W sam raz

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna

4  23 kwiet­nia 2009

5  24 kwiet­nia

6  Jostein Gaar­der

7  Przy­pisy koń­cowe

Tytuł ory­gi­nalny: Akku­rat passe – en liten for­tel­ling om nesten alt

Redak­cja: Maja Lipow­ska

Pro­jekt okładki: Magda Kuc

Ilu­stra­cja na okładce: © Sepia Times / Getty Ima­ges

Korekta: Ali­cja Laskow­ska, Maja Lipow­ska

© Jostein Gaar­der

First publi­shed by H. Asche­houg & Co. (W. Nyy­gard) AS, 2018

Publi­shed in agre­ement with Oslo Lite­rary Agency, Nor­way and Book/lab Lite­rary Agency, Poland

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Iwona Zim­nicka, 2021

Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca, War­szawa 2021

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark).

Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku.

Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie I

ISBN: 9788381437172


Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

Gli­tre­vik

23 kwiet­nia 2009

Moi Naj­drożsi!

Jadę pro­sto od Marianne i rozu­miem, że od tej chwili wszystko się zmie­niło. Jestem bar­dzo wzbu­rzony, a to, co się teraz sta­nie, nie­za­leż­nie co to będzie, odci­śnie ślad w nas wszyst­kich. Nie ma już drogi powrotu do jakie­go­kol­wiek stanu nor­mal­no­ści. To aż boli.

Przy­je­cha­łem nie­dawno, zdą­ży­łem tylko zaj­rzeć nad jezioro i spu­ścić łódź na wodę, zawsze tak robię, kiedy to miej­sce jest w pew­nym sen­sie nie­tknięte, gotowe do wyko­rzy­sta­nia w nowym sezo­nie.

Wokół jeziora tu i ówdzie leżą zaspy śniegu, niczym ocię­żali świad­ko­wie dłu­giego oblę­że­nia zimy. Tem­pe­ra­tura powie­trza aku­rat w tej chwili spa­dła do punktu zama­rza­nia, ale na jezio­rze nie ma już lodu, nawet w głębi zatoki Gli­tre­vik.

Otwie­ram klu­czem drzwi, odsta­wiam rekla­mówkę, po czym zabie­ram się do zdej­mo­wa­nia okien­nic i roz­pa­la­nia w pie­cach. Przez okno wycho­dzące na zachód widzę, że tar­cza słońca w ciągu godziny zsu­nie się do jeziora.

Więk­szość czyn­no­ści muszę wyko­ny­wać jedną ręką, przy­naj­mniej te, które wyma­gają więk­szej pre­cy­zji. Ten stan trwa już od kilku mie­sięcy. Dopiero od dzi­siaj wiem dla­czego.

Zmar­zły mi stopy, bo nawet na chwilę nie wpa­dłem do domu, nie prze­bra­łem się w dłu­gie buty i cie­płe rze­czy, nie mogłem znieść myśli o powro­cie tam, nie było do kogo wra­cać. Ale zaj­rza­łem do super­mar­ketu Joker i zro­bi­łem naj­po­trzeb­niej­sze zakupy spo­żyw­cze. Na jedną dobę.

Tutaj nie bra­kuje dłu­gich butów ani cie­płych swe­trów, zna­la­złem też parę solid­nych weł­nia­nych skar­pet. W obu pie­cach się pali, więc już nie­długo będzie tu cie­pło i przy­tul­nie. To zaleta małego domku, skrom­ność może się opła­cać.

Po wizy­cie u Marianne odczu­łem gwał­towną potrzebę samot­no­ści, cał­ko­wi­tej izo­la­cji.

Nie myślę przy­tom­nie, wszystko się we mnie gotuje, jestem prze­ra­żony, zatrwo­żony, ale muszę coś prze­my­śleć i na coś się zde­cy­do­wać; muszę pod­jąć decy­zję, muszę więc pisać, bo to teraz jedyny spo­sób na pełne sku­pie­nie. Muszę dbać o pre­cy­zyj­ność myśli, zanim tra­fią na papier. Chyba dostrze­gam czer­woną nić w całym tym cha­osie, lecz nie wiem, dokąd mnie ona dopro­wa­dzi.

Uświa­da­miam też sobie, że piszę nie tylko dla sie­bie i być może nie tylko dla moich naj­bliż­szych. Moż­liwe, że wygło­szę coś w rodzaju rezo­lu­cji w imie­niu całej ludz­ko­ści.

Czymże bowiem jest czło­wiek? Pyta­nie może się wydać naiwne. Zdaję sobie jed­nak sprawę, że ni­gdy tego nie prze­my­śla­łem w spo­sób sys­te­ma­tyczny.

W mojej sytu­acji nie ma nic wyjąt­ko­wego, prze­ciw­nie. Jestem po pro­stu jed­nym z nas i wła­śnie w tej roli będę tu pisał przez cały wie­czór i noc. Wyzna­czy­łem sobie ter­min: dwa­dzie­ścia cztery godziny.

Dys­po­nu­jemy bez­mier­nym, wprost bez­den­nym bogac­twem w postaci wra­żeń, doświad­czeń, wspo­mnień i przy­wią­za­nia do sie­bie nawza­jem. Ale kiedy się żegnamy, to wszystko się roz­pada i znika, odcho­dzi w zapo­mnie­nie.

