Pięć butelek sherry i bukiet różTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pięć butelek sherry i bukiet róż
Pięć butelek sherry i bukiet róż
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
Pięć butelek sherry i bukiet róż
Audio
Pięć butelek sherry i bukiet róż
Audiobook
Czyta Robert Michalak
19,99  14,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Opowiedziałem jej o telefonicznych kawałach Patricka i śmiała się prawie do łez.

— Naprawdę panu zazdroszczę, doktorze. Ja chyba nie miałam prawdziwego przyjaciela. Może kiedyś Wiktor... — powiedziała z lekkim uśmiechem na twarzy.

Nie powiedziałem jej nic o sobie. Zupełnie świadomie i celowo. Nie czułem potrzeby. I ona chyba też nie oczekiwała takiego rewanżu z mojej strony. Słuchałem jej więc milcząc. Unikałem komentarzy, rad czy pocieszeń.

O dwunastej odwiozłem ją do domu. Gdy zatrzymałem samochód przed jej furtką, patrzyła na mnie przez chwilę i powiedziała:

— Dziękuję, doktorze, naprawdę bardzo mi pan pomógł. Czuję się o wiele lepiej. Proszę mi wybaczyć, że obarczyłam pana tymi zwierzeniami. Bo, na dobrą sprawę, cóż to wszystko może pana obchodzić? Jesteśmy dla siebie zupełnie obcymi ludźmi, przy tym tak krótko się znamy. Być może dziwi się pan, dlaczego akurat pana wybrałam na słuchacza, ale nie żałuję swego wyboru. Pan potrafi słuchać, a przy tym mam wrażenie, że dużo pan rozumie. Jeszcze raz dziękuję i do zobaczenia.

Objęła mnie za szyję i przytuliła twarz do mojego policzka. Wysiadła szybko z samochodu i zniknęła za furtką. Patrzyłem za nią przez chwilę.

Miałem ruszyć, kiedy zobaczyłem pannę Mason idącą szybkim krokiem w stronę domu. Dojrzała mnie także, zatrzymała gestem. Otworzyła przednie drzwiczki i wsiadła.

— Panie doktorze, proszę odjechać gdzieś dalej.

Popatrzyłem na nią nic nie rozumiejącym wzrokiem, ale w tonie jej głosu było coś takiego, że nie pytałem o nic.

Objechałem ulicę i stanąłem w jej przeciwnym końcu, tuż przy skwerku.

Panna Mason wyjęła z torebki paczkę dunhilli, poczęstowała mnie. Podałem jej ogień. Zaciągnęła się nerwowo.

— Panie doktorze — zaczęła — głupio mi o tym mówić, ale... Może pan coś poradzi. Joseph wrócił dzisiaj zupełnie niespodziewanie. Chyba w pół godziny po wyjściu Weroniki. Zapytał mnie, dokąd wyszła, powiedziałam, że nie wiem. Telefonował do Grace... Ach, pan nie wie, kto to jest. Nieważne. Oczywiście jej nie znalazł. Będzie straszna awantura. On jest bardzo wybuchowy. Naprawdę wolałabym teraz nie być na miejscu Weroniki — zakończyła.

— Najlepiej powiedzieć mu prawdę — odezwałem się po chwili. — Nie może mieć chyba pretensji o to, że spędziła ze mną wieczór w restauracji. Przecież to absurd...

Urwałem. Przypomniało mi się, że moje nazwisko nic panu Berkleyowi nie powie.

— Nie może mieć pretensji?! Doktorze! Gdyby pan wiedział, jakie drobiazgi wyprowadzają go z równowagi, nigdy by pan czegoś podobnego nie powiedział. On chwilami zachowuje się jak furiat. Nie tylko w stosunku do Weroniki zresztą. Nie mówię już o sobie, ale gdyby pan słyszał, jak traktuje tego nieszczęsnego Daviesa. Pan Brian powinien nosić aureolę nad głową. Już przynajmniej ze sto razy mógł mu podziękować za współpracę, bo w końcu to Davies jest szefem firmy. Znosi wszystkie humory Josepha z anielską niemalże cierpliwością. Nie wiem dlaczego. Może jakiś dług wdzięczności? Ale jeśli nawet tak, to już po tysiąckroć go spłacił. Pan nie zna Josepha, ale naprawdę trudno z nim współżyć. Ja po prostu go ignoruję, ale Weronika nie może sobie pozwolić na taki luksus. Serdecznie mi jej żal.

Panna Mason była naprawdę zdenerwowana.

— Może mimo wszystko zatelefonuję do pana Berkleya i postaram mu się jakoś wytłumaczyć — zacząłem, lecz nie pozwoliła mi dokończyć.

— Zrobimy tak. Niech pan teraz jedzie do domu, a rano albo ja, albo Weronika zatelefonujemy do pana. O której pan wychodzi?

