Czeka na mnie TinaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czeka na mnie Tina
Czeka na mnie Tina
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 29,98  23,98 
Czeka na mnie Tina
Czeka na mnie Tina
Audiobook
Czyta Robert Michalak
14,99  11,09 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jonathan Trench

Czeka na mnie Tina

Saga

Czeka na mnie TinaZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1982, 2020 Jonathan Trench i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726559620

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

I

Elizabeth ucieszyła się bardzo, kiedy powiedziałem jej o zaproszeniu Sendersa. Zadzwonił do mnie w poniedziałek rano do kliniki, a gdy dyżurująca siostra poinformowała go grzecznie, że jestem na sali operacyjnej, zrobił jej potworną awanturę. Przedstawił się jako mój adwokat i zażądał natychmiastowej rozmowy w sprawie pacjenta, którego jakobym miał uśmiercić na stole operacyjnym. Przerażona pielęgniarka wpadła na salę w chwili, gdy demonstrowałem studentom sposoby usuwania wyrostka robaczkowego i niemalże siłą przyprowadziła do telefonu. Sam nie bardzo wiedziałem o co chodzi, bo siostra za nic w świecie nie mogła sobie przypomnieć nazwiska owego adwokata. Kiedy podniosłem słuchawkę, zabrzmiał w niej najpierw demoniczny chichot, a potem charakterystyczny bas:

— A jednak, panie, stary Senders jeszcze się liczy na tym świecie, skoro cię z sali ściągają. Jak się masz, Jonathan?

— Patrick! Co to za kretyńskie kawały? — wrzasnąłem w słuchawkę.

— Nie denerwuj się tak, rozumiesz. Właśnie wczoraj pomyślałem sobie, że dobrze by było, gdybyś wziął swoją szanowną małżonkę i Mary, zapakował je w samochód i przywiózł w piątek o dziewiątej rano na przystań.

— Żeby ci znowu pomóc w remoncie twojej łajby? — wyzłośliwiłem się na wspomnienie paskudnego kawału, jaki zrobił mi przed rokiem, kiedy to zaprosił nas na wyprawę do Irlandii, a gdy po karkołomnym pakowaniu i załatwianiu różnych formalności stawiliśmy się przy molo, gdzie zwykle cumowała „Caroline” Sendersa, mój przyjaciel zapędził nas do remontu pokładu i malowania burt, na czym właściwie zakończyła się wyprawa do kraju Joyceʼa, gdyż okazało się, że wygięty maszt uniemożliwia jakąkolwiek żeglugę.

— Nie będzie tak źle, rozumiesz — zagrzmiał Patrick. — Zaprosiłem naszą klubową paczkę, zamówiłem twoją ulubioną whisky i mam dużo lodu. Ruszamy na Happy Island. Jedziesz?

— Jadę. Ale jeżeli znowu narozrabiasz, to wytnę ci twój wyrostek bez narkozy.

— No proszę, nie wiedziałem, że masz taką sklerozę, panie. Sam mi ten wyrostek wycinałeś cztery lata temu. Jeszcze dzisiaj to czuję, rozumiesz. Trzymaj się i do zobaczenia w piątek o dziewiątej. Pozdrów ode mnie Elizabeth i ucałuj Mary — położył słuchawkę.

Spojrzałem groźnie na pielęgniarkę, która wyciągnęła mnie z sali i oświadczyłem, że gdyby ten pan dzwonił raz jeszcze, to jestem w drodze do jego biura z nożem w ręku i żądzą mordu na twarzy. Uśmiechnęła się.

Edynburg jest piękny, ale gdy wieczorem wracałem do domu, wydawało mi się, że to najokropniejsze miasto w Wielkiej Brytanii. Przedzierałem się do Cramond przez niezliczone korki i zatory samochodowe. W okolicach Princess Street Gardens, u podnóży słynnego Castle Rock — chluby średniowiecznego Edynburga zatarasowała mi drogę olbrzymia ciężarówka. Kierowca zasypiał chyba za kierownicą, gdyż pojazd wlókł się z prędkością pięciu mil przez dobre pół godziny. Jechałem za nią wściekły, że znowu nie zdążę na kolację, a Elizabeth będzie się niepokoić. Wreszcie zmora zjechała na pobocze i dała się wyprzedzić.

Cramond to osiedle nowoczesnych domków jednorodzinnych. Są ładnie położone i stosunkowo niedrogie, a mieszkania przestronne i dobrze zaprojektowane. I pomyśleć tylko, że mój przyjaciel Larry miał w tym wszystkim udział. Jest znakomitym architektem. Dawno go nie widziałem, ale byłem pewien, że Patrick zaprosił go również na Happy Island.

