Nie ma jejTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 5
Dzisiaj

– Mamo? Mamo, jesteś w domu?

Caroline usłyszała otwierające się frontowe drzwi i słowa szybko płynące holem na parterze, schodami wyłożonymi chodnikiem barwy kości słoniowej, aż do sypialni, zupełnie jakby jej szukały.

– Mamo?

Caroline otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale zreflektowała się i zmilczała. Jeśli nie odpowie, to może Michelle uzna, że nie ma jej w domu i sobie pójdzie. Choć wiedziała, zanim jeszcze usłyszała kroki na schodach, że córka raczej nie podda się tak łatwo. Była nieustępliwa jak zawsze.

– Mamo?

Caroline wyczuła, że Michelle stoi w drzwiach i zagląda w półmrok sypialni, wbijając wzrok w plecy matki.

– Mamo? – Michelle powtórzyła i włączyła górne światło. – Co się dzieje? Nie słyszałaś mnie?

– Słyszałam.

– Słyszałaś i postanowiłaś nie odpowiadać?

– Ja... – Caroline zaczęła, a potem urwała, bo nie przyszło jej do głowy nic sensownego do dodania.

– Co się dzieje? Chora jesteś? – W tonie głosu Michelle pojawiła się nieokreślona oskarżycielska nuta.

Caroline zaprzeczyła ruchem głowy. Do tego tonu już przywykła.

– No to co robisz? Dlaczego mi nie odpowiedziałaś? Dlaczego siedzisz tutaj po ciemku?

Caroline wzruszyła ramionami. Nie zauważyła tego półmroku. Kiedy się ściemniło?

– Która godzina?

– Prawie siódma.

– Co ty tu robisz? – spytała Caroline.

– Jak to, co tu robię? Zaprosiłaś mnie na obiad, pamiętasz?

– Powiedziałaś, że jesteś zajęta. – Caroline odwróciła się na łóżku, żeby spojrzeć na córkę, jak zawsze zaskoczona jej chudością. Przygryzła dolną wargę, jakby chcąc się powstrzymać przed powiedzeniem tego na głos.

– Bo miałam plany – odparła Michelle. – Ale pomyślałam, że może ty... Nieważne, co myślałam. Co się dzieje? Zły dzień w szkole?

– Nie byłam w szkole.

– Dlaczego nie?

– Nie miałam ochoty.

– Nie miałaś ochoty? – powtórzyła Michelle, z wahaniem postępując parę kroków w głąb pokoju. – To nie ma sensu. Zawsze ci się chciało.

– Ale dziś mi się nie chciało.

– Dlaczego nie? – dociekała córka.

– Nie wiem.

– Nie wiesz?

Caroline wzruszyła ramionami. Czy Michelle miała zamiar powtarzać wszystko, co usłyszy?

– Nie wiem, czego ode mnie chcesz.

– Chcę, żebyś mi wyjaśniła, co się dzieje. Zachowujesz się bardzo dziwnie. Pokłóciłaś się z tatą czy co?

– Nie.

– Chodzi o Mackenziego?

– Mackenziego?

– Małego synka taty – odparła Michelle z dość wyraźną irytacją, jakby tę wymianę zdań prowadziły już wielokrotnie. A może prowadziły?

– Nie.

Michelle stanęła obok łóżka, przestępując z nogi na nogę i patrząc wszędzie, byle nie wprost na matkę.

– No to co się stało? Rano przez telefon brzmiałaś normalnie, kiedy robiłaś mi wykład na temat moich obowiązków. I ubrana jesteś jak do pracy, więc najwyraźniej zamierzałaś iść. – Rzuciła spojrzenie na gazety rozrzucone na łóżku. – Chodzi o ten artykuł? Te zdjęcia? Znaczy, chyba się nie zdziwiłaś za bardzo. Tak się dzieje co roku. Już się nauczyłaś jakoś płynąć z tym nurtem...

– Nie chodzi o artykuł ani o zdjęcia.

– No to o co?

– Nie wiem.

– Siedzisz tu cały dzień i nie masz pojęcia dlaczego? Nie wierzę ci.

– Michelle...

– Mamo...

– Michelle, proszę. Nie chcę się z tobą kłócić.

– Ja z tobą też nie chcę.

– No to zostawmy to już, dobrze? – Podniosła się z łóżka i objęła Michelle z nadzieją, że to ją uciszy. Natychmiast wyczuła, że córka sztywnieje. Caroline wzięła głęboki oddech, zmusiła się do uśmiechu. – No więc, dokąd chciałabyś iść na obiad?

– Może do tej nowej restauracji z surowizną przy Bayshore?

– Surowizną? Czyli nic nie jest gotowane?

– Wszystko jest organiczne. Samo zdrowie.

