Nie ma jejTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Posłuchaj no, Lili, czy jak tam się naprawdę nazywasz...

– Niech pani przyjedzie do Calgary.

– Nie.

– Proszę. Już sprawdziłam, że jest samolot, który wylatuje z San Diego do Calgary jutro z samego rana. Byłaby tu pani w południe. Mogłabym się z panią spotkać w hotelu.

– W jakim hotelu? – spytała Caroline. Co też wygadywała? Czy ona oszalała? Ile razy jeszcze da się w coś podobnego wkręcić? Czy nie odbyła już tamtych nierozważnych podróży do Miami i Waszyngtonu, po to tylko, żeby zobaczyć jak jej własne nadzieje zmieniają się w rozczarowanie, a potem w rozpacz? Czy naprawdę była gotowa przejść przez to wszystko jeszcze raz?

– Fairfax. To w samym centrum, całkiem ładny hotel.

– Nie. Nie mogę. To po prostu niepoważne.

– Nieprawda.

– Ta cała rozmowa jest niepoważna. Ty jesteś niepoważna. Ja jestem niepoważna, bo siedzę tu i rozmawiam z jakąś dziewczyną, która albo jest genialną kanciarą, albo totalną wariatką. Przykro mi, muszę już kończyć.

– Proszę... Mówiła pani, że się pani nad tym zastanowi.

Caroline wbiła wzrok w szafki na przeciwległej ścianie, zobaczyła, że ich obraz zlewa się, rozmywa, a potem znów staje się wyraźny. Przecież chyba nie myślała poważnie o locie do Calgary? Prawda?

– No dobrze – usłyszała wreszcie własne słowa.

– Przyleci pani?

– Zastanowię się.

– Będę czekała w holu – powiedziała dziewczyna, a potem w słuchawce zapadła cisza.

ROZDZIAŁ 4
Piętnaście lat temu

– Proszę, kogóż my tu mamy! – zawołała Rain, gdy Caroline nadeszła, wymijając rzędy leżaków otaczających kręgami wielki hotelowy basen.

– Dotarłaś – dorzuciła Peggy, poklepując leżak koło siebie.

Becky skinęła głową w jej stronę, ale nic nie powiedziała. Chociaż kapelusz z szerokim rondem i przyduże ciemne okulary zasłaniały większość twarzy szwagierki, Caroline dostrzegła, że Becky musiała wcześniej płakać. Wystarczająco poznała przez lata tę twarz, by dostrzec obrzmiałość policzków i kąciki warg wyginające się w dół, wbrew próbom utrzymania uśmiechu.

Najwyraźniej brat i jego żona kłócili się. Znowu. Caroline zastanawiała się, czego tym razem dotyczyła kłótnia, a potem wyparła tę myśl z głowy. Cokolwiek to było, nie jej sprawa. A postanowiła nacieszyć się tym ostatnim dniem w raju. Hunter wielkodusznie zaproponował, że popilnuje Samanthy, żeby mogła spędzić parę spokojnych godzin przy basenie z przyjaciółkami. Michelle wreszcie pogodziła się z pomysłem klubu dla dzieci, a przynajmniej tego popołudnia poszła tam bez protestów i wylewania powodzi łez, a wczorajszej nocy Caroline i Hunter kochali się, choć nieco pośpiesznie, niemal odpuszczając sobie grę wstępną, zanim mąż zasnął jak kamień od nadmiaru słońca i alkoholu.

Caroline spojrzała w stronę balkonu swojego apartamentu, zdjęła białą koronkową narzutkę i ułożyła się na leżaku. Miała początkowo nadzieję, że te wakacje ponownie rozbudzą beztroską namiętność, którą kiedyś dzielili z Hunterem. Ale mąż myślami był w pracy, ona zaś zajęta była dziećmi, a w pobliżu cały czas kręcili się przyjaciele. Rzeczywistość była taka, że przez ten tydzień ona i Hunter spędzili bardzo niewiele czasu sam na sam. Raczej nie była to romantyczna ucieczka, na którą się szykowała.

