Medytacja wglądu

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna

4  Czym jest ścieżka?

5  Jak prak­ty­ko­wać

6  Uwal­nia­nie umy­słu

7  Psy­cho­lo­gia a Dharma

8  Brak jaźni

9  Karma

10  Prak­tyka w świe­cie

11  Przy­pisy koń­cowe

Tytuł ory­gi­nału: Insi­ght Medi­ta­tion

Redak­cja: Robert Sudół

Korekta: Anna Brze­ziń­ska

Pro­jekt okładki: Łukasz Zbie­ra­now­ski / Fajne Chło­paki

Redak­tor pro­wa­dzący: Kata­rzyna M. Słup­ska

Copy­ri­ght © 1993 by Joseph Gold­stein

This trans­la­tion of Insi­ght Medi­ta­tion is publi­shed by Wydaw­nic­two Czarna Owca Sp. z o.o. by arran­ge­ment with Sham­bhala\ Publi­ca­tions, Inc. and Maca­da­mia Lite­rary Agency, War­saw.

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Jacek Majew­ski, 2021

Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca, War­szawa 2021

Wyda­nie I

ISBN: 9788381432825


Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

Dedy­kuję tym, dzięki któ­rych szczo­dro­ści i umi­ło­wa­niu Dharmy tak wiele stało się moż­liwe.

Nota od tłu­ma­cza

Aby uła­twić zain­te­re­so­wa­nym czy­tel­ni­kom pogłę­bie­nie wie­dzy na temat wystę­pu­ją­cych w tej książce wąt­ków zaczerp­nię­tych z Abhi­dhamma Pitaki, tekst uzu­peł­niono o ter­miny w języku palij­skim oraz przy­pisy.

Ptaki znik­nęły na nie­bie,

a teraz roz­snuł się ostatni obłok.

Sie­dzimy razem, góra i ja,

aż pozo­staje tylko góra.

Li Po

Wpro­wa­dze­nie

Maj 1965 r. Na wyso­ko­ści dzie­wię­ciu tysięcy metrów nad Pacy­fi­kiem człon­ko­wie Tha­iland Ten, jed­nej z pierw­szych grup Kor­pusu Pokoju, wzno­szą szam­pa­nem toast za wyprawę Zachodu na Wschód. Nie ukoń­czy­łem jesz­cze wtedy dwu­dzie­stu jeden lat, więc linie Pan Am nie chciały mi podać alko­holu. Moja wie­dza o bud­dy­zmie była wów­czas tak skąpa, że nie wypeł­ni­łaby nawet jed­nego z tych malut­kich pla­sti­ko­wych kie­lisz­ków: uśmiech­nięty męż­czy­zna z dużym brzu­chem, wyobra­że­nie spo­koju, nie­przy­wią­za­nie, prze­ni­ka­jący wszystko oddech.

Lipiec 1974 r. Let­nia sesja Insty­tutu Naropa w Boul­der w Kolo­rado – coś jak bud­dyj­ski Wood­stock – jest świę­to­wa­niem przy­by­cia Wschodu na Zachód. To moja ini­cja­cja jako nauczy­ciela Dharmy w Ame­ryce. W panu­ją­cej wkoło eufo­rii wyczuwa się auten­tyczny głód ducho­wo­ści. Czuję, jak zbiera się wiatr, jak nas wszyst­kich porywa, i myślę sobie: „Coś się zaczyna”.

Sty­czeń 1993 r. Jedno poko­le­nie póź­niej łagodny wiatr nauk Buddy rów­no­mier­nie prze­nika naszą zachod­nią kul­turę. Koń­czy się trzy­mie­sięczne odosob­nie­nie, nasze osiem­na­ste od 1975 roku. Setka ludzi wraca do świata – nie­któ­rzy ze spo­koj­nym uśmie­chem na twa­rzy, inni z pło­mie­niem prawdy w sercu, któ­rej dopiero co doświad­czyli. Zapada wcze­sny zimowy zmierzch, a ja na moni­to­rze kom­pu­tera prze­glą­dam zadane przez nich pyta­nia.