– Na pewno. Tylko że nie brzmi to jakoś...

– Nieważne – rzuciła Michelle.

– Nie, wypróbujmy to miejsce.

– Nie trzeba. Nie jestem zresztą jakoś bardzo głodna.

Słowa zawisły w powietrzu niczym swąd z niedogaszonego papierosa. Caroline zastanawiała się, czy zawsze tak było między nimi. Prawdę mówiąc, Michelle od urodzenia bywała trudna i namolna, cechy, które zniknięcie Samanthy tylko jeszcze nasiliło. A im bardziej matki potrzebowała, tym silniejsza stawała się niechęć Caroline. Im bardziej do niej lgnęła, tym bardziej Caroline się odsuwała. Im bardziej zaś matka się odsuwała, tym silniejsza stawała się uraza Michelle. Ich więź przekształciła się w zaklęty krąg przyciągania i odpychania, w którym jedna się odsuwała, gdy tylko druga wyciągała rękę. Zdawało się, że po każdym kroku naprzód następowały dwa wstecz.

Moja wina, pomyślała Caroline. Wszystko moja wina.

– Miałam dziś rano telefon – zaczęła ostrożnie. Może jeśli sama przestanie zamykać się przed Michelle, córka znów ją do swojego życia dopuści.

– Od...? – Michelle zatknęła kciuki za kieszenie obcisłych dżinsów, zmrużyła ciemne oczy.

– Jakiejś dziewczyny z Calgary.

– Calgary?

– To w Kanadzie.

– Wiem, gdzie jest Calgary, mamo. Nie jestem idiotką.

– Oczywiście, że nie jesteś idiotką. Nie chciałam sugerować...

– Kogo znasz w Calgary?

– Nie znam nikogo.

– Czy to dziennikarka?

– Nie.

– Nic nie rozumiem z tego, co mówisz.

– Nie dajesz mi szansy. Może gdybyś przestała mi przerywać...

Michelle ciężko westchnęła.

– Dobra. Przepraszam. Zacznijmy od początku. Miałaś telefon od jakiejś dziewczyny z Calgary. Ma jakoś na imię?

– Lili.

– Lili...?

– Nie znam jej nazwiska. Nie przedstawiła się.

– Nie przedstawiła się – powtórzyła Michelle. – I ta dziewczyna jest powodem, że zachowujesz się tak dziwacznie?

– Ona uważa, że Lili to nie jest jej prawdziwe imię – powiedziała Caroline, ignorując pytanie córki i patrząc jej w oczy. – Uważa, że tak naprawdę ma na imię Samantha.

Michelle przygarbiła się.

– Cholera.

– Uważa, że jest twoją siostrą.

– Och, proszę cię. Nie mów mi takich rzeczy. – Michelle w gniewie szerzej otworzyła oczy. Zaczęła chodzić w tę i z powrotem obok łóżka, bezładnie wymachując rękami, co przypominało wybuch fajerwerków. – Nie mów mi, że wierzysz w to gówno.

– Jak sądzę, ona wierzy.

– Mamo, na litość boską! To się zdarza za każdym razem, kiedy publikują te nowe głupie przybliżone portrety. Ludzie dzwonią i mówią, że widzieli Samanthę w kolejce w spożywczym, psychole twierdzą, że wiedzą, gdzie ją odnaleźć, wariaci przechwalają się, że ją więżą w jakimś podziemnym bunkrze. Radzisz sobie z tymi świrami od lat. A teraz jakaś dziewucha dzwoni z Calgary i mówi, że jej się wydaje, że jest Samanthą, a ty odlatujesz? Przecież jesteś na to za mądra. Wiesz, że to bzdury. Nawet jeśli dziewczyna jest tak durna, że sama w nie wierzy...

– To coś innego.

– Jak to innego?

– Zaproponowała, że przejdzie badanie DNA.

– Co?

– Uważa, że powinnyśmy zrobić test DNA i przekonać się w jedną albo drugą stronę.

– Hej, hej, hej! – powiedziała Michelle, stając nagle bez ruchu. – Co ty mówisz? Że ona przyjedzie do San Diego?

– Nie. – Caroline odtworzyła w myślach swoją rozmowę z Lili, a potem powtórzyła ją Michelle w całości.

– Powiedz mi, że nie myślisz serio o locie do Calgary.

– Zastanawiałam się nad tym.

– Żartujesz.

– Pytałaś, co robiłam przez cały dzień. Właśnie to robiłam, zastanawiałam się nad tym.

– Nie polecisz do Calgary, mamo.

– Dlaczego nie?

– Dlaczego nie? Dlaczego nie?!

– A co by w tym było takiego strasznego?

– W głowie się nie mieści. Normalnie w głowie się nie mieści.

