościwa pani – odezwał się – nic strasznego nie ma… Zbierała się starszyzna dla narady na Lednicy, przybył i kneź Miłosz… radzono wojnę, a skończyło się na słowach, siły nie mają… Myszków wybrali na wojewodów, a ci stchórzyli…

Kneźna ręce złożyła z radości.

– Możeż to być? – spytała.

– Tak jest, miłościwa pani – zapewnił Bumir – wykrzyczeli się, rozeszli i znowu wszystko wejdzie w karby…

Rozjaśniło się kneźnie lice. Kazała kmieciowi pozostać, a sama szła do łożnicy męża zbudzić, który zaspany wyszedł w jednej koszuli do niego, oczy sobie kułakami wycierając.

Wnet pokłoniwszy się Bumir, sprawę mu zaczął zdawać, której on słuchał ziewając. Uderzył potem po ramieniu gościa i oczy zaczerwienione wlepiwszy w niego, uśmiechnął mu się.

– Myszki te ja po jednej wyłapię – rzekł cicho – i będzie cicho… Znam ich, że krzykuny są, a do roboty nieskorzy!.. Będziesz ze mną pił – dodał i zasiadł za stół, Bumirowi kazawszy miejsce zająć na ławie.

Kmieć siadł posłuszny, a choć czuł, że mu tu się nic złego stać nie może, gdy wniesiono miód, a przypomniał częstowanie stryjów, ciarki mu poszły po skórze. Odmówić jednak kubka nie śmiał, bo kneź by się obraził.

Nisko się tylko kłaniał zaklinając, że wiernym był sługą. Siedzieli więc razem, jeden u góry za stołem, drugi w końcu, i kneź sobie wszystko opowiadać kazał, co na ostrowiu się działo, o nazwiska i ludzi dopytując, jakby je w pamięci dobrej chciał zachować. Bumir musiał mu tak do nocy u stołu dotrzymać.

VII

Minęło dni kilka, a około grodu nic słychać nie było. Rozsyłano stąd na zwiady smerdów i poprzebieraną czeladź do bliższych dworów i chat, nigdzie o żadnym ruchu wojennym nie wiedział nikt. Na pólkach w lasach, gdzie role były piaszczyste a słoneczne, zaczynano zboże żąć. Z sierpami żelaznymi i miedzianymi a krzemiennymi ludzi było dużo widać, a z bronią i oszczepem prawie nikogo.

Kneź się począł nudzić i tęsknić sam jeden zamknięty na grodzie między wałami. Pił, jadł i spał, przeciągał się, ziewał, do białej pani chodził czasem, a gdy z przedsienia na lasy popatrzył, klął okrutnie, że na łowy jechać nie mógł. Brunhilda go nie puszczała. Zrazu słuchał jej milczący, teraz już się burzyć zaczynał.

Jednego dnia smerdy wołać kazał.

– Jedź, spatrz mi knieje, czy tam gdzie jakiej zdrady nie słychać.

Sługa na cały dzień ruszył, przywiózł ubitego kozła, mówił o spotkanych świniach w lesie, o niedźwiedziu, o wilkach, ludzi nigdzie nie było ani śladu.

Kneźnie ten spokój po takiej burzy podejrzanym się wydawał, jemu naturalnym.

– Na łowy muszę pojechać… – wołał zły – zgniję tak siedząc… nie wytrzymam, struję się snem i niewolą…

Brunhilda nie puszczała; lękała się przemyślna Niemka zasadzki i zdrady. Z dnia na dzień odkładano łowy. Namówiła ludzi, aby przeszkody wynajdywali. Chwost przeklinał, złościł się, zapijał i coraz mocniej niecierpliwił. Smerdzie nareszcie nieodwołalnie na łowy gotować kazał nazajutrz. Żona ledwie wymogła na nim, iż zamiast garstki ludzi, którą zwykł brać z sobą, trzykroć większą miał prowadzić i silnie zbrojną.

Choć krzyżyk na piersi nosił Chwostek, zabobonnym był poganinem, wcześnie więc wypatrywano znaków po niebie i ziemi, aby mu co nad głową nie zakrakało i drogi nie przeszło. Smerda umyślnie zarządził, aby najmłodsza z dziewcząt kneźny z pełnymi wiadrami pokazała się na ścieżce, gdy książę wyruszy. Stara baba z próżnym naczyniem lub niedorosłe dziewczę zarówno się za nieszczęśliwą wróżbę uważały.