Lwi ryk Buddy wzywa nas wszyst­kich, aby­śmy się prze­bu­dzili. Ten, kto wie, jak szu­kać, odkrywa mądrość i współ­czu­cie, praw­dziwą naturę swo­jego umy­słu. Wielu z nas, zain­spi­ro­wa­nych taką moż­li­wo­ścią, uczyło się szu­kać, pytać, widzieć na wła­sne oczy.

Odkry­wa­nie to pierw­szy krok.

A następny? Jego Świą­to­bli­wość XVI Kar­mapa wyra­ził to bar­dzo pro­sto: „Musimy robić to, co znamy”. Aby wyzwo­lić umysł, swoje odkry­cia prze­ku­wamy w prak­tykę.

Wielu ludzi Zachodu prak­ty­kuje bud­dyj­ską medy­ta­cję wglądu od nie­mal dwu­dzie­stu lat. Nie­któ­rzy sie­dzą codzien­nie. Są tacy, któ­rzy przy­jeż­dżają na week­en­dowe lub dzie­wię­cio­dniowe kursy. Inni uczest­ni­czą w trzy­mie­sięcz­nych odosob­nie­niach, cza­sem wie­lo­krot­nie. Bywają i tacy, któ­rzy odosab­niają się jesz­cze dłu­żej. Widać więc, że moż­li­wo­ści jest bar­dzo wiele.

W tej książce poru­szam wiele tema­tów, do któ­rych wie­lo­krot­nie nawią­zy­wali adepci Dharmy. Inspi­ra­cją do jej napi­sa­nia były ich kon­kretne, wni­kliwe, nie­raz fra­pu­jące pyta­nia.

Joseph Gold­stein

Barre, Mas­sa­chu­setts

sty­czeń 1993

Podzię­ko­wa­nia

Pra­gnę wyra­zić wdzięcz­ność wielu oso­bom, które przy­czy­niły się do powsta­nia tej książki. Są to:

Eric Kolvig, któ­rego wyśmie­nite umie­jęt­no­ści redak­cyjne, sumien­ność i jasność umy­słu zawa­żyły na tre­ści każ­dej strony;

Sha­ron Sal­zberg, Michele McDo­nald Smith, Ste­ven Smith, Carol Wil­son i Steve Arm­strong – nauczy­ciele, z któ­rymi współ­pro­wa­dzę trzy­mie­sięczne odosob­nie­nia i któ­rych wspar­cie i przy­jaźń pogłę­biły na prze­strzeni lat moje zro­zu­mie­nie;

Devi Har­ris, która oka­zu­jąc miłość i poczu­cie humoru, zapew­niła mi pokój z kom­pu­te­rem i pięk­nym pej­za­żem za oknem oraz raczyła mnie świet­nym maka­ro­nem;

Kedar, z któ­rym odby­łem nie­zli­czone godziny ożyw­czych, okra­szo­nych dow­ci­pem „walk Dharmy”;

Tara Ben­nett-Gole­man, która nadała ręko­pi­sowi ostat­nie szlify;

Ram Dass, który daje wspa­niały przy­kład współ­czu­ją­cego dzia­ła­nia w świe­cie;

Surya, któ­rego ser­deczna przy­jaźń pomo­gła otwo­rzyć nowe per­spek­tywy;

Lila Whe­eler, źró­dło dosko­na­łych porad redak­tor­skich;

Ken­dra Cros­sen, Andy Cooper i DeAnna Lun­den, któ­rzy zawsze spie­szyli z pomocą redak­cyjną;

Ana­suya Weil, która wytrwale i pie­czo­ło­wi­cie prze­pi­sy­wała tekst;

per­so­nel Insi­ght Medi­ta­tion Society, który z odda­niem pełni służbę na rzecz Dharmy;

i wresz­cie wszy­scy ci, któ­rych pyta­nia dały począ­tek całemu temu przed­się­wzię­ciu.

Oby zasługi pły­nące z napi­sa­nia tej książki przy­nio­sły szczę­ście i wyzwo­le­nie wszyst­kim isto­tom.

Część pierw­sza

Czym jest ścieżka?

Dharma

„Czego trzeba było doko­nać, zostało doko­nane”1.