Szczerze lubiłem Patricka. Był moim najlepszym przyjacielem. Właściwie lubiłem wszystkich z naszej klubowej paczki. Znałem ich dosyć dobrze, a oni chyba mieli do mnie zaufanie tym bardziej, że z biegiem lat prawie każdy z nich odwiedził mój oddział w charakterze pacjenta. Larry Jackson, ten sam Larry, który wygrywał wszystkie ważniejsze konkursy architektoniczne w kraju i za granicą, miał kiedyś poważny wypadek i znalazł się w mojej klinice z powodu skomplikowanego złamania biodra. Operacja była trudna, należało sztucznie wypełnić ubytek kości. Patrickowi operowałem, wyrostek, a Roger Kevin, którego kariera filmowa i teatralna była znana nie tylko w Wielkiej Brytanii, spadł kiedyś z konia i składałem mu rękę. Projektant mody damskiej, najlepszy strzelec naszego klubu, a jednocześnie największy łgarz, jakiego znałem — Charles Talbot przyjechał kiedyś do mnie i zażądał, abym amputował mu mały palec lewej stopy. Wracał właśnie z kolejnego safari, a palec został jakoby rozszarpany pazurem rannej pantery. Rana wyglądała groźnie, lecz pochodzenie jej było na pewno inne, niż twierdził Charles. Najprawdopodobniej jakiś ciężki i ostry przedmiot spadł mu na nogę, skutkiem czego musiał stracić palec.

Zamyśliłem się i o mało nie przejechałem skrzyżowania na czerwonym świetle. Byłem już niedaleko domu. Postanowiłem kupić po drodze kwiaty dla Elizabeth, żeby w ten sposób odwrócić jej uwagę od mojego spóźnienia. Właściwie nie miało to zbyt wielkiego sensu, gdyż ilekroć przychodziłem do domu niepunktualnie, Elizabeth była trochę zdenerwowana.

Poznałem ją trzynaście lat temu. Ona także była moją pacjentką. Ciężko wówczas chorowała i asystowałem przy jej operacji. Kuracja okazała się chyba dość skuteczna, gdyż wkrótce po wyjściu z kliniki została moją żoną. W dwa lata później urodziła się Mary, która skończyła już jedenaście lat. Byliśmy szczęśliwym małżeństwem. Trzynaście lat temu zaczynałem dopiero moją karierę lekarską, a Elizabeth służyła mi zawsze pomocą. Opiekuńcza i wyrozumiała dzieliła ze mną moje sukcesy i porażki. Udało mi się zrobić doktorat i wyjechaliśmy na rok do Stanów. Pracowałem w różnych klinikach, opublikowałem parę dobrych artykułów w „Lancecie” i po powrocie zaproponowano mi kierownictwo oddziału chirurgii. Robiłem coraz bardziej skomplikowane operacje, powoli stawałem się znanym i cenionym fachowcem. Do mojej kliniki zgłaszali się pacjenci z całej wyspy, a także z innych krajów Europy. Byłem bardzo szczęśliwy aż do chwili, gdy pewnego styczniowego dnia zrozumiałem, że całe moje dotychczasowe życie, wszystkie marzenia i plany mogą zostać zniweczone. Byłem właśnie na dyżurze w klinice, gdy pielęgniarka wezwała mnie do telefonu. Lekarz jednego z londyńskich szpitali powiadomił mnie, że Elizabeth została przywieziona w bardzo ciężkim stanie. Żona moja wyjechała tam wówczas na tydzień, aby odwiedzić matkę. Jak mi później wyjaśniono, została potrącona przez samochód gdzieś na peryferiach miasta. Kierowca zbiegł nie udzieliwszy pomocy i nigdy później nie został odnaleziony. Elizabeth doznała bardzo poważnych obrażeń wewnętrznych, z których najgroźniejszy w skutkach okazać się miał wstrząs mózgu. Żona straciła pamięć. Postawiłem na nogi wszystkich najlepszych specjalistów w Anglii, ale dopiero mój znakomity przyjaciel Bevereg — szef kliniki neurochirurgicznej w Nowym Yorku — doprowadził Elizabeth do formy. Odzyskała pamięć prawie całkowicie. Cierpiała wprawdzie na lekką amnezję, lecz absolutnie nie uniemożliwiało jej to normalnego życia. Nie pamiętała zaledwie kilku szczegółów, faktów, twarzy, ale nie było to zbyt istotne i nie przeszkadzało jej być normalną, czarującą kobietą uwielbianą przeze mnie i dziecko, a także przez wszystkich naszych przyjaciół.

Przerwawszy ponure wspomnienia stanąłem przed drzwiami. Nie było zbyt późno i pomyślałem, że Mary jeszcze nie śpi. Nacisnąłem dzwonek i po chwili drzwi otworzyła mi Elizabeth. Jak zwykle na jej widok poczułem się lekko wzruszony. Była tak drobna i szczupła, że pomimo swoich trzydziestu czterech lat wciąż wyglądała jak bardzo młoda dziewczyna. Wrażenie to potęgowały krótko obcięte włosy spadające niesfornie na czoło.