Ranek był piękny, a zwiastował dzień gorący. Po niebie jednak przelatywały obłoki białe, wiatr chłodnawy je rozpędzał i odświeżał powietrze. Kneź z haci i mostu zjechawszy, otoczony drużyną liczną na najbliższy ostęp się skierował. Smerda był pewien, że w nim znajdą zwierzynę. Nie pędzano tam trzód, nie płoszono nigdy i las był umyślnie dla łowów strzeżony. Uroczysko, na które jechali, zwało się Głubiem, a na nim nigdy nie chybiły łowy kneziowskie. Trzeba jednak było przebyć znaczną przestrzeń od kraju67, aby się dostać do gęstwiny i kniei.

 

Chwostek, który dawno na koniu nie siedział, lasu nie widział, psów nie słyszał, poweselał, gdy mu nad głową zaszumiały gałęzie, gdy poczuł woń puszczy. Konia więc gnał szybko, aby się dostać do kniei, gdy po półgodzinnej jeździe znalazł się na znanej sobie polance. Stąd na Głubie niedaleko już było.

Pierwszy się wytknął na łąkę, ale wnet konia cofnął i gniewny zwrócił do smerdy, który ku niemu poskoczył. Wskazywał ręką na polankę. Tu na obalonej kłodzie siedziała stara kobieta, cała płachtą okryta, ziela koło siebie mając narwanego kupy. Sakwy brudne leżały przy niej. Przebierała uzbierane zioła nucąc i zdawało się, że nawet nadjeżdżających nie usłyszała i nie postrzegła, obawiano się takich wiedźm w lesie bardziej niż gdzie indziej.

Lasy, wody, pola zaludniały naówczas te tajemnicze istoty w postaciach niewieścich, które niemal wszystkie strachem przejmowały, bo na zdrowie i życie czyhały.

Większa część czarnych duchów niewieście przybierała kształty. Zmory, latawice, bogunki, miecielice, nocnice, jędze i strzygi, jawiły się w postaci bab tak szkaradnych jak ta, która tu nucąc siedziała na kłodzie.

Obawiał się ich kneź, ale i smerda się ich lękał. Wyrządzić im krzywdę było to narazić się na zemstę i prześladowanie. Gdy Chwostek wskazał swemu słudze siedzącą wiedźmę, ziołami otoczoną, zawahał się i on, co miał począć. Zza pnia, podjechawszy nieco, przypatrzył się z dala babie i poznał w niej Jaruhę. Znano ją dobrze na grodzie, bo i tam przychodziła, ziele nosząc do pani. Posądzano ją o wielką potęgę, ale wiedziano też, iż bardzo złośliwą nie była. Kneź nie śmiał jechać dalej, ciągle na nią wskazując smerdzie, a ten wreszcie musiał, z konia zsiadłszy, pójść sam do niej.

Zadumana była tak i zajęta baba, że dopiero gdy się do niej przybliżył, z krzykiem i przestrachem się porwała.

Wzięła go, jak mówiła, za wilkołaka, co dla smerdy wcale nie było pochlebne i zaczęła szybko coś mruczeć, jakby go przeklinała, co go niemało nastraszyło. Trzęsąc się jeszcze, siadła znowu na kłodzie.

– Cóż to robicie tu, Jaruho! – spytał smerda.

– Alboś to ślepy, przemierzły włóczęgo? – odparła baba. – Robię, co mi nakazano, zbieram ziele na leki i na uroki, na czynienie i na odczynianie… A masz co przy sobie w baryłce może? hę? dałbyś mi się napić, tobym ci mój strach przebaczyła… bo jak nie…

– Nie mam nic prócz wody w bukłaku… – rzekł smerda.

– Wody?.. miałżeś co nosić! – prychnęła stara – z każdej krynicy i rzeczki można jej z żabim skrzekiem dłonią zaczerpnąć… otóż masz co nosić! głupi człecze!.. stary jesteś a rozumu nie masz… Wodę nosić!… wodę nosić!…

I mruczała znowu pod nosem, a smerda stał strwożony.

– Cóż to za ziele zbierasz? – zapytał rozbrajając straszną wiedźmę.

