Macocha, tom trzeciTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Georges rozpoczął od tego, iż o przybyciu Laury o jej historji o tyle, ile od niej mógł się dowiedzieć, opowiedział.

– Już pewnie musiałeś odnowić znajomość, rzekł hetman – hm?

– Widziałem piękną Laurę…

– I będziesz się bałamucił na nowo… dodał hetman; c’est très fàcheux.

– Gdyby ją pan hetman widział ubraną po kobiecemu…

– Ale cóż dalej? co dalej? zapytał hetman trochę niecierpliwie; ładna? śmiała? czarująca? ale to przecię jedna z tych kobiet, około których nie ma co biegać, jeśli się nie myśli żenić!

– A – dla czegożbym się nie mógł ożenić, gdyby tylko mnie przyjęła?

Na to wyznanie, stary hetman, który sam dotąd był bezżenny, a dla młodzieńca uważał ożenienie za zawiązanie mu świata… przelękły zerwał się z krzesła, pochwycił Georgesa za ramiona, i w największym gniewie, w jakim go jeszcze nigdy młodzieniec nie oglądał, krzyknął:

– Co? co? ty się żenić? ty? w twoim wieku? żona? A toś zwarjował? mais tu es fou! A to cię oddać do czubków! Jemu się żenić! żenić się! słyszeliście! Un petit morveux comme cela! żenić się…

Georges pobladł aż ze strachu i wstydu; hetman dopiero postrzegłszy się, iż stracił równowagę i ulubieńca przestraszył niepotrzebnie – siadł nieco spokojniejszy, pokazując mu krzesło przy sobie.

– Kawalerze Georges, rzekł powolniej: patrz waćpan na mnie, mam lat… no! dosyć będzie powiedzieć, że mam ich o wiele więcej niż waćpan… mam stanowisko, mam majątek… mam pewne znaczenie w świecie, a drżę na samą o małżeństwie wzmiankę, taka to jest rzecz straszna! Cóż tedy waćpan powinieneś czynić? Wieszże co to jest małżeństwo? Zdaje się waćpanu, że to tylko uścisk miłej kobiety i raj ziemski… A obowiązki? A nieustanny niepokój o serce i fantazje jejmości? a utrzymanie domu, imienia, stosunków, powagi? A przyjdą dzieci? A niewola bezustanna, niedająca spoczynku nigdy? Gdzież w waćpanu dojrzałość potrzebna do tego stanu, statek, powaga? A toby cię jejmość trzymała pod pantoflem, że tchnąć byś nie mógł.

Hetman rzadko mawiał tak długo na raz… potrzebował odetchnąć, spojrzał na bladego Georgesa i żal mu się go zrobiło, taką biedną miał minę.

– Ale mój drogi, kochaj się! jesteś swobodny, uwielbiaj, czcij kobiety, służ im… na to wszystko zgoda, do tego służy młodość… tylko, na miłość bożą, nie mów mi o ożenieniu.

Georges zmilczał.

– Chciałeś mi mówić o pannie Laurze? Jest to dla waszmości, o ile mogłem zauważyć, najniebezpieczniejsza osóbka. Gdyby chciała, mogłaby cię za daleko zaprowadzić; szczęściem, wybij to sobie z głowy, bo ona chcieć tego nie może… Dobkowie są majętni, familianci, a waćpan dotąd jesteś chevalier Georges tout court. Z czasem się to może zmienić, dziś tak jest!

– To nie przeszkadza, żebyś pan hetman nie pomógł jej w przykrem położeniu? odezwał się Georges.

– Rzecz znowu inna, odparł hetman przypatrując się swoim nogom i pończochom: waćpan wiesz jak ja interesów nie cierpię… nienawidzę, brzydzę się niemi, są mi ohydne… Swoich nie lubiąc, cóż dopiero mówić o cudzych? Wziąć na ramiona sprawę… a poprowadzić ją źle – wstyd i przykrość; żeby się zaś powiodło, chodź, jeźdź, biegaj, gadaj, proś, męcz się – a to wszystko ażeby pięknej pannie usłużyć, która ci uśmiechem zapłaci. W dodatku jeszcze, mój Georges, trzeba, żebyś wszystko wiedział – moje wpływy i znaczenie wolałbym zużytkować dla siebie – dla swoich. Mam je, ale nie mogę wyczerpywać, bo nadużywszy ich, stracę… Z tych wszystkich powodów…

– A pan hetman tak mile przyjmowałeś ją w Emilopolu? zagadnął Georges.

– Ale – jabym ją i tu przyjął bardzo mile, nawet ci powiem więcej, gdyby mnie prosiła, przyrzekłbym wszelką z mej strony pomoc… i – nicbym nie zrobił. To nad siły moje… Człowiek dla siebie samego ledwie starczy…

Smutny zamilkł Georges, nie było co więcej nalegać. Hetman ciągle patrzał na piękne nogi swoje, wtem szczęściem nadszedł ktoś z gości i rozmowa przerwana została.