— O siódmej. Niestety, jutro muszę być bardzo wcześnie w klinice.

— Dobrze. Zatelefonuję więc do kliniki, jeśli można. Czy zechce pan zapisać mi numer?

Wyciągnęła kalendarzyk.

— Dziękuję, o której mogę zadzwonić? — spytała, gdy wręczyłem jej z powrotem notesik.

— Około dwunastej.

Czułem się tak, jakbym pracował w konspiracji. Czy to możliwe, żeby kilka lampek koniaku pociągnęło za sobą taką awanturę? — myślałem. — On musi być piekielnie zazdrosny. Z jednej strony wcale mu się nie dziwię, bo żonę ma rzeczywiście cudowną, ale z drugiej, nie obrał chyba najwłaściwszej metody postępowania.

— Jeszcze raz przepraszam, doktorze, chciałabym jej jakoś pomóc, może się uda. Proszę mnie nie odprowadzać — dodała, widząc, że mam zamiar wysiąść z samochodu. — Do widzenia.

Odstawiłem wóz do garażu i wszedłem do mieszkania. Tina przywitała mnie entuzjastycznie, machając ogonem i szczekając głośno. Wziąłem ją na kolana, żeby ją jakoś uspokoić. Usiłowałem pozbierać rozproszone myśli. Miałem kompletny mętlik w głowie. Tego wieczoru, mimo iż spotkanie trwało zaledwie kilka godzin, poznałem historię ludzkiego życia mieszczącą się w latach. A później jeszcze spotkanie z panną Mason...

Długo nie mogłem zasnąć tej nocy. Dręczyły mnie wspomnienia i te najbliższe, z minionego dnia, i te odleglejsze, najbardziej tragiczne. Nie mogłem sobie dać ze sobą rady. Byłem wytrącony z równowagi, nic nie rozumiałem, czułem potworny ucisk w głowie, typowe objawy migreny. Przewracałem się z boku na bok. Nadszedł nawet moment, kiedy chciałem pójść na górę do Patricka i szukać u niego pomocy, pomyślałem jednak, że nie ma sensu budzić go w środku nocy.

Wziąłem dwa proszki nasenne, nastawiłem budzik na szóstą, miałem przed sobą trzy godziny snu...

Następnego dnia punktualnie o dwunastej zatelefonowała panna Mason.

— Ponieważ Weronika powiedziała Josephowi o spotkaniu z panem — zaczęła — wyraził chęć poznania pana, doktorze. Zdaje się, że słyszał coś o panu, nie wiem dokładnie, o co mu chodziło.

Zdrętwiałem. Czyżbym znowu był w sytuacji, w której będę musiał o TYM mówić. Mam nadzieję, że nie będzie żądał szczegółów — przemknęło mi przez myśl.

— A więc nie było awantury — skonstatowałem.

— Prawdopodobnie dzięki temu, że nazywa się pan właśnie Trench — odpowiedziała. — Czekamy o siódmej, oczywiście o ile dysponuje pan czasem. Weronika chce też zaprosić pana mecenasa. Sama do niego zadzwoni.

Odetchnąłem z ulgą. A więc nie czeka mnie tak zwana „męska ” rozmowa w gabinecie pana domu — pomyślałem — bo i cóż mógłbym mu powiedzieć?

— Dziękuję bardzo za zaproszenie. Z przyjemnością przyjdę.

Mój niedzielny dyżur dobiegł końca o trzeciej, postanowiłem więc zatelefonować do Patricka i zaproponować mu obiad w mieście.

Gdy opowiedziałem mu o wszystkim, zamyślił się głęboko.

— Tak, panie, proszę ciebie, rozumiesz. Ciężko jej na pewno. Ale pewnie go bardzo kocha — stwierdził dość naiwnie. — Jak sądzisz?

— Tak, zapewne. Sugerowała natomiast coś, z czego wynika wyraźnie, że ona z kolei nie jest jedyną kobietą w jego życiu.

— To niemożliwe! —nie pozwolił mi dokończyć. —Taka piękna kobieta! Chciałbym zobaczyć tę jej konkurentkę, panie, proszę ciebie.

— Nie bądź dzieckiem, Patrick. Czy liczy się tylko i wyłącznie uroda?

— Taka jak jej,panie, zawsze, mój drogi — stwierdził stanowczo.

— Boję się trochę tego spotkania — powiedziałem. —Panna Mason mówiła, że pan Barkley coś o mnie słyszał. Wiesz przecież, jak to wtedy było. Zdjęcia, artykuły w gazetach...

— Nie sądzę, panie, żeby ktoś mógł okazać się aż tak nietaktowny...

