Nie ma jejTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– O kurczę... – Caroline usiłowała nie sygnalizować tonem głosu rozczarowania. Cały dzień liczyła, że pokocha się z mężem, fantazjowała o przedłużonej grze wstępnej, może nawet spróbowaliby czegoś nowego. – A jeśli postaram się coś na to zaradzić?

Mąż odsunął jej dłoń ze swojego krocza.

– Przepraszam, kochanie. Doceniłbym wysiłek, oczywiście, ale obawiam się, że tylko traciłabyś czas.

– Moglibyśmy spróbować i zobaczyć, co się stanie.

– Proszę, nie każ mi się czuć gorzej – powiedział, w zasadzie kończąc tę rozmowę.

Caroline cofnęła rękę i usiadła prosto.

– Rozzłościłaś się teraz.

– Jestem tylko rozczarowana.

– Możemy to zrobić rano.

Jasne, pomyślała Caroline. Kiedy dzieci się obudzą, a my będziemy się śpieszyć z pakowaniem i wymeldowywaniem.

– I jutro wieczorem.

Kiedy będziesz padnięty po jeździe, a dzieci będą rozmarudzone, trzeba się będzie rozpakować, a ty będziesz już myślał o powrocie do pracy.

– I co noc do końca życia – dodał Hunter, obdarzając ją swoim najładniejszym uśmiechem psotnego chłopca. – Proszę cię, Caroline. Naprawdę mi przykro.

– Wiem. Mnie też. – Wstała z kanapy. – Sprawdzę co z dziećmi. – Znów przystanęła w drzwiach sypialni dziewczynek, czekając, aż oczy przywykną do mroku. I tyle tego całego romantyzmu, pomyślała, ruszając w stronę łóżka Michelle. Nastąpiła nogą na coś twardego.

Wonder Woman, zorientowała się i podniosła lalkę z podłogi, a potem znów ją położyła na poduszce obok głowy Michelle. Dziecko natychmiast odepchnęło lalkę ruchem ręki, chociaż wcale się nie obudziło. Kolejna porcja odrzucenia, pomyślała Caroline, podchodząc do łóżeczka Samanthy.

Kiedy jej od razu nie zobaczyła, w pierwszej chwili założyła, że mała po prostu zmieniła pozycję, że jakoś we śnie się obróciła, jak jej się to często zdarzało, że teraz leży głową w przeciwną stronę, że ma nogi tam, gdzie powinna być główka.

Ale nóg też nie widziała.

Nachyliła się niżej, usiłując wzrokiem przebić mrok, chwyciła pościel, ale trafiła wyłącznie na bezwładnie leżącą kołdrę.

Samanthy nie było w łóżeczku.

Nie, to niemożliwe, pomyślała Caroline, czując wypełniającą płuca panikę. To niemożliwe. Wykluczone.

Podeszła szybko do kontaktu i włączyła górne światło, a potem podbiegła bliżej.

Było puste.

– Samantha? – zawołała, myśląc, że może córce udało się jakoś z łóżka wygramolić. Osunęła się na kolana, zajrzała pod spód, bo może Samantha leży tam na podłodze, nieprzytomna.

Nie było jej.

– Samantha!

– Mamusiu? – Michelle usiadła i przetarła oczy. Caroline bezradnie rozglądała się wokół.

– Samantha! – znów zawołała głosem, w który wkradała się histeria. Pędem przebiegła przez salonik do własnej sypialni.

– Co się dzieje? – spytał Hunter, stając w drzwiach łazienki.

– Nie ma jej! Nie ma jej!

– Mamusiu! – zawołała Michelle, stając za jej plecami.

I wtedy wzbierająca panika wzięła górę, eksplodując gwałtownie krzykiem Caroline, który wypełnił cały apartament.

ROZDZIAŁ 7
Dzisiaj

Wylądowały w Calgary dokładnie dwanaście minut po wybiciu południa. Caroline przyciskała czoło do szyby niewielkiego samolotu od chwili startu z San Diego, obserwując stopniowe przechodzenie barwy nieba z jasnego błękitu w stalową szarość w miarę trwania lotu.