Wychowaniec wyśliznął się z pokoju. Zgryzł się niezmiernie, gdyż wstyd mu było z niczem powracać do Laury… a znał dosyć hetmana, by się nie łudzić, że w drugiej rozmowie pomyślniej mu się powiedzie. Mógł wprawdzie wytłómaczyć się, iż z hetmanem mówić nie miał zręczności, że był bardzo zajęty i t. p., ale wymówki te na długo mu posłużyć nie mogły. Biedny chłopak siadł w swym pokoiku pogrążony w myślach i zrozpaczony niemal… Któżby się mógł spodziewać, że hetman z tak chłodnym egoizmem mu odpowie?…

Laura czekała dwa dni na przybycie Georgesa, nie wiedziała co miało znaczyć opóźnienie, w ostatku domyśliła się, że hetman zapewne mieszać się w tę sprawę nie miał ochoty. Toż samo prawie działo się z drugimi… Do zarzutów aryanizmu domieszano historję ojca pana Salomona, zabójstwo żony, oskarżenie syna o to, że Adama trzymał zamkniętego w lochu… chroniąc od wymiaru sprawiedliwości. Wszystko to razem tworzyło dość brudną i wstrętliwą całość, której umyślnie nadano ten charakter, aby się nikt nie podjął jej rozwikływać.

Regent ofiarował się pomódz do ucieczki i tę doradzał mocno, a właśnie myśl sama porzucenia Borowiec była dla starego najstraszniejszą i śmierci się równała. Co się tycze Tyszki, ten nie umiejąc i nie pojmując inaczej sprawy jak na drodze zupełnej jawności, nie przypuszczając, żeby uczciwy człowiek mógł w jakimkolwiek razie coś taić i pokrywać, coś kłamać – wymagał dochodzenia sprawiedliwości przez trybunały, w imię wolności sumienia, poręczonej paktami i t. p. Dobek z powodu swoich przekonań religijnych, które kilka pokoleń taiło, nie mógł zadawać im winy, wstępując na inne pole. Słowem, nie wiedziano co począć, czego się chwycić, a Eliasz, mimo że tam miał liczną rodzinę, widząc pana tak nieszczęśliwym, nalegał na to, żeby skarb w lochu ukryty zabrawszy, zawaliwszy wnijście do kaplicy i zboru… wynosić się gdzieś za granicę… Laura, która tak ufała z razu swym stosunkom i wpływowi, jaki wywrzeć mogła – przekonywała się teraz, że w tym świecie atłasów i jedwabiu… zewnętrzne szatysą prześliczne…. lecz wewnętrza żadne nie dosięże oko.

Ze wszystkich przyjaciół, jeden Bogusławski pozostał jej wiernym, a i ten – namawiał ją znowu do teatru. Nie widziała wprawdzie hrabiego Artura, lecz zamknięte drzwi kasztelanowej zapierały jej doń drogę, a miała teraz dość doświadczenia i obawy, by mu się sama narzucać śmiała.

Trudno jej nawet było oddalić się z domu i wybiedz szukać kogoś lub nastręczać się kasztelanowej, bo stary Dobek niepokoił się o nią za każdem wyjściem, a utrzymanie tego biednego gospodarstwa miejskiego na niej całe spoczywało – na niej, która nic a nic go nie rozumiała. W Borowcach miała się zawsze kim wyręczyć i nie wiedziała o niczem – tu do niej przychodzono ze wszystkiem, począwszy od zadysponowania obiadu… Brak kogoś, coby jej w tem dopomógł, nadzwyczaj czuć się dawał – Słomińska powróciwszy do swoich, nie mogła ani sama usłużyć, ani kogoś pewnego nastręczyć…

Tak stały rzeczy, gdy z rana jednego dnia Laura z okna zobaczyła wystrojoną Lassy, która rozpatrując się po domach i ostrożnie wybierając suchsze miejsca w ulicy, dążyła wprost ku drzwiom ich mieszkania.

Po ostatniem pożegnaniu było to niesłychane zuchwalstwo i bezwstyd – Laura przygotowywała się ją przyjąć jak zasługiwała, gdy śmiała jejmość wpadła nie pytając i opędziwszy się ludziom, do pokoju… Nie dając słowa rzec Laurze, rzuciła się najprzód ku niej z załamanemi rękami.

– Droga Lauro! poczęła patetycznie, bij mnie, wypędź, łaj, bezcześć jak chcesz, zasłużyłam na to, ale posłuchaj: Czuła przyjaźń łączyła mnie z tą niegodziwą Sabiną; dopiero teraz, na jej zbrodnicze postępowanie, otworzyły mi się oczy… Nienawidzę jej, przychodzę ci paść do nóg i przebłagać… Ja cię tak szanuję i kocham!