— Dzisiaj są gerbery — uprzedziłem jej ewentualne wymówki. Uśmiechnęła się i pocałowała mnie. Usłyszałem tupot na schodach — to Mary właśnie zbiegała na dół.

— Tatusiu — oznajmiła — Pamela ma cudowne szczeniaczki. Kupmy jednego, dobrze?

Pamela była jamniczką naszej sąsiadki, panny Stewart. Spojrzałem na Elizabeth, która sprawiała wrażenie zachwyconej pomysłem.

— To prawda, Jonathan. Są naprawdę czarujące. Wstąpiłam do niej przed południem, żeby je obejrzeć. Wyobraź sobie, urodziło się aż siedem. Sześć piesków i jedna suczka — mają teraz trzy tygodnie.

Zrozumiałem, że moje panie już powzięły decyzję, a rozmowa, którą prowadzę jest jedynie formalnością. Nasza rodzina miała się wkrótce powiększyć o psa. Muszę zresztą przyznać, że nie miałem nic przeciwko temu. Byłem wielkim miłośnikiem zwierząt.

— Dobrze — powiedziałem. — Z tego co wiem, małe pieski powinny być wychowywane przez matkę przez sześć tygodni, a więc za niecały miesiąc możemy kupić szczeniaka.

Mary rzuciła mi się na szyję. Widać było, że spełniło się jedno z jej wielkich, dziecinnych marzeń.

— Szybko myj ręce, Jonathan — rzekła Elizabeth. — Czekamy na ciebie z kolacją.

W czasie posiłku omawialiśmy wycieczkę na Happy Island. Okazało się, że Elizabeth potrzebuje przynajmniej dwóch sukienek plażowych. „Nie mogę wyglądać jak Kopciuszek. Mary natomiast nie ma kostiumu kąpielowego. Jutro musimy wybrać się do miasta...” Był poniedziałek i byłem pewien, że nie tylko wtorek, ale również środa i czwartek upłyną im na zakupach i przygotowaniach.

 

Kiedy już zostaliśmy sami, nalałem Elizabeth szklaneczkę burbona, a sobie przygotowałem ulubioną cutty sark.

— Miałam dzisiaj jakieś dziwne sny, Jonathan. Wiem, że to idiotyczne, ale śnił mi się ten kierowca. Gonił mnie, widziałam jego twarz, ale była to twarz Rogera. Biegłam do ciebie, lecz byłeś daleko. Upadłam i na szczęście obudziłam się.

— Uspokój się, kochanie. — Przytuliłem żonę i pogłaskałem ją po głowie. — Potrzebujesz odpoczynku, oderwania od Edynburga. Zobaczysz, że ta wycieczka dobrze ci zrobi. A teraz chodźmy już lepiej spać. Jutro muszę być wcześniej w klinice.

Przyzwyczaiłem się już do owych dziwnych snów Elizabeth, ale zastanawiało mnie, że Roger pojawiał się w nich zawsze w takiej roli. Gdybym wówczas mógł to wszystko przewidzieć...

Tak jak się spodziewałem, nazajutrz zadzwonił do mnie Talbot. Patrick zaprosił go również na wyspę, a Charles błagał mnie, abym przyniósł mu do klubu komplet rzutków. Okazało się również, że moje przypuszczenia co do innych gości Patricka były całkowicie trafne. Wybierał się z nami Roger Kevin ze swoją żoną Eve. Eve była popularną modelką, często współpracowała z Talbotem. Krążyły plotki o romansie Charlesa z piękną panią Kevin, skutkiem czego Charles i Roger nie pałali do siebie nadzwyczajną sympatią. Jechał też z nami Larry, o którym Patrick mawiał, że za pieniądze, które zgromadził, mógłby kupić pół Edynburga. Nikt właściwie nie wiedział, co Larry robi z ogromnymi sumami stale wpływającymi na jego konto. Mieszkał jak na swoje możliwości, dość skromnie, nie miał rodziny ani żadnego kosztownego hobby. Był cichy, skromny i małomówny. Zapisał się do klubu jako ostatni z naszego grona, właściwie nie wiadomo po co, bo strzelał słabo. Był bardzo lubiany przez nas wszystkich, gdyż pomimo charakteru, typowego dla introwertyka, łatwo nawiązywał kontakty z ludźmi.