– Zupełnie jakbyśmy wylądowały na Księżycu – odezwała się Michelle z siedzenia obok. To chyba były jedyne słowa wypowiedziane przez nią od początku podróży.

No, na pewno jest zimno, pomyślała Caroline, dostrzegając spore sterty odgarniętego śniegu na ziemi wzdłuż pasa do lądowania. Cieszyła się, że Michelle wcisnęła jej kozaki, chociaż nie miały ocieplenia i prawdopodobnie nie były wodoodporne. Cieszyła się też, że córka uparła się, by zabrała ciepły puchowy płaszcz, który kupiła impulsywnie zaraz po rozwodzie i rzadko miała okazję wkładać. W sumie cieszyła się, że córka postanowiła jej towarzyszyć, chociaż oznaczało to dla niej kolejny powód do niepokoju. Może niepokój związany z Michelle oderwie jej myśli od szaleństwa, na jakie się zdecydowała?

– Idziesz? – odezwała się dziewczyna z przejścia pustoszejącego już samolotu.

Caroline podniosła się z miejsca, wyjęła płaszcz i torbę podróżną ze schowka na bagaż podręczny. Przez całą noc przespała może ze dwie godziny i czuła znużenie. Ale była też nakręcona. Kiepskie połączenie, pomyślała, idąc za Michelle do przednich drzwi samolotu. Podziękowała stewardesie, a potem próbowała nadążyć za córką, która szła przed siebie zdecydowanym krokiem, z torbą przerzuconą przez ramię, wymachując rękoma wzdłuż boków. Czy ona zawsze tak szybko chodzi? – zastanowiła się Caroline. I czy zawsze była taka szczupła?

Jest taka chuda, bo je wyłącznie surowe ryby i warzywa, pomyślała z następnym oddechem. A może to ta niezgrabna puchowa kurtka sprawiała, że jej biodra zdawały się takie wąskie, uda takie wątłe.

– Jasna cholera – rzuciła Michelle, a jej słowa zmieniły się w obłoczki pary w kontakcie z mroźnym powietrzem. – Jak oni tutaj w ogóle żyją? Przecież jest chyba z minus czterdzieści.

Caroline przestąpiła z nogi na nogę, czując, że cierpnie z zimna pod cienką wełną spodni, kiedy w niewielkiej kolejce podróżnych czekały na taksówkę.

– Hotel Fairfax przy Stephen Avenue Walk – poleciła Caroline kierowcy, usiadłszy na tylnym siedzeniu.

– Zawsze tu jest tak zimno? – spytała Michelle. – Uszy mi przemarzły.

– Trzeba się trochę przyzwyczaić – odparł kierowca uprzejmie, jego pakistański akcent był melodyjny i dość ciężki. – Lato bywa bardzo przyjemne.

– Szkoda, że Lili nie zadzwoniła w lipcu – powiedziała Michelle do matki.

Nie rozmawiały więcej aż do przyjazdu do hotelu pół godziny później. Droga z lotniska do centrum była równie pozbawiona niespodzianek, co nudna. Płaski krajobraz pokryty śniegiem. Michelle miała rację, pomyślała Caroline. Faktycznie ma się wrażenie, że się wylądowało na Księżycu.

Hotel okazał się starą budowlą z szarego piaskowca, może dziesięciopiętrową. Caroline zapłaciła taksówkarzowi w dolarach amerykańskich, a potem weszły szybko do holu, schronić się przed przenikliwym wiatrem. Wewnątrz było zadziwiająco ciepło, ściany pomalowano na beż w odcieniu skorupki jajka, dywan był gruby, brązowo-złoty. Brunatne skórzane kanapy i fotele stały strategicznie porozstawiane w wielkim holu, a na środku pomieszczenia, na okrągłym dębowym stole, panoszyła się wielka kompozycja ze sztucznych, jedwabnych kwiatów. Caroline dostrzegła jednak tylko te puste sofy i fotele.

– Nie ma jej tu – stwierdziła Michelle, wypowiadając na głos myśl matki.

Podeszły do kontuaru recepcji.

– Nazywam się Caroline Shipley, mam rezerwację – zwróciła się do młodego człowieka za ladą. Miał kręcone, jasne włosy i przerwę między przednimi zębami, która zdawała się poszerzać, kiedy się uśmiechał.