– Oho, masz na sobie interesujący kostium – powiedziała Rain, poprawiając górę własnego maleńkiego, jaskraworóżowego bikini, z którego się wprost wylewała. – Bardzo retro.

Caroline spuściła wzrok na swój czarno-biały, jednoczęściowy kostium pływacki i uśmiechnęła się. Nie znała Rain aż tak dobrze, więc nigdy nie była pewna, jak traktować tego rodzaju komplementy: „Strasznie mi się podoba ta twoja codzienna fryzura, jakbyś dopiero co wstała z łóżka. Patrzcie tylko na te szerokie spodnie – ty to masz odwagę przeciwstawiać się trendom. Chciałabym móc nosić takie duże wzory. Wy, dziewczyny o małym biuście, naprawdę macie dobrze”. Rozejrzała się wokół zatłoczonego basenu.

– A gdzie faceci?

– Golf – wyjaśniła Rain.

– Jedna z niewielu rozrywek, które twoja matka uznała za dość bezpieczne dla swojego wychuchanego syna.

Nie możesz pozwalać, żeby ci zalazła za skórę, chciała powiedzieć szwagierce, ale powstrzymała się, bo dotarło do niej, że przecież od lat jej to powtarza. Sobie samej też to powtarzała, odkąd sięgała pamięcią. Ale to była beznadziejna walka. Jej matka przypominała żywioł natury. W żaden sposób nie dawało się przed tym uciec.

– Przepraszam! – zawołała Rain, przywołując w ich stronę młodego, ciemnowłosego kelnera. – Kto chce gin z tonikiem? – zapytała pozostałe.

– Ja chętnie – odparła Peggy.

– Dla mnie też – zgodziła się Becky.

– Ja wezmę colę – poprosiła Caroline.

– Absolutnie nie zamówisz coli – zaprotestowała Rain. – To nasz ostatni dzień. Zabraniam ci. Cztery giny z tonikiem, por favor. Stawiam tę kolejkę, moje panie.

Parę minut później rozpierały się na leżakach, sącząc drinki.

– A więc, co macie w planach po powrocie do cywilizacji? – spytała Rain.

– Znów do roboty – odparła Peggy. Pracowała w głównym szpitalu San Diego.

– Nie wiem, jak ty to robisz – stwierdziła Rain. – Przestawać z chorymi ludźmi cały dzień. Nie działa to na ciebie?

– No cóż, nie mam w zasadzie do czynienia z pacjentami. Jestem administratorką.

– A ty? – zwróciła się Rain do Becky. – Gotowa podjąć na nowo poszukiwanie pracy?

Caroline wstrzymała oddech, widząc, jak Becky sztywnieją ramiona. Steve wygadał się, że żonę niedawno zwolniono z dotychczasowej posady księgowej w pewnej miejscowej agencji reklamowej po tym, jak jeden z głównych klientów zwiał do konkurencji – fakt, który Becky zamierzała trzymać w tajemnicy, póki nie znajdzie nowego zajęcia. Oczywiście Caroline już wcześniej o tym wiedziała, bo matka zadzwoniła do niej z nowinami, jak tylko Steve jej się zwierzył.

„To może być dobry moment, żeby się skoncentrować na zajściu w ciążę”, zapowiedziała Mary swojej synowej, zupełnie jakby powodem, dla którego Steve i ona jeszcze nie doczekali się dziecka, był brak koncentracji u Becky.

– Przynajmniej nie musisz martwić się o pieniądze – dodała Rain. – Jerrod mówił mi, że Steve’owi bardzo dobrze się ostatnio wiedzie.

– Jakoś sobie radzimy – odparła Becky. Dopiła jednym haustem to, co zostało w szklance i dała znak kelnerowi, że prosi o powtórkę. – Kto ze mną?

– Ja wchodzę – powiedziała Rain.

– A co, u diabła. Czemu nie? – zgodziła się Peggy.