– Zastanów się nad tym przez chwilę, Michelle. Co to komu szkodzi? Polecę do Calgary. Spotkam się z dziewczyną, zrobimy test, przekonamy się, jak sprawy stoją.

– Ty się lepiej zastanów. Polecisz do Calgary, spotkasz się z dziewczyną, która prawdopodobnie jest kompletnie szalona i ma jakieś własne zamiary, może nawet i rzeźnicki nóż – o tym w ogóle pomyślałaś? – i zrobicie ten test, który okaże się negatywny, wiesz, że tak będzie, a potem wrócisz do domu całkiem podłamana... I po co to? Po co masz to sama sobie zrobić? Nam zrobić? Znowu! – dodała z naciskiem.

– Bo w ten sposób będę wiedziała na pewno.

– Ja już wiem na pewno.

– To dlatego, że z nią nie rozmawiałaś. Nie słyszałaś jej. Było w jej głosie coś takiego...

– Samantha miała zaledwie dwa lata, kiedy zniknęła. Umiała mówić „mama” i „tata”, może znała z dziesięć innych słów, większości nikt nie potrafił zrozumieć...

– Ja rozumiałam – przerwała Caroline i wzbierające łzy sprawiły, że jej głos zadrżał.

– Chodzi mi o to – ciągnęła Michelle – że nie ma sposobu, żebyś mogła rozpoznać głos Samanthy, gdybyś go dzisiaj usłyszała. Oszukujesz sama siebie, jeśli myślisz inaczej. Prawdopodobieństwo, że to nie jest Samantha, jest astronomiczne. Ta dziewczyna, kimkolwiek by była, jest oszustką, psychopatką albo po prostu biedną, zagubioną duszą, ale na pewno nie moją siostrą. A ty nigdzie się nie wybierzesz.

– Kochanie, rozumiem twoje obawy i bardzo cię za nie kocham, ale...

– Żadne ale. – Michelle odgarnęła z czoła długie, ciemne włosy i wbiła wzrok w matkę. – Już się zdecydowałaś, tak?

– Po prostu im dłużej o tym myślę, tym sensowniejsze mi się to wydaje.

Michelle podeszła do telefonu.

 

– Dość tego. Dzwonię do ojca.

– Co? Nie! Nie chcę, żebyś do niego dzwoniła.

– Dlaczego nie? Nie sądzisz, że on ma prawo wiedzieć?

– Jeszcze niczego nie wiemy.

– Wiemy, że wybierasz się do Calgary. Może będzie chciał polecieć z tobą.

– Nie będzie.

– Jasne, że nie będzie. A chcesz wiedzieć dlaczego? Bo nie jest szalony, oto dlaczego. – Ujęła telefon drżącą dłonią.

– Proszę cię, nie dzwoń do ojca.

– Dlaczego nie?

– Bo ja cię proszę, żebyś tego nie robiła. Proszę, Michelle... Micki...

Michelle opuściła dłoń z telefonem.

– Coś ty powiedziała?

– Ja...

– Nazwałaś mnie Micki. Nigdy nie mówisz do mnie Micki.

– Wiem.

– Nie cierpisz tego zdrobnienia.

– Nieważne.

– Co... Myślisz, że jak powiesz do mnie Micki, to ja nagle zmienię zdanie? Że tak łatwo mną manipulować?

– Nie, oczywiście, że tak nie myślę.

– Po prostu nie myślisz, kropka. Cholera jasna. – Michelle rzuciła telefon na łóżko. Pokręciła głową, otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, potem znów pokręciła głową. – Dobrze. Świetnie. Nie powiem mu.

– Dziękuję ci.

– Kiedy masz zamiar lecieć?

– Jutro.

– Jutro – powtórzyła Michelle.

– Zdaje się, że rano jest samolot, który ląduje w Calgary koło południa.

– Rozumiem. Zarezerwowałaś już bilet?

– Nie.

– Ale masz zamiar.

– Tak.

– Masz paszport?

– Paszport?

– To Kanada, mamo. Potrzebny ci paszport.

– Mam paszport.

– I zimowe kozaki?

– Kozaki?

– To Kanada i listopad. Potrzebne ci buty.

– Poradzę sobie.

– Jak długo chcesz tam zostać?

– Pewnie parę dni. Sama nie jestem pewna.

– Ale wiesz, że w ten czwartek jest Święto Dziękczynienia.

– Spróbuję wrócić do domu na czas.

– Babcia Mary oczekuje nas na obiedzie.

– O Boże.

– Ja nie będę tą osobą, która jej wyjaśni, dlaczego cię nie ma.

– Będę tam. Polecę, spotkam się z dziewczyną, zrobimy test, wrócę do domu.

– Naprawdę myślisz, że to będzie takie łatwe?

Caroline wzruszyła ramionami.