— I pytać o cokolwiek, tak? — dokończyłem. — Mylisz się, Patrick. Nie oceniaj ludzi swoją miarką. Nie mówiłem ci nigdy o tym, bo po co, ale jeśli poruszyliśmy tę kwestię, to wielu już poznałem takich ciekawskich. Dla nich liczy się sensacja, nie ludzkie uczucia. Nie znam pana Berkleya i nie wiem, jakim jest człowiekiem, ale muszę się psychicznie przygotować do wszelkiego rodzaju ewentualności, nie sądzisz?

— Postaram się nie dopuścić do tego typu rozmowy — obiecał. — Nie denerwuj się, Jonathan.

Po obiedzie poszliśmy na długi spacer. Plotkowaliśmy trochę na temat sobotniego przyjęcia. Okazało się, że podczas gdy rozmawiałem z panią Berkley w ogrodzie, pan Brown opowiadał niesamowite historie o duchach, wampirach, zjawach. Wydawał się być całkowicie przekonany, że nie są one wytworami ludzkiej fantazji, lecz istnieją naprawdę. Podawał nawet przykłady i zaproponował seans spirytystyczny dla pełniejszego uargumentowania swoich racji, lecz okazało się, że u nas w domu nie ma żadnego okrągłego stolika, niezbędnego ponoć do przeprowadzania tego rodzaju eksperymentów. Profesor Richards mówił o parapsychologii i starał się przedstawić zjawiska pozornie irracjonalne w świetle najnowszych badań naukowych, lecz nikt nie chciał go słuchać. Ostatecznym argumentem przeciwko jego naukowym wywodom miała być historyjka opowiedziana przez panią Brown, która chociaż w tym jednym wypadku całkowicie solidaryzowała się z mężem. Otóż pani Brown, jeszcze jako młoda dziewczyna, zamieszkiwała duży dom pod Londynem wraz z liczną rodziną, składającą się chyba przynajmniej z dziesięciu osób. Za jej bytności w owym domu umarł tam jej dziadek, babka i stryj. Przed śmiercią każdego z nich nieodmiennie otwierał się zamknięty na haczyk lufcik w salonie, który stukał trzy razy w ramę, a jak wiadomo, liczbie tej przypisywano już wiele znaczeń. Według pani Brown należało to rozumieć jako ostrzeżenie z zaświatów.

— A wiesz, jak zakończyła tę historyjkę, Jonathan? „I chyba nie powie pan, profesorze, że za każdym razem był przeciąg?”

— A co na to Richards? — zainteresowałem się opowiadaniem Patricka.

— Poddał się, panie. Nie chciał, rozumiesz, pójść w ślady Galileusza. Ja go tam rozumiem. No bo powiedz, co on przez to swoje „a jednak się kręci!” wygrał? I tak nikt mu nie uwierzył, rozumiesz.

Parsknąłem śmiechem. Patrick niejednokrotnie podchodził do najbardziej uznanych „wielkich” ludzi z dużym przymrużeniem oka, głównie po to, żeby osiągnąć efekt humorystyczny. I tym razem udało mu się znakomicie.

 

Gawędziliśmy tak i powoli odzyskiwałem poważnie wczoraj zakłóconą równowagę ducha. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła szósta, a więc trzeba było wracać, by punktualnie stawić się u Berkleyów. Zdążyliśmy w samą porę.

Otworzyła nam pani Berkley. Zauważyłem, że unika mojego spojrzenia. Zrobiło mi się przykro. Nie sądzi przecież chyba, że ośmieszyła się przede mną, czy coś w tym rodzaju. Uśmiechnąłem się do niej. Miałem wrażenie, jakby odetchnęła z ulgą.

— Proszę, niech panowie wejdą. Mąż mój czeka na panów. Zapragnął poznać najbliższych sąsiadów.

Wprowadziła nas do pięknie urządzonego hallu. Ściany wyłożone boazerią w pięknym jasnokremowym kolorze, na nich nowoczesne grafiki, które sądząc z tego, co zdołałem zaobserwować, przedstawiały sceny z życia Don Kichota. Salon prezentował się równie wspaniale. Największy mój podziw wzbudziły lampy zawieszone tuż pod sufitem, ale tak zaprojektowane, że w każdej chwili mogły zmienić swe położenie i dokładnie oświetlić niski, podłużny stolik stojący w lewej części salonu. Pod szeroko otwartym oknem stał wspaniały i, jak sądziłem, wygodny fotel, obok stolik z telefonem. W prawej części salonu umieszczono rząd regałów, telewizor, barek oraz kilka niskich krzeseł.

— Piękne mieszkanie, panie — odezwał się Patrick. — Czy wolno mi spytać, kto był projektantem?

— Pan Eagles z „Renovation”. Witam panów.

Odwróciliśmy głowy. W progu, przy otwartych drzwiach wiodących do sąsiedniego pokoju, stał wysoki, postawny mężczyzna. Na pierwszy rzut oka wydawał się bardzo podobny do pani Berkley. Ciemnopiwne oczy, smagła cera, która zdawała się nosić ślady opalenizny, czarne włosy.