Świat prze­cieka, krwawi. A teraz kolej na mnie. Kie­dyś ten dzień musiał nadejść. Spadł na mnie jak wymie­rzony poli­czek. Albo jak bru­talna fanga w nos.

Ale zacznę od cze­goś przy­jem­niej­szego. Zanim zbliżę się do ostat­niego aktu dra­matu, muszę wró­cić do słod­kiego pro­logu.

* * *

Cofam się myślą do wrze­śnia 1972 roku, kiedy to Eirin i ja byli­śmy tutaj pierw­szy raz. A histo­rii, którą zaraz opo­wiem, nikt z Was jesz­cze nie sły­szał. Chri­stia­nie, June i Saro, może­cie więc już się przy­go­to­wy­wać na to, że wkrótce wyja­wię dobrze strze­żoną tajem­nicę.

Wła­ści­wie trudno pojąć, dla­czego przez wszyst­kie te lata ukry­wa­li­śmy przed wami, jak to się zaczęło, ale wydaje mi się, że takie dobrze strze­żone tajem­nice są pra­wie w każ­dej rodzi­nie. Na początku chcie­li­śmy chro­nić Chri­stiana. Sądzi­li­śmy, że będziemy mogli zdra­dzić mu całą prawdę, kiedy tro­chę doro­śnie. Ni­gdy jed­nak do tego nie doszło.

Ale teraz stare tajem­nice prze­stają mieć zna­cze­nie. Opo­wiem wszystko od samego początku, tak jak to pamię­tam po pra­wie trzy­dzie­stu sied­miu latach. Potem ewen­tu­al­nie włą­czy się Eirin, sko­ry­guje coś albo uzu­pełni.

Oboje mamy po dzie­więt­na­ście lat i zaczy­namy stu­dia na Uni­wer­sy­te­cie w Oslo. Pierw­szy raz widzimy się naj­pew­niej w ponie­dział­kowy ranek, w sali rekre­acyj­nej w budynku imie­nia Sophusa Bug­gego. Bo to był mój pierw­szy dzień na stu­diach.

W tłu­mie zauwa­żam dziew­czynę. Wrzuca monety do auto­matu z kawą, a ja wtedy wpa­dam na pomysł, że też zabiorę kubek kawy na wykład, choćby po to, by mieć co trzy­mać w ręku, i wła­śnie w ten spo­sób dostrze­gamy się nawza­jem, wymie­niamy spoj­rze­nia i zaraz jakby się cofamy, odska­ku­jemy od sie­bie, nie dla­tego, że już kie­dyś się spo­tka­li­śmy, prze­ciw­nie, oboje mamy abso­lutną pew­ność, że my dwoje ni­gdy wcze­śniej się nie widzie­li­śmy.

Ale ona się do mnie uśmie­cha, długo, na pewno przez dwie sekundy. I wła­śnie ten uśmiech otwiera we mnie nie­znane mi dotąd prze­strze­nie.

Nie wiemy, że idziemy na ten sam wykład, pierw­szy w sze­regu, który będzie się cią­gnął przez cały semestr jesienny. Żadne z nas nie było wcze­śniej w tym budynku uni­wer­sy­tec­kim, w któ­rym aż roi się od ludzi, i oboje jeste­śmy tu sami.

Nasze spoj­rze­nia znów się spo­ty­kają, czu­jemy zaże­no­wa­nie; roz­ma­wia­li­śmy o tym zale­d­wie tydzień póź­niej. Jed­no­cze­śnie oboje gorąco pra­gniemy jak naj­szyb­ciej nawią­zać zna­jo­mość z jakimś innym stu­den­tem, zdo­być sobie sprzy­mie­rzeńca, teraz, już, naj­le­piej jesz­cze zanim zacznie się pierw­szy wykład.

Pew­nie dla­tego ona mnie pyta, która godzina, bo widzę prze­cież, że też ma zega­rek na ręce, poka­zu­jący dokład­nie tę samą godzinę co mój.

Tym waż­niej­sze staje się dla mnie odkryć, dla czego pyta mnie o godzinę. Czy w tym pyta­niu kryje się jakiś pod­tekst, dru­gie dno? Czyżby chciała zasy­gna­li­zo­wać, że chęt­nie mnie pozna?

Odpo­wia­dam tylko, że jest dzie­więć po dzie­wią­tej, i od razu myślę, że ta krótka odpo­wiedź była tchórz­liwa i wymi­ja­jąca. Mam prze­cież ochotę poroz­ma­wiać z nią dłu­żej. Być może jed­nak stra­ci­łem szansę na dal­szą roz­mowę.

Ludzie czę­sto cho­dzą dłu­gimi, krę­tymi, okręż­nymi dro­gami, zanim nawiążą ze sobą kon­takt bez­po­średni. Zale­d­wie nie­liczne dusze mają daną z łaski Boga zdol­ność, by natych­miast przejść do rze­czy: Cześć! Chęt­nie cię poznam!

