Lubonie. Powieść z X wiekuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Panu BRONISŁAWOWI ZALESKIEMU w Paryżu

Przypomnisz sobie może, kochany Bronisławie, rozmowę naszą o powieściach historycznych, którymi w roku przeszłym będąc w myślach zajęty, spowiadałem Ci się z trwogi i zapału, jaki one we mnie obudzały. Naówczas był to pomysł tylko jeszcze, który teraz, jak umiałem i mogę, przyprowadzam do skutku. Byłeś jednym z pierwszych, z którymi przejęty cały zadaniem tym — mówiłem; myśl sama zdała Ci się i dobrą, i ponętną, przyjmijże jeden z pierwszych jej owoców. Czasy, które się tu malują, szare okrywają mroki, wrócić im cokolwiek życia, starać się je z niemnogich skazówek i pomników odgadnąć, zaprawdę trudnym było. Nie pochlebiam sobie, abym to dokonał tak, jak to należało, alem uczynił pobożnym ku przeszłości sercem, jakem zdołał i umiał. Przyjm maluczką ofiarę, chętliwie i pobłażająco.

Twój wierny J.I. KRASZEWSKI

Dnia 29 marca 1876, Drezno

Tom pierwszy

Rozdział I


ieczór był skwarnego dnia letniego, słońce zachodzić miało za lasy[1]. Co żyło, ukryte w cieniach i zaroślach, czekało, by powiał wiatr wieczorny, spadła rosa ożywcza i palące promienie dopiekać przestały. Milczało wszystko. Stada w zaroślach się chroniły, ludzie po lasach, rzadko ptak przeleciał w powietrzu, które ziało ogniem. Noc miała przynieść ochłodę i wypoczynek po dniu, który zwarzył rośliny i wyssał z ziemi ostatki wilgoci, po niedawnej pozostałe burzy. Tego dnia pod wieczór nawet nie zmniejszył się upał i na niebie chmurki żadnej widać nie było. Wypogodzone, rozpalone, bezbarwne, zwiastować się zdawało posuchę, bo tarcza słoneczna ponad lasami okryła się barwą krwi i purpurowa, bezpromienna, dziwna i straszna, z wolna kłoniła się ku czarnemu pasowi puszcz dalekich. W powietrzu unosiły się słupy muszek, podnoszące wysoko, wirujące obrotami jakimiś samowolnymi, jakby je powiew jaki, którego czuć nie było, to w górę, to na bok odnosił, to przyciskał ku ziemi. Chmurą leciały tak muszki skrzydlate, ponad łąki i pola, zdając się bawić i swawolić w rozpalonych ziemi wyziewach. Na polach cicho było i pusto. Wyschłe rzeczułki ciekły skryte głęboko, uciekając daleko od spieki, co je wypijała. Czasem w dali powiew, który nie dochodził tu i czuć się nie dawał, na piaszczystych rozłogach chwytał kurzu tumany i do góry je gdzieś unosił.

Na Krasnejgórze nad Wartą, we dworze Luboniów, tak pusto było jak wszędzie dnia tego, ludzie się od spieki gdzieś pochowali. I obyczajem starym wszystko stało otworem: dom, zagroda, wrota, nie strzegł nikt ich, bo się nikogo nie lękano. Dwór stary wznosił się na pagórku nad rzeką, lasem wysokim otoczony z jednej strony, z drugiej do pola i łąk przytykający. Jak wszystkie naówczas, była to budowa drewniana, ale rozległa i krzepko z bierwion ogromnych wzniesiona. Wysoki dach z dymnikami, okopcony i czarny, panował nad nią. Dokoła opasywało ją podsienie na słupach rzezanych. Podwórze było rozległe i czyste, budynki wkoło proste, ale nowe i schludne. Z rozmiarów dworu wnosić było można o wielkiej zamożności rodu, co tu zamieszkiwał; ze stajen i szop — o trzodach i gospodarstwie; z ładu około domu — o pilności pana.

Już czas był, ażeby i ludzie, i bydło pod dach wracało. Choć upał się nie zmniejszał, słońce przynajmniej straciło siłę, patrzało groźno krwawym okiem, ale nie piekło. Koło dworu panował jeszcze spokój i cisza. Od strony lasu, w cieniu leżały psy stróże, na chłodniejszej ziemi powyciągane i jak martwe. Dwór stał otworem. Drzwi i okna z poodsuwanymi okiennicami wpuszczały powietrze, lecz ono ziało jeszcze gorącem.