Laura ruszyła ramionami… Nie zraziło to bynajmniej Lassy, która ku niej przystąpiła bliżej, rada, że jej zaraz nie wypędzono.

– Całą stolicę podbiłaś swym występem na teatrzyku w Powązkach!

– Tak dalece, odpowiedziała mimowolnie Laura, że teraz gdym powróciła, nikt oprócz Bogusławskiego znać mnie nie chce…

– Jakto nikt? jakto? pochwyciła Lassy, a książę Andrzej?

– Ja nie znam księcia Andrzeja!

– Ale on! on cię uwielbia… on dla ciebie gotów dać – życie!

– Nie plećże moja Lassy, odezwała się Laura.

– Przekonasz się gdy tylko zechcesz i skiniesz…

Nie odbierając odpowiedzi, Lassy obejrzała się po domu.

– Wiesz, moja droga Lauro, ja znowu jestem bez… dachu. Szukam sobie mieszkania… Gdyby tu było do najęcia na dole, wzięłabym izdebkę, żeby wam być na zawołanie… Ja cię tak kocham! a! ty nie wiesz!

Uśmiech Laury i spojrzenie były całą odpowiedzią.

– Wszakże mi tego za złe nie weźmiesz, jeśli się tu ulokuję?

– Aby macosze donosić o nas? zapytała Laura.

Lassy zarumieniła się mocno.

– Słusznie jestem posądzona, rzekła, bardzo słusznie, znoszę to w pokorze; ale, ja z tą złą, niegodziwą, ohydną kobietą nic do czynienia mieć nie chcę, wyrzekam się jej… a, jeśli się podoba, daję słowo, iż nogą z domu nie wyjdę.

– Nie mogę wam zabronić mieszkać gdzie się podoba, rzekła Laura, ale rada wam nie będę, to z góry powiadam.

– A jeśli ci do nóg przyprowadzę księcia Andrzeja, który całą sprawę poprowadzi, weźmie na siebie i wróci wam spokojność!

Z niedowierzaniem spojrzała Laura na śmiejącą się szatańsko Lassy.

– Mogłabyś to uczynić? szepnęła.

– Zaręczam najuroczyściej! żywo odparła Lassy, i podbiegając ku Laurze dodała cicho: Stary nikogo nie kompromituje, bo, proszę cię, to wiadoma rzecz, że gdy koniuszczki palców dasz mu do pocałowania, będzie sowicie zapłacony, a przecież to brat… a bratu się nic nie odmawia.

Ze wstrętem jakimś odsunęła się od niej Laura, na co Lassy wcale się zdawała nie uważać, pożegnała prędko, zeszła na dół, gdzie zaraz najęła mieszkanie, a wieczorem wcisnęła się już Laurze do pokoju, Eliaszowi do kredensu, nawet do kuchni, i gdy dla starego Dobka filiżankę bulionu, którą pił wieczorem, przygotowywano, niezmiernie troskliwie pomagała do jej przyrządzenia.

 

Eliasz, który jej nie cierpiał, tego dnia znajdował, iż Lassy może w niedostatku innego kogoś staćby się mogła użyteczną około kuchni i śpiżarni, aby panienkęwyręczyć. Gdy już raz była w domu, nic przecie nie szkodziło się nią posłużyć i zająć ją, aby po za dom z plotkami wybiegać nie miała czasu. Laura na te uwagi nie odpowiedziała nic, a Lassy sama filiżankę bulionu zaniosła.

VII

W nocy, zapewne skutkiem ciągłego tego zmartwienia, pan Salomon Dobek mocno zachorował. Porwały go boleści, paliło pragnienie okropne, a napój jaki mu podawano, znieść go nie mogąc wyrzucał. W kilka godzin słabość ta przybrała tak groźne symptomata, a domowe środki, jakiemi przebudzona Lassy i Laura dopomódz mu się starały, tak się okazały bezskutecznemi, iż Lassy natychmiast obowiązała się biedz sama po znanego sobie doktora. Noc była ciemna, chciano jej dodać człowieka z latareńką, ale śpiesząc się bardzo, nie chciała czekać, oświadczywszy, że miasto zna doskonale i że sama sobie da rady.

Gdy wychodziła z domu, narzuciwszy tylko płaszczyk na ramiona i porwawszy na rękę woreczek, który jej nigdy nie opuszczał, było już po północy. Laura została sama przy łóżku ojca, grzejąc prześcieradła, któremi go okładano, podając wodę nieustannie żądaną, a jednak nadaremnie chwytaną, bo ją wyrzucał natychmiast. Boleści cierpiał tak straszne, iż krzyk jego w ulicy słychać było. Chwile ulgi krótkie, prawie natychmiast wracające symptomy przerywały… Podawano mu limonadę przygotowaną przez panią Lassy przed odejściem jej, a ta zamiast ulgę przynosić, stan jeszcze pogarszała… Przestano wreszcie nią poić, lecz woda nie służyła lepiej, bole i nudności trwały ciągle, gorączka się z nich zrodziła i z każdą godziną Dobek był gorzej a gorzej.