Nie wypa­li­łem więc, że spodo­bała mi się dziew­czyna, która stała z kub­kiem kawy w ręku i spy­tała mnie o godzinę. Nie zdra­dzi­łem, że jej uśmiech wydał mi się cza­ru­jący. Zacho­wa­łem dla sie­bie fakt, że kom­plet­nie prze­pa­dłem, że od pierw­szego wej­rze­nia byłem tak zauro­czony jej buj­nymi orze­cho­wo­brą­zo­wymi wło­sami, chłod­nymi nie­bie­sko­zie­lo­nymi oczami – ich kolor sko­ja­rzył mi się z wodą z lodowca – i jej przy­jem­nym zapa­chem; w sali rekre­acyj­nej było tłoczno.

Poza tym nie sko­men­to­wa­łem, że podoba mi się, iż na pierw­szy wykład w tym seme­strze przy­szła w let­niej sukience w kwiatki, a nie w dżin­sach jak więk­szość innych. Z takimi komen­ta­rzami na początku lat sie­dem­dzie­sią­tych nale­żało uwa­żać…

 

Ale moja nie­wiele warta odpo­wiedź niczego nie popsuła, bo uśmiech­nięta dziew­czyna się nie pod­dała. Spy­tała, czy ja też idę na wykład z filo­zo­fii. Kiw­ną­łem głową i wresz­cie wzią­łem się w garść: zapro­po­no­wa­łem, żeby­śmy poszli razem.

Wtedy ona znów się do mnie uśmiech­nęła. Musie­li­śmy jesz­cze tylko pocze­kać, aż i ja kupię sobie kawę. Dziew­czyna cze­kała obok.

Potem razem poszli­śmy kory­ta­rzem do audy­to­rium. Pyta­nie, która godzina, oka­zało się więc nie­złym wstę­pem.

Sto­imy razem przez kilka minut rów­nież po wykła­dzie, pod­czas któ­rego młody sty­pen­dy­sta krótko zapre­zen­to­wał przed­so­kra­ty­ków. Nie pamię­tam, o czym roz­ma­wia­li­śmy, może zamie­ni­li­śmy kilka słów o Empe­do­kle­sie albo Hera­kli­cie, w każ­dym razie nie przy­pusz­czam, aby­śmy dużo mówili o sobie.

Wkrótce roz­bie­gamy się w różne strony, może dla­tego, że któ­re­muś z nas się spie­szy, a może bra­kuje nam już słów. Udaje jej się jed­nak powie­dzieć, że ma na imię Eirin, to pamię­tam, a ja mówię, że jestem Albert.

W następ­nych dniach wpa­damy na sie­bie trzy czy cztery razy, a może się nawza­jem tro­pimy, szu­kamy się po kątach i zaka­mar­kach uni­wer­sy­tetu, w mie­ście zresztą też, w kawiar­niach, i z każ­dym spo­tka­niem przy­sta­jemy na coraz dłuż­szą roz­mowę.

Ale ni­gdy nie sia­damy na ławce czy na tra­wie i ni­gdy się nie uma­wiamy, że znów się spo­tkamy. To nie­po­trzebne. Wiemy, że spo­tkamy się i tak.

* * *

Tydzień po naszym pierw­szym spo­tka­niu znów sto­imy przed auto­ma­tem z kawą w budynku imie­nia Sophusa Bug­gego, lecz tym razem Eirin wystę­puje z zaska­ku­jącą ini­cja­tywą.

Prze­jęta, a jed­no­cze­śnie zakło­po­tana infor­muje mnie, że jej tata wyje­chał na kilka dni do Kopen­hagi i zosta­wił jej samo­chód, więc teraz ona – mówi wprost – teraz ona zapra­sza mnie na wycieczkę samo­cho­dową, już dziś, w ten ponie­dzia­łek, i pre­cy­zuje „na dłu­uuugą wycieczkę”. Wbija przy tym wzrok w pod­łogę, ale potem znów patrzy na mnie to z miną wyra­ża­jącą nie­do­po­wie­dzianą prośbę, to z szel­mow­skim uśmie­chem, mimiką, która śmiało prze­cho­dzi od głę­bo­kiego zamy­śle­nia do bez­tro­ski. Jej nie­bie­sko­zie­lone lodow­cowe oczy lśnią, tań­czą, a ja czuję się cał­ko­wi­cie przy­tło­czony, nie­mal powa­lony tą deli­katną, zara­zem zaś natar­czywą ini­cja­tywą dziew­czyny, z którą wła­ści­wie zamie­ni­łem led­wie kilka słów. Bez waha­nia jed­nak przyj­muję pro­po­zy­cję, cho­ciaż cią­gle cho­dzę z inną dziew­czyną, o rok ode mnie star­szą stu­dentką medy­cyny, Marianne, ale pró­buję sam sie­bie prze­ko­nać, że ten zwią­zek już zaczął kuleć.

Coś we mnie wybu­cha głę­boką rado­ścią, robi fikołka i staje na rękach.

Dopiero kiedy idziemy razem na wykład, stwier­dzam, że w ten ponie­dzia­łek Eirin jest ubrana bar­dziej zwy­czaj­nie niż wcze­śniej. Tego dnia nosi wytarte nie­bie­skie dżinsy i czer­wony swe­ter z puszy­stego moheru.

Tata jest w Kopen­ha­dze, a ponie­dział­kowa wycieczka została zapla­no­wana. To sta­ran­nie prze­my­ślane. Mam dość oleju w gło­wie, żeby to wie­dzieć.