Ognisko w świetlicy było wygasłe i zarzucone popiołem, komory na rozcież poodmykane, nikogo nigdzie, żywej duszy… W podwórku kilka kur chodziło, dziobiąc porozsypywane ziarna. Wszystkie izby domostwa przejść tak było można, nie znalazłszy nikogo. Na tyle tylko, od lasu, na ogromnym kamieniu, który leżał pod strzechą, siedziała bardzo stara niewiasta, zgarbiona wiekiem, z włosy siwymi, które spod chust się wysuwały, siedziała, i jakby na pół drzemiąc, przędła. Twarz jej opaloną, z pomarszczoną i posieczoną skórą, żółtą, pargaminową, mech starości pokrywał na policzkach i brodzie, oczu głęboko zapadłych dostrzec prawie nie było można spod nawisłych powiek i brwi zarosłych bujno. Trzymała kądziel, ciągnęła nić bezmyślnie, z wolna i zatopiona w dumach jakichś przędła, nie przestając. Niekiedy palce przykładała do ust, aby je zwilżyć i nić ciągnęła znowu, cienką, równą, gładką, choć bezsilne palce opierać się pracy zdawały. Czasem wśród tego snucia zatrzymała się nagle, jakby jej sił nie stało, potem przypomniawszy sobie kądziel, z pośpiechem znowu do niej powracała. Ubogo ubrana była starucha, nie mając na sobie nic prócz płótna, a na nogach lipowych kurpi nowych, które je opasywały. Zapaska wełniana była ciemnej barwy, na szyi nawet żadnego sznurka i ozdoby widać nie było. Niewiasta długie już lata na świecie przeżyć musiała, jednak trzymała się jeszcze i nasłuchiwanie najmniejszego szelestu przekonywało, że ucho miała czułe.

Wśród ciszy psy, co nieopodal od staruszki leżały, popodnosiły głowy i jeden z nich, rozpatrując się niespokojnie, zamruczał, jakby drugim dawał hasło. Wnet i reszta pozrywała się na nogi, wietrzyć poczęły, lecz stały niepewne. Nic słychać i nic widać nie było. Pokładły się znowu, ale głowy podniesione czyhały na szelest najmniejszy. Stara też od kądzieli na swych towarzyszów oczy zwróciła, jakby ich pytała o niepokoju przyczynę. Ten, który pierwszy zamruczał, odzywał się jeszcze kiedy niekiedy, ale nie bardzo znać pewien siebie. I długo tak nic słychać nie było.

Słońce czerwone stoczyło się za lasy, a wnet i mrok szybko nadchodzić zaczął. Na północnej niebios stronie blada pokazała się pierwsza gwiazda, ku zachodowi, jak złoty sierp, stał wąski księżyc na młodziku.

W dali coś tętnieć się zdawało… Staruszka wstała, zabrała kądziel i ruszyła się powoli ku dworowi, a idąc, obyczajem starych, mruczała coś sama do siebie. Tuż i życie budzić się z zachodem zaczęło. W powietrzu przelatywały dźwięki, bydło i owce biegły z pola. Klaskały pastuchów batogi, ryczały krowy i rżały konie, coraz bliżej słychać je było. Starucha, stanąwszy u płota, wypatrywała je w dali i potrząsała głową, jakby panią była i gniewała się na niedbałe sługi. Wtem śmiechy i śpiewy tuż blisko doszły ucha staruszki i lice się jej poruszyło, głowa podniosła, oczy skierowały ku dworowi. Głosy to były niewieście, wesołe, młode. Uśmiechały się też mimo woli usta starej prządki i niespokojnie rozglądać zaczęła, wypatrując nadchodzących. Psy, które leżały spokojnie, skowycząc i podskakując, się zerwały, jakby i ich uradowały te ludzkie głosy po długiej ciszy.