Umówiłem się z Talbotem w klubie o piątej po południu. Na miejscu byłem chyba kwadrans przed czasem. W barze siedziała już Eve. Piła gin z tonikiem. Wyglądała tak bardzo pociągająco, jak tylko może wyglądać dwudziestoparoletnia dziewczyna o idealnej figurze i wspaniałych, kasztanowych włosach sięgających połowy pleców. Delikatny makijaż podkreślał nieco egzotyczną urodę jej twarzy — lekko skośne oczy i mocno zarysowane, ciemne brwi. Była w letniej, białej spódnicy i bardzo dopasowanej bluzce.

Zdaje się, że pani czeka na kogoś. Czy mógłbym się przysiąść? — zażartowałem. — Jak się masz, Eve? Wyglądasz jak zwykle uroczo.

— Jonathan, jesteś cudowny. Gdyby nie Roger, zakochałabym się w tobie po uszy.

Roześmiałem się.

— Zdaje się, że czeka nas wspaniała wyprawa po morzach i oceanach pod wodzą kapitana Sendersa. Zapalisz? — podsunąłem jej papierosy.

— Wyobraź sobie, tak się składa, że Roger wyjeżdża do Kirkcaldy jutro rano. Wyruszamy więc bez niego, ale zabierzemy go stamtąd po drodze. Już mówiłam o tym Patrickowi.

Eve nie wydała się być zmartwiona niespodziewanym wyjazdem męża, który trochę jednak pokrzyżował nasze plany.

W wypłowiałych dżinsach i rozpiętej na piersiach koszuli pojawił się Talbot. Nie dziwię się, że zawsze podobał się kobietom. Wysoki, barczysty, nosił długie, prawie do ramion włosy, brodę i wąsy, a szyję zdobił mu naszyjnik z kłów tygrysa, którego ponoć sam upolował na Sumatrze.

— Proszę, proszę, a gdzie Elizabeth, Jonathan? Puściła cię na randkę z najpiękniejszą dziewczyną imperium bez żadnych obaw?

— Najpiękniejszą dziewczyną Europy, mój drogi — poprawiła z ironicznym uśmiechem Eve i pocałowała Charlesa w policzek.

— No, jak tam, Jonathan? Pamiętałeś o moich rzutkach?

— Tak, mam je w samochodzie.

— Po co ci rzutki, Charles? Czyżbyś chciał teraz trenować? — spytała Eve.

— Tak, mam godzinę czasu i chciałem trochę postrzelać. Słyszałem, że na tej wyspie Patrick jakieś ptaszki, czy wiewiórki. Wprawdzie to nie to samo co dziki zwierz, ale na bezrybiu i rak ryba — odrzekł.

— Lepiej opowiedz nam, jak to cię urządziła ta ranna pantera, przez którą Jonathan musiał ci amputować palec — Eve wyraźnie droczyła się z Charlesem.

— O, nie. Nie dam się więcej podpuścić. Nie wierzycie mi, a przecież wyskoczyła z buszu jak błyskawica i już miałem...

— Dobra, dobra, Charles — nie wytrzymałem.

— Znamy to na pamięć. Idź już lepiej na strzelnicę. Masz tu kluczyki od mego wozu. Rzutki są w bagażniku. Przyjdziemy na strzelnicę i obejrzymy twojego nowego mauzera.

— Niedowiarki — rzucił urażony i wyszedł.

— Ten wyjazd Rogera jest dość niespodziewany — zwróciłem się do Eve, gdy zostaliśmy sami.

— Co on będzie tam robił?

— Wyjeżdża na zdjęcia.

— A co teraz kręci?

— Jakiś kryminał. Coś na podstawie Quentina. Sama nie wiem dokładnie, bo nie interesowałam się tym specjalnie.

Zaproponowałem jej drinka.

— Może lepiej już chodźmy, bo Charles oszaleje z zazdrości — odpowiedziała z uśmiechem.

— Nie martwi mnie to specjalnie, kochanie — postanowiłem dostosować się do jej sposobu bycia.

— W najgorszym wypadku wyzwie mnie na pojedynek, a strzelam nieźle.

— Czy zawsze jesteś taki pewny siebie, Jonathan?

— Mogę cię o tym przekonać.

— To brzmi bardzo zachęcająco — Eve znowu obdarzyła mnie jednym z najbardziej czarujących uśmiechów ze swej kolekcji. Jasne było, że wcale nie ma na myśli moich zdolności strzeleckich.

— A więc chodźmy do Charlesa — zaproponowałem.

— Sądziłam, że masz ciekawsze pomysły. Cóż, trudno, dostałam kosza. Mam nadzieję, że Charles zdoła mnie pocieszyć.

— A co na to Roger?

— Och, Roger pociesza statystki, którym nie udało się zrobić wielkiej kariery.

— Żartujesz — zaprotestowałem — ma przecież za żonę najpiękniejszą dziewczynę pod słońcem.

Pocałowała mnie zanim zdążyłem zareagować.

