Za darmo

Placówka postępu

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie podobają mi się te dranie i – wiesz co, Kayerts – oni muszą pochodzić z wybrzeża; mają broń palną – zauważył sprytny Carlier.

Kayertsowi te dranie nie podobały się również. Obaj po raz pierwszy zdali sobie sprawę, że żyją w okolicznościach, w których niezwykłość może być niebezpieczna, i że poza nimi dwoma nie ma na ziemi żadnej siły, która mogłaby odgrodzić ich od tej niezwykłości. Weszli do domu zaniepokojeni i nabili rewolwery. Kayerts rzekł:

– Musimy powiedzieć Makoli, żeby kazał im pójść precz, nim się ściemni.

Obcy ludzie odeszli po południu, zjadłszy posiłek przygotowany przez panią Makola. Olbrzymia kobieta była bardzo podniecona i dużo z gośćmi rozmawiała. Terkotała ostrym głosem, pokazując tu i tam na lasy i rzekę. Makola siedział na uboczu i śledził rozmowę. Niekiedy wstawał i szeptał coś żonie do ucha. Odprowadził obcych aż poza wąwóz leżący w tyle na granicy gruntów stacyjnych i powrócił wolnym krokiem pogrążony w głębokiej zadumie. Gdy biali zwrócili się do niego z pytaniami, zachował się bardzo dziwnie; zdawało się, że nic nie rozumie, że zapomniał po francusku, że w ogóle zapomniał mówić. Kayerts i Carlier zauważyli zgodnie, że Murzyn wypił za wiele palmowego wina.

Wprawdzie była mowa o tym, że trzeba by trzymać kolejno wartę, ale wieczorem wszystko wyglądało tak spokojnie i cicho, że poszli spać jak zwykle. Przez całą noc przeszkadzało im dudnienie bębnów po wioskach. Gdzieś, w pobliżu rozlegał się głęboki, szybki łoskot – odpowiadał mu drugi w oddali – i zapadała cisza. Wkrótce krótkie pobudki odzywały się znowu tu i tam, zlewały się i rozrastały, potężniejąc w silny i przeciągły warkot, który wypływał z lasu, toczył się w ciemnościach, ciągły i nieustanny, bliski i daleki – jak gdyby cały świat był jednym olbrzymim bębnem huczącym bez przerwy wezwanie do niebios. A poprzez ten głęboki i potężny hałas nagłe wrzaski, podobne do śpiewów buchających z domu wariatów, przedzierały się w ostrych, zgrzytliwych wytryskach, sięgając wysoko ponad ziemię i niwecząc wszelki spokój pod gwiazdami.

Kayerts i Carlier źle spali tej nocy. Zdawało im się, że słyszą wystrzały, ale nie mogli ustalić, w jakim kierunku. Rano nie było Makoli. Wrócił około południa w towarzystwie jednego z wczorajszych przybyszów i wymykał się wciąż Kayertsowi, który ani rusz nie mógł się z nim rozmówić; zdawało się, że Makola ogłuchł. Kayerts bardzo się temu dziwował. Carlier, który łowił ryby na wybrzeżu, wrócił tymczasem i rzekł, pokazując swój połów:

– Jakieś piekielne dzisiaj poruszenie wśród tych Murzynów; ciekaw jestem, co się tam święci. Z piętnaście łodzi przebyło rzekę podczas tych dwóch godzin, kiedy łowiłem ryby.

Strapiony Kayerts odezwał się: – Ten Makola… czy nie dziwnie dziś wygląda?

Carlier doradził: – Trzymaj w kupie wszystkich naszych ludzi, bo nuż się coś wydarzy.