– Proszę, kochanie, spróbuj zrozumieć. Ostatnich piętnaście lat spędziłam, żałując jednej decyzji. Nie chcę spędzić kolejnych piętnastu, żałując następnej.

Michelle przysiadła na łóżku. Z gardła wyrwał jej się jakiś dźwięk – ni to westchnienie, ni to kpiący śmiech.

– Co?

– Zastanawiałam się tylko, czy zadałabyś sobie tyle trudu, gdybym to ja, a nie Samantha, zniknęła tamtego wieczoru.

Caroline poczuła, że te słowa tworzą miecz, który przeszywa jej serce. Odruchowo wyciągnęła rękę do Michelle.

– O Boże. Nie możesz serio myśleć...

Michelle poderwała się, znów zaczęła chodzić po pokoju.

– Nieważne, co ja sobie myślę, prawda? Wiele razy już tego dowiodłaś. Dziś wieczorem po raz kolejny. Moje zdanie się nie liczy. Nigdy się nie liczyło. Nie wiem, czemu się dziwię. Powinnam już przywyknąć. – Obróciła się na pięcie i ruszyła do drzwi.

– Michelle! – Caroline rzuciła się za córką, pobiegła za nią przez korytarz do jej pokoju. Patrzyła, jak dziewczyna wyciąga torbę podróżną z szafy i rzuca ją na zielono-białą kołdrę na swoim łóżku. – Co robisz?

– A wygląda to na co? – Michelle podeszła do komody, otworzyła górną szufladę i wygarnęła z niej do torby stertę bielizny. – Dżinsy, które mam na sobie, wystarczą. I mam tę kurtkę na narty, którą tata w zeszłym roku kupił mi w Aspen. Powinna być w schowku na dole. Mam nadzieję, że Calgary nie jest całe zasypane śniegiem.

– Zaraz – powiedziała Caroline, łapiąc córkę za ręce, zanim ta zdążyła wrzucić do torby jeszcze jakieś rzeczy. – Nie możesz jechać ze mną.

– Nie mogę? Dlaczego?

– Bo...

– Nie chcesz, żebym jechała?

– Nie o to chodzi.

– No to o co?

– Sama to powiedziałaś. To szalony pomysł. Ja jestem szalona.

– Tym większy powód, żebym z tobą poleciała.

– Nie.

– Mamo, nie spieraj się ze mną. „Gdzie ty pójdziesz, tam ja pójdę”, i inne takie bzdury.

– Michelle... Micki...

– Daruj sobie, mamo. Tym razem to nie podziała. No to jak? Lecimy jutro do Calgary, czy nie?

Caroline widziała zaciśniętą stanowczo szczękę córki i gniewną urazę w jej oczach. Wiedziała, że nie ma sensu się spierać.

– Zarezerwuję bilety – powiedziała.

ROZDZIAŁ 6
Piętnaście lat temu

– Czy ja wam mówiłam, że Jerrod załatwił nam bilety na Taniec z diabłem? – spytała Rain, obrzucając mocno podkreślonym na niebiesko spojrzeniem cały stół i wreszcie zatrzymując wzrok na Caroline.

– A co to jest? – spytała Caroline, zerkając ukradkiem w stronę swojego apartamentu, a potem na zegarek. Odłożyła widelec i odsunęła to, co zostało z jej kolacyjnego homara, czyli większość. Była zbyt niespokojna, by jeść. Już niemal dochodziła pora, by zajrzeć do dzieci.

– Nic im nie było, kiedy sprawdzałem pół godziny temu – szepnął Hunter, prawie nie poruszając wargami. – Teraz też nic im nie jest. Dokończ posiłek.

– Taniec z diabłem? To przecież najmodniejszy show na Broadwayu – stwierdziła Rain, odpowiadając na pytanie, o którym Caroline już zdążyła zupełnie zapomnieć. – Nie sposób zdobyć bilety, zwłaszcza na weekend Święta Dziękczynienia. Ale mojemu supermanowi jakoś się udało. – Objęła męża za ramiona zaborczym gestem, od którego biust niemal wyskoczył jej z sukienki.

– A więc spędzicie Święto Dziękczynienia w Nowym Jorku – skomentowała Becky. – Szczęściarze.

Rain rzuciła jej swój najlepszy, błyszczący licówkami uśmiech.

– A wy jakie macie plany?

– Moja matka zawsze organizuje obiad na Święto Dziękczynienia u siebie – odparł Steve.

– Możecie sobie wyobrazić, jak bardzo już się tego nie mogę doczekać – dodała Becky.

Steve spojrzał ostro na żonę.

– Nie zaczynaj.

– Przestań patrzeć na zegarek – rzucił Hunter do Caroline.

