Serce ciemności: spolszczenie Jacek DukajTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

SERCE CIEMNOŚCI

Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK

Redakcja: BIANKA DZIADKIEWICZ

Korekta: KAMIL BOGUSIEWICZ, Pracownia 12A, JACEK BŁACH

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Projekt okładki i stron tytułowych: KAROLINA PANASIUK

Skład i łamanie: Scriptorium „TEXTURA”

© Copyright by Jacek Dukaj

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2017

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06606-5

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Wszelka sztuka przemawia przede wszystkim do zmysłów. I także artysta słowa pisanego musi przemawiać do zmysłów, jeśli kieruje nim ambicja powodowania sekretnym mechanizmem ludzkich uczuć. Musi wytrwale dążyć do oddania w słowach namacalności rzeźby, barw malarstwa, hipnotycznego czaru muzyki – która jest sztuką sztuk. I tylko tak, tylko w całkowitym i bezwarunkowym poświęceniu ideałowi jedności formy i treści, tylko dzięki straceńczej obsesji brzmienia frazy możemy jednak poczuć tu ten kształt, tę barwę, ten czar; aż przez ulotny moment zalśnią urokliwie nawet same słowa, stare i do cna wytarte słowa, zbrukane wiekami bezceremonialnego obrotu.

Albowiem takie zadanie przed sobą postawiłem: słowem pisanym sprawić, byś USŁYSZAŁ, byś POCZUŁ, a nade wszystko – ZOBACZYŁ. Tyle i nic więcej, tyle – gdyż w tym jest wszystko. A jeśli mi się powiedzie, odnajdziesz tu wedle swojej potrzeby: tchnienie odwagi, powiew grozy, pocieszenie, urok – czego dusza zapragnie – a może i przebłysk prawdy, której to zapomniałeś już wymagać.

Joseph Conrad

w grudniu 1897 roku

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Gardziel Tamizy otwarta w bezkres wód.

Morze i niebo spięte bez szwu, i w ich rozświetlonej przestrzeni: ławice barek w dryfie, żagle jak czerwone liście, maszty żagwie. Nie ma wiatru.

Mgła leży na brzegach.

Nad największym, najwspanialszym miastem świata ścina się żałobna ciemność.

„Nellie” zakołysała się na kotwicy, ani szeptu żagli, zakołysała się i zamarła. Pozostaje czekać na odpływ.

Dyrektor sprawdził kotwicę i usiadł z nami na rufie; Dyrektor jest nasz gospodarz. Z prawej strony rufy, oparty o maszt, siedzi Marlow: zapadłe policzki, pożółkła cera, ręce wzdłuż ciała, otwarte dłonie – asceta, bożek, Budda.

Mieliśmy domino; nie chciało się nam grać w domino. Zamieniliśmy parę słów; nie chciało się nam rozmawiać. Zapatrzeni na rzekę i miasto i niebo.

Tą rzeką, z gardzieli tej rzeki wypływały ku najdalszym zakątkom Ziemi niezliczone statki rycerzy imperium, klejnoty błyszczące w mrokach historii, złote imiona wojny i handlu, z tej rzeki, awanturnicy i osadnicy, odkrywcy i łupieżcy, złe duchy wschodnich szlaków i generałowie flot i spółek indyjskich, ta rzeka ich wszystkich, głodnych bogactw i głodnych sławy, niosących miecz i niosących święty ogień, i ich marzenia, i ich idee, nasiona polityki, wirusy imperiów.

Zmierzcha, światła wypryskują wzdłuż brzegów, światła statków suną w górę i w dół Tamizy, a tam na zachodzie to miasto potwór zionie w niebo gruźliczym zaduchem, czarnym zablaskiem dusi gwiazdy.

I wtedy nagle Marlow:

Ciemność panowała także tutaj – to także była ziemia ciemności.

Nikogo nie zaskoczył. Marlow to Marlow – człowiek morza, lecz duch niespokojny. Podczas gdy marynarze niczego tak sobie nie cenią jak spokoju, stałości: zawsze w swoim domu, bo na statku; zawsze w swoim kraju, bo na morzu; zejdą na brzeg – jeden spacer i poznali nowy kontynent. Tak też gawędy marynarzy uderzają bezpośredniością i prostotą: opowieść jest jak orzech, rozłupiesz skorupę i w środku tkwi jej sens. Marlow na odwrót: opowiada, a sens rośnie i ogarnia opowieść z zewnątrz – jak blask Księżyca rozpościerający się we mgle.