II

Na stacji było dziesięciu robotników, których tu zostawił dyrektor. Ci ludzie zgodzili się do Spółki na przeciąg sześciu miesięcy (nie mając żadnego wyobrażenia, czym jest miesiąc w szczególności i bardzo słabo zdając sobie sprawę z pojęcia czasu w ogóle) – a służyli już sprawie postępu więcej niż dwa lata. Należeli do plemienia osiadłego w bardzo odległej części tej krainy smutku i ciemności i nie mogli uciec, przypuszczając że tuziemcy zabiliby ich jako obcych wędrowców – w czym się bynajmniej nie mylili. Mieszkali w słomianych szałasach na stoku wąwozu zarośniętego trzciniastą trawą, tuż za budynkami. Nie czuli się szczęśliwi; żałowali świątecznych obrzędów, czarów i ofiar z ludzi, które były w zwyczaju w ich ojczyźnie, gdzie mieli także rodziców, braci, siostry, uwielbianych wodzów, szanowanych czarowników, bliskich przyjaciół oraz inne związki uznane na ogół za ludzkie. W dodatku porcje ryżu wydzielane przez Spółkę nie służyły im, ponieważ do pokarmu, którego w ojczyźnie nie znali, nie mogli się przyzwyczaić. Byli więc niezdrowi i nieszczęśliwi. Gdyby należeli do innego plemienia, wybraliby śmierć, aby uciec od powikłanych trudności życia – bo dla niektórych dzikich nie ma nic łatwiejszego od samobójstwa. Ale że należeli do wojowniczego plemienia o spiłowanych zębach, odznaczali się przeto większą odpornością i wlekli ogłupiały żywot wśród chorób i smutku. Pracowali niedołężnie i stracili swój wspaniały wygląd. Carlier i Kayerts leczyli ich wytrwale, nie mogąc doprowadzić ich do dawnego stanu. Kazali im co dzień odbywać musztrę i wyznaczali różne prace, jak żęcie trawy, budowanie płotów, ścinanie drzew i tak dalej; do porządnego wykonania tych prac żadna siła ziemska nie była w stanie ich zmusić. W gruncie rzeczy dwaj biali nie mieli na nich sposobu.

Makola przyszedł po południu do dużego domu i zastał Kayertsa śledzącego trzy ciężkie słupy dymu wznoszące się nad lasami.

– Co to takiego? – spytał Kayerts.

– Jakieś wioski się palą – odpowiedział Makola, który zdawał się odzyskiwać przytomność. Potem rzekł nagle: – Mamy bardzo mało kości słoniowej; handel źle szedł przez sześć miesięcy. Czy pan chce dostać więcej kości słoniowej?

– Tak – odrzekł skwapliwie Kayerts. Myślał o prowizji, która była mała.

– Ci ludzie, którzy przyszli tu wczoraj, to kupcy z Loandy; mają bardzo dużo kości słoniowej, więcej niż mogą udźwignąć w drodze do domu. Czy mam od nich kupić? Wiem, gdzie jest ich obóz.

– Naturalnie – rzekł Kayerts. – Kto to są ci kupcy?

– To źli ludzie – odrzekł obojętnie Makola. – Biją się z krajowcami, łapią kobiety i dzieci. To bardzo źli ludzie i mają strzelby. Wielki zamęt jest naokoło. Czy chce pan kupić kości słoniowej?

– Tak – odrzekł Kayerts.

Makola przez chwilę nic nie mówił.

– Ci nasi robotnicy są do niczego – mruknął, rozglądając się wokoło. – Stacja w wielkim nieporządku. Dyrektor będzie się gniewał. Dobrze byłoby dostać piękną porcję kości słoniowej – wtedy dyrektor nic nie powie.

– Cóż na to mogę poradzić? Ludzie nie chcą pracować – rzekł Kayerts. – Kiedy dostaniesz tę kość słoniową?

– Bardzo prędko – odparł Makola. – Może dziś w nocy. Niech się pan już na mnie spuści8 i nie wychodzi wcale z domu. Może by pan dał naszym ludziom palmowego wina, to urządzą sobie tańce dziś wieczorem. Zabawią się. Jutro będą lepiej pracować. Jest dużo wina – trochę nawet skwaśniało.

Kayerts zgodził się na to i Makoia zaniósł własnoręcznie wielkie tykwy9 do drzwi swojej szopy. Stały tam do wieczora i pani Makola zaglądała do każdej z nich. Ludzie stacyjni dostali je wieczorem. Wielkie ognisko paliło się przed ich szałasami, gdy Carlier i Kayerts poszli się położyć. Słyszeli okrzyki i bicie w bęben. Kilku ludzi Gobili przyłączyło się do robotników i zabawa szła w najlepsze.

W środku nocy Carlier obudził się nagle i usłyszał jakiś głośny krzyk; potem rozległ się wystrzał. Jeden jedyny. Carlier wybiegł i spotkał się na werandzie z Kayertsem. Obaj byli przestraszeni. Gdy szli przez dziedziniec ku szopie Makoli, ujrzeli cienie poruszające się w ciemnościach. Jeden z tych cieni krzyknął: – Nie strzelajcie! To ja, Price – i Makola pojawił się tuż przy nich.