Ubrany był w letni jasnoszary garnitur w drobniutką, delikatną kratę, niebieską koszulę i z niedbałą elegancją zawiązany stalowy krawat.

— Poznajcie się panowie, mój mąż, Joseph — powiedziała pani Berkley.

— Wiele o panu słyszałem, doktorze, i doprawdy nie wiedziałem, że zostaliśmy sąsiadami. Bardzo się cieszę, że pana spotykam.

Uścisnęliśmy sobie ręce.

— To jest pan mecenas Senders — kontynuowała prezentację pani Berkley.

— Bardzo mi miło, panie mecenasie. Zdaje się, że czytałem gdzieś o panu. Czy nie bronił pan przypadkiem owego słynnego Jakobsa?

— Niezwykle mi, panie, proszę ciebie, miło, że pan o mnie słyszał, drogi sąsiedzie, ale raczył pan mieć na myśli niejakiego Fendersa zapewne. Znam go, a jakże, całkiem sympatyczny, rozumiesz, całkiem. A ja nie zajmuję się zupełnie adwokaturą. Mam co prawda uprawnienia, ale wszystko przez to moje, proszę ciebie, panie, rozumiesz, powiedzonko. Chyba by mnie, panie, nie przyjęli. Życie spędziłem udzielając porad spadkowych, panie. Ale wcale nie narzekam. Wcale.

Dłuższy monolog dał panu Berkleyowi sposobność, aby się trochę otrząsnąć po tym niezbyt udanym wystąpieniu. Nie podtrzymywał już jednak tematu i zaproponował drinka.

Gdy spojrzałem na wystawny barek wypełniony po brzegi najróżniejszymi trunkami, zrobiło mi się słabo. Czwartek? — Piłem. Piątek? — Piłem. Sobota? — Piłem. Miałem zdecydowanie dosyć.

Popatrzyłem na panią Berkley, która widać mnie zrozumiała, gdyż uśmiechnęła się lekko i zaproponowała kawę.

— Czy dobrze się panom mieszka w tej okolicy?—zapytał gospodarz.

— Nie narzekamy, prawda, Patrick? Spokój, cisza, mili sąsiedzi. Przy tym niedaleko do sklepów. Czegóż jeszcze trzeba?

— Tak, prawda. Chociaż ostatnio bardzo rzadko bywam w domu, rozumieją panowie, praca, interesy, zauważyłem, że istotnie okolica jest wyjątkowo spokojna.

— Przy Kensington zwariować można było. Samochody, ruch, hałas, nie na moje nerwy — wtrąciła pani Berkley.

Zastanawiałem się, czy nie poruszyć przypadkiem sprawy ubiegłego wieczoru. Powinienem chyba.

— Chciałem pana przeprosić za późny powrót pana żony wczorajszego wieczoru. To doprawdy moja wina, tak się zagadałem, że z pewnością zanudziłem panią na śmierć — zwróciłem się do pani Berkley.

Zarumieniła się prawie niedostrzegalnie.

— Nie, skądże, bardzo miło się z panem rozmawia — zaprzeczyła.

— Panie doktorze, jestem panu wdzięczny za opiekę nad Weroniką. Jak już mówiłem, często zmuszony jestem bywać poza domem. Miło z pana strony, że zaprosił ją pan na drinka. Nie chciałbym, żeby zostawała sama. Szczególnie teraz. Mam — zawahał się lekko — mam teraz ciężki okres w przedsiębiorstwie. Oby się już wszystko szybko zakończyło i będę wolniejszy. Może jednak napije się pan, doktorze?

— Nie, nie. Dziękuję. Szkoda, że nie było pana na przyjęciu urodzinowym Patricka. Było bardzo miło — usiłowałem podtrzymać rozmowę.

— Również żałuję. Zechce pan, panie mecenasie, przyjąć ode mnie spóźnione, lecz najserdeczniejsze życzenia. Aha, przypomniało mi się. Mam przecież dla pana prezent. Przepraszam panów na chwilę.

— Ależ drogi sąsiedzie, po co to wszystko, doprawdy...

— Zaraz wracam — rzucił już od drzwi.

Pani Berkley spojrzała na mnie i uśmiechnęła się.

— Dziękuję panu, doktorze.

— Kiedyś mi się pani zrewanżuje. Zgoda?

— Nawet jutro.

— Doskonale.

Pan Berkley wrócił szybko i podał Patrickowi niewielki pakiecik. Po otwarciu okazało się, że paczuszka zawiera miniaturowy sztylet starej roboty. Było to istne cacko jubilerskiej sztuki, srebro, grawerowana rękojeść, pozłacane ostrze. Patrick, a ja również, oniemiał z zachwytu. Długo wzbraniał się przed przyjęciem drogiego z pewnością podarunku, lecz pan Berkley nawet nie chciał słyszeć o odmowie.