Wklepał coś do stojącego przed nim komputera.

– Tak, mam tu panią. Rezerwacja na jedną noc, z możliwością przedłużenia do dwóch. Zgadza się?

– Tak, dokładnie.

– Zaraz – odezwała się Michelle. – Chyba nie zamierzamy się meldować, prawda? No bo po co? Jej tu nie ma.

– Co innego chciałabyś zrobić? Do jutra nie ma żadnego samolotu.

– Jakiś problem? – spytał recepcjonista.

– Nie – odpowiedziała Caroline. – Mamy to ogarnięte.

– Ogarnięte po wariacku – dodała Michelle, nie próbując zniżać głosu.

– Może pan sprawdzić, czy są dla mnie jakieś wiadomości? – poprosiła Caroline.

Młody człowiek znów zerknął do komputera.

– Nie. Żadnych.

– Jest pan pewien? Proszę sprawdzić jeszcze raz.

Michelle cicho jęknęła.

– Mamo, nie ma żadnych wiadomości.

– Nie ma wiadomości – powtórzył recepcjonista. – Woli pani pokój dla palących czy dla niepalących?

– Dla palących – odparła Michelle.

– Dla niepalących – powiedziała Caroline, ich głosy nałożyły się na siebie.

– Mamo, daj spokój. Odpuść mi.

– Jeśli musisz palić, będziesz paliła na zewnątrz.

– Zamarznę na śmierć.

– Lepsze to niż śmierć na raka.

– Brawo, mamo.

– Dla niepalących – powtórzyła Caroline do czekającego recepcjonisty.

– Podwójne łóżko czy dwa pojedyncze?

– Dwa pojedyncze – oświadczyły Caroline i Michelle unisono.

Mężczyzna podsunął im przez blat recepcji jakiś formularz.

– Proszę to tylko wypełnić i podpisać. I muszę zrobić skan pani karty kredytowej.

Lili, gdzie jesteś? – myślała Caroline, podając mu swoją kartę Visa. Rozejrzała się po holu, przeszukując wzrokiem wszystkie jego zakamarki, w razie gdyby dziewczyna gdzieś się chowała, czekając na odpowiedni moment, by ujawnić swoją obecność. A może znała tego młodego człowieka z recepcji? Calgary to nie aż takie wielkie miasto. Całkiem możliwe, że Lili przyszła do hotelu, zobaczyła go i ulotniła się, zanim ją rozpoznał.

Nie widać było jednak nikogo.

– Zauważył pan, żeby ktoś się kręcił tu w holu? Młoda dziewczyna, mniej więcej siedemnastolatka...?

– Przykro mi. Dopiero zacząłem swoją zmianę.

– Jej tu nie ma – powiedziała Michelle. – Po prostu nie przyjdzie.

– Tego nie wiesz.

– Powiedziałaś, że miała tu czekać.

– Może coś jej wypadło. Może się spóźni.

– A może nie przyjdzie.

Caroline oddała wypełniony formularz recepcjoniście, dostrzegła nierzucającą się w oczy kamerę monitoringu na ścianie nad jego głową. Może gdyby w Grand Laguna mieli wtedy kamery ochrony... Ale piętnaście lat temu, powiedziała sobie, takie środki ostrożności nie stały się jeszcze normą. Poza tym to było w Meksyku, gdzie i dzisiaj stosuje się je dość sporadycznie.

 

– Oczekuję albo wizyty, albo telefonu od dziewczyny imieniem Lili – zwróciła się do recepcjonisty, starając się wyrzucić te przypuszczenia z głowy. Nie ma sensu spekulować o czymś, co mogło być, a jeszcze mniej w torturowaniu się tym, co się nigdy nie zdarzyło.

– Jak brzmi nazwisko? – spytał mężczyzna.

– Proszę do nas po prostu zadzwonić, jeśli ktoś taki się pojawi – powiedziała Michelle.

– Oczywiście. Mogą panie tę dziewczynę opisać?

Caroline ujrzała w myślach szkice z wczorajszych gazet. – Jest ładna, ma ciemne włosy, niebieskie oczy, mocno zarysowaną żuchwę... – Żuchwę Huntera, pomyślała.

