W wieku odlotowymTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Józef Baran

W wieku odlotowym


ISBN 978-83-8202-113-4


Copyright © by Józef Baran, 2020

All rights reserved


Projekt okładki i stron tytułowych

Agnieszka Herman


Autorką fotografii wykorzystanych w książce jest Agata Koszczan


Opracowanie graficzne i techniczne

Paweł Uniejewski


Korekta

Anna Wnękowska


Publikacja została wydana ze wsparciem Instytutu Literatury w ramach programu Tarcza dla literatów.




Wydanie 1


Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

INWOKACJA

niech kto mysz

nie ryczy jak lew

kto żółw

nie udaje gazeli

kto gęś

nie zazdrości bielikowi

że nad górami się bieli

kto mucha

niech brzęczy Bogu do ucha

i przypadkiem nie liczy

że wyda z siebie

trel słowiczy

„wszak nie doleci słońca sowa”

ale z księżycem może być na ty

tam zaś

„gdzie koń pociągnąć nie zdoła”

osioł wkracza do gry

i niech pszczoła

pozostanie pszczołą

wśród płatków róży niech się kręci

bez niej byłoby

na tej Ziemi

o wiele więcej

śmierci

niech każdy

będzie nie Kimś

lecz sobą

i niech się nie puszy

bo w każdym

ta sama stwórcza

iskra

tli się

na dnie duszy

i niechaj Baran

Baranem

pozostanie na amen

nie wycofuje się z Barana rakiem

by być Miłoszem Szymborską

czy broń Boże

Barańczakiem

bo niewysoko

niedaleko

dofrunie

poezja

strojna

nawet w cudne

lecz w piórka cudze

15 lipca 2017

I. INNA HISTORIA


LATO 2018

rozedrgane powietrze

rojne i strojne w motyle

jaśminów wodospady

przelewające się przez ogrodzenia

bezkresne życie bez początku­‍-końca

nieogarnione niepojęte

wieloistnienie

fruwa pełza treluje przelatuje cyka

kojąco szumi zapachami kusi

świszcze gwiżdże i brzęczy roi się i rui

dając znaki z wysoka dając znaki z niska

na swych instrumentach

we wszystkich językach

koncertuje w orkiestrze symfonicznej lata

choć się nie słyszy nie widzi nie czuje

lecz współbrzmi

mimowolnie poddając się woli

Niewidzialnego Dyrygenta

w zielono­‍-niebieskiej przestrzeni

mijając się przemija

w to czerwcowe południe

zachłannie wiruje miga

w wodach powietrzu trawie

w koronach lip w żytach

w takt złotej batuty Słońca

a ty czujesz

jak przepływa przez serce

przeźroczysty obłok

i jak unosisz się na wysokościach

pod czaszą błękideł

spadochroniarz zachwytu

uczepiony

słonecznych promieni

LITURGIA LATA

nabrzmiałe wymiona upału

wiszą nad polaną

czekając na udój

wesoły

promieniami rozćwierkany las

ugina się pod

ptasimi allegrami

trzmiel upił się na umór

z kielicha dzikiej róży

szczęściem

(tracę razem z nim głowę

oszołomiony

bujnością lata)

zapach

obłoków

studzienne

nawoływanie kukułki

chwila

schwytana na gorącym uczynku

nieśmiertelnego trwania –

prześwit leśnego traktu

biegnący w nieskończoność

ku słońcu

wyświęcanie się na wysokościach

słonecznych chwil

rozwijających się

jak promienne dywany

od świtu do zmroku

prześwietlone słońcem

dzieci nad strumykiem

wdzięczne zjawy

zastygłe w radosnych okrzykach

w lustrze pogody

zawieszonym nad polami

odbity odświętnie

czas i świat

i Twoja Twarz

dla takich chwil

warto żyć

choć raz

PRZEDWIECZORNY NIEPOKÓJ

przedwieczorny niepokój

świat starzeje się

z chwili na chwilę

żar­‍-ptak Słońca

niepokojąco zniża

lot ku Ziemi

z kolejnym upolowanym dniem

w szponach

by złożyć go

jak jagniątko

w ofierze

Przemijaniu

po Tamtej Stronie

broczącego

widnokręgu

ZDZIWIENIE

prawie z niczego

Wielki Wybuch Zielonego

w górę

wzdłuż w krąg

masa masy

tony konarów

gałązek

gałęzi

listków

rozwijanych bez końca

z pustego kapelusza

niewidzialnego magika

Bóg w buku

(bo jak to inaczej nazwać)