Rozmawialiśmy długo o naszej pracy, kłopotach, interesach. Pan Berkley był współwłaścicielem dużej spółki zajmującej się handlem placami i parcelami w Londynie i jego okolicach. Zajmował w niej stanowisko zastępcy dyrektora naczelnego, którym był jego dobry znajomy, a właściwie, jak się gospodarz „piątki” wyraził, przyjaciel. Podróżował sporo, gdyż podlegał mu eksport, jak nazywał sprzedaż gruntów obcym kapitałom. Nie narzekał na pracę, chociaż miał jej bardzo dużo.

Pani Berkley prowadziła dom, zajmowała się zakupami na zmianę z panną Mason, która podobno znakomicie gotowała.

Obserwowałem gospodarza. Był w stosunku do nas nadzwyczaj uprzejmy i wcale nie sprawiał wrażenia człowieka, który nie myśli o niczym innym jak tylko i wyłącznie o swojej pracy. Uśmiechnięty, prawiący komplementy żonie — zupełnie inny, niż go sobie wyobrażałem. Jego twarz jednak nosiła wyraźne objawy zmęczenia — podkrążone oczy, kilka drobnych zmarszczek na czole. Gdy wstał, zauważyłem, że nie ma sylwetki mężczyzny czterdziestoletniego, a tyle lat, według słów pani Berkley, miał sobie liczyć jej mąż.

Dopiłem drugą już tego wieczoru kawę i dyskretnie dałem znak Patrickowi. Pożegnaliśmy się i o dziewiątej znaleźliśmy się w domu. Ostatnie dni były tak dla mnie męczące, że prawie natychmiast położyłem się spać.

Nazajutrz czekało mnie moc pracy. Poniedziałek był zawsze koszmarny w naszej klinice. Plany na bieżący tydzień, stos zaległej korespondencji, spotkanie z profesorem, pacjenci, studenci — słowem, urwanie głowy.

Zaraz po lunchu zadzwoniłem do pani Berkley. Telefon odebrała panna Mason. Poinformowała mnie, że Weronika wyszła do swojej przyjaciółki, Grace Billington, i spodziewa się jej dopiero późnym wieczorem. Jak mi powiedziała, Weronika spotykała się z Grace regularnie, przynajmniej raz w miesiącu, i szły wtedy razem gdzieś do kawiarni, gdzie spędzały całe godziny.

Gdy wróciłem do siebie, do gabinetu, zastałem już tłum studentów, których miałem przeegzaminować. Zgodnie z przewidywaniami w domu byłem około ósmej wieczorem.

Patrick stukał na górze swoje pamiętniki, więc postanowiłem popracować trochę nad artykułem dla „Lanceta”.

Przesiedziałem tak dwie godziny. Około dziesiątej Patrick poprosił mnie na kolację. Miał tego dnia dyżur w kuchni. Zjadłem szybko i wyszedłem z Tiną na spacer.

Skierowałem się w stronę skwerku, tam gdzie chodziłem zwykle. Nocą Tina trzymała się zawsze blisko mnie. Nie odbiegała zbyt daleko i nie miałem z nią wówczas żadnych kłopotów. Owego poniedziałku było inaczej. Pies zachowywał się dziwnie. Szedł tuż przy nodze, powarkiwał z cicha, był wyraźnie niespokojny. Pogłaskałem ją, ale nie pomogło. Jej stan udzielił się i mnie. Noc była ciemna, bez księżyca. Rozejrzałem się wokoło. Nikogo na skwerze nie zauważyłem. Lampy, które zwykle dają liche co prawda oświetlenie, nie paliły się. Tina nastroszyła się. Postanowiłem wracać. I wtedy właśnie usłyszałem krzyk.

Tina z głuchym warkotem rzuciła się przed siebie i zniknęła w mroku. Odruchowo pobiegłem za nią. Krzyk powtórzył się, tym razem znacznie bliżej. „Tina! ” — zawołałem. „Tina!” — krzyknąłem, jak mogłem najgłośniej. Biegłem, zupełnie nie zdając sobie sprawy dokąd, w jakim kierunku. Sam nie wiem dlaczego, wpadłem w panikę. W głowie miałem kompletny zamęt, pustkę, krzyczałem bezsensownie wciąż to samo słowo: „Tina”.

Zabrakło mi tchu. Opamiętałem się dopiero przy narożniku Park Avenue. Nerwowo wyginałem w rękach smycz psa.

Co to, na miłość boską, mogło być? Czego się tak przestraszyłem? Chryste... Co mi się stało? Krzyk... Skąd pochodził tamten krzyk?.

Obejrzałem się za siebie. W gęstniejącym z minuty na minutę mroku nie potrafiłem dojrzeć niczego. Zapaliłem papierosa.

W pewnym momencie zdawało mi się, że słyszę jęk. Jęk, nie mogłem się mylić.

Napad na Nancy... — przemknęło mi przez myśl.