Nikogo nie zaskoczył. Przyjęliśmy w milczeniu.

Zachodzi Słońce; cień zasnuwa wodę.

A Marlow – skrzyżowane nogi, jedna ręka otwartą dłonią do góry, ubiór Europejczyka, ale to Budda, Budda minus kwiat lotosu – Marlow, bardzo wolno:

Ta rzeka... wąż światła wpełzający w krainy nocy.

Lata? stulecia? Tysiąclecia już – kiedy przybyli tu Rzymianie, niemalże dwa tysiące lat temu; widzicie, to takie otchłanie czasu, że nasze życie w nich – iskra, a to światło w ciemności – piorun w chmurach, nagły pożar o północy.

Ciemność stoi tuż za nami, ciemność była wczoraj.

Wczoraj byłeś dowódca triremy, ręka Imperium Rzymskiego. Dostajesz rozkaz: na północ! Opuszczasz słoneczne krajobrazy Morza Śródziemnego. Pędzisz przez ziemie Gallów. Legioniści budują ci okręt w miesiąc czy dwa, czego to oni nie potrafili zbudować!, cudownie zaradne chłopaki.

Więc płyniesz. Morze jak ołów, niebo jak popiół, znalazłeś się na krańcu świata. Statek rzęzi pod tobą niczym akordeon. A ty na tym statku musisz w górę rzeki – bo rozkazy, bo zaopatrzenie, bo coś innego, nieważne, musisz. Wszędzie tu piaski, grzęzawiska, puszcze, dzikusy. Do jedzenia – nic prawie, nic dla cywilizowanego człowieka. Do picia – ta woda Tamizy. Nie pocieszysz się italskim winem, nie zejdziesz na ląd. Tylko obozy wojskowe zagubione w dziczy, i zimno, i mgła, i burze, choroby, zostałeś wygnany, zostałeś skazany na śmierć, czujesz śmierć w powietrzu, w wodzie, w przyrodzie, umieracie i płyniecie naprzód. Płyniesz.

Jesteś mężczyzną, mężczyzna staje przeciwko ciemności. No więc zrobiłeś, co trzeba. Nie rozmyślając za wiele. Masz przyjaciół w Rzymie? Zdrowie na ten klimat koszmarny? Jeszcze się tu wypromujesz do floty cesarza! A koledzy wzniosą radosny toast do twoich przechwałek, na pomyślny start kariery wojskowej.

Albo inaczej. Jesteś młodzieniec z dobrego domu, może jeszcze dotknięty nałogiem hazardowym, tak że pewnego dnia pakujesz swoje eleganckie togi i w ekipie jakiegoś prefekta, poborcy podatków czy kupca ciągniesz tu w nadziei odwrócenia wyroków losu. Więc przedzierasz się przez lasy, grzęźniesz w bagnach, rzucili cię na najgłupszy etat w najdalszej dziurze, a im głębiej przesz w tę dzicz, tym głębiej ona wchodzi w ciebie, otacza cię, zamyka, przenika, dzikość nieokiełznana, dzikość dziwność obcość, sekretne życie żywiołu przyrody, kątem oka, szeptem w uchu, drżeniem na skórze, czujesz je – w puszczy, w ciemności, w sercu dzikusa.

I nikt, nikt cię nie wtajemniczy w te misteria. Musisz żyć w uścisku niepojętego, w objęciu obcego. Czujesz? Jak cię przeżera, trawi, konsumuje – ta fascynacja z obrzydzenia, to pożądanie z odrzucenia – nie można uciec, nie można oderwać oczu – jest silniejsze od ciebie, musisz się poddać – rzygasz tym i pragniesz tego, nienawidzisz i chłoniesz.

Ale nas, ach!, nas ratuje skuteczność.

W tym cała różnica!, w skuteczności. Tamtym biedakom mało co wychodziło. Żadni z nich byli kolonizatorzy. Cała machina administracji i cały wysiłek po to, żeby wycisnąć te marne łupy. Ich rzemiosłem był podbój, a do podboju potrzebujesz jedynie siły, nagiej siły.

Zresztą, podbój planety to nic ładnego. Lepiej nie przyglądać się z bliska. Rabunek z bronią w ręku, chciwość masowej zagłady, i to jeszcze jak nieporadnie!, po omacku – bo tak się boksujemy z ciemnością.