A wtem z lasu ukazała się cała gromadka dziewcząt w bieli. Przodem szła najpiękniejsza, wysokiego wzrostu, smukła, ze śmiejącymi się oczyma, z ciemnym włosem w kosy zaplecionym, z podniesioną raźnie główką, na której, oprócz rucianego wianuszka, niosła całą wiązankę świeżych leśnych kwiatów, aż na ramiona spadających. W białej koszuli i zapaskach, ze sznurami bursztynów i krasnych kamyków na szyi, przepasana czerwonym pasem, którego końce u boku spadały, szła tak jak leśna panna, królując widocznie tym, co za nią biegły i w oczy jej patrzały. Przed sobą w spódniczce podwiniętej miała pełno uzbieranych ziół i różnej leśnej zdobyczy. Dziewczęta też idące za nią niosły kobiałki na plecach, koszyki w rękach, postrojone były w kwiaty jak ona, a lica im się wszystkim młodością śmiały i weselem. Szły ku dworowi i śpiewały. Ostatnia zwrotka piosenki skończyła się śmiechem, bo też i psy, łasząc się, ku dziewczętom przypadły.

Z drugiej strony becząca i wrzawliwie odzywająca się cisnęła do wrót trzoda. Cisza przed chwilą wielka zmieniła się w gwar życia pełny. Starucha patrzyła na dziewczynę z uśmiechem, a ta ku niej dążyła, potrząsając uwieńczoną główką.

— O, udałoż się w lesie, udało! — zawołała. — Całyśmy dzień prześpiewały w chłodzie, za grzybami chodząc i jagodami. Wszystkiego pełno, choć garściami garnąć. Posucha w cieniu nic nie zwarzyła. Ptaszki nam śpiewały, a my im… i dzionek, babusiu, zszedł jako błyskawica.

— A jam tu go ledwie do końca doprzędła — rzekła złamanym, z zaschłego gardła, głosem stara.

— A ojciec? — zapytało dziewczę. — Nie ma ojca?

— Ojciec do knezia jechać musiał, ale na noc powróci z Poznania. Niewielka to droga, a nocować tam nie ma po co. Tylko go nie widać!

Gdy tak gwarzyły i, mówiąc, się zwracały do dworu, dziewczęta z kobiałkami wyprzedzać ją zaczęły i śmiejąc się a swawoląc, do drzwi pędzić. Z drugiej strony, od podwórza, szli, przeciw nim zaglądając parobcy, którzy z pola powracali, lecz zoczywszy ich, całe to dziewcząt stadko pobiegło się ukryć po komorach i głosy tylko młode słychać było. Staruchę prowadziła z wolna dziewczyna, przymilając się do niej, a ta ją po twarzy ręką zmarszczoną gładziła.

U studni, pośrodku podwórka, ruch był wielki i wiadrom nie dawano spoczynku, czerpiąc chłodną wodę czystą, napawając się nią z rozkoszą. Bydło tymczasem samo szło do swoich szop otwartych na spoczynek, a pastuszki i parobcy, około koryta stojąc, głośno śmieli się, tak jak to zwykło się wesoło rozkoszować, gdy pana w domu nie ma.

Ale na drodze tętent się dał słyszeć i wielka ta wrzawa zaraz przycichła; psy biegły ku wrotom. Z dala na polu widać było jadący do dworu orszak cały, dosyć pokaźny, konnych i zbrojnych ludzi. Przodem na dobrym koniu jechał dorodny, niemłody już mężczyzna, pięknej postawy wojackiej, z ręką w bok, w krótkim płaszczu, a raczej sukni, zdjętej z rękawów dla gorąca i tylko na ramiona rzuconej. Miecz miał u pasa, nóż w pochwie za pasem, a u siedzenia na koniu młot wisiał, nabijany gwoźdźmi żółtymi i wyrabiany misternie, w skórzanej objęty pochewce. Za nim kilku młodych, jednako odzianych i zbrojnych dobrze, jechało. Wyglądali wszyscy, jakby z boju albo na bój się wybrali. Poznać było łatwo, że do domu dążyli i obcymi tu nie byli, konie ich rżały niespokojnie i oni oczy zwracali ku dworowi. Twarz jednak tego, co przodem jechał, nie rozjaśniła się na widok jego, poważny jechał i zamyślony.

 

Parobcy z pola przybyli, postrzegłszy zbliżających się, podbiegli ku wrotom na ich przyjęcie. We drzwiach pod słupkami stało piękne dziewczę, tak jak z lasu przybyło, uśmiechając się, a starucha, rękę położywszy na jej ramieniu, drugą trzymając jeszcze swą kądziel, nie ruszyła się od jej boku.