— A teraz chodźmy już, bo za chwilę wpadnie tu Charles ze sztucerem i wystrzela nas jak swoje rzutki — powiedziała.

Talbot trenował zawzięcie, mimo to dostrzegł nas od razu i pomachał ręką. Jego nowa broń prezentowała się rzeczywiście nieźle i widać było, że jest z niej wyraźnie dumny.

Elizabeth i Mary spędziły całą środę i czwartek robiąc zakupy. Można było przypuszczać, że wybieramy się na półroczną wyprawę dookoła Europy. Jak zwykle zajęty byłem w klinice, mogłem więc poświęcić na pakowanie zaledwie czwartek wieczór. Nie zajęło mi to zresztą zbyt wiele czasu, gdyż w przeciwieństwie do mojej żony zabrałem tylko najbardziej niezbędne rzeczy. Namioty, śpiwory, a także konieczny sprzęt turystyczny i żywność miał dostarczyć Patrick. Wziąłem tylko sztucer, amunicję, zapas papierosów i trochę bielizny na zmianę. Wszystko zmieściło się w jednej torbie. Nie muszę chyba dodawać, że bagaż Elizabeth prezentował się znacznie bardziej okazale.

II

Wyjechaliśmy o ósmej rano. Elizabeth i Mary były w doskonałych humorach. Mary paplała bez końca, śmiała się i snuła wspaniałe plany naszego pobytu na wyspie. Przede wszystkim, wymogła na mnie obietnicę lekcji pływania. Jeszcze jako uczeń zdobyłem tytuł mistrza Anglii juniorów, a później będąc studentem niejednokrotnie reprezentowałem swoją Alma Mater na wielu zawodach międzyuczelnianych. Poza tym oboje z Elizabeth przyrzekliśmy wprowadzić Mary w arkana sztuki strzeleckiej. Była zachwycona. Na przystani byliśmy pierwsi, nie licząc oczywiście Patricka, który już krzątał się przy jachcie. Mimo pokaźnej tuszy poruszał się energicznie jak młody chłopak, ale szpakowate włosy i siwe wąsy zdradzały dość zaawansowany wiek.

Jego wspaniała łódź „Caroline”, nazwana imieniem zmarłej żony, stała się po jej tragicznej śmierci wielką miłością Patricka. Żona Sendersa popełniła przed dziesięcioma laty samobójstwo. Pewnego popołudnia wyskoczyła z balkonu ich mieszkania na siódmym piętrze, nie pozostawiając nawet żadnego listu. Policja uznała jej śmierć za tragiczny wypadek, zwłaszcza, że Senders bawił wówczas we Francji, a śladów pobytu nikogo obcego w mieszkaniu nie znaleziono. Patrick ciężko przeżył jej śmierć. Zamierzał wyjechać z Anglii i zaszyć się gdzieś na odludziu, ale z czasem doszedł do siebie. Kupił wtedy ów jacht, wspaniale go wyposażył i każdą wolną chwilę spędzał na przystani lub w klubie.

— Jak się macie, kochani? — zagrzmiał Patrick. — Ślicznie wyglądasz, Elizabeth, panie, proszę ciebie, rozumiesz.

Na szczęście mój znakomity przyjaciel nigdy nie podjął praktyki sądowej, ponieważ jego zabawne powiedzonko, od którego absolutnie nie mógł się odzwyczaić, odebrałoby całkowicie powagę jakiejkolwiek mowie obrończej lub oskarżycielskiej. Tak więc Senders udzielał porad w sprawach podatkowych, testamentowych, spadkowych i rozwodowych, co przynosiło mu zresztą duże dochody.

— Widzę, że aż się palicie do naszej wyprawy. Wujek Patrick przygotował wszystko na medal, panie. Chodźcie i przekonajcie się sami.

— Pewnie masz na myśli komplet farb i pędzli, które już na nas czekają — tym razem Elizabeth przypomniał się szatański kawał Patricka.

— Moja droga, nie doceniasz fantazji starego wilka morskiego, panie, proszę ciebie — zaśmiał się Patrick. — Tym razem mam w planie zupełnie coś innego, ale to na razie niespodzianka.

— Już wiem — stwierdziłem. — Tym razem silnik się zepsuł, a żagle są w strzępach. No cóż, dawaj nici i igły. Elizabeth będzie szyła, a ja zajrzę do motoru. Może zdążymy do końca weekendu — droczyłem się z nim dalej.

— Skąd wujek wytrzasnął takie kapitalne nagrania? — zawołała Mary, która zdążyła już zwiedzić jacht i odkryć magnetofon z kasetami.

— Wujek zawsze wszystko wytrzaśnie, proszę ciebie — odpowiedział Patrick i poprowadził nas trapem na pokład.