Silniejszy pobił słabszego – czy to zasługa silniejszego? że ten drugi zdarzył się akurat słabszym? Przypadek! Tylko przypadek!

Podbój planety: grabisz tych, co mają inny kolor skóry albo nosy trochę bardziej płaskie.

Nasze odkupienie jest w idei, tylko i wyłącznie w idei. Ona stoi za tym wszystkim, i nie żadne sentymentalne ple-ple, ale szczera, bezinteresowna wiara w ideę. Jej służymy, do niej się modlimy, jej składamy ofiary.

Rzeka płomieni spływa po rzece ciemności. Zielone ogniki, i czerwone ogniki, i białe ogniki – śmigają krążą łączą się dzielą mnożą przecinają połykają – to wolniej, to szybciej, to wolniej

Nie żebym chciał się przed wami wywnętrzać. Ale to spotkanie, tam w górze rzeki, u źródeł wszystkiego, ten człowiek tam – on rzuca światło, nie światło, on rzuca ze mnie cień – że całe moje życie potem i jego odcisk na moim życiu... Nie zrozumiecie, jeśli nie usłyszycie, nie zobaczycie, nie poczujecie, co ja usłyszałem, zobaczyłem, poczułem tam w drodze do niego, i z nim, w miejscu początku i końca – nie żebym sam rozumiał –

i już wiemy: przed nami jedna z tych przygód Marlowa bez morału i puenty, przed nami opowieść rzeka.

Dzieciństwo to czas białych plam na mapach świata.

Godzinami błądziło się palcem i wyobraźnią po Południowej Ameryce, po Afryce, Australii, przeżywając chwałę i sławę wielkiego odkrywcy. „Jak będę duży, popłynę – tam!” I palec ląduje na biegunie północnym. Ileż mieliśmy tych białych plam...!

 

Teraz jest już za późno. Czar prysł. Nie stanąłem na biegunie północnym i nigdy nie stanę. Odwiedziłem inne miejsca, na jednej–drugiej półkuli... ale dziś ja nie o tym. Dziś – o tej największej białej plamie. Ją sobie upatrzyłem.

Co prawda już nie była taka biała. Rok po roku zaczerniały ją rzeki, jeziora, nazwy – i gdzie teraz chłopcy mają trzymać rozkoszne tajemnice chłopięcej wyobraźni? – aż stała się miejscem ciemności.

Wróciłem właśnie do Londynu po sześciu latach na Dalekim Wschodzie – Ocean Indyjski, Pacyfik, morza chińskie – miałem Wschodu potąd. I plątałem się po mieście i kumplach, nie mogąc sobie znaleźć miejsca ni zajęcia, że mieli mnie wszyscy serdecznie dość; a i ja miałem już dość tego wywczasu. Więc zacząłem szukać dla siebie statku. Ale żaden statek jakoś nie szukał mnie. Bardzo to było męczące.

Wtedy zobaczyłem ową mapę, za szybą, na wystawie sklepu. Już nie była taka biała – lecz wiła się przez nią ta rzeka, rzeka wąż, potężny, długi serpent, z łbem wbitym w morze, cielskiem rozciągniętym w leniwych zawijasach przez cały kraj, sam ogon nie wydobył się jeszcze z nieopisanych głębi kontynentu. Stałem tam i gapiłem się zafascynowany niczym królik na węża – już po króliku.

No do cholery, myślę sobie, musi być jakiś sposób! Jest przecież ta firma, firma-moloch, Korporacja, która prowadzi handel także tam na rzece. I jak niby handlują – muszą mieć jakiś transport wodny – parowce! Wezmę w komendę taki parowiec! Korporacja nie jest spółką brytyjską, ale ja mam mnóstwo krewnych na kontynencie – życie tam tańsze i chyba jednak nie samo barbarzyństwo. Jeszcze na Fleet Street zacząłem konstruować plany. Wąż mnie zahipnotyzował.

Sam bym nie uwierzył, do czego okażę się zdolny, byle zdobyć tę pracę. Nachodziłem ludzi, zamęczałem prośbami, zadręczałem napomnieniami, wracałem oknem i kominem. „Dla ciebie, Karolku, wszystko!” – i oczywiście palcem nie kiwnęli.

Więc – kobiety. Żałosne, prawda? Karolek Marlow wykorzystuje kobiety, żeby załatwić sobie robotę. Koniec świata!