Z dala już przybywający witał swe niewiasty, a one jego. Matka to była i córka, bo żony nie miał dawno. Zsiadł tedy u progu gospodarz, konia zdając na parobka i pozdrowiwszy matkę, pogłaskawszy córkę, jak stał, do świetlicy poszedł. I one ciągnęły za nim. A gdy na ławie za stołem siadł, kołpak zdejmując i czoło ocierając, stara z komory kubełek pełny napoju wyniosła.

— Pij, synu — rzekła — na upał to jedyne. Kwas brzozowy najlepiej gasi pragnienie. Słońce nas też, jakby się gniewało, piekło cały dzień bez litości.

I patrzały mu w oczy stara i młoda, jakby myśli jego zgadywać chciały. Siedział posępny. Badać go nie śmiała matka, dziewczę było odważniejsze.

— Coś bo niewesoło od knezia Mieszka wracacie! — odezwała się. — Czyżby się co złego niosło?

— Co tam ma być! — rzekł Luboń. — Nie ma nic. Mieszek wojny patrzy i tęskni, gdy jej nie ma. Doma mu nudno…

Westchnął i popatrzył na córkę, która nie wiedzieć dlaczego, pod tym wejrzeniem ojcowskim spłonęła. Zaciężył jej wianek leśny, zdjęła go ze skroni i poszła z nim do komory. Dopiero po odejściu jej starucha się do syna zbliżyła i w oczy mu badająco spojrzała.

— Licho nadało — zamruczał po cichu. — Zawsze mu się nasza dziewka śni. Ma żon sześć, a bez siódmej ani żyć. Niechże jej szuka, kędy chce, bo ja mojej nie dam, to darmo.

Pięścią o stół uderzył. Starucha w ręce plasnęła.

— Jeszcze by też! — zawołała. — Jedyne oko w głowie kneziowi dać na zabawkę. A co jej po tym! Tam szczęścia nie zazna, gdzie ich tyle. Dziewczynę co rychlej trzeba komu dać, aby mu chętka odpadła.

— Tak — dodał Luboń — matko droga! Gdyby ich u mnie dwie albo trzy było i synów ze dwu w dodatku, łatwo by dziewczynę zaswatać, ale ona u mnie córką i synem, a kto ją weźmie, ten mi dzieckiem być musi i następcą. Luboń ojcowizny nie spuści lada komu.

Głową potrząsł.

— Oj, syna, syna mi żal! — westchnął.

— Serca sobie nie psuj — odezwała się baba, łzę ocierając rękawem. — Opłakaliśmy go i pogrzebli.

— A, gdybym go ja martwego widział i na stosie — mówił Luboń — nie tyle by mnie serce bolało, jak myśleć, że on tam gdzieś niewolnikiem się obcym wysługuje z głową postrzyżoną, że Niemcowi wodę nosi i drwa rąbie.

Zamilkli oboje; obojgu łzy się potoczyły, a słów nie stało.

— Nieszczęsna to godzina i dzień, kiedym ja go, dziecinę słabą, na nalegania i prośby z sobą na wyprawę wziął. Chciało mu się wojennej sprawy próbować zawczasu. Gdybyż padł od strzały, ale mi go sprzed oczów Niemcy chwycili. Jeszcze słyszę jego wołanie, jeszcze widzę go, ręce wyciągającego ku mnie, a jam ranny, odcinając się sam trzem, w pomoc mu nie mógł pospieszyć i znikł mi z oczów na zawsze!

Ręką uderzył po stole i sparł się na niej Luboń, a stara go po głowie głaskać poczęła, płacząc. Nie pierwszy to raz, ale setny może tak opłakiwali dziecko stracone, choć lat upłynęło wiele, jak o nim słychu nie było. W sercu ojca gniew i pragnienie zemsty rosły i gromadziły się z latami, a ile razy kneź Mieszko ciągnął na Niemców, prosił mu się Luboń, aby tej krwi się napić, która mu jego krew zabrała. Słał on za Odrę i Elbę do Niemców z okupem, szukając jedynaka, ano już wszelka nadzieja była stracona, bo o dziecku wieści najmniejszej nie dostał, a lat kilkanaście od tego czasu upłynęło.

W milczeniu odstąpiła stara od syna, bo czas było myśleć, by sposobić wieczerzę, i choć dziewczęta już ją pewnie musiały nagotować, spojrzeć chciała stara gospodyni, co się tam działo. Luboń został tak sam z żalem swoim, na ręku podparty.