Co chwila spodziewano się przyrzeczonego doktora, po którego Lassy pobiegła, a nie było go nawet we dwie godziny po jej wyjściu. Ludzi obcych miastu po niego posłać nie było podobna… Laura pieszo pobiegła dobijać się do Tyszków, zbudziła ich, opowiedziała Basi o swem nieszczęściu, i zakląwszy ją i ojca, by z ratunkiem śpieszyli, wróciła bezprzytomna do łoża ojca…

Tu gorzej już było a gorzej i chory słabł, a nawet zdawał się przytomność chwilami utracać. Jęki boleśnie rozlegały się po domu… a tu nikogo! nikogo! ani Lassy, która się gdzieś zabłąkać musiała, ani obiecanej przez Tyszków pomocy.

Bardzo już późno w noc, prawie nad rankiem, stary Tyszko przypadł z lekarzem jedynym, jakiego mógł znaleźć w mieście.

Wszyscy inni przypadkowo zajęci byli, i to tłómaczyło dla czego stara jejmość dotąd powrócić nie mogła. Przywieziony przez Tyszkę lekarz, stary praktyk, zaledwie stanął u łóżka chorego, popatrzał i rozpytał o symptomata, spytał co jadł i pił? Powiedziano mu o bulionie, którego reszta w filiżance została, pokazano limonadę. Spojrzał na dno obu tych napojów, w których jakby rodzaj soli białawej widać było na dnie. Miał małą apteczkę przy sobie i natychmiast podał choremu lekarstwo, które mu małą ulgę przyniosło, skinął na Tyszkę i wyprowadził go do drugiego pokoju.

– On jest otruty! rzekł mu na ucho…

– Czy można go ratować?

– Za późno! w pierwszych chwilach, może – teraz trucizna miała czas podziałać na wnętrzności – za kilka najdalej godzin żyć nie będzie.

– Lecz, na Boga, któż tego mógł dokonać? krzyknął Tyszko.

– Ratunku już nie ma, szepnął doktor, a właśnie dla tego, żeby winowajca nie umknął, nie trzeba okazywać, żeśmy się na tem poznali… Zręcznie tylko zabrać filiżankę z buljonem i limonadę – w obu są resztki arszeniku.

Tyszko rozpaczliwie zajęczał.

W tej chwili Laura wpadła z rozpuszczonemi włosami i klękła przed doktorem.

– W imię wszystkiego, co najświętsze – co wam najdroższe! ratujcie mi ojca! panie, ratuj mi ojca… zasypię cię złotem! oddaj mi ojca!

Doktor nie chciał, widząc tę rozpacz dziecka, ogłosić jej smutnego wyroku, począł coś bełkotać niewyraźnie i przeszedł co prędzej do pokoju chorego. Tu naczynia jeszcze stały… Tyszko znając od Dobka wierność Eliasza, kazał mu je przechować nic z nich nie wylewając… co stary sługa, we łzach cały, zrozumiał dobrze…

Dzień się robić zaczynał, gdy Dobek już bez nadziei, dogorywał… konał w strasznych boleściach. Lassy dotąd nie było. Z opowiadania o jej przybyciu i roli, jaką przybrała wieczorem, oraz w początku słabości, Tyszko niewątpił najmniej, iż ona otruła nieszczęśliwego Dobka. Laurze ta myśl już przychodziła mimowolnie ale ją odpychała jeszcze… Przybyły lekarz zgodził się na posłanie po jednego jeszcze kolegę dla uspokojenia rodziny, chociaż symptomata konania już się objawiały… Było ono powolne i przerywane… Dobek poznawał córkę, rzucał się ku niej obejmując ją rękami, a że mówić nie mógł i niewyraźne tylko wyrywały mu się wyrazy, chwytał Tyszkę i wskazywał Laurę, jakby mu ją chciał oddać w opiekę. Córka klęczała przy nim, wsparta o jego kolana, zanosząc się od płaczu.

Nadjechał drugi lekarz, ale już wówczas, gdy Dobek ducha wyziewał; nie było nic do czynienia nad rozpatrzenie sądowe tej zbrodni, gdyż zbrodnia popełniona była jawną.

Natychmiast posłano z doniesieniem do urzędu. Basia od zwłok ojca ledwie mogła Laurę na chwilę do drugiej izby oderwać, gdzie ta padła zanosząc się od jęków i płaczu, który prawie w konwulsje przechodził.