– A co tobie do ziela? – poczęła baba – to nie wasza sprawa… lubczyk tobie żaden nie pomoże, boś szpetny… Choćbyś go dziewce dał i bez wrotyczu, czar nie poskutkuje… Widzisz, co koło mnie leży… bylica… dzięgiel… lisie jajko… biedrzeniec… dziewanna… rosiczka… Hej! hej! różne dobre rzeczy…

– A złego nie ma nic? – rzekł smerda cicho – kneź tu stoi nieopodal… żebyście mu jakim czarem nie szkodzili… bo z nim nie żart!…

Jaruha się nastraszyła zrazu, spojrzała ku lasowi.

– Kneź – szepnęła – a! kneź… a nie każe mnie powiesić?..

– Żebyście mu tylko żadnej nie czynili przeszkody! – szepnął smerda.

– Ja? jemu? – baba popatrzyła trwożliwie – ja u miłościwej pani przecie na dworze bywam i łaski u niej mam… i teraz jej ziele niosę… Jeśli chce, to mu jemioły dam na szczęście… Czego się mnie ma bać? Jaruhę znacie…

Smerda powrócił do stojącego Chwostka.

– To Jaruha, miłościwy panie – rzekł. – Wiedźma jest, ale ona swoim nieszkodliwa… a naszej miłościwej pani służy… Owszem na łowy może dać szczęście, bo ona się na wszystkim zna.

Chwostek ubezpieczony wyjechał z koniem na łączką. Powoli zaczął się zbliżać do baby, niedowierzającymi mierząc ją oczyma. Jaruha nie wstając przychyliła się twarzą ku ziemi i powitała niskim pokłonem, ale szybko się podniosła, starając uśmiechnąć, bo się Chwostka lękała bardzo. On też niezbyt pewnym wzrokiem ją mierzył. Zbliżywszy się, konia zatrzymał. Baba nań ciągle patrzała.

– Nie wiesz, jakie dziś będą łowy? – zapytał.

– A gdzie? – odparła Jaruha.

– Na Głubiem.

Baba głową poczęła trząść.

– Na Głubiem… miłościwy panie, nie ma po co jechać tam…

– Dlaczego?

– E! bo tam niedobra siedzi zwierzyna…

Obejrzała się po drużynie i poczęła ją liczyć oczyma.

– Jakaż zwierzyna? – rzekł kneź.

– Tam Myszy siedzą, miłościwy panie, Myszy! – szepnęła Jaruha – kupa Myszy…

Poczęła się oglądać niespokojnie, wstała i chciała zbliżyć do knezia, ale ten jej zagroził, aby nie śmiała na krok ku niemu przystąpić. Trwoga odmalowała się na jego twarzy, słysząc tę zagadkową mowę. Obejrzał się na smerdę, który zawołał:

– Mów, babo, wyraźnie!

Jaruha niespokojnie patrzyła wkoło i wahała się.

– Co, bo nie rozumiecie… kiedy mówię, Myszy, Myszy, a Myszki wszystko jedno… Ja tam zresztą nie wiem nic! nie wiem nic!…

Siadła prędko i ziele zaczęła przebierać skwapliwie.

Kneź, smerda i cała drużyna stali w oczekiwaniu i w jakimś strachu, który ich ogarniał mimowolnie.

Cisza była w lesie, wiatr szedł od ostępu. Uszy ludzi nawykłych do rozeznawania najmniejszego szelestu chwytały jakieś odgłosy nawoływania dalekiego.

Kneź pobladł. Jaruha siedziała jakby zapomniawszy o nim, z głową spuszczoną, nie mówiła już nic, smerda się zbliżył do niej.

– Cóż tam Myszki robią? – zapytał.

– Co? U ognia siedzą, zwierzynę pieką i popijają miodem, a na kogoś sobie czekają.

Chwostek zadrżał.

– Ilu tam ich? – zawołał popędliwie – ilu?

– Ja bo liczyć nie umiem – odezwała się baba – a kopa ich może być…

Ostatnie słowa wymówiła po cichu. Smerda się obejrzał licząc swych ludzi; tych i pół kopy nie było.

Z obawy czarów Chwostek się nie śmiał zbliżyć do wiedźmy.