„Caroline” była jachtem balastowym, dwumasztowym i miała około stu czterdziestu metrów kwadratowych żagla. W kabinach mieściło się pięć koi, ale spać tam mogło z powodzeniem i dziesięć osób. Jej wyposażenie polepszyło się i zwiększyło znacznie od czasu, gdy ją po raz ostatni odwiedzałem. Oprócz stereofonicznego, przenośnego magnetofonu, który musiał sporo kosztować, na jej pokładzie znajdował się teraz mały telewizor, barek wypełniony po brzegi najlepszymi trunkami, stoliczek do brydża, biblioteczka kieszonkowych wydań Conrada oraz pokaźny stos czasopism i magazynów. Jacht wymagał przynajmniej dwóch osób do prowadzenia, toteż Elizabeth jako doskonała żeglarka była zawsze mile widziana na pokładzie. Jej zamiłowanie udzieliło się również Mary, która jak na swój wiek, nieźle dawała sobie radę na wodzie. Patrick osobiście oprowadzał Elizabeth po łodzi i oboje zachwycali się różnymi zwojami polakierowanych lin i metalowych przekładni, praktycznie nie zwracając uwagi na bardziej zrozumiałe dla przeciętnego śmiertelnika, osiągnięcia morskiej techniki. Mnie, właściwie nie bardzo znającemu się na profesji dawnych Wikingów, nie pozostawało nic innego, jak tylko wyładowanie bagaży z samochodu. Wytaszczyłem walizy żony i dorastającej córy, dorzuciłem małą torbę z moim ekwipunkiem. Właśnie zastanawiałem się co wnieść na pokład najpierw, gdy na parking wjechało czerwone volvo Kevinów, a w nim Eve machająca ręką. Znalazł się wreszcie ktoś, z kim mogłem porozmawiać normalnym angielskim bez niezrozumiałych zwrotów w rodzaju: ,,sprawdź okucia tego bomu”, czy ,,jachty krążownicze są z reguły balastowe”.

— Witaj, wybierasz się na safari? — zapytała wesoło. — Na co masz zamiar tym razem polować?

— W przeciwieństwie do Charlesa, strzelam głównie dla sportu. Poza tym nie interesują mnie drobiazgi w rodzaju królików czy wiewiórek. Myślę raczej o polowaniu na grubego zwierza — zażartowałem.

— Widzę, że załoga prawie w komplecie. Brakuje tylko Larriego i Charlesa.

— Chyba jedzie Larry — zauważyłem.

Jackson właśnie parkował. Wyjął z samochodu bagaż, podobnie jak mój, bardzo skromny.

Przywitał się, wyrażając nadzieję, że nie przybył ostatni.

— Ach, nie, jesteś jak zwykle punktualny — Eve bardzo lubiła prawić komplementy, szczególnie przystojnym brunetom o piwnych oczach i śniadej cerze.

— Gdzie nasz kapitan? — zapytał.

— Wydaje właśnie pierwsze komendy mojej żonie, która już buszuje po jachcie.

Larry rozejrzał się.

— Nie widzę twego męża, Eve. Chyba nie zrezygnował z wyprawy? Czy coś się stało? — zapytał niespokojnie.

— Nie martw się, Larry. Roger jest w Kirkcaldy na zdjęciach, będzie czekał o jedenastej.

— Nie wiedziałem, że się tam wybiera — odrzekł Jackson i zamyślił się nad czymś. Po chwili spojrzał na moje bagaże i chwycił się za głowę.

 

— A niech to diabli! Zapomniałem mojego sztucera!

— O ile wiem — spojrzałem wymownie na Eve — Charles nabył właśnie najnowszy model mauzera. Identyczny jak twój. Na pewno ci czasem pożyczy.

— To nie znasz Charlesa, Jonathan — powiedziała Eve. — Zupełnie zwariował na punkcie rzutków i tej armaty, ale z przyjemnością pożyczę ci moją dwururkę, Larry.

Uznałem, że najlepiej będzie zająć się wreszcie naszym bagażem. To znaczy właśnie miałem go już wnosić na trap, gdy rozpędzona Mary potrąciła mnie tak, że moja jedyna torba z bielizną i papierosami wpadła do basenu przystani.

— No, to ładnie się to wszystko zaczyna! — wrzasnąłem. — Mary, chciałaś brać lekcje pływania, więc teraz masz okazję. Skacz po moją torbę! I to już!

— Jak możesz, Jonathan — Elizabeth pojawiła się z Patrickiem na rufie. — Nie strasz dziecka, przecież wiesz, że słabo jeszcze pływa, a poza tym woda jest tutaj taka brudna. Eve! Jak się masz, kochanie? Co słychać, Larry?

— A niech was wszyscy diabli! — rzuciłem wściekły i ruszyłem po bosak, aby wyciągnąć prawie już całkowicie zatopioną torbę.