Tu także jeden z lekarzów stał się potrzebnym.. Około sieroty nieszczęśliwej pozostał tylko Tyszko i jego córka.

Lekarze obaj na razie, w obecności przybyłego urzędnika, wykazali dowodnie, iż trucizna użyta była, której reszty na psie doświadczone natychmiast mu śmierć zadały. Świadectwo wszystkich ludzi zgodne nie zostawiało wątpliwości, iż Lassy przyrządzająca bulion, a potem limonadę, arszeniku do nich dosypała.

Urzędnik udał się natychmiast do zajmowanego przez nią na dole pokoju, gdzie żadnych nie znalazł rzeczy, oprócz tłomoka, w którym stare gałgany napchane były. Na stoliku jakby w pośpiechu zapomniany papier rozwinięty, w którym drugi znajdować się musiał, ukazał na spodzie odrobinę proszku podobnego do tego, który był w buljonie i limonadzie.

Lassy znikła… Wysłano natychmiast w miasto szukać ją wszędzie, gdziekolwiek się znajdować i ukrywaćmogła, lecz nadziei wielkiej nikt nie miał, aby kobieta, czując popełnionego morderstwa następstwa, czekała na niechybną karę. Nie popełniła go ona z własnego pomysłu pewnie, łatwo się było dorozumieć, kto ją do tego namówił – a dochodzić nawet do dna tej szkarady nie dozwalał srom, jaki ona na imię rodziny całej ściągała… Laura pierwsza uczuła w tem rękę macochy, której szło o to, aby majątek zagarnąć mogła – a wyrzec tego obwinienia nie śmiała – nosiła imię jej ojca!

Eliasz płakał u zwłok swego pana, rozpadając się nad stratą niepowetowaną, lecz zarazem myślał już o losie Laury… bo Dobek przez całą noc mu powtarzał, ilekroć mógł przemówić: – Nie opuszczaj dziecka. I on pojął łatwo czyją to nieszczęście było sprawą, i wszystko, co ono ciągnęło za sobą – Dobkowej trzymającej Borowce nieochybnie już wyrwać ich nie było podobna. Całą majętnością Laury pozostało to, co w kryjówce jemu jednemu wiadomej zachował stary… Eliasz drżał na myśl, że on także niespodzianie mógł umrzeć, a skarb pozostałby przy tych, co sobie majątek przywłaszczyli… Ostygłe zaledwie ciało ubierając do trumny, starzec o dziecku powierzonem mu myślał, i o środkach, jakiemi mienie jego miał ratować…

Laura leżała bezprzytomna na rękach doktorów i Basi Tyszkówny. W całym domu zamieszanie panowało, jakie śmierć z sobą prowadzi. Cały ten dzień, urzędnicy, doktorowie, szczupła liczba przyjaciół nie wychodzili ztąd prawie… Regent nawet przybiegł, aby ocalić papiery i dowiedzieć się o szczegółach wypadku… Nie było komu kierować, myśleć, zająć się wszystkiem, i poczciwy Tyszko przyjął energicznie cały ten ciężar na siebie, czyniąc niejaki porządek z ludźmi i pozostałością po nieboszczyku…

Na dwa dni przed opisanym wypadkiem, zjawiła się ta nieszczęsna Lassy u starościny. Chociaż w ostatnich czasach miała nadspodziewane zarobki i trochę grosza w zapasie, trawiła ją ta sama namiętność, która we wszystkich zgniłych a zepsutych społeczeństwach opanowywa próżniacze tłumy – Lassy grała namiętnie. Wciskała się do pomniejszych domów gry, w których, jak świadczą pamiętniki współczesne, dzieci nieraz widywano grające obok rodziców – i jednego wieczoru postradała do ostatniego grosza i ostatniego pierścionka. Nazajutrz jeść nie miała za co, a dowiedziawszy się, przypadkiem o Dobkowej, poleciała do niej aby bądź co bądź, chwycić się tej ostatniej deski wybawienia. Starościna z razu przyjęła ją bardzo chłodno, wprędce jakoś jednak zrozumiała, iż się nią posłużyć może, i pozwoliła jej zostać. Cały dzień trwały ponawiane rozmowy bardzo żywe… w których Dobkowa powtarzała tylko ciągle, iż nie wiedziećby co dała gdyby ją kto od tego grzyba uwolnił. Wyrazy te tyle razy obiły się o uszy Lassy, iż nakoniec skuszona niemi została, i poczęła od zaręczenia, że onaby najłatwiej do tego domu mogła się wcisnąć.