Z wykładu nie­wiele do mnie dociera, mowa jest o Sokra­te­sie, któ­rego w końcu ska­zują na śmierć za bała­mu­ce­nie mło­dzieży, ale już kilka minut póź­niej sie­dzimy w samo­cho­dzie, nowiu­sień­kim gra­na­to­wym volvo 144, i mamy przed sobą cały dzień.

Nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek sie­dzia­łem we wspa­nial­szym aucie, jeśli tak, musiała to być tak­sówka. Ale ni­gdy nie jecha­łem z tak uwo­dzi­ciel­skim kie­rowcą.

W ciągu popo­łu­dnia będziemy się zmie­niać za kie­row­nicą. Ja rów­nież będę miał oka­zję poczuć moc koni mecha­nicz­nych. A Eirin, odchy­lona na fotelu pasa­żera, będzie się śmiać i żar­to­wać.

Naj­pierw jedziemy na Gre­fsen­kol­len, a póź­niej na Hol­men­kol­len; to nie­mal jak gra wstępna, bo dzięki temu w pew­nym sen­sie możemy razem obej­rzeć z róż­nych stron mia­sto, w któ­rym miesz­kamy, naj­pierw z punktu widze­nia Eirin, bo ona wycho­wała się na Gre­fsen, a potem z mojego – cią­gle wtedy miesz­ka­łem u rodzi­ców na Hol­men.

Ale potem już jeste­śmy na wycieczce, nie mamy poję­cia, dokąd jedziemy, to zresztą nie ma żad­nego zna­cze­nia. Prze­ci­namy region Østlandet wzdłuż i wszerz, nie­prze­rwa­nie gada­jąc, bo prze­ży­li­śmy dzie­więt­na­ście lat z dala od sie­bie, dla­tego mamy dużo do omó­wie­nia, bar­dzo dużo, nie mamy żad­nych wspól­nych wspo­mnień, żad­nych wspól­nych odnie­sień, one się dopiero rodzą, dopiero od dzi­siaj możemy zacząć kolek­cjo­no­wać epi­zody i chwile, które są naszą wspólną wła­sno­ścią, które wspól­nie two­rzymy i o któ­rych póź­niej nie będziemy musieli sobie opo­wia­dać.

W pew­nej chwili zatrzy­mu­jemy się na leśnym par­kingu i zbie­ramy czarne jagody, aż wresz­cie w wyniku nie­zdar­nego potknię­cia wpa­damy na sie­bie i wkrótce oparci o gra­na­towy samo­chód zaczy­namy się cało­wać. Zbyt szybko jed­nak na par­king wjeż­dża wielki jak potwór tir i zatrzy­muje się obok nas. W chwili gdy olbrzymi pojazd hamuje, kie­rowca lekko trąbi, jakby się z nami witał, choć bar­dziej praw­do­po­dobne, że z nas drwi, naśmiewa się, my jed­nak nie mamy ochoty pozna­wać bli­żej tego tirowca, szybko więc wsia­damy z powro­tem do samo­chodu, wystra­szeni jak zwie­rzyna łowna.

Potem jedziemy dalej wzdłuż dłu­giego jeziora, które Wy wszy­scy dzi­siaj tak dobrze zna­cie. Dla nas wtedy, w pra­dzie­jach, to wciąż nie­znany ląd, jeste­śmy w podróży odkryw­czej.

Czę­sto zba­czamy z głów­nej drogi, spraw­dzamy boczne dróżki, nie bar­dzo już pamię­tam dla­czego, aż w końcu mijamy nie­wiel­kie gospo­dar­stwo i wjeż­dżamy w pra­wie cał­kiem zaro­śniętą leśną drogę, przy któ­rej stoi dro­go­wskaz do Krin­glen. Droga koń­czy się przy ścieżce, gdzie domo­wej roboty tabliczka poka­zuje drogę nad Gli­tre­tjern, czyli Jezioro Lśniące.

– Gli­tre­tjern!

Ta nazwa bar­dzo nas pociąga, wydaje się nie­zwy­kle kusząca. Wyobraź­cie to sobie, Chri­stia­nie, June i Saro, ujrze­li­śmy tę nazwę pierw­szy raz na wiele lat przed tym, zanim któ­re­kol­wiek z Was poja­wiło się na świe­cie.

Zosta­wiamy samo­chód taty jak naj­bli­żej skraju lasu, to Eirin cofa go w wyzna­czone miej­sce, a ja stoję na zewnątrz i poka­zuję, jak ma to zro­bić. Dzia­łamy z pre­cy­zją i zaan­ga­żo­wa­niem, jak­by­śmy ćwi­czyli to już wiele razy wcze­śniej, albo raczej jak­by­śmy prze­czu­wali, że nie po raz ostatni par­ku­jemy samo­chód wła­śnie tutaj. Potem, nie mając nic do jedze­nia ani do picia, ani też żad­nego dodat­ko­wego ubra­nia, wyru­szamy na pie­szą wędrówkę. Idziemy nad Gli­tre­tjern.

Jest późne lato, drugi tydzień wrze­śnia, a w popo­łu­dnio­wym słońcu nie przy­cho­dzi nam do głowy, że nocą może być zimno. Mam na sobie tylko cienką dżin­sową koszulę, taką na zatrza­ski z bia­łej ema­lii, a Eirin jedy­nie ten puszy­sty swe­ter, jaskra­wo­czer­wony jak ostra szminka albo jak jesienny zachód słońca.