Zadeptałem niedopałek i znieruchomiałem. Teraz nie miałem już żadnych wątpliwości. Zduszony dźwięk dochodził zza narożnika parkanu jakiejś willi położonej w głębi ogrodu. Ostrożnie wysunąłem się o krok do przodu.

Zobaczyłem ją leżącą na chodniku.

Podbiegłem błyskawicznie. Leżała na wznak. Kosmyki włosów przyklejone do czoła, charakterystyczna, chłopięca fryzura, zamknięte oczy. Pochyliłem się nad jej piersią. Serce biło normalnie, spokojnym rytmem. Dotknąłem nogi. Okolice stopy i kostki wydawały się silnie spuchnięte. Lekko potarłem policzki, a gdy wciąż nie otwierała oczu, uderzyłem niezbyt mocno. Zmarszczyła brwi. Po chwili poznała mnie. Rozpłakała się.

Przytuliłem ją mocno do siebie i oboje odpoczywaliśmy w ten sposób przez chwilę.

— Nic pani nie jest? — spytałem wreszcie.

— Nie, nie — szepnęła ledwo dosłyszalnie.

— Co się stało? Słyszałem krzyk...

— Ktoś... Ktoś mi zabrał torebkę. Popchnął mnie i zabrał... Uciekł. Tam uciekł — opowiadała chaotycznie.

— Rozpozna go pani?

— Nie, nie widziałam. Szedł za mną, potem biegł i... i upadłam, on mnie popchnął. Uderzyłam się w głowę. Bardzo boli.

Pod włosami namacałem płytką ranę. Na szczęście niegroźną. I krwotok był niewielki.

— Musi pani teraz wstać. Tylko ostrożnie. Pomogę. O tak... Teraz druga noga, tak, dobrze.

Stała o własnych siłach.

— Jak się pani czuje? Ma pani zawroty głowy? Ręce? Nogi? Dobrze. Mogło być gorzej. Kości całe. Kostka silnie stłuczona, ale szybko wyzdrowiejemy, prawda? — wpadłem już w swój lekarski nawyk trochę może głupiej rozmowy z chorym. Prawie zawsze okazywał się być skuteczny.

— Tak — powiedziała — wyzdrowieję. Ale trochę boli, nie bardzo potrafię... Nie mogę nią poruszyć....

Syknęła z bólu.

— Pójdziemy razem. Wezmę panią pod ramię.

Wolnym krokiem ruszyliśmy w kierunku domu. Powiedziałem jej, że musimy wstąpić do mnie. Chciałem założyć opatrunek, dać krople na uspokojenie. Posuwaliśmy się ostrożnie.

Martwiła mnie nieobecność Tiny. Po drodze wołałem ją kilkakrotnie, ale nie pojawiła się.

Gdy znaleźliśmy się w odległości kilkunastu metrów od naszej furtki, usłyszałem głos Patricka. Zamajaczyła mi jego postać.

— To ty, Jonathan?

— Patrick! Chodź tutaj. Szybko, pomóż...

Natychmiast znalazł się przy nas.

— Wielki Boże! Pani Berkley! Co się stało? — zawołał.

— Wszystko później. Teraz weź panią pod rękę z drugiej strony. O tak.

Weszliśmy do salonu. Podsunąłem jej wygodny fotel, przygotowałem opatrunek. Patrick zrobił przez ten czas kawę. Nalał wszystkim po sporej porcji koniaku. Umyłem ręce i zatelefonowałem na policję.

Opowiedziała jeszcze raz. Napad był typowy, bardzo przypominał zdarzenie z Nancy. Nie widziała nic, noc była ciemna, brak oświetlenia, silne pchnięcie i jednoczesne szarpnięcie za torebkę. Później straciła przytomność. Szukaj wiatru w polu.

Policja przyjechała bardzo szybko. Spisali protokół, wypytywali o szczegóły i niczego konkretnego się nie dowiedziawszy, odejchali.

Pani Berkley zatelefonowała do domu. Nie chciała, aby panna Mason niepokoiła się o nią. Nikt nie podnosił słuchawki. Pan Berkley wyjechał na parę dni gdzieś do Szkocji, a panna Mason? Może była w kinie. Często chodziła na nocne seanse.

 

Weronika nie mogła teraz wrócić do pustego domu. Nie pozwoliłem jej zresztą na to.

Niepokoiła nas nieobecność Tiny. Patrick wyszedł przed dom i zawołał. Cisza.

Siedzieliśmy pijąc mocną kawę i koniak. Około dwunastej pani Berkley zadzwoniła powtórnie. Tym razem panna Mason odebrała telefon. Odprowadziliśmy właścicielkę „piątki” do samych drzwi i rozstaliśmy się.

Gdy wróciliśmy, Tina warowała przed furtką. Była tak przerażona, że dopiero po godzinie zasnęła w sypialni Patricka.