Późniejsze rozmowy prowadzono tak cicho iż nikt usłyszeć nie mógł… Lassy wyszła, wróciła, przyniosła coś z sobą, szeptano, naradzano się, pani Dobkowa była niespokojna, potem umilkło naraz wszystko i Lassy wyszła…

Późno w noc, właśnie był generał Sapora wyszedł po długiej wieczerzy u Sabinki, gwałtownie zaczęto się dobijać do drzwi… Lassy rozczochrana, wylękła, prawie bezprzytomna wpadła do sypialnego pokoju starościny. Wyprawiono Rózię, która sypiała obok i właśnie miała się kłaść do łóżka. Słyszała odchodząc rozmowę, krzyki, spór… potem szemranie, szepty, płacz… i naostatek Lassy wybiegła z domu… a Dobkowa zaczęła wołać Rózię, aby do niej przyszła i przy niej położyła, bo pewnie zasnąć nie będzie mogła.

Rózia zastała swoją panią bladą jak ściana, drżącą, wystraszoną i chodzącą w zadumie po sypialni… Skarżyła się na straszny ból głowy…

– Takie jakieś mam okropne przeczucia – odezwała się – ten generał tak mi głowę paplaniem rozbił, nie wiedzieć co bo wygadywał! Teraz już zasnąć ani myśleć – Lassy mnie do reszty dobiła… Brzydka kobieta gra tak namiętnie, gdzieś się do grosza zgrała i przyleciała jak warjatka prosić pieniędzy… Musiałam dać, aby się jej pozbyć.

– A poco to ją pani przyjmuje? przerwała Rózia – niechby sobie szukała gdzieindziej zarobku. Do czego się ona pani zdała!

– Ja też jej powiedziałam, że ostatni raz daję, i żeby mi nigdy więcej nie wracała. Trzeba ludziom zakazać, ażeby jej nie puszczali, jeśli się tu zjawi.

Panią Dobkową zaczęła jakby febra jakaś trząść, i towarzyszka jej wielki miała kłopot, nim ją ziółkami, kroplami i okładaniami nad rankiem jakoś nieco uspokoiła… Była tak roznerwowana, że na najmniejszy łoskot, krzyk, stuknięcie porywała się i leciała ku drzwiom jak obłąkana. Potem usnęła ze znużenia, i zbudziła się z krzykiem wołając o ratunek – dosyć, że Rózia, która jej nigdy jeszcze taką nie widziała, w głowę zachodziła co się z nią stać mogło. W południe przyjechał generał, ale go nie przyjęła, bo w łóżku leżała… Jednakże w pilnym interesie przybył, jak powiadał, i koniecznie widzieć się musiał – wstała starościna i w szlafroku wyszła do gabinetu.

Generał zobaczywszy ją, przestraszył się, tak była zmieniona.

– Co to starościnie? zawołał.

– Chora jestem, bardzo chora…

– Uważałem, że wczoraj już w wieczór nie było bardzo dobrze… ale cóż takiego? może po doktora?

– A! nie, nie, to… spazmy…

Generał dziwie popatrzał na nią milcząc…

– Hm, rzekł, chciałem coś powiedzieć, ale się już boję… żebyś pani nie rozchorowała się gorzej jeszcze…

– Czy co tyczącego się mnie? z obawą odezwała się Dobkowa.

– I bardzo nawet blizko – marszcząc brwi odezwał się Sapora. Widziałem się tylko co z doktorem Wersem… Pan Dobek, mąż jejmości, umarł otruty!

Starościna krzyknęła i padła na sofę czy zemdlona, czy udając mdłości…

Generał nie porywał się do ratunku – czekał stojąc i chłodno patrząc na jęczącą kobietę, która z wolna do siebie przychodziła.

– Wiesz asińdźka – odezwał się po chwili – jakoś ta śmierć tego Dobka przyszła bardzo w porę dla jejmości… ot! gotowi ludzie gadać! Przyznam się, że ja będę musiał jakiś czas tu przestać bywać… póki się to nie zatrze…

– A! zmiłuj się, generale, jeśli ty mnie opuścisz w tej okropnej doli…

– Kolacyjek dalibógbym się już lękał tu jeść, gdybym asińdźce na świecie zawadzał, szepnął z cicha Sapora – chrząknął głośno… Upadam do nóg – upadam do nóg!

I wyniósł się jak mógł najprędzej.

Tegoż dnia po mieście rozpowiadano już głośno historję rodziny Dobków, lecz każdy ją układał na swój sposób. Ponieważ w nią zamieszana była znana wielu piękność, pochodząca z bruku miejskiego, owa czarnooka Sabina, którą u boku matki znano jeszcze z Senatorskiej ulicy, niestworzone rzeczy dorzucano do tego dramatu, z przeszłości zapomnianej…

 

Lassy także, której imie głośno powtarzano, bo sądownie była ścigana, zwracała na siebie uwagę, a każdy o niej rozpowiadał co wiedział, i było obficie czem ciekawych zaspokoić. Począwszy od zamku aż do Solca i Powązek, tragiczna historja rozeszła się w mgnieniu oka; zapraszano na obiady tych, którzy ją najlepiej opowiadać umieli; generał nie przyznając się do teraźniejszych stosunków ze starościną, był jednym z najszczęśliwszych w powtarzaniu tej powieści, i rozrywano go sobie, aby ją od niego, z jego ust usłyszeć.