szumiące rozprzestrzeniające się

z ziarenka małego

spiętrzenie materii

pod samo niebo

te czary­‍-mary

z ptasim śpiewem

zwane DRZEWEM

BEZTROSKI LETNI DZIEŃ

mkniemy na rowerach

brzeżkiem

Wielkiego Nieba

przed nami

za nami

błękity

błękity

śpiewają

w sercach

obłoki

waży się beztrosko letni dzień

na skrzydłach motylich

wszystko

jest możliwe

mrówki

przenoszą Górę

ziarnko po

ziarnku

Borzęcin, 12/14 lipca 2019

LATO NA WSI

za każdym obrotem kół

przyrasta

w oczach nieba

już jestem

jedną nogą ziemski

drugą

niebieski

niebo zagarnia mnie

w objęcia

z zielonej ścieżki

zapominam przez chwilę

że jestem tylko

przejściowym

pełzaczem

Ziemi

*

a wieczorem

wieczorem

sfruwają się zmierzchy

ze wszystkich stron

by zgęstnieć w noc

i sny i gwiazdy

oblepiają okna domów

Borzęcin, sierpień 2019

SIERPNIOWE PRZESILENIE

sierpień jeszcze przeżywa

swój miodowy miesiąc

pieniąc się puchami ostów

pyszniąc

berłami słoneczników

(co napożyczały

promieni

od słońca

i pomagają

jak umieją

świecić)

wiatr śpi

w koronach drzew

śnią mu się dalekie

obce kraje

Niebieska Księga Nieba

otwarta na białych obłokach

w środku rozdziału Genesis

zapowiada jeszcze tyle intrygujących

zdarzeń

choć chmary wróbli

ciągną już tren po ścierniskach

i słychać wokół

ich radosno głupie

ćwierkanie:

„śmiejmy się

bo to jedyny lek

na przemijanie”

po latach

nie mam nic mądrzejszego

do dodania

NA ODEJŚCIE LATA

pola uprzątnięte

chmury na błękicie

wieje od pól smutkiem

spomalałe życie

w słonecznikach słońca

poczerniałe gasną

pora uczyć się już

świecić własnym blaskiem

Borzęcin, 10 września 2014

BALLADA PODJESIENNA

lato i po lecie

rozbłysło zszarzało

i już z wolna się toczy

przez pustynne pola

jego odcięta na ofiarę Niebu

 