– Tylko jeśli teraz ja będę mogła zafundować – powiedziała Caroline z nadal niedopitym drinkiem w dłoni. Nidy nie przepadała za alkoholem, zwłaszcza po południu. No, ale mimo wszystko to był ich ostatni dzień w Rosarito i chociaż raz nie miała dziecka uczepionego spódnicy ani drugiego na biodrze. Nie chciała być zresztą postrzegana jako sztywniaczka. Nadal była przecież dziewczyną z ich paczki. Nadal wiedziała, jak się bawić.

Była kimś więcej niż tylko matką.

– Pewnie czeka cię to samo, co zwykle – zwróciła się Rain do Caroline, zupełnie jakby umiała czytać w jej myślach.

– Słucham? To samo co zwykle?

– Siedzenie w domu, opieka nad dziewczynkami. Ja bym zwariowała bez kontaktu z dorosłymi. Mózg się od tego lasuje. Uważam, że jesteś niesamowita. Naprawdę.

Caroline próbowała nie jeżyć się z powodu subtelnej zniewagi ukrytej w tym komplemencie, nie chciała też dyskutować o swojej decyzji, że zostanie niepracującą mamą.

– Jeszcze tylko parę lat. Potem wrócę do zawodu.

– Kolejny zawód, którego nie mogłabym wykonywać. Zwłaszcza uczyć matematyki. To takie nudy.

– Mnie to wcale nie nudzi.

– Naprawdę? – Rain szeroko otworzyła oczy ze zdziwienia.

– Chyba wszystko musi się wydawać mocno nudne w porównaniu z modelingiem – odezwała się Peggy, gdy kelner wrócił z nową porcją napojów. – Jerrod mówi, że nadal jest na ciebie spore zapotrzebowanie...

– Nawet więcej niż spore. I proponują mi o wiele więcej zleceń, niż mogę przyjąć, ze względu na pracę dla organizacji charytatywnej. Poza tym Jerrod tyle podróżuje i lubi, żebym mu towarzyszyła, więc jestem ograniczona w liczbie projektów, które mogę zaakceptować. – Nachyliła się, ruchem rąk wskazując pozostałym, żeby zrobiły to samo, zupełnie jakby miała się z nimi podzielić jakimś wielkim sekretem. – Zawarliśmy pakt, kiedy się pobraliśmy, że nigdy nie spędzimy więcej niż dwie noce z dala od siebie. Wiecie, właśnie to położyło kres pierwszemu małżeństwu Jerroda. I uczyniło go szczególnie wrażliwym na takie kobiety jak ja. – Uśmiechnęła się oszałamiająco. – Mój mąż ma nienasycone libido i z przyjemnością mogę oświadczyć, że wreszcie trafił swój na swego. – Odrzuciła głowę do tyłu, jej miodowoblond włosy rozsypały się kaskadą aż do połowy pleców, a potem zastygła w tej pozycji, jakby czekała, aż fotograf zrobi jej zdjęcie.

– Nie wiedziałam, że on musi aż tyle podróżować – powiedziała Caroline, choć tak naprawdę chciała rzucić: „O Boże, nie. Proszę, nie mówmy o tym więcej”. Nie miała ochoty omawiać życia seksualnego Rain ani jego roli w rozpadzie poprzedniego małżeństwa Jerroda. Nie wiedziała zbyt wiele ani o Rain, ani o Jerrodzie, poza tym, że należał do dyrekcji jednej z największych korporacji górniczych i że zaprzyjaźnili się z Hunterem, kiedy kancelaria męża została wynajęta do obsługi pewnego niedawnego przejęcia. Rain bywała zabawna w towarzystwie, w dużym stopniu dlatego, że człowiek nigdy nie miał pojęcia, jakie kolejne straszne głupstwo palnie za chwilę, ale Caroline wiedziała, że nigdy się z nią serdecznie nie zaprzyjaźni. Według słów Huntera, Rain była dobra wyłącznie w niewielkich dawkach.

 

– Co miesiąc jedziemy w jakieś nowe, ekscytujące miejsce – mówiła teraz Rain. – Alaska, Vancouver, Ameryka Południowa. Odwiedzamy kopalnie. Spotykamy się z miejscowymi dygnitarzami. Te ostatnie pięć lat to była niezła przygoda.