To zda­nie, tak czę­sto spo­ty­kane w bud­dyj­skich tek­stach, zawsze mnie inspi­ruje. Poja­wia się w wielu „pie­śniach oświe­ce­nia”, czyli spon­ta­nicz­nych wypo­wie­dziach wyry­wa­ją­cych się ludziom z ust w chwili, gdy osią­gają wyzwo­le­nie. Te słowa spra­wiają mi radość, ponie­waż sta­no­wią przy­po­mnie­nie, że tę ścieżkę wol­no­ści można naprawdę prze­być do samego końca. To będzie wspa­niała chwila, kiedy i my zaśpie­wamy słowa tej pie­śni: „Czego trzeba było doko­nać, zostało doko­nane”.

Mogą nas jed­nak drę­czyć pyta­nia: „Czy prze­bu­dze­nie się jest moż­liwe? Mógł tego doko­nać Budda, ale czy i ja mam na to szansę? Czy naprawdę potra­fię tego doko­nać?”. Tak, to moż­liwe, jeśli tylko wiemy, dokąd zmie­rzać.

Prak­ty­ku­jemy Dharmę, aby zro­zu­mieć, w jakim kie­runku podą­żać, i aby się uwol­nić. To jest sedno wszyst­kich naszych wysił­ków, ponie­waż z wol­no­ści rodzą się poczu­cie więzi, współ­czu­cie, miłu­jąca życz­li­wość i spo­kój. San­skryc­kie słowo Dharma (w języku pali Dhamma) to bar­dzo sze­ro­kie poję­cie o wielu róż­nych zna­cze­niach. Mię­dzy innymi ozna­cza prawdę o tym, jak się rze­czy mają. Ozna­cza kon­kretne ele­menty doświad­cze­nia i natu­ralne prawa, które tym doświad­cze­niem rzą­dzą. Dharma odnosi się rów­nież do nauk Buddy i ście­żek prak­tyki pro­wa­dzą­cych do prze­bu­dze­nia. Tak naprawdę wszystko jest więc Dharmą; wszystko sto­suje się do praw wła­snej natury.

Budda widział bar­dzo jasno, że różne stany umy­słu i kie­runki dzia­ła­nia pro­wa­dzą do róż­nych skut­ków. Zarówno zdrowe (kusala2), jak i nie­zdrowe (aku­sala) stany umy­słu mają okre­ślone następ­stwa. Kiedy zaczy­namy rozu­mieć, jak się sprawy naprawdę mają, prze­ko­nu­jemy się, co pro­wa­dzi w naszym życiu do cier­pie­nia, a co do szczę­ścia i wol­no­ści.

 

W praw­dzi­wych przed­się­wzię­ciach ducho­wych nic nie odbywa się pod przy­mu­sem. Budda opra­co­wał dokładną mapę rze­czy­wi­sto­ści. Kiedy dobrze się ją zro­zu­mie, można swo­bod­nie wybie­rać kie­ru­nek. To pro­ste. Jeśli pra­gniemy szczę­ścia i rozu­miemy, co do niego pro­wa­dzi, wów­czas kul­ty­wu­jąc te czyn­niki, osią­gniemy cel.

Takie wybory są moż­liwe, ponie­waż Dharma jest pra­wem natu­ral­nym – wyra­zem tego, jak funk­cjo­nuje rze­czy­wi­stość. Gdyby prze­bieg naszego życia miał cha­rak­ter cał­ko­wi­cie losowy, ode­rwany od dzia­ła­nia praw fizycz­nych i moral­nych, nie mie­li­by­śmy na niego żad­nego wpływu i byli­by­śmy po pro­stu zdani na łaskę i nie­ła­skę pory­wów cha­osu. Cho­ciaż począt­kowo może się wyda­wać, że w psy­chice panuje jeden wielki zamęt, to nie­zwy­kła ścieżka prak­tyki Dharmy pomaga roze­znać się w sytu­acji. Gdy umysł zyskuje sta­bil­ność i potrafi bar­dziej się sku­pić, zaczy­namy dostrze­gać, jakie jego ele­menty pro­wa­dzą do więk­szego spo­koju, a jakie do więk­szego cier­pie­nia. Wszystko bowiem – zarówno spo­kój, jak i cier­pie­nie – jest następ­stwem oddzia­ły­wa­nia prawa. Wol­ność polega na moż­li­wo­ści doko­ny­wa­nia mądrych wybo­rów.