Wtem psy u wrót ujadać zaczęły i jeden z pachołków wszedł na próg.

— Co tam z psami? — zapytał pan.

— Podróżny, o gościnę prosząc, u wrót na koniu stoi — rzekł pachołek.

— Co za jeden?

— Nieznajomy człek.

— A z wielu końmi?

— Sam jedzie.

— Skądże się opowiada?

— Znad czeskiej granicy.

— Prowadźcież go — odezwał się Luboń, wstając — nie juści go od wrót odeślemy. — I pochyliwszy się, w okno otwarte spojrzał. Podróżny, niepozornie odziany, ze zmęczonego drogą konia zsiadał właśnie. Człek był młody, twarzy bladej, jakby przelękły i nieśmiały, broni przy nim żadnej widać nie było. Z odzieży trudno osądzić przyszło człowieka, bo się niczym nie odznaczał. Ciemną suknią był okryty, takiego kroju, jak ją po niektórych ziemiach noszono, włos miał przystrzyżony krótko, czapkę lekką bez pióra. Wyglądał ubogo, lecz wpatrzywszy się mu w lice, widać na nim było, że pod nim dusza mieszkała nieleniwa. Oczy patrzały mu rozumnie, młode czoło świeciło jakimiś myślami, a gdy do progu szedł, powagę miał jakąś i bezpieczeństwo dziwne, choć obcym tu był i nie wiedział, jak go przyjmą. I trwoga, i wesele jakieś, i pomięszanie razem na twarzy się malowały. Na próg wszedłszy, ujrzawszy naprzeciw siebie stojącego Lubonia, jakby mowy zapomniał.

— Szczęście i błogosławieństwo progom waszym, panie mój — odezwał się. — Podróżny jestem… do knezia jadę… tak… do Poznania… w tę stronę, noc mię zaskoczyła… o gościnę proszę — Mówił, jąkając się i nieśmiało, a wciąż na starego spoglądał.

Luboń też wpatrywał się w niego bystro, sam nie wiedząc, z kim miał do czynienia, bo do wojaka przybyły podobien nie był i mowę miał choć swojską, ale skażoną.

— Przyjmuję was z ochotą — odparł stary. — Siadajcie i odpoczywajcie. — Wskazał na ławę, ale młody gość stał w progu i nierychło dopiero pod oknem, z dala skromne zajął miejsce.

— Skądżeście i co was tu prowadzi? — zapytał gospodarz, chleb podając do rozłamania na znak przyjęcia.

— Z daleka jestem, ojcze — głosem cichym począł z wolna, ciekawie się rozglądając, podróżny — z daleka, zza gór, zza rzek wielu, bom wędrował dużo. Choć mi się język zepsuł, tutejszy jestem.

— Tutejszy? — podchwycił Luboń. — Skąd?

Podróżny popatrzał się nań i zawahał się z odpowiedzią.

— Od Poznania jestem — wyjąkał głosem prawie drżącym — alem tu kilkanaście lat nie bywał… — I urwał.

Te słowa dziwnie jakoś w uszach zabrzmiały Luboniowi; siedział na ławie z dala, usłyszawszy je, powstał i zbliżył się ku gościowi, wpatrując w niego pilnie. Przybylec siedział w cieniu, okienniczka była na pół zasunięta. Luboń ją otworzył, ale światła nie weszło wiele, bo na dworze mrok się robił. Klasnął w ręce o łuczywo na ludzi.

— Cóż to się z wami działo, żeście tu nie bywali tak długo, po obcych się włócząc ziemiach? — zapytał.

— Długo by to mówić było — wahając się jakoś, począł gość. — Małym dzieckiem, na wojnie, porwali mnie Niemcy od ojca.

Ledwie słów tych dokończył, gdy gospodarz skoczył, oburącz go porywając za ramiona, i głosem, który dwór cały przeraził jak piorunem, krzyknął:

— Włast! Tyś Włast!

Gość padł na kolana, za nogi go obejmował i płakał. Gdy dziewczyna weszła z łuczywem i postrzegła to, przestraszona rzuciła ogień i wybiegła, choć sama nie wiedziała, co ją przeraziło. W tejże chwili na krzyk Lubonia nadbiegła stara matka i córka, obie drżące i o Lubonia strwożone. Ujrzawszy nieznajomego, który jeszcze klęcząc, nogi jego ściskał, a on głowę jego obejmował, okrywając pocałunkami, osłupiały.