– Na dzieci pewnie zabrakło czasu – odezwała się Peggy.

– Boże, nie. Poza tym Jerrod ma już trójkę ze swoją pierwszą żoną. To aż za dużo. – Skrzywiła się. – Nie wiem. Dzieci nigdy mnie nie interesowały. Są takie...

– Nudne? – spytała Caroline.

Rain zaśmiała się.

– Trochę jak matematyka.

– Moim zdaniem dzieci wcale nie są nudne – powiedziała Peggy.

– To dlatego, że je masz. Musisz myśleć w taki sposób. Ale my wiemy, jak wygląda prawda. No nie, Becky?

Caroline znów złapała się na tym, że wstrzymuje oddech. Przypuszczała, że Rain nie ma zielonego pojęcia o sytuacji Becky. Obie kobiety poznały się zaledwie tydzień wcześniej, a Becky nie miała w zwyczaju dyskutować o swoich problemach z poczęciem z osobami prawie nieznajomymi. W ogóle z nikim, tak na dobrą sprawę.

Caroline zerknęła na szwagierkę, a ta odpowiedziała jej uniesieniem oczu w górę, a potem odwróciła wzrok. Kiedyś były sobie bliskie, bardziej jak siostry niż jak szwagierki. Ale Becky, podburzona stałymi porównaniami czynionymi przez teściową, oddaliła się stopniowo w ciągu tych lat, zwłaszcza zaś po narodzinach Samanthy. Usiłowała to ukrywać, ale widać było dość wyraźnie, że uważa płodność Caroline za coś w rodzaju osobistej zniewagi.

Caroline ponownie upiła drinka, odchyliła się na oparcie leżaka i przymknęła oczy. Czuła się wyczerpana. Kto by przypuszczał, że odpoczynek to taka ciężka praca?

– Czas na krem z filtrem – odezwał się czyjś głos. – Nos ci się spieka.

Caroline otworzyła oczy i zobaczyła nad sobą twarz Peggy.

– Co?

– Zaczynasz się leciutko czerwienić.

Caroline usiadła prosto i strąciła przy tym z leżaka płócienną torbę. Jej zawartość rozsypała się po betonie.

– Chyba zasnęłam. Która godzina?

– Pięć po czwartej.

– Cholera. Miałam odebrać Michelle o czwartej. – Zebrała przedmioty, które wysypały się z torby, a potem wstała. – Gdzie reszta? – spytała, rozglądając się wkoło.

– Becky rozbolała głowa, więc wróciła do pokoju jakieś pół godziny temu. Rain miała umówiony masaż.

– Ojej, nie chcę cię tu zostawiać samej...

– Żaden problem. Miałam dość leżakowania. Czas iść na górę i uciąć sobie drzemkę. – Peggy wzięła Caroline za rękę i obie ruszyły w stronę holu.

– W głowie mi się nie mieści, że tak zasnęłam. Coś mnie ominęło?

– Pytasz o naszą miłą „trafił swój na swego”? Nie, dzięki Bogu oszczędziła nam dalszych szczegółów. Przez chwilę wydawało mi się, że znów jestem w liceum.

Obie kobiety parsknęły śmiechem. Caroline nadal chichotała, odbierając Michelle z zajęć.

– Spóźniłaś się! – zawołało dziecko i chichot zamarł Caroline w gardle.

Kruczowłosa młoda kobieta, trzymająca Michelle za rączkę, rzuciła Caroline oskarżycielskie spojrzenie.

– Widzisz? Tłumaczyłam ci, że mamusia o tobie nie zapomniała.

Caroline spojrzała na zegarek.

– Przecież to tylko parę minut...

– Michelle mocno się niepokoiła.

– Nigdy bym o tobie nie zapomniała – Caroline zapewniała córkę raz za razem w windzie, kiedy wracały do apartamentu.

– Więcej na zajęcia dla dzieci nie pójdę – oświadczyła Michelle, kiedy szły długim korytarzem w stronę swoich drzwi.