A jedze­nie? Jeste­śmy głodni wyłącz­nie tego, by lepiej się poznać nawza­jem, pra­gnie­nie zaś możemy zaspo­koić wodą z jeziora. Z dro­go­wskazu wyni­kało, że dzielą nas od niego zale­d­wie trzy kilo­me­try. Ale to strome kilo­me­try. Poko­nu­jemy ostro pnące się w górę zbo­cza i nad wodę docie­ramy dopiero po godzi­nie.

Zako­chu­jemy się w lśnią­cym leśnym jeziorku. Nad wąską zatoką stoi samotna poma­lo­wana na czer­wono drew­niana chatka ze spa­dzi­stym dachem i bia­łymi okien­ni­cami, przy niej cumuje nie­duża łódka z parą wio­seł.

Musimy się rozej­rzeć.

Znaj­du­jemy się na otwar­tej rów­ni­nie, nie­bę­dą­cej jed­nak pła­sko­wy­żem, ale poło­żo­nej w paśmie wzgórz poro­śnię­tych brzo­zami, jakieś sześć­set–sie­dem­set metrów nad pozio­mem morza. Na pół­nocno-zachod­nim hory­zon­cie widzimy kon­tury wyso­kich gór.

Słońce cią­gle grzeje, więc zmę­czeni i spo­ceni po mar­szu roz­bie­ramy się na wysta­ją­cej skale i nadzy wska­ku­jemy do wody. Wydaje się to natu­ralne, czu­jemy się jak w domu, jak­by­śmy prze­czu­wali, że pew­nego dnia za wiele, wiele lat od tej chwili będzie to nasze jezioro, a czer­wona chata, nazwana przez któ­reś z nas Baśnio­wym Dom­kiem, pew­nego dnia będzie nale­żeć do nas.

Po kąpieli wybie­gamy na ląd, wołamy do sie­bie ze śmie­chem, otrzą­samy wodę z wło­sów i szybko się ubie­ramy, bo teraz zmar­z­li­śmy i z pew­no­ścią jeste­śmy też bar­dzo zawsty­dzeni, ale to epoka hipi­sów, więc w pew­nym sen­sie wstyd wsty­dzić się nago­ści, dla­tego żadne z nas nie ośmiela się oka­zać naj­mniej­szej oznaki skrę­po­wa­nia. Pew­nie w ogóle na sie­bie nie patrzymy, ale przez moment i tak widzę nagą Eirin, aż kręci mi się od tego w gło­wie.

Słońce stoi na nie­bie już niżej, woda cią­gle lśni, ale jest bar­dziej zło­ci­sta, niż kiedy tu przy­szli­śmy.

Nie pamię­tam, czy w ogóle pomy­śle­li­śmy o koniecz­no­ści powrotu do samo­chodu, zanim cał­kiem się ściemni. W każ­dym razie chwilę póź­niej już sie­dzimy w łodzi i wypły­wamy na jezioro. Na wodzie oboje milk­niemy, pra­wie się do sie­bie nie odzy­wamy, więc sły­szymy plusk wio­seł, wymie­rza­ją­cych powierzchni wody cięż­kie ude­rze­nia. Żadne z nas nie radzi sobie zbyt dobrze z wio­sło­wa­niem.

Nie znaj­du­jemy słów. Znamy się zale­d­wie od tygo­dnia, lecz oboje mamy wra­że­nie, jak­by­śmy prze­żyli razem całe życie, albo – bo chyba raczej o to cho­dzi – jak­by­śmy mieli prze­żyć całe życie razem, i odkry­wamy to abso­lut­nie pierw­szy raz pod­czas tej nie­le­gal­nej wyprawy łodzią na Gli­tre­tjern.

Wio­słu­jemy z powro­tem, wciąż pra­wie nic do sie­bie nie mówiąc. Ogar­nęła nas powaga, w każ­dym razie Eirin wydaje się nie­mal smutna, a kiedy cumu­jemy łódź, słońce skrywa się już za hory­zon­tem, woda nagle ciem­nieje.

Wła­ści­wie nie wiem dla­czego, lecz przy­cho­dzi mi do głowy, że to jezioro musi być bar­dzo głę­bo­kie.

Któ­reś z nas pro­po­nuje, żeby­śmy spró­bo­wali wła­mać się do Baśnio­wego Domku i poszu­kać tam schro­nie­nia na noc. Prze­cież zabłą­dzi­li­śmy – to nie jest wcale dale­kie od prawdy, bo w pew­nym sen­sie wła­śnie tak się stało – zacho­wy­wa­li­śmy się jak otu­ma­nieni, zauro­czeni i wkrótce uwięzi nas noc, jak nie­po­słuszne dzieci.

Mówimy też sobie – ona albo ja – że w cha­cie być może znaj­dziemy coś do jedze­nia i ewen­tu­al­nie do picia. W każ­dym razie to dru­gie natych­miast przy­staje na tę pro­po­zy­cję. Oboje mamy w sobie mnó­stwo zapału i wiel­kie ocze­ki­wa­nia. Znów zaczę­li­śmy dużo mówić.