głowa

jesień podkrada się do okien

dachami

rynnami kominami

trzeszczy szeleści

szuści

w ogrodach­‍-wzburzonych morzach

wzdyma żeglowne listki

nawiewa tysiąc podejrzeń

sto niejasności

powietrze pełne rozstań

od bocianów szykujących się do odlotu

pająki na pajęczynach

tkają lepkie wspomnienia

w ogródkach zwisają bezwładnie

w czarne myśli odziane

głowy ikarów – słoneczników

co nie wytrzymały

pojedynku ze słońcem

na spojrzenia

i słychać

jak

ciężko rozstają się z gałęziami

przejrzałe renety

i od czasu do czasu

tutejsi ludkowie

spadający niedaleko

od jabłoni

Bóg schował się

za chmury

za Wszechświat

Którym Jest

za ostatnie nieba

i udaje że go nie ma

Borzęcin, 20 września 2006/16 września 2017

***

mają zmarli swoje tajemnice

dzielą się nimi

za plebańskimi stodołami

poszumem mroku

szmerem liści

mruganiem gwiazd

miganiem zniczy

pogwizdywaniem kosa

a nam

żywym

co do tego

z tej strony czasu

skąd nie wyściubiamy

poza siebie nosa

i skąd widać

tyle co nic

JAK ZDJĘCIE WYWOŁANE Z NEGATYWÓW

może dopiero kiedyś

objawimy się

naprawdę

z oczu opadną

bielma

z twarzy

maski

z duszy

cielesna skorupa

a to co w głębi

wyjdzie z cienia

stanie się wyraziste

jak zdjęcie wywołane z negatywów

Wielkanoc 2018

INNA HISTORIA

rodzili się

przemijali

w milczeniu

niczym cienie

a potem zapadali

warstwa po warstwie

pokolenie za pokoleniem

pod ziemię

pozostawiali

osierocone pola

nie pisnęli

o swych losach

zbędnego słowa

jak okiem sięgnąć

połknęła wszystkich ziemia

jałowa

Borzęcin, 2017

SZEPTY CMENTARNE ZASŁYSZANE W LISTOPADOWYM WIETRZE

tak mało po nas zostało

groby zarosły trawą

coraz bardziej niczyi

rozsypujemy się w ziemi

czasami jak klawisz w pianinie

potrąci ktoś nasze imię

na moment zmartwychwstaniemy

brzękniemy i znów umilkniemy

kto szepty nasze zrozumie

w jesiennych liści poszumie

świat się już nam nie i ś c i

przeszumieliśmy z liśćmi

DWA PAŹDZIERNIKOWE SPOJRZENIA NA PARK BIAŁOPRĄDNICKI

z dala

rozświetlony

uśmiechami

złotojesienny łuk tryumfalny

alei klonowej

jakby przefrunęły przez nią

na przestrzał anioły

…z bliska

pełzające pod butami

pięciopalczaste

rozczapierzone

dłonie

odcięte od pępowiny

błagają o ratunek

Kraków, 2017

DWA NIEBA

kruszy się niebo

i rozmienia

na drobne

śnieżynki

gwiazdki małe

zimne skry dalekich przestrzeni

ikarki niebieskie

lecące naprzeciw

a czasem

śnieży tak

jakby sfruwały anioły

na zbocza i stoki góry

przemieniając się

w sennej

zadymce

w eskadry

świerków

jakie tajemnice

skrywacie

w piśmie śnieżnym

ukośnym zawieistym

zszywającym

ściegiem białym

niebo z ziemią

by ją przemienić

w drugie niebo

okryte jakby

czaszą

lądującego

spadochronu:

muzyką białej ciszy

Zakopane. W Dolinie Kościeliskiej, 12/19 stycznia 2019

GDY SIĘ OBEJRZĘ

gdy się obrócę

tyle złudzeń prysło

tyle obietnic

we mgle się rozwiało

tak niewiele zostało

z tego co świtało

tak wszystko pomalało

i powieczerniało

zdarzenia uniesienia

miłosne zaklęcia –

w punkciki pozmieniane

na mapie pamięci

wyrysowanej w skali

jeden do tysiąca

lecz tlą się jeszcze iskry

w spopielałym żarze

od których spróbujemy

znów rozpalić słońca

niech umrze co ma umrzeć

i wzejdzie na nowo

ziarnko nadziei z niego

znów wzrośnie widnokrąg

PIOSENKA NA PISANCE

zmalała im miłość

a wydawała się gigantyczna

zbrzydła im miłość

a taka była śliczna

zszarzała im miłość

a cała była kolorowa

umilkła miłość

a niosły ją wszystkie słowa

jej gwiazdy już nie świecą tak wysoko

mgłą zaszło jej słoneczne oko

niosą już niosą miłość na marach

choć wcale nie taka stara

trzeba by w niej przetoczyć krew od nowa

żeby poczuła się wiosennie zdrowa

trzeba by jej powiedzieć: „wstań niezastąpiona

uwierz w siebie, bądź jak dawniej szalona”