– Nie wiemy, jak wygląda – wtrąciła Michelle. – Po prostu proszę nas zawiadomić, jeśli zobaczy pan, że jakaś obca dziewczyna się tu kręci.

– A jeśli ktoś zadzwoni – dodała Caroline, jeżąc się na ton lekceważenia w głosie Michelle – proszę od razu przełączyć rozmowę do naszego pokoju.

– Oczywiście. Życzą sobie panie jedną kartę do drzwi czy dwie?

Caroline nie cierpiała tych elektronicznych kart, nie cierpiała ich od piętnastu lat. Może gdyby nie zgubiła karty tamtego strasznego dnia, nie byłaby teraz tutaj.

– Niech będą dwie – odparła Michelle.

Młody człowiek wsunął karty do niewielkiej białej koperty i wręczył ją Caroline. – Mają panie pokój osiemset dwanaście. Miłego pobytu.

– Nie musiałaś być taka niegrzeczna – zwróciła się Caroline do córki, kiedy czekały na windę. – Pewnie pomyślał, że jesteśmy wariatkami.

– Bo jesteśmy.

– Ktoś właśnie wszedł do holu.

Michelle wychyliła się zza matki.

– Na litość boską, ta kobieta ma sto dziesięć lat. – Cofnęła się, widząc, że Caroline bezwładnie opuszcza dłoń wzdłuż boku. – Mamo, weź się w garść – powiedziała, nacisnęła przycisk i drzwi windy się zamknęły.

*

Pokój był spory i tradycyjnie umeblowany, z dwoma dużymi łóżkami zajmującymi większość przestrzeni pośrodku wnętrza. Dywan był miękki i brązowy, narzuty srebrzysto-beżowe, tapeta na ścianach w subtelny kwiatowy wzór. Duży telewizor umieszczono na komodzie naprzeciwko łóżek. Pod przeciwległą ścianą, w pobliżu okna wychodzącego na pasaż dla pieszych, który stanowił główną ulicę Calgary, stało biurko. Caroline wpatrzyła się w ten pochód ludzi stawiających czoła żywiołowi. Mroźna pogoda chyba im nie przeszkadza, pomyślała, zrzucając swój ciepły płaszcz i usiłując obserwować twarze pod wszechobecnymi zimowymi czapkami i szalami. Czy jedna z tych osób to jej córka?

– Nie ma jej tu – powtórzyła Michelle, jakby czytając w jej myślach.

Caroline westchnęła.

– Które wolisz?

W odpowiedzi córka rzuciła torbę na łóżko bliższe łazienki.

– No i co teraz?

– Chyba wrócę do holu, poczekam tam.

– Czy to naprawdę konieczne? Już powiedziałyśmy temu człowiekowi z recepcji, żeby zadzwonił, jeśli...

– Możesz tu zostać.

– Jeszcze czego – rzuciła Michelle, ruszając za matką w stronę drzwi. – Zdajesz sobie sprawę, że ktoś gdzieś śmieje się do rozpuku twoim kosztem?

Nie byłoby to po raz pierwszy, pomyślała Caroline, idąc do wyjścia. Już przedtem ją zdradzano.

*

Wróciły do pokoju o czwartej, nie zobaczywszy nikogo, kto choć w przybliżeniu przypominałby Samanthę. O wpół do piątej zaczęło się już ściemniać. O piątej jedyne światło rzucały latarnie przy Stephen Avenue Walk i telewizor naprzeciw łóżek, na których siedziały. W telewizji leciało CNN: jakiś facet z Dakoty Północnej w odruchu zawodu zastrzelił swojego szefa i sześcioro współpracowników, po tym jak wcześniej tego samego popołudnia został wylany z pracy.

– Może zamówimy coś do pokoju – zaproponowała Caroline, włączając lampę i sięgając po menu. Niemal zrzuciła przy tym telefon z widełek. Popatrzyła na aparat, jakby siłą woli chciała go zmusić, żeby się rozdzwonił. Telefon jednak uparcie milczał.

– Nie jestem jakoś głodna – powiedziała Michelle.

– Nie jadłyśmy cały dzień. Musisz coś zjeść.

– Powiedziałam, że nie... No dobra, zjem. Co mam do wyboru?