Udaje nam się kop­nia­kiem wywa­żyć drzwi do dre­wutni, będą­cej jed­no­cze­śnie szopą na narzę­dzia, którą dzi­siaj nazy­wamy po pro­stu schow­kiem, i zna­la­zł­szy solidny łom, ze spo­rym wysił­kiem wła­mu­jemy się do Baśnio­wego Domku. Kiedy mocu­jemy się z drzwiami, nasze spoj­rze­nia na krótką chwilę się sty­kają, jak­by­śmy wołali: Zwa­rio­wa­li­śmy! Co my wypra­wiamy?

Na dwo­rze się ściem­nia, do jesien­nego zrów­na­nia dnia z nocą już nie­da­leko, ale mamy przy­naj­mniej dach nad głową i nagle jeste­śmy pozo­sta­wieni samym sobie i temu, co może nastą­pić, na przy­kład nie­spo­dzie­wa­nej wizy­cie wła­ści­cieli domku.

Długo cho­dzimy po wnę­trzu, poty­ka­jąc się w pół­mroku, ude­rzam kola­nem w żeliwny pie­cyk, a Eirin z gło­śnym krzy­kiem prze­wraca się na stary fotel bujany, ale wresz­cie na para­pe­cie znaj­du­jemy pudełko zapa­łek i udaje nam się zapa­lić cztery grube świece.

Po dłu­gim dniu w inten­syw­nym słońcu póź­nego lata w cha­cie jest gorąco jak w szklarni. Przy­da­łoby się otwo­rzyć jedno czy dwa okna, ale ze stra­chu, że zauważy nas jakiś zna­jący te oko­lice wędro­wiec, nie zdej­mu­jemy okien­nic. Uchy­lamy tylko jedno skrzy­dło w oknie od zachodu, tym wycho­dzą­cym na jezioro. Wła­śnie przy nim teraz sie­dzę, pisząc.

W domku są tylko trzy pomiesz­cze­nia: na par­te­rze obszerny salon z kanapą, niskim sto­li­kiem i fote­lami, a oprócz tego duży stół z sze­ścioma krze­słami i jesz­cze śliczna malutka kuch­nia z miej­scem do sie­dze­nia i spi­żarką, a z maleń­kiego przed­po­koju wąskie schody pro­wa­dzą do sypialni na pię­trze. Pomiesz­cze­nie ma taką samą powierzch­nię jak cały par­ter, ale jej wyko­rzy­sta­nie znacz­nie ogra­ni­czają sko­śne sufity, cho­ciaż i tak jest dość miej­sca na trzy poma­lo­wane na czer­wono łóżka i komodę w kolo­rze zsza­rza­łego błę­kitu, popu­lar­nego w chłop­skich cha­tach.

Przy­no­szę wodę z jeziora w cyn­ko­wym wia­drze, a w tym cza­sie Eirin w kuchni roz­pala ogień w kozie na drewno. Żad­nych innych moż­li­wo­ści goto­wa­nia, o dziwo, nie ma. Wle­wamy tro­chę wody do ron­dla i sta­wiamy go na piecu.

 

Nie poro­zu­mie­wa­jąc się ze sobą, zaczy­namy polo­wa­nie na coś do jedze­nia. W spi­żarce znaj­du­jemy kawę roz­pusz­czalną, her­bat­niki i gorzką cze­ko­ladę; już teraz możemy ode­tchnąć z ulgą. Ale Eirin tra­fia także na torebkę ryżu i paczkę mleka w proszku, czy też Mleka Wikin­gów, bo taka nazwa wid­nieje na opa­ko­wa­niu. Roz­pro­mie­niona Eirin mówi tylko: Ryż na mleku!

Nieco póź­niej sie­dzimy naprze­ciwko sie­bie przy kuchen­nym stole, roz­dzie­leni dwiema świe­cami, i jemy ryż na mleku z cukrem i cyna­mo­nem. Mamy też dzba­nek soku jago­do­wego, roz­cień­czo­nego wodą z Gli­tre­tjern, niczego nam nie brak do szczę­ścia. Chyba ni­gdy nie czu­łem się tak bogaty, jak tam i wtedy, cho­ciaż wła­ma­li­śmy się do Baśnio­wego Domku i ucztu­jemy niczym roz­bój­nicy.

A gdy patrzę na Eirin sie­dzącą nad zaka­za­nym tale­rzem legu­miny, na jej czer­wony swe­ter i dłu­gie orze­cho­wo­brą­zowe włosy opa­da­jące na ramiona, dosłow­nie wyrywa mi się z ust: Zło­to­włosa!

Eirin wygląda jak żyw­cem wyjęta ze sta­rej baśni.

O tym, że od czasu do czasu nazy­wam Eirin Zło­to­włosą, raczej wie­cie, ale przez te wszyst­kie lata powód nada­nia jej tego prze­zwi­ska był naszą słodką tajem­nicą. Miał on bar­dziej zwią­zek z legu­miną niż z kolo­rem wło­sów Eirin. Poza tym wła­ma­li­śmy się do Baśnio­wego Domku i już zdą­ży­li­śmy zwie­dzić sypial­nię i obej­rzeć sto­jące tam trzy łóżka.