A mam ja ciotkę, bożuchnę ciotuchnę, entuzjastkę filantropkę

– Cudowny pomysł! Poruszę niebo i ziemię! Znam żonę ważnej persony w Administracji, znam świetnie ustosunkowanego człowieka, który –

Kogóż ona nie znała! Skorom tak sobie wykoncypował, zostanę kapitanem rzecznego parowca, o!, już jej w tym głowa.

No i oczywiście dostałem tę robotę. Aż dziw, jak szybko. Mianowicie Korporacja straciła tam właśnie jednego z kapitanów w burdzie z tubylcami. O co poszło? A zebrałem całą tę historię po roku chyba. O co?

Dwie czarne kury, o dwie kury. Niejaki Fresleven – to był Duńczyk – ubrdał sobie, że go oszukali na kurach. Schodzi więc na brzeg i zaczyna okładać kijem wodza wioski od kur, ten Fresleven, Fresleven, dusza człowiek, mówią mi, nie było cichszego i łagodniejszego człowieka na Ziemi – Duńczyk! – młóci i młóci starego Murzyna, aż drzazgi lecą, a wioska stoi i patrzy, a on go kijem bez litości – dlaczego? Fresleven, och, nasz Fresleven czynił tam już dobro i sprawiedliwość i postęp ładnych parę lat, nie dziwota, że stracił resztki szacunku do siebie. I musiał się był jakoś podźwignąć. Więc kijem. O dwie kury. Starego wodza. Aż któryś tam tubylec nie wytrzymuje – stali i gapili się jak porażeni – nie wytrzymał chyba syn staruszka, stary jęczy, Fresleven go tłucze, i dźgnęło się młodemu dzidą. Jakoś tak – że Freslevena w plecy. Weszła naturalnie jak w masło – Duńczyk – w środek mu między łopatki, o, tu, tak, i po chwili wioska już pusta, wszyscy z wioski poszli w dżunglę, bo przecież sto nieszczęść niechybnie spadnie na nich, i parowiec Freslevena też uszedł, pod komendą mechanika teraz, mechanik w nie mniejszej panice. Fresleven, to znaczy szczątki Freslevena zostały tam, w wiosce od kur, aż je trawa zarosła. Wiem, bo sam poszedłem i obejrzałem, gdym przejął Freslevena etat. Kości i trawa, tyle. Nikt go nawet nie tknął, kto by się ważył, upadłego półboga. Leży tam, Fresleven, i gnije, i gnije cała wioska opuszczona, zionące mrokiem chaty, płoty zaklęsłe, wszystko na krzyw i ruinę, sto nieszczęść spadło na nich, tak. Ludzi wzięła dżungla, wchłonęła i nie zwróci: mężczyzn, kobiety, dzieci, wszystkich przerażonych do utraty zmysłów. A kury, o kurach, co o kurach, no cóż, kury padły ofiarą szlachetnej sprawy postępu.

Podpisać kontrakt popłynąłem na kontynent.

To ich miasto Grób Bielony jest stolicą imperium Korporacji – Korporacja ogniskuje tam myśli wszystkich, Korporacja to ich duma i honor. „Będziemy królować na morzach i oceanach, zarobimy na handlu góry złota!” Nie musiałem nawet pytać o drogę do Centrali.

Wąska ulica w cieniu wysokich budynków, rzędy okien z zaciśniętymi powiekami, ani żywej duszy, martwa cisza, zieleń ledwo przeciska się między kamieniami, cesarskie wrota rozwarte w przeciągłym ziewnięciu, ja przez te wrota, schody czyściutkie i golutkie, jak wyszorowane piaskami pustyni, ja po schodach, pierwsze drzwi z brzegu, wciskam się w drzwi. (Nadal martwa cisza).

Siedziały tam na wiklinowych krzesłach dwie kobiety, gruba i chuda, w sukniach jak brezentowe pokrowce, i robiły na drutach z ciemnej wełny. Ta chuda podniosła się i idzie prosto na mnie niczym lunatyczka, nieprzerwanie migocząc drutami – nie widzi mnie? odskoczyć? – odskoczyłbym, gdyby w ostatniej chwili nie skręciła do poczekalni.