sklęsła im miłość, czymś natchnąć ją trzeba

jak balon helem by wzleciała do nieba

i stamtąd przyświecała gdy trzeba z wysoka

a gdy trzeba na dole była jako ta opoka

SZTUKA ŻYCIA WEDŁUG WIMA WENDERSA

tańczmy

błyszczmy

zachwycajmy

siebie sami

piruetami

iluzjoniści czasu i przestrzeni

łudźmy

iskrzmy

i wibrujmy

ludzkie łątki nad wodami

bo gdy tańczyć przestaniemy

to się raptem przebudzimy

z czarną dziurą pod stopami

z głuchą ścianą przed oczami

W LESIE

dołem

szmer omszałych

potoków

bulgotanie źródełek

szelest ciszy

pod stopami

górą

trzepot bukowych

listków

zrywających się

z ptakami do lotu

jeszcze wyżej

w cienistej alei

wichrowy

poszum splecionych z sobą

wierzchołków

głoszących

Wielkość Życia

nieskażoną ironią wieku

jak opowiedzieć

tę budzącą się radośnie do życia

Nadzieję

na wszystko

ten prześwit blasku

na przestrzał lasu

to leśne strojenie instrumentów

na radosny koncert

z Wielką Zieloną

Mszą Mozarta

pośrodku

MAJOWE UNIESIENIA

– Bożenie i Krzysztofowi Budziakowskim w prezencie ślubnym

dzień dobry ci

dniu cudownie majowy

gdy otwierają się sezamy łąk

i faluje pszeniczny ocean

wzbierając po najdalszy widnokrąg

a słońce bawi się

z obłokami

w chowanego

pod skrzydłami

łaskawych błękitów

gospodynie wietrzą

na żerdziach

przed gankami

obłoczne pierzyny

wietrzyk wachluje

korony topoli

w ogródkach

pąsowe piwonie

pysznią się urodą

i roznamiętnione róże

głupie panny

w różowych krynolinach

kuszą wędrowca

Pani Natura rozparta na bujaku

między niebem a ziemią

urządza pokazy mody

i ptasi festiwal

wirtuozów

jarzą się na podobieństwo gwiazdek

krzewy jaśminów

i narkotycznie pachną

czarne bzy

co wpierw są białe

przy gościńcu

szlachetnie urodzone lipy

w długich królewskich szatach

wyszywanych

złotymi nićmi

uginają się pod brzemieniem

miodowych zapachów

w samo południe

bredzą

zagrzebane w piachu

kumoszki kury

kogut hejnalista

ogłasza pianiem

najwyższą moc ziemi i nieba

słońcu nieśpieszno

ociąga się

z odchodzeniem

za góry lasy

między gałęziami

śmigają chyżo

cienie ptaków

dając znaki

z dalekich

światów

z głębi czarnawskiego lasu słychać

kukanie wspomnień

dni młode śmigłe

piękne jak oczy marzenia

przepływają

odpływają bezpowrotnie w dal

Boże

jaki żal!