On jeden nowemi i niezmiernie piquants szczegółami dramat ten wzbogacał, a dowcipnie umiał go obrobić. Wielki świat, nie mający nic do roboty, przeciągał cały tego dnia tego przed oknami domu, w którym dokonana była zbrodnia; mnóstwo osób wybierało się nazajutrz na pogrzeb, który duchowieństwo protestanckie prowadzić miało. Spodziewano się na nim zobaczyć córkę zmarłego, o której nadzwyczajnej piękności chodziły już wieści, bo ktoś odkrył, iż ona była ową Pauliną w Polyeukcie. Z tego powodu dowiedziała się też o wszystkiem kasztelanowa i hr. Artur. Co dziwniejsza, ktoś już umiał im powiedzieć, że panna była miljonową dziedziczką. Hr. Artur pamiętał to tylko, iż niebieskie jej oczy jedyne były na świecie.

Milionom zaprzeczała kasztelanowa jak najmocniej. We dwadzieścia cztery godziny obeszła całą Warszawę ta smutna historja, i gdy nazajutrz karawan zaszedł przed dom żałobny… tysiące ludzi, mnóztwo powozów, znalazło się w koło… Tłoczono się, aby czarną, prostą trumnę zobaczyć, którą na wozie złożyli słudzy nieboszczyka… Niósł ją na ramieniu pierwszy stary Eliasz, chustką łzawe zakrywając oczy…

Podtrzymywana przez Basię Tyszkównę, Laura wyszła ubrana czarno, zakwefiona, chwiejąc się na nogach. Nie widziała nic, oprócz tej czarnej skrzyni, co jej ojca zabrała.

Wszyscy prawie wiedzieli, iż żona nieboszczyka znajdowała się także w mieście, plątano ją nawet po trosze do wypadku… Niektórzy sądzili iż się znajdzie na pogrzebie, lecz nie pokazała się wcale; przyszedł tylko, zapewne z jej rozkazu, rotmistrz Poręba, i stanął z daleka. Orszak żałobny, z muzyką, pochodniami i całą wspaniałością, na jaką obrządek protestancki zdobyć się może – pociągnął powoli… a lud nasyciwszy ciekawość rozpłynął się, ażeby jutro zapomnieć o widowisku.

Powozy późnym wieczorem przywiozły Laurę i Basię z Eliaszem do domu… Stary sługa oświadczył swej panience, że najlepiejby zrobiła, gdyby się do Tyszków przeniosła… Dom, w którym tak tragicznie i nagle skończył ojciec, był nadto przykrem dla niej wspomnieniem… Zostałaby w nim sama… Bezpieczeństwo nawet wymagało, by, póki się coś nie obmyśli, schroniła się pod przyjacielską opiekę poczciwych ludzi.

– Tembardziej, panienko moja, dodał cicho Eliasz, iż ja was opuścić muszę!

– A toż dla czego? dla familji twej?

– A! nie! Bóg widzi! nieboszczyk mi dał zlecenie do Borowiec, które spełnić mi pilno. Pozostały tam… różne rzeczy… te trzeba ratować, inne poniszczyć. – Wątpię, by panna wróciła tam kiedy… ja także… boć jej nie opuszczę. Aron powinien pomódz. Starościny nie ma na miejscu, trzeba z tego korzystać…

Laura chciała, żeby Eliasz wypoczął. Potrząsł głową.

– A gdzie zaś odpoczywać! rzekł łysinę gładząc, niech-no później, nie teraz… jest co robić. Jabym jednej minuty tam rad być i nazad powrócić.

Jak chciał tak zrobił Eliasz, bo nazajutrz już go w Warszawie nie było… Popędził jak tylko mógł najżywiej do Borowiec, starając się tam przybyć w nocy i wprost do Arona…

Wiadomość o śmierci Dobka lament prawdziwy wywołała w całym domu poczciwego Izraelity; stary w pierwszej chwili wzruszenia, choć może nie godziło mu się to, z wielkiego żalu suknię na sobie rozdarł i płakał. Lecz chwili nie było do stracenia… wyszli na cichą, długą naradę do alkierza, i siedzieli w nim prawie do dnia… Nazajutrz nikt ani mógł poznać, iż w gospodzie Eliasz siedział ukryty.

Dopiero następnej nocy, zebrawszy co najwierniejsze sługi starego pana, wziąwszy z sobą Arona, Eliasz wyruszył ku zamkowi. Zarządzał nim i całym majątkiem w niebytności wdowy, z ramienia jej naznaczony Będziewicz. Znano jego obyczaje i postawiono mu potajemną straż, aby się ruszyć w nocy nie mógł, a na wypadek wszelki miano go zakneblować i związać, gdyby próg przestąpił.