W poczekalni – mapa. Mapa na całą ścianę, mieniąca się wszystkimi kolorami tęczy. I od razu dostrzegam sporo naszej brytyjskiej czerwieni, serce rośnie, ale też niemało galijskiego błękitu, trochę zieleni italskiej, tu i ówdzie portugalski pomarańcz, a na Wschodnim Wybrzeżu – fiolet pruskich jegrów postępu, radosnej kompanii jasnego lagera. Ale te kolory nie mnie przeznaczono. Na mnie czekała belgijska żółć.

Żółte ślepia węża przyczajonego w samym środku mapy – rzeka wąż wpatruje się we mnie hipnotycznie, skręcona sprężynowo do morderczego skoku – żółte ślepia, ciasny splot, tssss –

Otworzyły się drzwi, wychynęła siwa głowa sekretarza, kościsty palec skinął przyzywająco. Tak wstąpiłem do wewnętrznego sanktuarium Korporacji.

Szef szefów, pan na milionach, jeździec węża: blade misio w obcisłym surducie, metr siedemdziesiąt na obcasach, podniosło się na mój widok zza biurka-bunkra i mamrocze coś pod nosem, rąsia, gratulacje, a więc mówi pan po francusku, to świetnie, to świetnie, bon voyage.

Czterdzieści pięć sekund i ląduję z powrotem w poczekalni z sekretarzem do-rany-przyłóż. Który podtyka mi do podpisu dokument za dokumentem. Że nie zdradzę nigdy nikomu sekretów handlowych Korporacji i tak dalej.

Przecież nie zdradzam?

Podpisałem. Ale już kwas. Za dużo tej ceremonii, nazbyt dziwne wszystko, werbują mnie do jakiejś konspiracji czy co? Jakbym wstępował do masonów. Podpisuję. Byle mieć za sobą, wyjść wreszcie.

A na zewnątrz te dwie kobiety nadal włóczkują na drutach, jakby to losy świata przędły, młodsza chudsza nadal wprowadza gości, starsza grubsza – kot na podołku, krosta na policzku – nadal prześwietla ich niezamąconym niczym spojrzeniem zza szkieł w srebrze, rytuał trwa.

Wszystkich nas przejrzała tam na wylot, milcząca, obojętna wyrocznia, a ani połowa prześwietlonych ujrzy ją ponownie. Ave, stara prządko, idący na śmierć pozdrawiają cię!

Prześladował mnie ten obraz. Czarna wełna na drutach strażniczek Wrót do Ciemności, coraz to nowy młody głupiec pcha się w nie ze szczenięcym entuzjazmem, a one prowadzą go beznamiętnie, wyprawiając przeciwko Nieznanemu, czarna wełna, żółte ślepia, przejrzały, przejrzały nas na wylot.

Co jeszcze – wizyta u doktora.

– Czysta formalność. – Sekretarz chętnie poniósłby ze mną także ten krzyż.

Miasto Grób i gmach jak grób, ale wtem w martwej ciszy rozbrzmiewają kroki; zjawia się oto młody urzędniczyna i prowadzi mnie do doktora.

Na doktora wszakże jeszcze ciut za wcześnie, więc

– Może drinka?

siedzimy sobie tymczasem i gaworzymy przyjaźnie, sącząc wermut. Schodzi na Korporację. A gdy mowa o Korporacji, nie ma końca zachwytom i ubóstwieniom z jego ust.

Że wreszcie nie wytrzymałem.

– To czemuś sam się tam nie wybrał?

– Nie taki ze mnie frajer, na jakiego wyglądam, rzekł Platon do swoich uczniów.

A ów junior asystent wyglądał tak: kapelusz na bakier, krawat wypiętrzony pod brodą niczym podagra kalosza, plamy atramentu na rękawach, flejtuch i oferma.

Stary doktor mierzy mi puls, myślami krążąc w innych sferach.

– Noo, nada się, nada. – I dopiero się ożywia: – A głowę – ma pan coś przeciwko?

– Nie, skąd. – Bo mnie zaskoczył.

Dobywa więc jakby suwmiarkę i dalejże obmierzać mnie: lewa skroń, prawa skroń, potylica, czoło, nos, i wokoło.

– Zawsze jak się TAM wybieracie – zanim wypłyniecie – sporządzam pomiary – dla dobra nauki!

– I jak wracamy?

– Wracacie? – Niezdolny powstrzymać ironicznego uśmiechu. – Zresztą zmiany zachodzą tu w środku, wie pan?

Nieogolony człowieczek w fartuchu jak szlafrok, w kapciach. Dziwadło, ale – nieszkodliwe dziwadło.