Borzęcin, 30 maja/Kraków 11 czerwca 2018

II. NIKT NIC NIE WIE


W MUZEUM ARCHEOLOGICZNYM W NEAPOLU

w środku między

boskim Juliuszem Cezarem

w cesarskiej todze

a marmurową

Oktawią

liczącymi sobie razem

ponad cztery tysiące lat

przysiadł na ławce

chwilowo żywy

nikomu nieznany staruszek

z krwi i kości

ze swymi

pożal się Boże

osiemdziesięcioma latami

drapie się po głowie

obraca w dłoni

pomarańczę życia

za chwilę zniknie

jak mi go żal

bo to prawie

ja

DIALOG W NEAPOLU

– to źli ludzie

to straszni ludzie

boję się ich

pokazuje mi wnuczka Nina

zarośniętych kloszardów

moszczących się

w tekturowych pudłach

pod arkadami

– to wcale nie muszą być

źli ludzie

choć na pewno

to są biedni ludzie

złych możesz spotkać

nawet w ładnych domach

tłumaczę

ale na razie

nie mieści się to

w jej dziecięcej główce

TYDZIEŃ NA KRECIE

wystarczy zboczyć z utartego szlaku

by się znów cieszyć jak dziecko

z każdego odkrycia

co rano

nabierać mocy

w objęciach fal

pojmując że czas już skończyć

z myślami o dalekiej przyszłości

która dla ciebie nie ma przyszłości

twoją przyszłością jest

rozżarzony ognik

kolejnej sekundy

przesuwający się wzdłuż

lontu teraźniejszości

nie Rok

a 365 dni

nie Dzień

a 1440 minut

z których każda

ma swoją odrębną historię

tak spalać się w gwiazdozbiorach chwil

a może wtedy

śmiertelna strzała

wymierzona w ciebie od urodzenia

i biegnąca niczym Achilles

za żółwiem Zenona z Elei

nigdy cię nie doścignie

2014

CREDO

– pamięci Marka

tak żyć

żeby nie spostrzec

kiedy przyjdzie umierać

rozpłynąć się niepostrzeżenie

w wiecznym teraz

 

WNUCZKA I JA

– Zuzi

wnuczka widzi wszystko

w perspektywie odwróconej

jakby się wstawiło czteroletnie lustro

na dno głębokiej studni –

skąd nie widać nieba

śmierci

przyszłości

lecz to co odbija się najbliżej

nie głębiej nie wyżej:

zamiast nieba

listek

zamiast świata

mrówkę

która przesłania jej cały kosmos

a ja za karę

że pragnę objąć całość

i wejść

w rolę Pana Boga

tworzę iluzje

co pryskają mydlaną bańką

przy pierwszej lepszej śmierci

WIOSENNA POCZTÓWKA Z BUSKA

…a kiedyś

później

potem

wszyscy

po kolei

pomrzemy…

my

kuracjusze

z założonymi

do tyłu rękami

przeżuwający

wspomnienia

w parku

zawilców

wiewiórek

i dzikich gołębi

co gruchaniem roznoszą

nad naszymi głowami

wiosnę

my zażywający ciszy

(dzierganej na drutach

przez trzy parki

w hotelu „Marconi”)

masaży

kąpieli siarczkowych

wieczornych tańców zatraceńców

miłości last minute

i wierzący

(bo cóż innego zostaje)

w cudowne ciał przemienienie

w sanatoryjne uzdrowienie

Busko, 10‒22 kwietnia 2016

JESIENNA POCZTÓWKA Z PRZELOTOWEGO BUSKA

sezonowe Busko­‍-Zdrój

osierocone jesiennie miasteczko

kuracjusze rozpierzchli się

w cztery strony świata

w pustej alei bukowej

ostał się sam

staruszek z harmonią

tuli z przyzwyczajenia do serca

„jarzębinę czerwoną”

bo ziąb listopadowy

do futerału

spadają mu już tylko liście

a gdzieś dalej

bard Wojtek Belon

wiecznie młody

z gitarą i piórem

zastygł spiżowo

w wieku chrystusowym

w pozie wieszcza

mój jedyny znajomek w tym mieście

udaje że mnie nie zna

– Wojtek Wojtek

nie bądź taki ważniak

nie pamiętasz

jak przed pół wiekiem

przepijaliśmy

krakowscy żacy

„naszej babci domek mały”

– Baranesku

to ty?

ale jaja!

posiwiałeś postarzałeś się

nie do poznania

PIOSENKA

dokąd wszystko płynie

w jakie

przeznaczenie

i ty i ja

i świat

bo nic nie może

w bezruchu

trwać

kiedyś i nas

rozdzieli

rozwieje czas

pomkniemy z falami

każde w swoją stronę

osobne listki porwane z nurtem

bo przecież aż do końca trzeba

dokądś

płynąć

navigare necesse est

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?