— Włast! — zawołała stara. I podbiegły ku niemu.

Jakże tu opisać to powitanie nieznajomego po latach dwunastu i tę radość osieroconego ogniska, u którego nagle zjawiło się dziecię stracone i opłakane od dawna. Luboń stary szalał prawie, staruszka drżała, a siostra nieśmiało temu młodemu mężczyźnie, który miał być jej bratem, przypatrywała się z dala z ciekawością. Sadzono go więc na ławie, a trzeba było napoić go i orzeźwić, bo i jemu wzruszenie siły odebrało. Słaby też i blady był, jakby znękany długą niewolą, a tu się pytania sypały, co się z nim działo i jak przebył te lata. Ojciec nastawał szczególniej, a odpowiedzi syna ciemne jakieś były, niewyraźne i poplątane. I nierychło, jakby uspokoiwszy się i myśli zebrawszy, rozpowiadać począł o sobie, jako w niewolę od ojca wzięty, przez Niemca zrazu do najtwardszych był posług zażywany, jak później go, słabym uznawszy, dano nierycerskiemu panu jakiemuś za pacholę. Z tym nowym panem dostał się Włast, któremu, jak mówił, imię zmieniono na Matię, na dwór niemieckiego cesarza; potem do innych ludzi, którzy tylko Bogu służyli, a ci go nowych rzeczy nauczali i z sobą zabrali do innej ziemi, na południe, kędy zimy nie było nigdy i gdzie stał największy gród panujących wszystkim krajom na zachodzie. Tam na usługach różnych i w spokoju bezorężne życie prowadził… i nie mówił, by mu ono bardzo ciążyło, tylko za domem i rodziną tęsknił zawsze.

Opowiadał Włast ojcu i swoim, co się cisnęli, aby go widzieć, z obawą jakąś, wiele rzeczy połykając, o których znać wspominać im nie chciał, bo ojcu brwi, słuchając, się marszczyły. I nie mógł z niego dobadać o wiele więcej nad to, że wojaczki cale zapomniał, obyczaju domowego zabył, języka się prawie oduczył i że swoim stał się niemal obcym. Smutno opowiadał to Włast, a smutniej jeszcze ojcu słuchać było, który choć się cieszył z odzyskania syna, widział, iż z niego będzie musiał nowego uczynić człowieka, aby do siebie przystać mogli.

Gdy niejasne to, tęskne opowiadanie się skończyło, a wszyscy milczeli, Luboń schwycił go za głowę raz jeszcze i ucałowawszy, rzekł:

— Dosyć, że cię mam, resztę sobie przypomnisz, gdy pobędziesz z nami. Zasmakujesz w orężu i w dawnym życiu, a ja cię od boku mego nie puszczę już więcej. I krew się w tobie odezwać musi.

Włast nie mówił nic, głowę z pokorą skłonił i zmilczał. A tu się sypały pytania, jak na tamtym świecie, innym, ludzie, miasta, wsie, wojna i pokój, i potęgi obce wyglądały.

Włast po trosze opisywał, skąpy był jednak w odpowiedziach, jakby go co za język trzymało, i łatwo dostrzec było, że mu tam trochę serca zostało u ludzi, do których był nawykł, bo na obyczaj ich, wiarę i na życie z nimi nie narzekał, a wiele rzeczy chwalił, które tu były w ohydzie. Potęgę zaś cesarzów i kneziów tamtejszych malował wielką i straszną.

Luboniowi słuchać było niemiło i tęskno, ale ust synowi zamknąć nie chciał. Wieczór tak zszedł przy łuczywach, wesoło wprawdzie i dla Lubonia szczęśliwie, przecież nie tak, jak by był pragnął, bo syna znajdował z obcych rąk wróconego niemal sobie obcym, i co chwila ojciec i on się nie rozumieli. Naówczas Włast z pokorą mówić przestawał i powodował się staremu cierpliwie. Późną już nocą starucha przyszła oznajmić, że dla wnuka gotowe było na sianie w szopie posłanie, gdzie go Jarmierz, starszy przy Luboniu nad jego seciną, miał zaprowadzić. Rozstali się więc, jeszcze raz uścisnąwszy i siostra przeprowadziła brata do proga.