Wtorek miałem spokojny. Niewiele zajęć, koniec sesji. Z kliniki telefonowałem do pani Weroniki. Była w fatalnym nastroju. Fizycznie czuła się jednak lepiej. Powiedziałem, że wpadnę z Patrickiem po południu.

Byliśmy u niej o ósmej. Otworzyła nam panna Mason, która cały dzień opiekowała się chorą.

Pani Berkley chodziła już samodzielnie, ale z dużymi trudnościami.

— Jak się miewa, panie, proszę ciebie, nasza droga chora sąsiadeczka? — zagaił rozpromieniony Patrick.

— Jak to miło, żeście panowie zechcieli przyjść. Dobry wieczór. Proszę, siadajcie, panowie. Bałagan tutaj, grałyśmy z Alice w karty.

— Co za okropna historia — zaczęła panna Mason. — Naprawdę, nie można być pewnym dnia ani godziny...

— I to już drugi raz w ciągu tak krótkiego czasu, panie. Najpierw Nancy, rozumiesz, teraz pani... A policja pewnie śpi.

— Nie przesadzaj, Patrick — wtrąciłem się. — Cóż oni mogą zrobić w tak krótkim czasie? Poza tym w obu wypadkach napadu dokonano wieczorem, żadna z pań więc nie mogłaby rozpoznać napastnika, nawet gdyby doszło do konfrontacji. Oni nie są wcale w łatwej sytuacji.

— Tak, panie, proszę ciebie, rozumiesz, może rzeczywiście masz rację. — Patrick zamyślił się. — Ale w takim razie, panie — kontynuował po chwili — trzeba przedsięwziąć jak najdalej idące środki ostrożności. Pani, na przykład — zwrócił się do panny Mason — absolutnie nie powinna wychodzić sama wieczorem, rozumiesz.

— Nic mi się nie stanie. — Panna Mason jakby zmieszała się lekko. — A poza tym... biegam tak szybko — dodała z uśmiechem. — W razie czego na pewno ucieknę.

— Pani sobie żartuje, rozumiesz — sapnął Patrick — a zrobiło się naprawdę niebezpiecznie. Proszę obiecać, że posłucha mnie pani. Nie mówię już o pani Berkley, bo ona na pewno ma dosyć samotnych spacerów nocą.

— Niech pan nie demonizuje, panie mecenasie. — Panna Mason nie wydawała się być przekonana o jego słuszności, gdyż powiedziała to bardzo lekko, nawet jakby niedbale. — Poza tym na takiej samej zasadzie nikt nie wsiadałby do pociągów, samolotów, nie mówiąc już o samochodach, bo przecież zdarzają się wypadki. Ja pozostanę przy swoich zwyczajach — powiedziała tonem nie znoszącym sprzeciwu.

— Nie budźmy licha — mruknął Patrick, wcale nie przekonany. — Ale z pani uparciuch.

Roześmiała się.

— A więc jako kobieta samotna, ilekroć będę chciała pójść na przykład do kina, będę dzwoniła do pana, mecenasie, i prosiła o opiekę, zgoda?

— Z największą przyjemności, panie, proszę ciebie, rozumiesz. Zawsze będę służył mym silnym męskim ramieniem — powiedział z zabawną galanterią.

Pani Berkley powoli wracała do formy. Umówiliśmy się na telefon następnego dnia i pożegnaliśmy sąsiadki. Nie chciałem zbyt długo zostawiać Tiny. Od wczoraj bardzo dziwnie się zachowywała. Była smutna, osowiała, pobudliwa. Każdy głośniejszy dźwięk wyprowadzał ją z równowagi.

Gdy wróciliśmy do domu, Tina wybiegła nam na spotkanie. Nie było jednak charakterystycznego dla niej hałaśliwego, entuzjastycznego powitania. Zamerdała tylko kilka razy ogonkiem i wróciła na posłanie.

— Tina — odezwałem się do niej. — Co się stało pieskowi? Powiedz panu!

Patrzyła mi prosto w oczy. Podszedłem bliżej, klęknąłem obok posłania. Chciałem wziąć ją na ręce. Wyrwała mi się.

— Daj chociaż panu łapę, Tina — prosiłem. — Nie kochasz już pana?

Wziąłem jej przednią łapę w dłonie, w tym momencie Tina pisnęła tak, jakby poczuła gwałtowny ból. Przytrzymałem ją mocno i spojrzałem na poduszeczkę prawej łapy. Tkwił w niej duży kolec.

Pewnie wczoraj wśliznęła się pod furtką do jakiegoś ogrodu— pomyślałem.

— Patrick, przynieś mi pincetkę, spirytus i watę. Zrobimy Tinie operację.

Zabieg trwał nie dłużej niż minutę. Tina spojrzała jakby z niedowierzaniem na łapę, zamerdała ogonem i polizała mnie po nosie.