Caroline przejrzała menu.

– Mają steki, hamburgery, żeberka...

– Serio, mamo? Żeberka?!

– Kiedyś je uwielbiałaś.

– Nie jem czerwonego mięsa, odkąd skończyłam dwanaście lat.

– Potrzebujesz białka.

– Nie jadam mięsa.

– To może ryba? Mają tuńczyka z sosem.

– Tuńczyk zalany serem. Nie, dziękuję.

– To może kanapka z bekonem, sałatą i pomidorem?

– Nie jadam chleba.

– Na litość boską, Michelle...

– Słuchaj, zamów mi po prostu miskę owoców.

– Mają koktajle mleczne.

– Kpisz sobie ze mnie? Nie jestem dzieckiem.

– No, nie wiem. Tak się jednak zachowujesz.

– Bo co? Bo jem, co lubię?

– Przecież ty niczego nie lubisz.

– Lubię sushi. Mają sushi?

– Nie. I możliwe, że jesz zbyt wiele surowych ryb. Dorobisz się zatrucia rtęcią.

– O rany julek, przestań już.

Dzwonek telefonu.

– O Boże – westchnęła Caroline.

– Spokojnie – powiedziała Michelle. – To moja komórka. – Sięgnęła do torby i wyjęła aparat. – To tata – stwierdziła, zerkając na wyświetlacz.

– Nie odbieraj – poprosiła Caroline.

– Taa, jasne. Cześć, tato.

– Nie mów mu, gdzie jesteśmy.

– Taa, przepraszam, że nie dzwoniłam. Jestem w Calgary z mamą.

– Cholera – powiedziała Caroline, słuchając, jak córka wyjaśnia Hunterowi, gdzie dokładnie są i po co tu przyjechały.

– Nie, nie żartuję. – Michelle wyciągnęła telefon w stronę matki. – Chce z tobą mówić.

Caroline pokręciła głową odmownie.

– Jest naprawdę zmartwiony – dodała Michelle kilka minut później, wrzucając telefon z powrotem do torby. – Chce, żebyś do niego oddzwoniła.

– Nie jest już moim mężem. Nie muszę z nim rozmawiać, jeśli nie mam ochoty.

– No i kto się teraz zachowuje jak dziecko?

– Zamawiamy obiad czy nie?

Michelle wyrwała menu z jej rąk.

– Dobra. Ja wezmę sałatkę dnia, bez sosu, tylko z cząstką cytryny i koktajl ze szpinaku i pietruszki, bez jogurtu.

– Same pyszności – powiedziała Caroline, unosząc oczy do nieba. Przekazała zamówienie obsłudze wraz z własną prośbą o stek z frytkami, sałatkę, kawałek sernika i dużą colę. To nie tak, że miała na to wszystko ochotę. Raczej chciała zaznaczyć własne zdanie. Choć nie była już do końca pewna, jakie to zdanie jest.

– Wiesz, tak do twojej wiadomości, przykro mi, że tak to się skończyło – powiedziała Michelle pod koniec posiłku, który upłynął im praktycznie w milczeniu. – Miałam nadzieję, że okaże się choć na tyle przyzwoita, żeby zadzwonić.

– Ja też. Dzięki, że ze mną przyleciałaś, że tu jesteś.

– No cóż, raczej nie mogłam pozwolić, żebyś przyjechała tu sama.

Caroline sięgnęła ponad stolikiem obiadowym ustawionym przez kelnera, chcąc poklepać dłoń córki, ale ta już ją przesuwała na własne kolana. Chciała zapytać Michelle o jej sprawy, o to, co naprawdę czuje w związku z narodzinami najmłodszego synka Huntera, czy spotyka się z kimś szczególnie dla niej ważnym, czy zdecydowała się wrócić na uczelnię, czy ma jakiś pomysł, co z tym życiem zrobić... Bała się jednak zakłócić moment względnego zawieszenia broni.

– Peggy mówiła mi, że świetnie sobie radzisz w hospicjum – zdecydowała się na wybór najbezpieczniejszego tematu.

Michelle wzruszyła ramionami.

– Nie robię aż tak znów wiele.

– Powiedziała, że masz naprawdę dobrą rękę do pacjentów.