Podą­ża­jąc drogą przy­tom­no­ści, widzimy, że naszym wspól­nym, naj­wyż­szym celem jest dosko­na­le­nie serca i umy­słu. Ścieżka duchowa prze­kształca naszą świa­do­mość, oczysz­cza­jąc ją z chci­wo­ści, nie­na­wi­ści, igno­ran­cji, stra­chu, zawi­ści i zazdro­ści – tego wszyst­kiego, co jest powo­dem cier­pie­nia w nas i na świe­cie.

Wszy­scy dążymy do tego samego, pod­sta­wo­wego celu, któ­rym jest wol­ność. W tym tkwi uni­wer­salny poten­cjał umy­słu. We wcze­snych latach prak­tyki w Indiach miesz­ka­łem w Bodh Gaya, miej­sco­wo­ści, gdzie prze­bu­dził się Budda i gdzie obec­nie znaj­duje się wiele pięk­nych świą­tyń. Moim ówcze­snym nauczy­cie­lem był Munin­dra-ji i kiedy tam razem spa­ce­ro­wa­li­śmy, czę­sto poka­zy­wał mi bar­dzo pro­stych wie­śnia­ków, któ­rzy byli daw­niej jego uczniami. Wielu z nich osią­gnęło różne stop­nie oświe­ce­nia.

Widok tych ludzi napa­wał mnie otu­chą, ponie­waż patrząc na nich, trudno byłoby dopa­trzyć się w nich osią­gnięć ducho­wych. Wyglą­dali jak zwy­kli wie­śniacy zaj­mu­jący się wła­snymi spra­wami. Dotarła tam do mnie czę­sto powta­rzana prawda, że urze­czy­wist­nie­nie nie zależy od pocho­dze­nia spo­łecz­nego ani wykształ­ce­nia. Pod­sta­wo­wym, wspól­nym nam wszyst­kim atry­bu­tem jest to, że żyjemy i mamy umysł i serce. Naszym zada­niem jest prze­bu­dzić i utrzy­my­wać w czy­sto­ści umysł-serce dla dobra wszyst­kich istot.

Zro­zu­mie­nie tego zada­nia, tej ścieżki, nadaje sens wszyst­kim naszym poczy­na­niom. Czy ta czyn­ność, którą mamy wła­śnie zamiar wyko­nać – a doty­czy to w isto­cie dowol­nej czyn­no­ści – pomaga nam się prze­bu­dzić, czy też w tym prze­szka­dza? We wszyst­kich sytu­acjach życio­wych można prak­ty­ko­wać oczysz­cza­nie umy­słu. Kiedy znamy ścieżkę wol­no­ści i kro­czymy nią z zaan­ga­żo­wa­niem, bez względu na wszystko, wów­czas bez wąt­pie­nia pew­nego dnia odśpie­wamy wła­sną pieśń oświe­ce­nia: „Czego trzeba było doko­nać, zostało doko­nane”.

Obawa przed oświe­ce­niem

Adepci medy­ta­cji przy­znają nie­raz, że obawy przed wyzwo­le­niem prze­szka­dzają im w prak­tyce. Gdy wkra­czają w nie­zba­dane obszary, strach przed nie­zna­nym nie pozwala im w pełni się jej oddać. Ale tak naprawdę nie jest to obawa przed oświe­ce­niem. To raczej strach wywo­łany przez wyobra­że­nia tego, czym jest oświe­ce­nie. Wszy­scy jakoś sobie to osią­gnię­cie wol­no­ści wyobra­żamy: na przy­kład jako roz­pusz­cze­nie się w świe­tle albo znik­nię­cie w wiel­kim kosmicz­nym roz­bły­sku. Umysł ma skłon­ność do mno­że­nia roz­ma­itych obra­zów mają­cych oddać doświad­cze­nie wyzwo­le­nia. Cza­sami ego kreuje wizje wła­snej śmierci, które nas prze­ra­żają.