— Wreszcie się na coś w domu przydałeś, panie, proszę ciebie — Patrick nie odmówił sobie złośliwości. — Chociaż ja bym to zrobił nie gorzej od ciebie, panie. Prawda, Tina?

Tina wskoczyła mu na kolana i ułożyła się wygodnie. Po chwili zapadła w sen.

— Jak sądzisz, Jonathan, panie, proszę ciebie — zaczął Patrick. — Gdzie ona chodzi?

— Jaka ona?—w pierwszej chwili nie zrozumiałem zupełnie, o czym on mówi.

— Panna Mason, oczywiście, rozumiesz. Któż by inny?

— Patrick, na miłość boską! Cóż w tym dziwnego, że ładna, młoda kobieta wychodzi wieczorami z domu? Też masz problemy.

— A mam. Bo jeśli młoda i ładna, to dlaczego sama? A jeśli już sama, dlaczego o tak późnej porze. Pamiętasz? Kiedyś spotkaliśmy ją około dziesiątej i ona wcale nie wracała, ale dopiero wychodziła z domu. Wracającą spotkałeś ją wtedy około północy... Nie było z nią meżczyzny...

— Mój Boże! — wykrzyknąłem. — Może jest kinomanką, a w dzień nie ma czasu, może chodzi do nocnych klubów jazzowych, licho wie. Patrick! Chyba kupiłem ci kryminały na swoją zgubę. Teraz we wszystkim doszukujesz się tajemnicy.

— A propos kryminałów, panie, to przeczytałem już pięć i we wszystkich wypadkach odgadłem prawidłowo. Chyba mi wierzysz, panie, proszę ciebie?

Patrick nie potrafiłby w takiej sytuacji nikogo oszukać. Był zbyt honorowy.

— Oczywiście, ale zostało ci przynajmniej sześć razy tyle.

— I rozwiążę, panie. Jestem przekonany — powiedział dobitnie. Tak zakończyła się nasza rozmowa.

Następnego dnia zadzwoniłem z kliniki do pani Berkley. Telefon odebrała panna Mason.

— Ona teraz nie może podejść, doktorze. Joseph wrócił, pokłócili się, zresztą pewnie sama panu opowie. Zamknęła się w sypialni i płacze. Powtórzę jej, że pan telefonował. Do widzenia. Muszę już kończyć — powiedziała nagle, jakby czymś spłoszona i powiesiła słuchawkę.

Pani Berkley zatelefonowała wieczorem.

— Przepraszam, że fatygował się pan daremnie, doktorze, ale naprawdę byłam w okropnym stanie — zaczęła. — Było mi tak przykro... — urwała.

Miałem wrażenie, że znowu zaczęła płakać.

— Pani Weroniko — powiedziałem łagodnie i złapałem się na tym, że po raz pierwszy zwracam się do niej w ten sposób — proszę się uspokoić i opowiedzieć mi, co się stało.

— Jego nic nie obchodzi, nic — szlochała. — Powiedział, że nie ma się czym przejmować, że takie napady zdarzają się codziennie i że właściwie nic się nie stało. Ja go nic nie obchodzę, nie kocha mnie, znowu zostawił mnie samą. Poszedł do niej. Przywitać się.

— Do kogo? — Nic z tego nie rozumiałem.

— Jak to? Do Grace oczywiście. Jestem mu niepotrzebna. Boże, co mam robić?

— Proszę spróbować z nim jakoś porozmawiać...

— Porozmawiać! — nie pozwoliła mi dokończyć. — Porozmawiać! Ileż już razy...

Znowu nie dokończyła. Po drugiej stronie zapanowała cisza. Nagle usłyszałem jakiś hałas.

— Pani Berkley! — krzyknąłem. — Pani Weroniko! Cisza.

— Pani Weroniko!!!

Cisza. Przestraszyłem się.

Wybiegłem na ulicę.

Za chwilę byłem już pod jej domem. Furtka oczywiście zamknięta, nacisnąłem dzwonek. Nikt nie otworzył. Nie wiedziałem co robić. Pozostawało mi jedynie dostać się tam górą. Przeskoczyłem przez ogrodzenie. Przypomniało mi się okno w salonie i obiegłem dom dookoła. Na szczęście było otwarte. Dostałem się do środka. Pani Berkley nie było w salonie. Pobiegłem na górę.

Leżała w małym korytarzyku na podłodze, obok niej telefon.

Pochyliłem się nad nią. Tętno ledwo wyczuwalne, ale żyje... Co się stało? Wziąłem ją na ręce. Przed sobą zobaczyłem drzwi, pchnąłem je więc i znalazłem się w sypialni. Położyłem ją na łóżku, sam pobiegłem do łazienki, zwiliżyłem ręcznik i wróciłem do niej. Natarłem jej twarz. Przyłożyłem ucho do piersi. Serce pracowało normalnie. Otworzyła oczy.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?