Wstaję z tabo­retu, na któ­rym sie­dzę, pod­cho­dzę do Eirin i z uda­waną groźbą mówię, że jestem jed­nym z niedź­wie­dzi, tym naj­więk­szym i naj­groź­niej­szym. W rze­czy­wi­sto­ści zależy mi wyłącz­nie na zabra­niu jej na pod­da­sze, nie mogę już dłu­żej cze­kać. Ona jed­nak wcale się nie boi, uśmie­cha się tylko z lekką wyro­zu­mia­ło­ścią i dziew­czę­cym roz­ba­wie­niem, cho­ciaż z całych sił sta­ram się wyglą­dać na sro­giego i nie­bez­piecz­nego.

Jesz­cze sie­dząc przy tale­rzu z legu­miną, Eirin przy­ciąga mnie do sie­bie, udaje, że mnie inten­syw­nie obwą­chuje, i mówi szep­tem: Mmm… W sam raz!

Zdmu­chu­jemy świece, tylko jedną zabie­ramy ze sobą, i na pal­cach wymy­kamy się do sieni, cho­ciaż oprócz nas nie ma tu nikogo innego, przed kim nale­ża­łoby się skra­dać. A jed­nak idziemy ostroż­nie, jak w impro­wi­zo­wa­nym bale­cie, w peł­nym gra­cji pas de deux.

Wspi­namy się po scho­dach do sypialni i wypró­bo­wu­jemy po kolei wszyst­kie trzy łóżka, a kilka godzin póź­niej okry­wamy się kocem i zasy­piamy w jed­nym z nich, w tym, które jest w sam raz, odpo­wied­nio twarde, a zara­zem odpo­wied­nio mięk­kie do spa­nia. W każ­dym z tych trzech łóżek dałem upust swo­jemu zawro­towi głowy, który dopadł mnie, kiedy wyszli­śmy z wody i zoba­czy­łem Eirin po raz pierw­szy.

Gdy zapa­damy w sen, osła­bieni czu­ło­ścią i namięt­no­ścią, Eirin wichrzy mi włosy i mówi, że chatka, którą zawłasz­czy­li­śmy, to praw­dziwy domek z baśni.

* * *

Byłem na dwo­rze zaczerp­nąć świe­żego powie­trza. Ściem­nia się, ale na zacho­dzie cią­gle widać czer­woną smugę, niczym dale­kie pozdro­wie­nie tam­tego puszy­stego czer­wo­nego swe­tra z pra­daw­nych cza­sów.

Jezioro jest mroczne, przy­brało ponury odcień.

Takie jeziora mają w sobie coś nie­zba­da­nego, coś para­dok­sal­nego. W środku dnia potra­fią być jasne, nie­bie­skie, pełne życia i rado­ści, lecz gdy zapada noc, groź­nie ciem­nieją, są niczym głę­bo­kie szcze­liny w cza­sie, czarne dziury, z siłą gra­wi­ta­cji dzia­ła­jącą tak mocno, że wcią­gają w sie­bie wszystko.

Długo sie­dzia­łem, pisząc prawą ręką. A jed­nak to lewa jest słaba, wydaje się sztywna i nie­zgrabna. Pró­buję nią potrzą­sać, ale to nie pomaga. Już od kilku tygo­dni widzia­łem, że jest słab­sza i bar­dziej bez­władna niż prawa.

Eirin, tro­chę o tym roz­ma­wia­li­śmy po dro­dze na lot­ni­sko Gar­der­moen tam­tego dnia po połu­dniu pra­wie tydzień temu.

Już tej zimy zwró­ci­łem się z pro­ble­mem lewej ręki do Marianne. W ciągu krót­kiego czasu zesztyw­niały mi palce, nie mogłem nimi poru­szać. Marianne roz­po­częła dia­gno­stykę od sze­regu badań krwi, poza tym wysłała mnie na rezo­nans magne­tyczny mózgu i rdze­nia krę­go­wego, ale w bada­niu niczego nie wykryto. Dla­tego w pew­nym momen­cie zro­biła mi cały wykład o wszyst­kich cho­ro­bach, któ­rych nie mia­łem, a było ich nie­mało, więc aku­rat ten seans w zasa­dzie doda­wał otu­chy. Nie mogła jed­nak wyklu­czyć pew­nej formy cho­roby Par­kin­sona, lecz stwier­dziła, że nawet jeśli to mi dolega, to i tak jesz­cze za wcze­śnie na posta­wie­nie pew­nej dia­gnozy. W końcu jed­nak, jak wiesz, wysłała mnie do neu­ro­loga. Na tym się zatrzy­ma­li­śmy: już następ­nego dnia rano mia­łem się sta­wić w Szpi­talu Cen­tral­nym.

Pamię­tasz? Sądzę, że sobie przy­po­mnisz, gdy będziesz to czy­tać…

Wkrótce będę musiał napi­sać o czymś, o co nawet nie zaha­czy­li­śmy. Żadne z nas nie brało pod uwagę moż­li­wo­ści, że coś poważ­nego może się nam przy­da­rzyć pod­czas Two­jego wyjazdu, ale nie mie­li­śmy też powo­dów do szcze­gól­nego nie­po­koju, bo nie uprze­dzono mnie, że wyniki cze­ka­ją­cych mnie badań mogą świad­czyć o poważ­nej cho­ro­bie, naprawdę, a ponie­waż wyjeż­dża­łaś daleko i na długo, mie­li­śmy mnó­stwo przy­jem­niej­szych tema­tów do roz­mowy. Na przy­kład co kupimy Sarze na jej dwu­na­ste uro­dziny, wypa­da­jące zale­d­wie kilka dni po Twoim powro­cie z Austra­lii.