Wyzwo­le­nie ozna­cza uwol­nie­nie się od cier­pie­nia. Czy oba­wia­cie się uwol­nie­nia od chci­wo­ści? Czy budzi w was lęk wyzby­cie się zło­ści i złu­dzeń? Raczej nie. Wyzwo­le­nie ozna­cza uwol­nie­nie się od tych wła­ści­wo­ści umy­słu, które nas drę­czą i ogra­ni­czają. Wol­ność nie jest więc niczym magicz­nym ani tajem­ni­czym. Nie czyni z nas dzi­wa­ków. Oświe­ce­nie to po pro­stu oczysz­cze­nie umy­słu i wyzby­cie się przy­wią­za­nia do tego wszyst­kiego, co owo­cuje w życiu dużą dawką cier­pie­nia. To coś bar­dzo prak­tycz­nego.

Wyobraź­cie sobie, że trzy­ma­cie w ręku roz­ża­rzony węgie­lek. Chyba nie oba­wia­li­by­ście się go puścić? Prze­ciw­nie – zauwa­żyw­szy, że go trzy­ma­cie, pew­nie od razu byście to zro­bili. Czę­sto jed­nak nie zda­jemy sobie sprawy, jak mocno ucze­pi­li­śmy się cier­pie­nia. Wydaje się raczej, że to ono nie chce nam dać spo­koju. Nasza prak­tyka polega na uświa­da­mia­niu sobie, że to w naszym wła­snym umy­śle rodzi się cier­pie­nie, z któ­rym się następ­nie utoż­sa­miamy, oraz na ucze­niu się, jak nie lgnąć do tego cier­pie­nia. A uczymy się tego na dro­dze pro­stej, bez­po­śred­niej obser­wa­cji: widzimy, jak ten pro­ces wciąż i wciąż się powta­rza, aż wresz­cie dociera do nas, co się dzieje.

Ujmu­jąc swoje naucza­nie w naj­zwięź­lej­szej postaci, Budda mówił, że głosi naukę wyłącz­nie o jed­nym: o cier­pie­niu i poło­że­niu mu kresu. Bez­po­śred­nie zro­zu­mie­nie tej prawdy pro­wa­dzi do uwol­nie­nia umy­słu i otwiera peł­niej­sze moż­li­wo­ści współ­czu­ją­cego dzia­ła­nia w świe­cie.

Inte­li­gen­cja a postępy

Prze­bu­dze­nie jest dla wszyst­kich. Sądzę, że to pomyślna oko­licz­ność, iż postępy na ścieżce nie zależą od poziomu inte­li­gen­cji. Gdy wresz­cie dotarło to do mnie w trak­cie wielu lat przy­go­to­wy­wa­nia się do roli nauczy­ciela, otwo­rzyły się przede mną zupeł­nie nowe per­spek­tywy.

Kiedy prze­cho­dzi­łem w Indiach tre­ning pod kie­run­kiem mojego nauczy­ciela, Munin­dry-ji, uczest­ni­czy­łem w wielu jego spo­tka­niach z uczniami, aby zazna­jo­mić się z jego spo­so­bem naucza­nia. Cza­sem po spo­tka­niu oma­wiał, dla jakich osób odpo­wied­nie są poszcze­gólne formy medy­ta­cji. Któ­re­goś razu powie­dział: „O tak, to jest odpo­wied­nie dla ludzi inte­li­gent­nych, a to dla głu­pich”. Natych­miast poja­wiła się we mnie silna reak­cja na taki podział. Jako przed­sta­wi­ciela zachod­niej klasy śred­niej raziła mnie opi­nia, że ktoś jest głupi.

Odczu­łem ulgę, gdy się dowie­dzia­łem, że z punktu widze­nia prak­tyki ducho­wej inte­li­gen­cja nie ma zna­cze­nia. Nie­któ­rzy ludzie są inte­li­gentni, a inni nie. Zgod­nie z naukami jeśli ktoś jest inte­li­gentny, robi jedno, a jeśli nie, robi coś innego. Visud­dhi­magga (Ścieżka oczysz­cze­nia), kom­pen­dium zawie­ra­jące dużą część nauk Buddy, opi­suje różne metody medy­ta­cyjne i okre­śla, dla kogo każda z nich jest naj­bar­dziej odpo­wied­nia.