– No cóż, z samego rana wyjeżdżamy, więc nie będziesz musiała. – Caroline zaczęła grzebać w płóciennej torbie, szukając karty do drzwi, i o mało nie wpadła na wózek pokojówki, załadowany ręcznikami i bielizną pościelową. – Cholera, gdzie ona się podziała?

– Powiedziałaś brzydkie słowo.

Ta pieprzona karta musiała mi wylecieć przy basenie, pomyślała Caroline, gdy zbliżały się już do ich apartamentu, a potem czekały, aż Hunter zareaguje na stukanie do drzwi. „Co? Znowu?!”, niemal słyszała jego głos. Jedną kartę już wcześniej w tym tygodniu posiała. Dobrze chociaż, że tak łatwo było je odtworzyć. Znów zastukała. – Hunter? – Przyłożyła ucho do drzwi, usłyszała szmer wody. – Super. Idealna pora na kąpiel. – Jej mąż słynął z brania częstych i długich pryszniców. – Zdaje się, że będziemy musiały wrócić do recepcji po kolejną kartę.

– Nie chcę wracać do recepcji.

Caroline przypomniała sobie wózek pokojówki. Pewnie miała kartę dostępu do wszystkich drzwi. – Chodź ze mną – zwróciła się do Michelle.

– Nie. – Dziecko wysunęło rączkę z dłoni Caroline, a potem usiadło na ziemi, opierając plecy o drzwi i protestacyjnie krzyżując ramiona.

– No dobrze. Nie ruszaj się stąd. Zaraz wracam. – Pędem minęła zakręt korytarza, niemal zderzyła się z kobietą w uniformie, wychodzącą z pokoju obok ze stertą ręczników. – Perdóname, usted. Przepraszam, że zawracam pani głowę, ale nie mogę znaleźć karty. Może mogłaby mnie pani wpuścić do mojego apartamentu?

Kobieta skinęła głową, rzuciła ręczniki na wózek i poszła za Caroline w stronę drzwi.

Michelle tam nie było.

– Michelle? – Caroline rozejrzała się gorączkowo. – Michelle?

Drzwi apartamentu otworzyły się. Hunter stanął przed nią z biodrami owiniętymi dużym, białym ręcznikiem, wodą ociekającą po jego wyrzeźbionej klatce piersiowej i z zakłopotaną miną.

– Spokojnie. Ona jest w środku.

Caroline odetchnęła z ulgą. Pokojówka schowała ogólną kartę do kieszeni i wycofała się w głąb korytarza. – Dziękuję! – zawołała za nią Caroline.

– Mama powiedziała brzydkie słowo. I spóźniła się – zawiadomiła Michelle, gdy tylko Caroline weszła do saloniku.

– O całe pięć minut – usprawiedliwiła się Caroline.

– Na pewno mamie jest bardzo przykro.

– I mama kilka razy przeprosiła – dorzuciła Caroline. – Gdzie malutka?

– Ona nie jest malutka – zaprotestowała Michelle.

– W łóżeczku, bawi się swoimi zabawkami – odparł Hunter. – Radosna jak mały krab.

– Polowaliśmy dziś na kraby – powiedziała Michelle do wchodzącej do dziecięcej sypialni matki.

– Na pewno było fajnie.

– Nie cierpię krabów – stwierdziła dziewczynka.

No jasne, że ich nie cierpisz, pomyślała Caroline, podchodząc do łóżeczka Samanthy. Młodsza córka już stała, z szerokim uśmiechem na słodkiej buzi, wyciągając rączki na powitanie. Caroline wyjęła ją z łóżka, mocno uściskała.

– Cześć, moje słoneczko.

– Ona nie jest twoim słoneczkiem. Ja jestem twoim słoneczkiem.

– Obie jesteście moimi słoneczkami.