Trzech ludzi zeszło do lochu z Eliaszem, który kryjówkę odemknął i przy sobie kufry ładować kazał. Wybrano największe i najmocniejsze, i cały ów skarb, który wszystkich skrzyń nie wypełniał i nadebrany też był w ostatnich czasach, we trzech się pomieścił. Te natychmiast pod strażą Arona do stojącej w gospodzie bryki zaniesiono. Ludzie obficie wynagrodzeni, poprzysięgli najuroczyściej milczenie. Gdy kryjówka była pusta, Eliasz odesławszy Arona, aby do podróży konie i wóz opatrzył, sam z dwoma ludźmi splondrował pokoje Laury, i pozabierał z nich, co sądził, że jej miłe być mogło… Naostatek zstąpili jeszcze do lochów, i tam dobrą godzinę zabawili… Wyszedłszy z nich Eliasz okopcony, znużony – ucałował swych towarzyszów płacząc, i pośpieszył do bryki, wyładowanej sprzętem i kuframi tak, że za kupiecką uchodzić mogła. Dla większego bezpieczeństwa, jechał z nim Aron i dwóch z Borowiec starych dworaków.

Nadedniem pośpieszając jak było można, aby nocą się jeszcze w lasy dostać… przy znajomości drogi i miejsc, z ostrożnościami wielu, dobili się do niwy, na której odpocząć mogli.

Szarzało właśnie, ale od strony Borowiec na niebie wypogodzonem podniósł się najprzód słup dymu ogromny, a w chwilę potem łuna oświeciła widnokrąg. Słaba w początku, zwiększała się, rosła, rozszerzała i zajęła całą tę stronę nieba, gorejąc tak silnie, iż poranku światło długo gasiła…

Gdy słońce weszło, czerwoność ta zamieniła się w bure dymy, które unosiły się szeroko nad lasami, a zgorzeliznę w lesie silnie czuć było. Aron, Eliasz i wszyscy w milczeniu, ze łzami w oczach patrzali na ten pożar, wiedząc co się pali…

Około dziesiątej rano, nadbiegł konno wnuk Arona…

Rzucili się wszyscy ku niemu…

Opowiadał, iż nad ranem nie wiedzieć z jakiego powodu powstał na zamku pożar dziwny, bo zdawał się z lochów pochodzić. Wszystkiemi otworami ich buchały najprzód dymy, potem płomienie… Od nich zajęła się brama mieszkalna, stajnie, potem nawet zabudowania folwarczne… a nie było komu ratować, bo nikt do ognia iść nie chciał. Będziewicz ze swojemi kilku Smołochowcami, ledwie swoje węzełki mógł uratować… Z mieszkania pańskiego, na którem już był dach runął, zostały, jak mówił posłaniec, mury tylko…

W wielu miejscach sklepienia się pozawalały i zionęły ogniem… Groby także miały być spalone, a w miejscu, gdzie były ogródki Laury, pozapadała ziemia, i wygorzały jamy głębokie…

Ludzie smołochowscy w pierwszem popłochu chcieli uchodzić do domu, ledwie ich Będziewicz powstrzymał.

Bito we dzwony w kościele i w cerkwi, bo plebania też była zagrożona, i tu zebrała się kupka ludzi na ratunek probostwa i kościoła, ale do dworu nikt iść nie chciał.

Będziewiczowi stary jeden wprost powiedział:

– A po co? Stary nasz pan poczciwy nie żyje, panienki naszej nie ma, dla przybłędów co majątek zrabowali i przywłaszczyli, mamy dach ratować? Bodaj i oni tak z dymem poszli jak to, co nam było drogie!

Będziewicz chciał się do starca porwać, lecz go powstrzymali inni, nie było bezpiecznie…

Wypocząwszy na polanie, bryka Eliaszowa znajomemi drogami powlokła się dalej w las, a w Borowcach tak poczciwie tajemnicy dochować umiano, iż nikt z obcych o bytności starego sługi na zamku nie wiedział.

Nazajutrz, oglądając zgorzeliska, musiał się ks. Żagiel czegoś domyślać, bo do rozwalonych murów zaglądając, zobaczył loszek ów w skarbcu z bokiem otwartym, a wiedział od rotmistrza, że tam próżno kryjówki szukano wprzódy. Ponieważ ogień to miejsce pod sklepieniami najmniej był uszkodził… ksiądz rozpatrując się, świeże znalazł znaki bytności i roboty ludzkiej. Ciągnione kufry ciężkie, porysowały wschody, mur był jakby tylko co poobijany… papiery różne porzucane z ponotowanemi summami…