Z bie­giem lat zaczą­łem zarówno doce­niać oczy­wi­ste korzy­ści inte­li­gen­cji, jak i uzmy­sła­wiać sobie ogromne nie­bez­pie­czeń­stwa z nią zwią­zane. Wszy­scy znamy ludzi, któ­rzy sil­nie utoż­sa­miają się ze swoją inte­li­gen­cją i przy­wią­zują do niej. Może się to oka­zać wielką pułapką zasta­wianą przez ego, szko­dliwą i dla osób, które w nią wpa­dły, i dla ich oto­cze­nia. Inte­li­gen­cja może być rów­nież wiel­kim dobro­dziej­stwem i zapew­niać nie­oce­nioną jasność umy­słu. Dla mnie było ważne uświa­do­mie­nie sobie, że o szla­chet­no­ści i pięk­nie cha­rak­teru znacz­nie bar­dziej niż inte­li­gen­cja świad­czy wiele innych cech umy­słu. Szczo­drość, miłość, współ­czu­cie czy poświę­ce­nie nie zależą od wyso­kiego ilo­razu inte­li­gen­cji.

Do moich ulu­bio­nych opo­wie­ści pocho­dzą­cych z cza­sów Buddy należy ta doty­cząca jed­nego z jego uczniów, który był bar­dzo tępy. Jego brat nato­miast cecho­wał się dużą inte­li­gen­cją, a na doda­tek był arha­tem, czyli osobą w pełni oświe­coną. Tępego brata zain­spi­ro­wały kie­dyś nauki i przy­jął świę­ce­nia mni­sie. Miał prze­do­bre serce, ale myślał naprawdę powoli. Z powodu tej ocię­ża­ło­ści umy­sło­wej jego brat wyzna­czył mu prak­tykę pole­ga­jącą na naucze­niu się na pamięć czte­ro­wier­sza zaczerp­nię­tego z nauk Buddy.

Pro­sta­czek usil­nie pró­bo­wał opa­no­wać pierw­szą linijkę. Kiedy jed­nak prze­szedł do ucze­nia się dru­giej, zupeł­nie zapo­mniał poprzed­niej. Mógł pomie­ścić w umy­śle tylko jedną. Zma­gał się z tym i zma­gał, ale nie star­czało mu do tego inte­li­gen­cji. Jego zde­spe­ro­wany brat arhat w końcu powie­dział: „To bez­na­dziejne. Lepiej opuść zakon”. Bied­nego pro­staczka strasz­nie to przy­biło, ponie­waż był całym ser­cem oddany Dhar­mie.

Kiedy w kiep­skim nastroju wra­cał do rodzin­nej wio­ski, dołą­czył do niego Budda, który wie­dział, co się wyda­rzyło. Pogła­skał bie­daka po gło­wie i na pocie­sze­nie wyzna­czył mu prak­tykę dokład­nie dosto­so­waną do jego moż­li­wo­ści: „Oto medy­ta­cja spe­cjal­nie dla cie­bie. Weź tę białą chu­s­teczkę, stań w palą­cych pro­mie­niach słońca i pocie­raj ją”. Do tego spro­wa­dzała się ta prak­tyka.

Pro­sta­czek wziął więc chu­s­teczkę, sta­nął na słońcu i zaczął ją pocie­rać. Pod wpły­wem pocie­ra­nia spo­coną dło­nią tka­nina zaczęła się powoli bru­dzić. Do męż­czy­zny powró­ciły wtedy wspo­mnie­nia z poprzed­nich żywo­tów, kiedy prak­ty­ko­wał i widział, jak z jego ciała wydo­by­wają się różne nie­czy­sto­ści. Przy­pa­tru­jąc się zabru­dzo­nej chu­stce, poczuł głę­boko, że opusz­czają go wszyst­kie namięt­no­ści, i jego umysł się otwo­rzył. Doznał peł­nego oświe­ce­nia. Podobno poza głę­bo­kim zro­zu­mie­niem Dharmy towa­rzy­szył temu przy­pływ inte­li­gen­cji i wszyst­kich zwią­za­nych z oświe­ce­niem mocy psy­chicz­nych. Opo­wieść ta koń­czy się opi­sem róż­nych dobro­dusz­nych figli, jakie nie­gdy­siej­szy pro­sta­czek, posłu­gu­jąc się swo­imi mocami, pła­tał zasko­czo­nemu bratu.