– Wiecie, co moja ukochana teściowa powiedziała do mnie w ostatnie Święto Dziękczynienia? – odezwała się Becky, a potem ciągnęła, nie czekając na odpowiedź: – Dopiero co wróciła z jakiegoś pogrzebu, a ja popełniłam błąd i spytałam ją, jak było, na co ona odparła, i to jest dokładny cytat: „Było uroczo. Jej córka wybrała prześliczną trumnę. O wiele ładniejszą niż ta, którą kupiłaś dla swojej matki”.

Wokół stołu rozległo się zbiorowe westchnienie. Tylko Caroline nie westchnęła, bo przywykła do podobnych uwag.

– Ależ ona nic podobnego nie powiedziała! – zaprotestował Steve.

– Dokładnie to powiedziała.

– Przesadzasz. Jak zwykle.

– A ty jej bronisz. Jak zwykle.

– No dobrze, to za co dziś odczuwamy wdzięczność? – przerwała im Peggy głosem pełnym sztucznego ożywienia. – Dawajcie. Trzy rzeczy, pomijając zdrowie, rodzinę i przyjaciół. Że za to jesteście wdzięczni, po prostu założymy z góry.

– Nigdy nie należy nic zakładać z góry – odparła Becky.

– Och, ale fajnie. – Rain klasnęła w dłonie. – Mogę zacząć?

Peggy uniosła w górę otwarte dłonie, dając do zrozumienia, że Rain ma scenę dla siebie.

– No cóż, po pierwsze, oczywiście, cieszę się, że spędzimy Święto Dziękczynienia w Nowym Jorku, a nie na jakimś okropnym rodzinnym spędzie, nikogo z obecnych nie urażając. – Uśmiechnęła się do Becky, potem do Steve’a, i wreszcie przeniosła wzrok na Caroline. – Po drugie, czuję wdzięczność za ten nowy naszyjnik kupiony mi przez Jerroda. – Poklepała imponujący brylant, skrzący się na szyi. – A po trzecie, jestem wdzięczna za to, że w mojej rodzinie kobiety nie siwieją. Twoja kolej – zwróciła się do Caroline.

Caroline powstrzymała odruch uniesienia dłoni do głowy. Nie zauważyła jeszcze żadnych siwych włosów, ale przecież zbyt uważnie ich nie wypatrywała.

– Ja jestem wdzięczna za ten miniony tydzień – stwierdziła i skinęła głową w stronę męża. – Jestem wdzięczna za to, że mogę uczcić dziesięć lat względnego małżeńskiego szczęścia – dodała, wspominając słowa brata.

– Jak to względnego? – spytał Hunter, żartobliwie ściągając wargi.

– Wypiję za względność – powiedział Jerrod, unosząc kieliszek z szampanem. Pozostali poszli za jego przykładem, stukając się kieliszkami w gratulacyjnym toaście.

– Ostrożnie – ostrzegła Rain. – Nie wolno przy tym krzyżować dłoni, bo to oznacza nieszczęście.

– Naprawdę? Nigdy o tym nie słyszałam – powiedziała Becky.

– No, dalej – Peggy ponagliła przyjaciółkę. – Jeszcze jedna rzecz, za którą jesteś wdzięczna.

Caroline próbowała znaleźć trzeci powód do wdzięczności, niemający nic wspólnego ze zdrowiem, rodziną ani przyjaciółmi. Na pewno coś jej w końcu przyjdzie do głowy.

– Jestem wdzięczna za ten ocean – powiedziała wreszcie, zerkając mniej więcej w jego kierunku.

– Poważnie? – spytała Rain.

– Ja jestem wdzięczny za to, że rynek nieruchomości w San Diego stoi tak mocno – powiedział Steve, nie czekając na zaproszenie. – Cieszę się, że udało mi się przekonać Huntera, żeby nam pozwolił dołączyć do was w tym przepięknym Rosarito i razem obchodzić waszą rocznicę. – Spojrzał znacząco na siedzącą po drugiej stronie stołu żonę. – I jestem szczególnie wdzięczny losowi za to, że moja matka jest taką świetną kucharką.

– Ależ ty pieprzysz od rzeczy – rzuciła Becky.

– A co, nasza matka nie jest świetną kucharką? – Steve zapytał siostrę.

– Nasza matka istotnie gotuje znakomicie – zgodziła się Caroline. – A ty pieprzysz całkiem od rzeczy.

Wszyscy parsknęli śmiechem, chociaż śmiech Steve’a był wymuszony, a jego piwne oczy nieporuszone i twarde niczym kamienie.

– Twoja kolej, Becky – zarządziła Rain.