— Szukasz skarbów, Jonathan? — dobiegł mnie bas Sandersa. — Nic z tego. Wszystko, rozumiesz, co było warte zachodu, wyłowiłem stąd już dawno, panie, proszę ciebie.

Patrickowi zawsze udawało się rozładować sytuację. Parsknąłem śmiechem.

— Jonathan jak zwykle narobił takiego zamieszania, że zapomniałem się z wami przywitać. Czołem załoga! Pozdrawia was kapitan Senders! — zagrzmiał.

Okrzyk wodza ,,Caroline” został w tym momencie zagłuszony przez ryk jaguara. Charles Talbot nawet markę samochodu wybrał tak, żeby kojarzyła się z polowaniem. Wjechał na parking z fantazją i brawurowo zahamował tuż przed krawędzią basenu.

— Za chwilę będziesz miał, rozumiesz, pole do popisu, Jonathan. Łap za bosak, bo Talbot utopi się szybciej niż twoja torba, panie — rzucił ze śmiechem Patrick.

Silnik umilkł, a z wozu wysiadł Charles.

— Czołem kapitanie — stanął na baczność — Charles Talbot melduje się na „Caroline”.

— Spocznij i przywitaj się z paniami — odrzekł ciągle śmiejący się Patrick.

— On już wietrzy zwierzynę, kobiety mu nie w głowie — jak zwykle ironiczna w stosunku do niego Eve i tym razem nie zrezygnowała z aluzji do manii Talbota. — Witaj pogromco afrykańskich słoni!

— Po pierwsze, na słonie jeszcze nigdy nie polowałem, ale będę, a po drugie witaj najpiękniejsza dziewczyno Europy — orzekł Charles całując Eve.

— Jest tu jeszcze Elizabeth i Mary, mój drogi — zauważyła.

— Gdyby Elizabeth zechciała tylko dla mnie pracować, zostałbym miliarderem, a ona zdobiłaby okładki wszystkich magazynów mody. Mary natomiast ma na to szansę za pięć lat, jeżeli tylko będzie miała ochotę — Talbot jak zwykle był pełen kurtuazji w stosunku do dam. — Jak się masz, Jonathan? Będziesz tym polował na wiewiórki? — ciągle jeszcze trzymałem w ręku ów nieszczęsny bosak.

— Czasami miałbym ochotę zapolować na ciebie, Charles — byłem wściekły, że od samego rana; nic mi nie wychodzi.

Rzuciłem bosak i wniosłem wreszcie bagaże do kabiny. Cała reszta poszła w moje ślady. Rozlokowanie zajęło nam niewiele czasu, toteż o dziewiątej trzydzieści Patrick uruchomił silnik i wolno wypłynęliśmy z portu. Ruch był nieduży i po kilku chwilach znaleźliśmy się na szerszych wodach zatoki. Zgodnie z planem, Patrick wziął kurs na Kirkcaldy. Morze było spokojne, a osiemdziesiąt metrów postawionego żagla robiło swoje.

— A teraz, panie, posłuchamy sobie spokojnej, poważnej muzyki — odezwał się zza steru Patrick. Na początek proponuję Vivaldiego.

Mary skrzywiła się niemiłosiernie i odeszła na dziób.

— Nie denerwuj dziecka, Patrick — wtrącił się Talbot. — Może to dobre dla takiego starego grzyba jak ty, ale Mary powinna iść w ślady wujka Charlesa. — Mary! — zawołał — mam tu coś dla ciebie.

Pogrzebał w torbie i wyciągnął kasetę.

— To na pewno ci się spodoba.

Mary rzuciła się do magnetofonu i już przy pierwszych dźwiękach wszyscy stanęliśmy jak wryci. Dziki wrzask buszmenów połączony z dźwiękiem tamtamów obudziłby nawet umarłego. „Caroline” nagle wyraźnie odpadła z kursu. Patrick zostawił ster i z wrzaskiem rzucił się do kabiny. Po chwili nastała cisza.

— Chyba, panie, proszę ciebie, rozumiesz, oszalałeś, mój drogi. Chcesz nas wykończyć? — sapał.

Charles najwyraźniej nie był w stanie zrozumieć przyczyny jego dezaprobaty.

— Takie cudowne, unikalne nagranie — mamrotał. Schował jednak troskliwie kasetę i wyniósł się na dziób.

— Posłuchajmy może tego — odezwał się Larry, który dotychczas siedział cicho przy lewej burcie. Po chwili zabrzmiały ballady Cohena. Tym razem nie było protestów. Eve i Mary opalały się na małych leżaczkach, Elizabeth pomagała Patrickowi, ja rozmawiałem z Charlesem i Larrym. Podróż upływała miło i spokojnie, tylko Talbot wydawał się być coraz bardziej zdenerwowany w miarę, jak zbliżaliśmy się do przeciwległego brzegu zatoki. Nie byłem pewien, czy chodzi mu o Rogera, czy może jeszcze o coś innego. Kiedy koło jedenastej znaleźliśmy się w porcie, Charles zniknął w kabinie.