Czuję do pro­staczka wielką sym­pa­tię.

Jeden smak

Czy oświe­ce­nie przy­cho­dzi stop­niowo, czy nagle? Różne poglądy na tę kwe­stię dopro­wa­dziły do powsta­nia roz­ma­itych szkół bud­dy­zmu. Mnie zawsze się jed­nak wyda­wało, że wyzwo­le­nie przy­cho­dzi zarówno nagle, jak i stop­niowo, i że nie ma w tym żad­nej sprzecz­no­ści.

Oświe­ce­nie nastę­puje zawsze nagle. Wyda­rza się, gdy zaist­nieją po temu odpo­wied­nie warunki – to kwe­stia łaski. Ścieżka wio­dąca do tego prze­łomu jest jed­nak stop­niowa. Prak­ty­ku­jemy, oczysz­czamy przed­pole, przy­go­to­wu­jemy grunt, aż w końcu umysł nagle i spon­ta­nicz­nie się otwiera. Po takim nagłym prze­bu­dze­niu może nastą­pić dal­sza stop­niowa prak­tyka i pro­ces doj­rze­wa­nia oświe­co­nego umy­słu.

Budda oświad­czył wprost, że umysł w natu­ral­nym sta­nie jest czy­sty, tylko co jakiś czas zanie­czysz­czają go poja­wia­jące się ska­la­nia. W jed­nej ze swo­ich mów powie­dział: „Umysł jest pro­mienny, lśniący, świe­tli­sty, lecz nawie­dzają go zanie­czysz­czające ska­la­nia. Umysł jest pro­mienny, lśniący, świe­tli­sty, a dzięki wyko­rze­nie­niu nawie­dzających go ska­lań zyskuje wol­ność”3.

Poszcze­gólne tra­dy­cje bud­dyj­skie sto­sują różne metody, ale wszyst­kie odwo­łują się do pod­sta­wo­wych nauk Buddy o natu­rze cier­pie­nia i urze­czy­wist­nia­niu wol­no­ści. Tam, gdzie dotarła i roz­wi­jała się Dharma – w Indiach, Bir­mie, Taj­lan­dii, Tybe­cie, Chi­nach, Japo­nii, Korei, na Sri Lance, w Kam­bo­dży, Wiet­na­mie i innych miej­scach – wypra­co­wano nie­zli­czone formy prak­tyki. Munin­dra-ji powie­dział mi dawno temu, że zna ponad pięć­dzie­siąt tech­nik medy­ta­cji wglądu pocho­dzą­cych z samej tylko Birmy.

Nie przy­wią­zuj­cie się do wyobra­że­nia, że ist­nieje tylko jeden wła­ściwy spo­sób lub tech­nika prak­ty­ko­wa­nia Dharmy. Sta­łymi punk­tami odnie­sie­nia dla wszyst­kich prak­tyk są wol­ność i współ­czu­cie. Cała reszta to tylko doraźne, zręczne środki. Droga prak­tyki obfi­tuje w wiele doświad­czeń. Za każ­dym razem, gdy zaj­mu­jemy jakieś zde­cy­do­wane sta­no­wi­sko i mówimy „to jest to”, poja­wia się kolejny sek­ciar­ski pogląd i tra­cimy z oczu wielki klej­not pusto­ści4.

Jeden z moich nauczy­cieli wyra­ził pewną prawdę, która moim zda­niem sto­suje się do wszyst­kich tra­dy­cji, prak­tyk, tech­nik i poglą­dów. Powie­dział: „Jeśli prak­tyka nie tłumi poża­rów chci­wo­ści, nie­chęci i nie­wie­dzy, to jest bez­war­to­ściowa”. Tak więc to jest miara wszyst­kiego, co robimy.