– Przepraszam was wszystkich. Całe popołudnie okropnie bolała mnie głowa i teraz robi się jeszcze gorzej. – Łzy przymgliły jej spojrzenie. Wykonała taki gest, jakby chciała je ukryć, czy zetrzeć. – Wybaczcie. – Odsunęła krzesło od stołu i wstała.

– Och, siadajże – powiedział Steve. – Nic ci nie jest. Nie rób z siebie takiej primadonny.

– Wal się. – Becky odwróciła się i zamaszystym krokiem odeszła.

Na moment zapanowała pełna osłupienia cisza.

– Nie powinieneś za nią pójść? – Fletcher zapytał Steve’a spokojnie dopijającego ostatnie łyki szampana.

– Co? Myślisz, że odbiło mi tak samo jak jej?

– Powinnam zajrzeć do dzieci – odezwała się Caroline, w równym stopniu co Becky chcąc oddalić się od tego stołu.

– Wracaj szybko. – Hunter wstał cmoknąć ją w policzek zanim odeszła.

– Och, ale gołąbeczki. – Odchodząca Caroline usłyszała za sobą słowa Rain.

Winda czekała z otwartymi drzwiami, kiedy dotarła do końca holu. Weszła do środka i nacisnęła przycisk szóstego piętra. Na razie wieczór przebiegał raczej mało pamiętnie. Najpierw zamieszanie z opiekunką do dzieci, potem jej własne poczucie winy na myśl, że zostawia je same, później nieprzyjemne sprzeczki brata i bratowej. To nie był dobry znak, że przestawali się już przejmować tym, czy ktoś ich słyszy. Caroline wysiadła z windy, wątpiąc, by małżeństwo jej brata dotrwało do końca roku, o dekadzie już nie wspominając.

Poszła szybko długim korytarzem, przy każdym kroku pewna, że zaraz usłyszy niespokojne krzyki dzieci odbijające się echem od ścian. Ale kiedy otworzyła drzwi apartamentu, nie usłyszała nic poza uspokajającą ciszą. Na palcach weszła do sypialni dziewczynek, przystanęła w drzwiach, żeby oczy przywykły do ciemności, a potem podeszła do łóżka Michelle.

Córka spała na boku, z ustami na wpół otwartymi, z kołdrą niezbyt wygodnie zamotaną wokół talii i lalką Wonder Woman wplątaną w jej fałdy. Caroline ostrożnie wyjęła zabawkę i przykryła kołdrą ramiona córki, a samą lalkę posadziła na poduszce obok głowy dziewczynki. Jesteś takim aniołkiem, kiedy śpisz, pomyślała, walcząc z chęcią cmoknięcia małej w policzek. Gdybyś tylko mogła być choć w części taka słodka, kiedy nie śpisz.

Obróciła się w stronę łóżeczka Samanthy i nachyliła się nad nim. Z jej ust wyrwało się głębokie westchnienie.

Samantha leżała na plecach, z rączkami nad głową ugiętymi w łokciach, dokładnie tak, jakby dosłownie poddała się senności. Hunter miał rację, pomyślała Caroline. Niepotrzebnie się denerwowałam.

Zadzwonił telefon, a jego ostry ton przeciął tę ciszę jak bagnet. Caroline rzuciła się do saloniku i pochwyciła namolny przedmiot, zanim zabrzmiał drugi dzwonek. Przycisnęła mocno słuchawkę do ucha. – Halo? – Powinna zadzwonić wcześniej na recepcję i zapowiedzieć im, żeby nie łączyli rozmów do pokoju. A gdyby telefon zadzwonił, kiedy jej nie było? Gdyby obudził dzieci? Gdyby zaczęły za nią płakać? Gdyby zaczęły panikować, że ona natychmiast się nie pojawia?

 

– Zły moment? – odezwał się głos po drugiej stronie linii. – Jakoś nieswojo brzmisz.

– Mama? – Caroline ledwie słyszała własny głos ponad waleniem serca. Pomyślała o rozmowie przy kolacji i spróbowała opanować dreszcz. Czy to możliwe, że matka wyczuła, że o niej rozmawiali? Zawsze twierdziła, że ma oczy z tyłu głowy i uszy wszędzie, że nic nigdy się przed nią nie ukryje. Kiedy Caroline była mała, ta myśl ją przerażała. Jeśli miała być szczera, nadal wywoływała strach. – Wszystko w porządku?

– A co, przejmujesz się?

– Co masz na myśli? Oczywiście, że się przejmuję.

– Dlatego przez cały tydzień się do mnie nie odezwałaś?

– No cóż, ja...

– Ja nie narzekam, rozumiesz. Ja tylko stwierdzam fakty. Wiem, że jesteś bardzo zajęta imprezowaniem. Przynajmniej mam jedno dziecko, które liczy się z uczuciami matki.

Bo nadal wychodzi z błędnego założenia, że jakieś masz, pomyślała Caroline.