– Pytaj jej, niech gada, co wie! – zakrzyczał na smerdę – a nie, postronek na szyję i na gałąź jędzę…

Choć twarzy staruchy widać nie było, ręce jej się trząść tak zaczęły, jakby to rozkazanie usłyszała.

Smerda przysunął się do niej.

– Mów, co wiesz! – krzyknął.

–– Wszystkom wam powiedziała – odezwała się Jaruha – toć gdyby nie ja, jechalibyście na Głubie i wpadlibyście w ich ręce. Siedzą tam już trzy dni… jest ich dużo. Są zbrojni, a milczą tak, że ich o trzy kroki nie słychać…

– Gdzie siedzą? – zapytał kneź.

– Na Głubiem, u błotka, gdzie olchy rosną – szepnęła stara – na prawym brzegu ogień się pali…

– A czaty mają? – rzucił kneź.

– Mnie chłopcy chcieli złapać, ale się nie ważyli – szeptała stara – na staje od obozu, chodzi ich kilku…

Rozmowa ta jeszcze trwała i wahanie, co poczynać, gdy po gęstwinie coś zaszeleściało dokoła, a ludzie drgnęli na koniach i za oszczepy chwycili. Jaruha przestraszona z kłody się zsunęła na ziemię. W tył za siebie obejrzawszy się kneź zobaczył między drzewami przemykających się ludzi i konia targnął. Smerda skoczył na swojego. Na prawo i lewo coś łamało gałęzie. Zmiarkowali łatwo, że ich opasywano. Chwostowi twarz poczerwieniała i pobladła; zrazu, co poczynać, nie wiedział sam.

Wtem huknęło na prawo i na lewo, kupka ludzi kneziowskich rzuciła się ku panu otaczając go, ze wszech stron w krzakach ukazywały się głowy, ręce i oszczepy. Ucieczka zdawała się niepodobieństwem, z tyłu odcięta była droga. Nim pociski latać poczęły, wrzawa je poprzedziła. Las się nią rozlegał, wtórował jej i powiększał jeszcze.

Powracać nie było podobna za siebie, smerda popatrzył i zdało mu się, że na przedzie wolne było przejście, dał znak kneziowi i ludziom i sam pierwszy rzucił się w tę stronę.

Ledwie się ruszyli, gdy pociski zawarczały, strzały zaświstały w powietrzu. W kołpaku Chwostka utkwiło ich kilka, smerda miał rękę przetrąconą, ludzi było wielu poranionych, lecz z pospiechem popędzili w las, a choć tu za nimi szła pogoń naciskając, pociski im tyle szkodzić nie mogły. Przodem im jeszcze nie zajęto drogi. Smerda z czeladzią ścisnęli między siebie knezia, który głowę i ciało przychylił i na szyi konia się położył – siekli niemiłosiernie szkapy swe, aby napastników wyprzedzić. Z tyłu, na prawo i lewo gęsto ich głowy przezierały z gęstwiny.

Szczęściem dla uciekających przerzedzony las dozwalał im się prędzej posuwać niż pogoni, która gęstwiną się przedzierała.

Strzały polatywały jeszcze, ludzie gonili, ale orszak Chwostka zyskiwał coraz i wyprzedzał. Zasadzka została wkrótce za nimi i krzyk tylko pogoni słychać było. Smerda i kneź doskonale las swój znali, dobiegli tak do łąki. Wierny sługa do Chwostka się zbliżył i począł mu coś szeptać żywo do ucha, wpadł potem w gromadę i dał jej rozkazy.

Kupa dworni podniosła ogromną wrzawę i rzuciła się krzycząc na lewo, smerda i kneź poparli konie i poczęli się na prawo przedzierać. Pogoń zmylona krzykiem, niosła się na ten głos, kierując za dwornią, a Chwostek w prawo lasem po cichu umykał. Wkrótce nawet wrzawy już słychać nie było. Wpadli w puszczę niedostępną, gdzie powalone kłody rodzaj zasieków wysokich składały. Tu już prawie byli bezpieczni, ale Chwost drżał ze strachu i koniowi nie dając wytchnąć, darł się głębiej coraz.

65świerzopa – młoda klacz. [przypis edytorski]
66przewieść – tu: przeprowadzić. [przypis edytorski]
67kraj – tu: skraj, brzeg. [przypis edytorski]