Luboń został naówczas sam, ale stanąwszy u pościeli, zadumał się, nie mogąc o śnie pomyśleć. Radość w nim z jakimś strachem walczyła, łzy niemęskie czuł na powiekach. Włast to był, jedyne dziecko, a nie ten i nie taki, jakim on by go mieć chciał. Cieszył się tym, że życie zamarłemu powróci, wolał takiego mieć niż żadnego, a wojak stary gryzł się razem, w synu wojennego nie widząc ducha. Żołnierzem naówczas był ziemianin każdy, a kto nim być nie umiał, ten niemal mężem i człowiekiem być przestawał. Więc klął w duchu tych ludzi, co mu na wzgardę dziecię bezsilne jakieś i kalekę oddali. Więcej męstwa i ochoty bojowej było niemal w pięknej dziewczynie, co się jego siostrą zwała. Nie spał Luboń całą noc, a gdy świtać zaczęło, zmęczony na rosę wyszedł i powietrze, aby się orzeźwić.

Jarmierz, który z obowiązku o brzasku był na nogach, drogę mu zaszedł. Był to jego ulubieniec, którego jak syna kochał. Spotkali się u wrót, stary mu na ramieniu rękę położył.

 

— Cóż Włast? Jarmierz zmilczał.

— Prawda — rzekł stary tęskno — Niemcy z niego babę zrobili, na moje dziecko nie wygląda.

Wojak jeszcze nie odpowiedział.

— Cóż robił wczora? Mówiliście z nim?

— Mało — odparł Jarmierz. — Uściskał mnie jeno, a sam zaraz na posłanie poszedł. Choć szopa ciemna, przypatrywałem się ciekawie, co pocznie. Nie wiem, czarnoksięstwa chyba jakieś wyprawiał. Widziałem go, że pokląkł przy pościeli, złożył ręce i nimi dotykał czoła i ramion, w piersi się bił, głową o ziemię uderzał, aż mnie ogarnął strach. I szeptał sam do siebie dziwnie, jakby jęczał i płakał, skarżył się i prosił. Trwało to długo, długo. W końcu znowu ręką począł czoła i ramion dotykać i dopiero się udał na spoczynek.

Jarmierz opowiadał cicho i z obawą. Luboń słuchał zadumany, ale nie rzekł nic. Potem dotknął ramienia swojego sotnika i szepnął mu:

— Milcz o tym. Zabobony są niemieckie, ale my mu to z głowy wybijemy. Niech o tym nie wie nikt, prócz nas dwu w domu. Rozumiesz?

Skłonił się Jarmierz.

— Stanie się po woli waszej — odpowiedział — ale źle jest.

— Źle — rzekł Luboń — przecie ja wolę o tym nie wiedzieć. Tak mi łatwiej i lepiej będzie. Dać mu trzeba spocząć, niewolę niemiecką wydychać, do obyczaju swojego powrócić. Wy mu towarzyszcie. Śmiechem i weselem duszę mu rozgrzejcie. Młody jest, prowadźcie go, gdzie się młodzież zabawia. Oręż mu trzeba przysposobić, konia i zabawę wojenną. Ja też nie zaśpię, ale ze starym trudniej się młody znajdzie, łacniej z wami. Jarmierz, ja tobie ufam.

Skłonił się sotnik, ale westchnął, znać nie bardzo sobie ufał. Luboń podwórko przeszedł raz i drugi. Pod słupami stała matka jego, którą też sen nie brał, stała zapatrzona gdzieś, nie widząc nic i smutna. Gdy Luboń zbliżył się do niej, pochyliła mu się do ucha.

— Nie nasz on — rzekła ponuro — nie nasz. Wiem, co jemu jest, wiem. Na swoją wiarę go nawrócili Niemcy, z oczów mu to patrzy.

Luboń sobie uszy zatknął rękami.

— Słyszeć nie chcę, wiedzieć nie chcę. I nogą uderzył o ziemię.

— Nie! nie! nie! — zawołał, brwi marszcząc.

Staruszka rękami powiała w powietrzu, spuściła głowę na piersi, założyła dłonie i sparłszy się o ścianę, nie mówiąc słowa, nie dając znaku życia, została tak martwą jak słup i nieruchomą.

[1] W utworze zachowano wszystkie charakterystyczne cechy języka J.I. Kraszewskiego, prowincjonalizmy, archaizmy fleksyjne i składniowe, słowotwórcze oraz oboczne formy wielu wyrazów. Unowocześniono zaś pisownię i interpunkcję (przyp. red.).