Chyba jed­nak mimo wszystko wspo­mnia­łem, iż praw­do­po­dob­nie mogę się spo­dzie­wać kon­kret­nej odpo­wie­dzi ze Szpi­tala Cen­tral­nego, jakiejś epi­kryzy. I nagle dzwoni Marianne…

Teraz jestem sam ze wszyst­kim. Nawet się z tego cie­szę. To mi daje pewną swo­bodę. Muszę pod­jąć decy­zję w pełni samo­dziel­nie. Ale gdy ją podejmę, będzie to decy­zja doty­cząca nas obojga. A wła­ści­wie pię­ciorga.

* * *

Może się wyda­wać, że lat nie da się ogar­nąć myślą, kiedy czło­wiek znaj­duje się pośrodku i usi­łuje nie­malże po omacku podą­żać ku nie­zna­nej przy­szło­ści, lecz gdy o tych samych latach pomy­śli się, kiedy już miną, można poczuć, że prze­le­ciały szybko jak burza.

Patrze­nie w przy­szłość nie­odzow­nie łączy się z pew­nym nie­zde­cy­do­wa­niem czy też raczej z błą­dze­niem wzro­kiem; bez tego łatwo można stra­cić z oczu ważne szanse i moż­li­wo­ści. Dla­tego czło­wiek roz­gląda się na wszyst­kie strony, musząc stale doko­ny­wać wielu impro­wi­zo­wa­nych wybo­rów.

Nie jest tak z patrze­niem w prze­szłość. Kiedy patrzy się wstecz, nie trzeba błą­dzić wzro­kiem. Wspo­mnie­nia prze­su­wają się jedy­nie w górę i w dół wzdłuż drogi życio­wej takiej, jaką się stała.

Pew­nego dnia, nie­mal dzie­sięć lat po naszym wła­ma­niu do maleń­kiego domku w lesie, tego lata, kiedy Chri­stian ma iść do szkoły, a poza tym po okre­sie pew­nych per­tur­ba­cji w naszym związku z Eirin, znaj­du­jemy w gaze­cie nie­duże ogło­sze­nie ze zdję­ciem Baśnio­wego Domku. Jest na sprze­daż!

Eirin już dawno skoń­czyła stu­dia – bio­lo­gię wód słod­kich – i pra­cuje naukowo w Nor­we­skim Insty­tu­cie Badań Wody; czę­sto żar­to­wa­łem, że inspi­ra­cję do wyboru zawodu musiała zaczerp­nąć z Gli­tre­tjern. Ja od kilku lat uczę angiel­skiego i histo­rii w szkole śred­niej.

Kon­tak­tu­jemy się z agen­tem nie­ru­cho­mo­ści, ten podaje nam numer do sprze­da­ją­cego, żeby­śmy zadzwo­nili do niego bez­po­śred­nio i ewen­tu­al­nie umó­wili się na oglą­da­nie.

Ni­gdy nie zapo­mnę tej roz­mowy tele­fo­nicz­nej!

To Eirin dzwoni, ale stoję tuż obok i obej­muję ją w pasie. Sły­szę wszystko, co sprze­da­jący mówi do słu­chawki.

Espe­gard! Wydaje mi się, że on się nazy­wał Knut Espe­gard…

Eirin uma­wia się na oglą­da­nie i nie prze­ry­wa­jąc roz­mówcy, pozwala sobie wytłu­ma­czyć, w któ­rym dokład­nie miej­scu mamy skrę­cić z szosy, żeby doje­chać do Krin­glen, gdzie na skraju lasu można zapar­ko­wać samo­chód, a przede wszyst­kim, jak stam­tąd dojść pie­chotą nad Gli­tre­tjern do czer­wo­nego domku; ścieżka jest podobno dobrze wydep­tana i tylko jedna.

Sprze­da­jący dodaje też coś o stro­mych zbo­czach, nie­mal za nie prze­pra­sza, ale Eirin radzi sobie z tym bar­dzo ele­gancko – mówi, że oboje jeste­śmy w dobrej for­mie i z drogą pod górę na pewno sobie pora­dzimy – jed­no­cze­śnie pusz­cza­jąc do mnie oczko.

Nie zdra­dza, że wspi­na­li­śmy się na te wzgó­rza już wcze­śniej.

Jest śro­dek lata, jedziemy tam razem z Chri­stia­nem.

Pew­nie już mu powie­dzie­li­śmy, że rodzice być może kupią chatę w lesie nad nie­du­żym jezior­kiem, po któ­rym można pły­wać łódką, może doda­li­śmy też, że chata nazywa się Baśnio­wym Dom­kiem, ale czy ta nazwa padła jesz­cze przed oglą­da­niem, tego już nie pamię­tam. Wiem tylko, że Eirin i ja całymi latami roz­ma­wia­li­śmy o Baśnio­wym Domku, naszym pierw­szym miło­snym gniazdku.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?