Samantha przytuliła główkę do ramienia matki, jej oddech słodko owionął jej szyję. Przynajmniej trafiło mi się jedno miłe dziecko. Caroline przypomniało się, że tymi słowami jej matka zwróciła się do jednej ze swoich przyjaciółek, i nawet po tylu latach te słowa jeszcze potrafiły ranić. Choć przecież jej matka nie znęcała się nad nią ani jej nie zaniedbywała. Raczej bywała nadopiekuńcza, nieustannie trzęsła się nad córką. W przeciwieństwie do Steve’a, któremu przysługiwała wolność, o jakiej Caroline mogła tylko pomarzyć. Podczas gdy ona miała uwagę matki, Steve cieszył się jednak jej uczuciem. I oboje zdawali sobie z tego sprawę, co spowodowało, że nigdy się do siebie nie zbliżyli. Caroline milcząco postanowiła, że nigdy nie stanie się podobna do swojej matki. Nie będzie nadopiekuńcza. Nie będzie oceniająca. Nigdy nie będzie okazywała, że ma ulubieńca.

Jakby chcąc dowieść swojego postanowienia, pochyliła się, by zmierzwić włosy Michelle.

– Kocham cię – powiedziała do niej.

– Ja ciebie nie kocham – oświadczyła Michelle, wyrywając się z objęć matki, a potem wybiegła z pokoju.

– No cóż, wielka szkoda, bo ja ciebie kocham! – zawołała za nią Caroline.

– Wielka szkoda, że co? – spytał Hunter, stając w drzwiach.

Caroline postawiła Samanthę na podłodze, a potem poszła schronić się w jego objęciach.

– Jestem okropną matką.

Zaśmiał się i przytulił ją, wilgoć z jego obnażonego torsu przemoczyła jej koronkową narzutkę.

– Następnym razem zostawimy dzieci w domu.

*

O ósmej nadal nie było opiekunki do dzieci.

– Gdzie ona się podziewa? – spytała Caroline. – Była taka punktualna przez cały tydzień.

– Spokojnie. Pewnie już jest w windzie.

Caroline wyszła na balkon i spojrzała w dół, na restaurację w ogrodzie. Niemal wszystkie stoliki były zajęte. Kolorowe lampiony migotały, podwieszone nad głowami gości. Grała cicha muzyka. Wiał lekki wietrzyk. Samantha i Michelle spały. Zapowiadał się idealny wieczór ich ostatniego dnia w raju.

Tyle że opiekunka do dzieci się spóźniała.

– Inni już są? – spytał Hunter, stając za nią i obejmując ją w talii.

– Nie widzę ich. Och, czekaj... Tam jest Rain.

– Jak ona się ubrała, u licha?

– Raczej jak się rozebrała – poprawiła go Caroline. – Chyba zapomniała włożyć górę. Wiedziałeś, że jej mąż to niezły ogier?

– Naprawdę? Tak ci powiedziała?

– O ile pamiętam, użyła słowa „nienasycony”.

Hunter skrzywił się.

– Trudno mi to sobie wyobrazić.

– To sobie nie wyobrażajmy – odpowiedziała, gdy Jerrod stanął nagle obok żony. Oboje unieśli oczy i pomachali do nich. Caroline odmachała, poczuła, że mąż robi to samo. – Może powinniśmy zadzwonić do recepcji, dowiedzieć się, co się dzieje. – Została na balkonie i patrzyła, jak Steve i Becky dołączają do Jerroda i Rain, gdy tymczasem Hunter zawrócił do saloniku, żeby zatelefonować.

– No i? – spytała, kiedy wrócił.

– Nie przyjdzie.

– Jak to nie przyjdzie?

– Podobno odwołaliśmy.

– Co takiego? Co ty wygadujesz? Niczego takiego nie zrobiliśmy.

– Powiedziałem im to. Ale tak wynika z ich rejestru. Usiłują znaleźć kogoś innego.

– Ile to potrwa?

– Powiedzieli, że powinno to zająć tylko parę minut.

Caroline pokręciła głową z niesmakiem, dostrzegła, że właśnie przyszli Peggy i Fletcher. Jak na dany znak, wszyscy przy stoliku spojrzeli w ich stronę.