– Wracajcie, panowie, wracajcie – nalegał – zepsujecie wszystko.

– Tu są jacyś obcy ludzie – rzekł Carlier. – To nic; wiem o tym – odparł Makola. Potem szepnął: – Wszystko w porządku. Przynieśli kość słoniową. Nie mówcie nic! Wiem, co robię.

Dwaj biali wrócili niechętnie do domu, ale spać już nie. mogli. Słyszeli jakieś kroki, szepty, jęki. Zdawało im się, że gromada ludzi weszła na dziedziniec, że ciśnięto na ziemię jakieś ciężkie przedmioty, potem swarzono się długi czas, wreszcie nastała cisza. Kayerts i Carlier leżeli na swoich twardych łóżkach myśląc: – Ten Makola jest nieoceniony. – Rano Carlier wyszedł z domu bardzo zaspany i pociągnął za sznur wielkiego dzwonu. Służba stacyjna odbywała musztrę co dzień przy dźwiękach dzwonu. Ale tego ranka nikt się nie stawił. Kayerts pojawił się na werandzie, ziewając. Widzieli, jak Makola wyszedł ze swojej szopy, niosąc cynową miednicę z brudną wodą. Makola, Murzyn cywilizowany, mył się zawsze bardzo porządnie. Wylał zręcznie mydliny na nędznego żółtego pieska, który chował się przy jego szopie, i zwróciwszy twarz w stronę domu agentów, krzyknął z daleka:

– Wszyscy ludzie uciekli dziś w nocy!

Słyszeli go wyraźnie, ale obaj krzyknęli w zdumieniu: – Co takiego?! – Potem przez chwilę wpatrywali się w siebie nawzajem:

– Ładna historia – warknął Carlier.

– To nie do wiary! – mruknął Kayerts.

– Pójdę do szałasów i zobaczę – rzekł Carlier, ruszając z miejsca wielkimi krokami.

Makola zbliżył się i zastał samego Kayertsa.

– Nie mogę w to uwierzyć – rzekł płaczliwie Kayerts. – Pielęgnowaliśmy ich jak własne dzieci!

– Odeszli z ludźmi z wybrzeża – powiedział Makola po chwili namysłu.

– Co mnie to może obchodzić, z kim odeszli – niewdzięczne bestie! – wykrzyknął Kayerts. Nagle błysnęło mu podejrzenie i dodał, patrząc bystro na Makolę:

– A ty co wiesz o tym?

Makola wzruszył ramionami patrząc w ziemię.

– Co ja wiem? Ja się tylko domyślam. Chce pan obejrzeć kość słoniową – o, tam leży. Coś wspaniałego. Nigdy pan takiej nie widział.

 

Ruszył w stronę składu. Kayerts szedł za nim machinalnie, rozmyślając o niewiarogodnej ucieczce robotników. Przed drzwiami fetysza leżało na ziemi sześć wspaniałych kłów.

– Co im dałeś za to? – spytał Kayerts, obejrzawszy nabytek z zadowoleniem.

– To nie był zwyczajny handel – odrzekł Makola. – Przynieśli kość słoniową i oddali mi ją. Powiedziałem, żeby wzięli sobie ze stacji to, czego najbardziej potrzebują. To wspaniała kość. Żadna stacja nie może się pochwalić takimi kłami. Ci kupcy potrzebowali gwałtem tragarzy, a nasi ludzie nic tu nie robili. Ja kłów nie kupiłem, nie trzeba wciągać do ksiąg. Wszystko w porządku.

Kayerts o mało co nie pękł z oburzenia.

– Co takiego? – krzyknął. – Sprzedałeś po prostu naszych ludzi za te kły!

Makola milczał obojętnie.

– Ja ciebie – ja – ja – bełkotał Kayerts. – Ty czarcie przeklęty! – wrzasnął.

– Zrobiłem, co mogłem dla pana i dla Spółki – rzekł niewzruszony Makola. – Dlaczego pan tak krzyczy? Niech pan spojrzy na ten kieł.

– Odprawiam cię! Doniosę dyrektorowi – ani myślę patrzeć na ten kieł. Nie wolno ci tego dotykać. Rozkazuję wrzucić to do rzeki. Ty – ty —

8Niech się pan już na mnie spuści – niech mi pan zaufa i powierzy tę sprawę. [przypis edytorski]
9tykwa – twarda okrywa owocu rośliny o tej samej nazwie, stosowana jako pojemnik na wodę. [przypis edytorski]