 

Wspa­nia­łym aspek­tem Dharmy na Zacho­dzie jest moż­li­wość spo­ty­ka­nia się i ucze­nia od sie­bie nawza­jem adep­tów wszyst­kich tra­dy­cji bud­dyj­skich. Każdy z głów­nych nur­tów bud­dy­zmu – the­ra­wada, maha­jana i wadżra­jana (bud­dyzm tybe­tań­ski) – ma bar­dzo dużo do zaofe­ro­wa­nia. Jak powie­dział Budda: „Dharma ma jeden smak, smak wol­no­ści”5.

Dla nas wszyst­kich klu­czem pozo­staje prak­tyka. Podobno pod koniec życia słynny tybe­tań­ski jogin Mila­repa zabrał swo­jego głów­nego ucznia na odludne gór­skie zbo­cze, aby prze­ka­zać mu naj­taj­niej­sze nauki. Uczeń z wielką czcią i odda­niem popro­sił o ten prze­kaz nauk. Wtedy Mila­repa pochy­lił się i obna­żył pośladki, poka­zu­jąc twarde jak rze­mień odci­ski, któ­rych naba­wił się przez lata sie­dze­nia w medy­ta­cji.

Jako adepci prak­tyki będziemy prze­cho­dzić przez roz­ma­ite etapy. Cza­sami będziemy mieli dużo ener­gii skła­nia­ją­cej nas do udziału w odby­wa­nych w mil­cze­niu, inten­syw­nych odosob­nie­niach medy­ta­cyj­nych, które sprzy­jają sta­bi­li­zo­wa­niu głę­bo­kiej przy­tom­no­ści i otwie­ra­niu się na kolejne poziomy wglądu. W pew­nym momen­cie taki pęd do inten­syw­nej prak­tyki może się jed­nak wyczer­pać. Koniec tego etapu może nastą­pić po kilku latach, kilku mie­sią­cach, a jeśli jeste­śmy począt­ku­jący, nawet po kilku dniach inten­syw­nej prak­tyki. Zależy to od stop­nia zaawan­so­wa­nia w prak­tyce oraz od kon­kret­nej sytu­acji życio­wej.

Zna­łem pew­nego czło­wieka, który od wielu mie­sięcy brał udział w odosob­nie­niach. Jego prak­tyka osią­gnęła pewien poziom doj­rza­ło­ści, ale z jakie­goś powodu nie mógł poczy­nić dal­szych postę­pów. Kiedy nasz nauczy­ciel zapy­tał go o sytu­ację w domu, czło­wiek ten zwie­rzył się, że bar­dzo chciałby zoba­czyć się z rodziną. Nauczy­ciel pora­dził mu, żeby poje­chał na pewien czas do domu. Gdy uczeń to zro­bił, usu­nął tę prze­szkodę z umy­słu, a kiedy wró­cił, udało mu się z powo­dze­niem zakoń­czyć odby­wany aku­rat etap tre­ningu.

Wystrze­gaj­cie się jed­no­stron­nych poglą­dów na temat tego, jak powinna prze­bie­gać wasza prak­tyka. Cza­sami będzie wam odpo­wia­dać bada­nie wła­snego umy­słu pod­czas odosob­nie­nia. Kiedy indziej nie będzie takiej potrzeby. Podą­żaj­cie po pro­stu swo­bod­nie i natu­ral­nie za tym ryt­micz­nym cyklem. Jeśli zasad­ni­czą sprawą w życiu jest dla was wyzwo­le­nie, okresy inten­syw­nej prak­tyki medy­ta­cyj­nej mogą mieć nie­oce­nioną war­tość. Roz­bu­dzają ogromne pokłady ener­gii i pogłę­biają wgląd. Są też jed­nak okresy aktyw­no­ści w świe­cie i prak­ty­ko­wa­nia szczo­dro­ści, moral­no­ści, praw­do­mów­no­ści i współ­czu­cia – te war­to­ści łatwiej wyra­żać w życiu codzien­nym niż na odosob­nie­niu. Zyski­wana w ten spo­sób moc umy­słu będzie z kolei sprzy­jać inten­syw­nej medy­ta­cji.

Inne książki tego autora