— Roger powinien już czekać — odezwała się Eve — ale jakoś go nie widzę.

Na przystani jachtowej kręciło się parę osób, ale ja także nie zauważyłem charakterystycznej postaci Kevina.

— Może po tych, powiedzmy, zdjęciach, ma kaca, rozumiesz i zaspał — sugerował Patrick. — Czekamy jeszcze piętnaście minut i płyniemy. Wyspa jest niedaleko, a on doskonale wie, jak ją znaleźć. Byliśmy tam kiedyś, panie, na rybach.

— Nie, nie! Może pójdę go poszukać — zaoferował się nagle Larry. — Czy wiesz gdzie zatrzymała się jego ekipa, Eve?

— Niestety, nie wiem. Roger wyjechał dość nagle i nawet nie telefonował — odparła obojętnie. — Poza tym nie ma sensu, żebyś się stąd ruszał, bo możecie się minąć, Larry.

— Pójdę po papierosy — postanowiłem. — Dzięki mojej kochanej córeczce nie mam co palić.

Mary także chciała zwiedzić miasto, ruszyliśmy więc razem.

Nie sprawiało ono najlepszego wrażenia jak każde typowe miasto przemysłowo-portowe. Było zadymione i brudne. Ciekawiło mnie, dlaczego akurat to miejsce wybrali filmowcy na zdjęcia. Kupiłem dwa kartony chesterfieldów i zaproponowałem Mary lody. Wstąpiliśmy do małej kawiarenki, która o tej porze była prawie pusta. Minęło pół godziny, kiedy uporaliśmy się z lodami i moją kawą, i byłem przekonany, że tym razem załoga czeka wyłącznie na nas. Kiedy wróciliśmy, Rogera jednak w dalszym ciągu nie było. Trzeba przyznać, że trochę mnie to zirytowało. W typowo nonszalancki dla siebie sposób narażał nas na niepotrzebną stratę czasu. Postanowiłem zatelefonować do miejscowych hoteli. W kapitanacie portu znalazłem aparat i książkę. Recepcje odpowiadały mi nieodmiennie, że żadna ekipa filmowa się u nich nie zatrzymała. Zrobiło mi się głupio. Nie bardzo wiedziałem, czy informować Eve o swoim odkryciu, gdyż nieobecność Rogera stawała się coraz bardziej dwuznaczna. Szedłem w kierunku „Caroline” i wahałem się. Gdy wszedłem na pokład, okazało się, że nie mam już powodu do rozterki. Kevin najspokojniej w świecie flirtował z Elizabeth, a gdy mnie zobaczył, krzyknął:

— Klęska Poirota. W namiotach pod miastem nie ma telefonów. Byłeś bez szans, stary. Mam doskonałe alibi.

— No, bo pojadę i sprawdzę. Jak się masz, Roger?

— Ma się doskonale. Jeszcze trochę, a poderwie ci żonę — stwierdziła wesoło Eve.

— Chyba nie poleci na takiego rudzielca, woli przystojnych szatynów w kwiecie wieku.

— A jednak miałam rację, że nie brak ci pewności siebie — Eve uporczywie powracała do naszej wczorajszej rozmowy.

— A ty, Roger, chyba szedłeś tutaj na piechotę — zwróciłem się do Kevina.

— Jakbyś zgadł. Wóz nawalił mi w połowie drogi i zostawiłem go w mieście.

— Sprzęgło czy hamulec? — tym razem Talbot wtrącił się do rozmowy.

— Wycieraczki — warknął Kevin.

Patrick doszedł do wniosku, że najwyższy czas interweniować.

— Tracimy, panie, drogocenny czas. Elizabeth, odpływamy! „Wiej wietrze, wiej...” — zaintonował fałszywie, a moja żona zatkała sobie uszy. Patrick sprawnie wyprowadził jacht z zadymionego portu i znowu byliśmy w zatoce. Happy Island leżała na północny wschód od Kirkcaldy. Trzeba było wyjść z zatoki na otwarte morze i wziąć kurs na St. Andrews. Z tego, co mówił Patrick wynikało, że odległość między wyspą St. Andrews wynosi około trzech mil. Patrick odkrył ją kiedyś przypadkowo i od tego czasu spędził tam parę letnich weekendów. Happy Island była rzadko odwiedzana przez żeglarzy, gdyż brzegi miała skaliste i niedostępne. Senders opowiadał mi kiedyś, że gdy był tam po raz pierwszy, szukał miejsca odpowiedniego do przycumowania prawie przez dwie godziny.