– Steve to dobry syn – przyznała.

Dobry syn i beznadziejny mąż.

– Szkoda, że nie urodziłaś chłopców.

Caroline omal się nie roześmiała, wspominając spontaniczny wybuch matki, kiedy zadzwoniła do niej ze szpitala powiadomić ją o narodzinach Samanthy. – Kolejna paskudna dziewucha! – wykrzyknęła wtedy jej matka.

– Dzwonię tylko życzyć ci miłej rocznicy ślubu – powiedziała teraz.

Caroline ogarnęła fala poczucia winy. Była dla matki zbyt surowa. Ta kobieta przecież nie będzie inna. To od niej zależało, czy zmieni sposób, w jaki sama na nią reaguje. Powinna być bardziej wyrozumiała, mniej oceniająca.

– Dziękuję ci.

– Muszę przyznać, że jestem zdziwiona. Myślałam, że do tej pory Hunter zanudzi się na śmierć.

Tym razem Caroline wybuchnęła śmiechem, chociaż dźwięk był stłumiony i szybko uwiązł jej w gardle. Człowiek nawet jakby chciał, to czegoś takiego by nie wymyślił, uznała.

– Przepraszam... Dajesz mi do zrozumienia, że jestem nudna?

– Nie wkładaj mi w usta tego, czego nie powiedziałam. Hunter po prostu sprawia wrażenie typa, który łatwo się nudzi. Przestań być taka nadwrażliwa.

– Mamo, powinnam iść. Wszyscy czekają... – Zanim jeszcze Caroline dokończyła zdanie, w słuchawce zapadła głucha cisza. Pokręciła głową i odłożyła telefon, a potem szybko znów go złapała i wybrała numer recepcji, prosząc, żeby nie łączyli rozmów aż do odwołania. Wątpiła, że się zdarzy kolejny telefon, ale nie zamierzała ryzykować. Matka zwykle lubiła mieć ostatnie słowo.

Zajrzała do dziewczynek jeszcze raz przed wyjściem z apartamentu. Telefon żadnej nie zakłócił snu. – To tylko stara, nudna ja – powiedziała i zamknęła za sobą drzwi, wychodząc do holu. W jej stronę zmierzał jakiś kelner w białej marynarce, pchając przed sobą wózek z obiadem. Zatrzymał się przy drzwiach kilka apartamentów dalej i zastukał.

– Obsługa hotelowa! – zawołał, gdy Caroline go mijała.

– Wszystko w porządku? – spytał Hunter, kiedy wróciła do restauracji.

– Wszystko dobrze. – Dostrzegła, że teraz już dwa miejsca przy ich stole były puste. – Gdzie mój brat?

– Poddał się naciskowi ogółu zaraz potem jak wyszłaś i poszedł zobaczyć, czy uda mu się namówić Becky do powrotu – wyjaśniła Peggy.

Życzę powodzenia, pomyślała Caroline. Trio młodych, przystojnych muzyków zbliżyło się do ich stołu.

– O co chodzi? – spytała, gdy dwóch z nich przyklęknęło u jej stóp, unosząc gitary w górę.

– Wszystkiego dobrego z okazji rocznicy! – powiedział Hunter.

– To najromantyczniejsza scena pod słońcem! – zawołała Rain.

– Nie znudziłeś się mną, prawda? – szepnęła Caroline do Huntera, gdy muzycy zaczynali swoją cichą serenadę.

– Znudzić się tobą? Skąd u licha wziął ci się ten pomysł?

Caroline spróbowała wyprzeć wszelkie myśli o matce. Pogłaskała męża po policzku.

– Kocham cię – powiedziała.

– Ach – westchnęła Rain. – Sama słodycz.

*

Pół godziny później muzycy skończyli swoje piosenki i zamówiono deser – płonące naleśniki z syropem pomarańczowym. – Powinienem zajrzeć do dzieci, zanim go przyniosą – stwierdził Hunter.

Caroline uśmiechnęła się, zadowolona, że nie trzeba mu przypominać.

– A mnie potrzebny jest szal – stwierdziła Rain, kładąc wypielęgnowaną dłoń na swoim wyeksponowanym dekolcie. – Dziewczynki mi marzną.

Caroline patrzyła, jak mąż i Rain po wyjściu z restauracji ruszają każde w swoją stronę, Rain ku jednemu skrzydłu hotelu, Hunter do drugiego.

– No cóż, to była urocza mała niespodzianka – powiedziała Peggy.

– Owszem – zgodziła się Caroline.

– Hunter naprawdę wie, jak się zdobyć na efektowny gest.

– A już na pewno wie, jak sprawić, że wszyscy przy nim wypadamy blado – zagderał dobrodusznie Fletcher. – Choć niewielu nas przy tym stole zostało.