– Nie nazywamy ich pacjentami. Nazywamy ich rezydentami.

– Och.

– Pacjenci czekają na wyleczenie – wyjaśniła córka. – Rezydenci czekają na śmierć.

Caroline przez chwilę przetrawiała to swobodnie rzucone rozróżnienie.

– Na pewno nie jest ci z tym łatwo.

– Sąd nie zostawił mi zbyt dużego wyboru, prawda? Wierzysz w Boga? – spytała Michelle na tym samym oddechu.

– Skąd to pytanie?

– Myślałam po prostu o jednej kobiecie z hospicjum – powiedziała Michelle. – Nie jest taka stara. Coś po pięćdziesiątce. Kiedyś ćpała, ale potem zwróciła się ku religii i odmieniła swoje życie. Wszystko zaczynało układać się dobrze. Znalazła pracę, poznała faceta, a potem, bach, zachorowała na raka. Siedziałam z nią któregoś dnia i poprosiła mnie, żeby poczytać jej Biblię. No więc otworzyłam ją, tak na chybił trafił. I trafiłam na fragment według świętego Łukasza o marnotrawnym synu. Znasz go?

– Ostatni raz Biblię czytałam dość dawno.

– No więc Jezus opowiada ludziom tę historię o zamożnym właścicielu ziemskim, który ma dwóch synów. I pewnego dnia decyduje się każdemu z nich dać dużą sumę pieniędzy. Jeden syn kasę przyjmuje i zaraz potem się ulatnia. „To na razie, tato. Miło było”. I już go nie ma. A ten drugi syn zostaje, pieniądze oszczędza i ciężko pracuje. Lata mijają. Ojciec nie słyszy ani słówka od tego, który odszedł. A potem, pewnego dnia, syn nagle wraca. I wiesz? Jest kompletnie spłukany. Wydał wszystko do ostatniego grosza. Przepuścił majątek na tanie wino i kobiety o złej reputacji. „Tato”, mówi. „Zgrzeszyłem, ale teraz wróciłem do domu”. I co robi ten ojciec? Odpędza go? Robi mu wykład, mówi, że już nie jest mile widziany? – Michelle zrobiła dramatyczną pauzę. – Nie. Wita niewdzięcznika z otwartymi ramionami. Wydaje nawet wielką ucztę z okazji jego powrotu. A ten drugi syn mówi: „Hej, momencik! To nie w porządku. To ja trwałem przy tobie przez te wszystkie lata. Mnie się nie należy jakaś uczta?”. Ale ojciec mówi, że nie. Że zupełnie nie tak to widzi. I według Jezusa ten ojciec ma rację. Według Jezusa lepiej jest przyjąć z powrotem grzesznika do owczarni, niż uhonorować tego, kto z niej nigdy w ogóle nie wyszedł. – Pokręciła głową. – Ja się pod tym nie podpisuję. A ty?

Caroline poczuła na ramionach cały ciężar tej paraboli niczym ciężki wełniany koc.

– Wiem, czujesz, że nie zawsze bywałam dla ciebie dostępna – zaczęła. – I przykro mi, że cię zawiodłam...

– Zaraz. Myślałaś, że mówię o sobie i Samancie? O tobie?

– A nie mówiłaś?

– Mówiłam o Jezusie.

– Przepraszam, po prostu pomyślałam...

– No cóż, źle pomyślałaś.

– Przepraszam.

– Nie wszystko kręci się wokół ciebie.

Caroline ugryzła się w język, żeby nie przeprosić znowu.

– Zresztą co to za różnica? To wszystko takie głupie – oświadczyła Michelle. – Bóg, religia, niebo, piekło. Przecież to tylko stek bzdur.

– Michelle...

– Nie martw się. Naszym rezydentom tego nie mówię. – Odsunęła się od stolika i wstała. – Idę na zewnątrz zapalić.

– Musisz?

– Niedługo wrócę. – Poszukała w torbie papierosów, triumfalnie wyjęła paczkę.

– Jest ciemno... I zimno.

Michelle wyjęła kurtkę z szafy, zarzuciła ją na ramiona i otworzyła drzwi.

– Nie musisz się martwić. Wrócę.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?