– Więc pan będzie następny. – Notując w kajecie. – Cudnie, cudnie. I jaki ciekawy materiał! – Zerknąwszy na mnie badawczo. – Przypadki obłędu w rodzinie?

– A weź się pan wypchaj tym dobrem nauki!

– O, żeby pan wiedział!, bardzo by nauka zyskała, gdyby udało się przeprowadzić studia zmian umysłowych zachodzących tam na miejscu!, wszelako –

– To pan jest psychiatrą?

– Cóż, każdy lekarz musi po trosze być psychiatrą, n’est-ce pas? Mam ja teorię; i na waszych głowach jej dowiodę. Jedni bogacą się tam złotem, inni kością słoniową, a ja, ja chcę z owych wspaniałych kolonii wydobyć nową wiedzę naukową. Pan się nie gniewa. Nie miałem wcześniej okazji przebadać nikogo z Anglii –

– Pańskie szczęście, że ze mnie Anglik mało angielski.

– Głęboka myśl. – Śmiejąc się już na głos. – I głęboko błędna. Cóż. Strzeż się pan udarów słonecznych. Oraz udarów nerwowych, tych jeszcze bardziej. – Z uniesionym ostrzegawczo palcem wskazującym. – Najważniejsza rzecz w tropikach: spokój ducha. Du calme, du calme. Adieu!

I jeszcze – pożegnać się z cioteczką niezrównaną.

Ciotka – tryumfująca. Herbatka, salonik, kominek, gadu-gadu, i dopiero wtedy powoli spływa na mnie świadomość, kogo ona właściwie tak rozreklamowała żonom dyrektorów Korporacji i Bóg wie komu. Ten talent samorodny, jeden na milion, przyszłość biznesu i prawdziwe zbawienie Korporacji – jam to! Słucham i nie wiem, gdzie oczy podziać. Wszystko to po to, żebym popływał sobie po malowniczej rzece kieszonkowym parowcem!

Ach, gdyż ja na dodatek byłem Działacz, rozumiecie, przez duże D. Posłaniec niebios, podręczny mesjasz, anioł cywilizacji – przy takim to ogniu prometejskim grzała się wówczas opinia publiczna, gazety, pikiety i komitety, i słodki dym poniósł się po salonach, a ciotuchna, stworzenie salonowe, zaczadziła się na amen.

– Ktoś przecież musi wydobyć miliony nieszczęśników z okrutnej ciemnoty!

Aż mi się głupio zrobiło.

– Korporacja działa dla zysku, ciociu.

Ciotka, rezolutnie:

– I cóż, że dla zysku? Zapomniałeś, Karolku? Godzien jest robotnik swej zapłaty!

Niesamowite!, jak łatwo kobiety wyłączają się z rzeczywistości! Żyją we własnym świecie, nie było i nie będzie takiego świata – zbyt piękny, prysnąłby w lukier i cukier pod pierwszym promieniem słońca, pod pierwszym dotykiem chropowatych faktów. Z którymi my, mężczyźni, współżyjemy bezboleśnie od czasów Adama.

Uściski, noś flanele, nie zapomnij listów pisać, uściski, uściski, wreszcie wyszedłem, a ledwo wyszedłem, spadło na mnie na ulicy to kwaśne przeczucie: że mianowicie jestem oszustem, złodziejem, że skradłem cudzą tożsamość.

Kłamstwo zgnilizna prawdy, kłamstwo gangrena realu – roznosi wszędzie ten zapaszek śmierci, w każdym razie ja go wyczuwam, słodko wymiotną perfumę trupa. A moje przewrażliwienie nie wynika z delikatnej konstytucji moralnej; ja po prostu nie mogę znieść kłamstwa, odrzuca mnie, choruję od niego.

I teraz, chociaż sam nie kłamałem, to pozwalając im hodować w głowach fałsz o mnie, o moich wielkich koneksjach i intrygach europejskich, roznosiłem tę zarazę i sam dla siebie zaśmierdłem zimnym potem grobu.

I miałem wówczas nawet chwilę zawahania, zawieszenia w działaniu – jechać? nie jechać? – ja!, dla którego przepłynąć ocean to niewiele więcej niż przejść przez ulicę! A tu – jakbym szykował się nie na podróż w głąb Czarnego Kontynentu, lecz – do samego jądra Ziemi.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?