– No tak, zaczyna to trochę wyglądać jak zabawa w komórki do wynajęcia – zgodził się Jerrod.

– Myślisz, że twój brat i Becky jeszcze w ogóle wrócą? – spytała Peggy.

Caroline pokręciła głową.

– Nie zdziwiłabym się, gdyby właśnie się wymeldowywali. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, po co w ogóle chcieli przyjechać.

– Może mieli nadzieję, że romantyczne wakacje dobrze zrobią ich związkowi.

Caroline nie mogła się z tym spierać. Czy sama nie miała podobnej nadziei dla siebie?

Podeszli dwaj kelnerzy.

– Czy to byłby problem, gdyby desery poczekały, aż pozostali goście wrócą? – spytała ich Caroline. – To powinno potrwać tylko parę minut.

W rzeczywistości potrwało bity kwadrans.

– Przepraszam, że tyle mnie nie było – powiedział Hunter, siadając znów na swoim miejscu. – Wieki czekałem na windę, a potem wreszcie się poddałem i poszedłem schodami. Dzieci śpią jak zabite – ciągnął, zanim żona zdążyła zapytać. Rozejrzał się wokół stołu. – Gdzie wszyscy?

Jak na sygnał, nagle pojawiła się Rain ze Steve’em u boku.

– Patrzcie, kogo znalazłam w holu – powiedziała, owijając się szalem.

– Miałem już wysyłać misję poszukiwawczą – odezwał się jej mąż.

– Zapomniałam, że zdążyłam spakować to cholerstwo. Musiałam rozpakować całą walizkę, zanim go znalazłam.

– Dobrze ci tak za to, że jesteś taka zorganizowana – powiedziała Peggy. – Ja nawet nie zaczęłam się jeszcze pakować.

– Widzę, że nie udało ci się namówić Becky do zejścia na dół – odezwała się Caroline do brata.

Steve wzruszył demonstracyjnie ramionami, odsuwając od stołu swoje krzesło.

– Kobiety – zwrócił się w stronę obecnych mężczyzn. – Żyć się z nimi nie da, a zastrzelić nie wolno.

– Ładne rzeczy wygadujesz – stwierdziła Caroline.

– Dzieci w porządku? – Steve spytał Huntera.

– W porządku.

Kelnerzy wrócili i wszyscy w milczeniu patrzyli, jak jeden z nich przygotowuje naleśniki, a drugi je podpala. Płomienie strzelały niczym gniewne szpony w stronę mrocznego nieba.

*

– Nie ma jak w domu – oświadczył Hunter, przesuwając kartę przez czytnik drzwi apartamentu. Kontrolka zaświeciła czerwienią, wskazując, że zamek nadal jest zamknięty. Hunter lekko się zachwiał, spróbował jeszcze raz z tym samym rezultatem. – To dziwne. Wcześniej działała bez problemu.

– Spróbuj moją – powiedziała Caroline. Załatwiła sobie nową przed kolacją.

Spróbował i tym razem karta zadziałała.

– Durne ustrojstwa – mruknął i cisnął kartę na stolik do kawy, kiedy weszli do saloniku, a potem rzucił się na sofę.

– Może trzymałeś ją zbyt blisko komórki.

– Może. Chodź, posiedź tu ze mną – poprosił.

– Tylko sprawdzę, co z dziećmi.

– Dzieci poczekają dwie minuty.

Caroline podeszła do sofy i usiadła ciężko obok męża. Szybko otoczył ją ramieniem i pocałował w kark. Oddech miał ciepły i pachnący co najmniej jednym drinkiem za dużo. Zasłony nie były zaciągnięte i odblask świateł z zewnątrz tańczył na ścianach, mieszając się z łagodną poświatą księżyca.

– I jak, przyjemna była rocznica ślubu, mimo wszystko?

– Tak.

– Kłamczucha – skarcił ją.

– Nie, było uroczo. Serio.

– Prawie nie tknęłaś kolacji.

– Nie byłam bardzo głodna.

– Martwiłaś się o dzieciaki.

– Jakoś się z tym uporałam.

Znów pocałował ją w kark.

– A serenada ci się podobała?

– Ogromnie.

– Zdziwiłaś się?

– Tak. Nie zdawałam sobie sprawy, że jesteś taki romantyczny.

– Nie mogę sobie przypisać całej zasługi. W sumie to był pomysł Steve’a.

– Naprawdę? Szkoda, że nie wpada na żadne dobre pomysły, kiedy chodzi o Becky. – Caroline przesunęła dłoń na przód spodni męża. – A skoro już mowa o pomysłach...

Hunter powstrzymał jej rękę.

– Bardzo mi przykro, kotuś. Chyba przesadziłem z rocznicowymi toastami.