– Niedługo zejdziemy! – zawołał do nich Hunter, chociaż Caroline wątpiła, czy na dole słychać było coś wśród tej muzyki i gwaru. Zadzwonił telefon. – Proszę bardzo. Problem rozwiązany.

Niestety, niekoniecznie. Wszystkie opiekunki zarejestrowane w hotelu były zajęte i konsjerżka nie mogła znaleźć nikogo tak bez uprzedzenia, chyba że zgodzą się zaczekać do dziesiątej wieczorem.

– No i po zabawie. – Caroline ciężko przysiadła na sofie, zrzucając niedawno kupione szpilki, które Peggy nazywała jej butami „seksu, ale już”.

– Nie. Nie pozwolimy, żeby zepsuło to nam rocznicową kolację.

– Nie możemy czekać do dziesiątej.

– Nie musimy – stwierdził Hunter. – Zejdziemy, zjemy kolację i zaraz wrócimy.

– O czym ty mówisz? Nie możemy zostawić dzieci samych.

– Nie zostawiamy ich samych. Będziemy tylko tam na dole. Zupełnie jak w domu, kiedy dzieci leżą w łóżkach, a my siedzimy w ogrodzie za domem.

– To nie to samo.

– A jaka to różnica?

– Po pierwsze, to nie jest nasz ogród za domem. Jeśli dzieci się obudzą, jeśli zaczną płakać, nie usłyszymy ich.

– Ile razy obudziły się w tym tygodniu, kiedy była tu opiekunka?

– To nie ma znaczenia.

– Opiekunka mówiła, że nie obudziły się ani razu.

– To ta sama, która twierdzi, że dziś ją odwołaliśmy?

– Nic się nie stanie – nalegał Hunter.

– Ty idź – powiedziała Caroline.

– Bez ciebie?

– Tak. Idź. Przynieś mi coś do zjedzenia.

– To nasza rocznicowa kolacja, Caroline. Nie pójdę bez ciebie.

– No dobrze. A może tak? Zadzwonimy do restauracji i wyjaśnimy, co się stało, i niech wszyscy albo tu do nas dołączą i zjemy coś z dostawy do pokoju, albo niech przyjdą później na deser. Na pewno zrozumieją.

– Nie rozumiem. Nie mówimy przecież o wyjściu poza hotel. Mówimy o zejściu na dół na kolację. Na jakieś dwie godziny. Nie sądzisz, że jesteś nieco nadopiekuńcza?

– Nadopiekuńcza? – Caroline wyobraziła sobie matkę, czającą się do ataku gdzieś w pobliżu.

Hunter wzruszył ramionami.

– Nieważne. Źle się wyraziłem. Przemawia przeze mnie rozczarowanie i tyle. No bo, po prostu... Wiesz... Zaplanowałem coś wyjątkowego.

– Nadal może być wyjątkowo – zaprotestowała słabo Caroline.

Hunter przysiadł obok niej na sofie i ujął jej dłonie. Przez kilka chwil oboje milczeli.

– Dobra, posłuchaj. Mam pomysł – urwał, zbierając myśli. – Pójdziemy na dół.

 

– Hunter...

– Pójdziemy na dół – powtórzył, tym razem nieco głośniej. – Zjemy kolację z przyjaciółmi, i będziemy na zmianę zaglądać do dziewczynek co pół godziny. Co ty na to?

Caroline nie mogła zebrać myśli. Ubodło ją jego swobodne porównanie jej do matki, chociaż całe życie starała się w niczym matki nie przypominać. I nie chciała sprawiać mu przykrości, zwłaszcza że zadał sobie trud, by zaplanować coś szczególnego. Restaurację faktycznie mieli pod nosem. Nie pójdą na długo.

– Sama nie wiem...

– Oj, wiesz. Będziemy tuż obok, na dole, co pół godziny zajrzymy do dzieciaków, one nawet się nie zorientują, że nas tu nie ma.

– Obiecujesz, że wszystko będzie dobrze?

Hunter ujął jej twarz w obie dłonie i pocałował ją czule w usta.

– Obiecuję – powiedział.