Al Capone

Tekst
Z serii: Biografie
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginału

Get Capone

Projekt okładki

NATALIA TWARDY

Fotografia na okładce

© Bettmann/Getty Images

Koordynacja projektu

SYLWIA MAZURKIEWICZ-PETEK

Redakcja

ANNA SULIGOWSKA-PAWEŁEK

Korekta

ANNA KURZYCA

Redakcja techniczna

EDYTOR

Copyright © 2010 by Jonathan Eig. All rights reserved.

Niniejsze wydanie na podstawie wydania oryginalnego Simon & Schuster, Inc.

Polish edition © Publicat S.A. MMXXI (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved

ISBN 978-83-245-9421-4

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

CZĘŚĆ PIERWSZA. DROGA NA SZCZYT

1. Na dorobku

2. Żegnaj, „Brylantowy Jimie”

3. Domek przy alei South Prairie

4. „Jestem pewny, że to był Capone”

5. „Dziwne pomysły”

6. Wybraniec losu

7. Morderczo upalne lato

8. „Rozwali cię, choćby dla zabawy”

9. Orędownik pokoju

10. Q jak Quincy

11. Wybacz, „Hymie”

12. Uśmiech i spluwa

13. Kropla drążąca skałę

14. Lepsza cząstka

CZĘŚĆ DRUGA. KRÓL CAPONE

15. „Są na tym świecie gorsi ode mnie”

16. „Nie zna spokoju głowa, która nosi koronę”

17. „Pogrążone w brudzie”

18. „Ananasy” i „kokosy”

19. Koniec Frankiego Yale’a

20. „Huweryzacja”

21. „Nie siedzę do późna w nocy”

22. Stróż prawa

23. „Straszny Alphonse”

24. „Mały cesarz”

25. Dzień Świętego Walentego

CZĘŚĆ TRZECIA. UPADEK

26. „Niewyjaśniona zbrodnia”

27. „Najbardziej paląca potrzeba naszych czasów”

28. „Najlepsze dni”

29. „Dopadliście już Ala Capone?”

30. Osadzony

31. „Elegancki Popapraniec”

32. Napoleon z Chicago

33. Ekipa bez szefa

34. Cichy wspólnik

35. „Droga pani, wszyscy łamią prawo”

36. „Wróg publiczny numer jeden”

37. „Wśród bandytów nie ma miejsca na przyjaźnie”

38. Obraza sądu

39. Śmierć i podatki

40. Stany Zjednoczone kontra Al Capone

41. Tak zwani Nietykalni

42. „Kto by się nie martwił?”

43. Ostatni wielki bon vivant

44. Werdykt

Epilog

Podziękowania

Źródła

Przypisy

Lilian poświęcam

.


CZĘŚĆ PIERWSZA

DROGA NA SZCZYT

ROZDZIAŁ 1

NA DOROBKU

Al Capone stał na chodniku przed podrzędną knajpą o nazwie Cztery Dwójki. Ręce wcisnął głęboko w kieszenie płaszcza i podniósł kołnierz, by się osłonić przed zimnym wiatrem, smagającym jego twarz, a może po to, by zakryć blizny na lewym policzku.

„Mam w środku niezłe dziewczyny”, powtarzał mijającym go przechodniom[1].

Skończył 21 lat i był „nowy” w mieście. Pracował w Levee, chicagowskiej dzielnicy czerwonych latarni, położonej na południe od centrum, pełnej obskurnych barów i domów publicznych, gdzie każdy, kto szanował swoje zdrowie, starał się nie przebywać za długo i niczego nie dotykać. Przecznicami jeździły z hurkotem automobile z przednimi lampami przypominającymi wytrzeszczone oczy. Był styczeń 1920 roku, początek nowej dekady wypełnionej hucznymi, szalonymi zabawami, chociaż sądząc po wyglądzie okolicy, nic na to nie wskazywało.

Pierwsza wojna światowa dobiegła końca. Mężczyźni wrócili z frontu, być może czuli się nieco oszołomieni zastaną sytuacją, szukali odmiany, z pewnością byli spragnieni. Zakładali marynarki, krawaty i filcowe kapelusze z podwiniętym z tyłu rondem, po czym szli do takich przybytków, jak Cztery Dwójki, którego nazwa stanowiła aluzję nie do pokera, ale do adresu – aleja South Wabash 2222. Bar mieścił się w piętrowym, murowanym budynku z przełomu wieków, do którego prowadziły masywne, zwieńczone łukiem drzwi, przywodzące na myśl wejście do jaskini. Wewnątrz, pod sufitem, unosił się dym z papierosów i cygar. Niektórzy klienci wpadali tu na drinka. Inni wchodzili klatką schodową na tyłach budynku na piętro. Tam tytoniowe opary ustępowały miejsca bardziej złożonym aromatom. Kobiety na wysokich obcasach paradowały w różnych stadiach negliżu, w świetle gołej żarówki zawieszonej u sufitu, a madam ponaglała klientów, by się decydowali[2].

Kiedy w barze robiło się gwarno, Capone wracał do środka, by się rozgrzać i upewnić, że goście zachowują się poprawnie. Był szatynem, nie na tyle jednak muskularnym czy szpetnym, by w takim miejscu budzić respekt samym wyglądem. Przy wzroście blisko 180 centymetrów ważył nieco ponad 90 kilogramów. Miał szeroki tors, łapy wielkie jak u niedźwiedzia grizzly, nieduże zakola nad czołem, gęste i szerokie brwi oraz dwie poprzeczne blizny na policzku, różowe i raczej świeże. Jego oczy zmieniały kolor, raz wydawały się szare, raz zielonkawe[3]. Zjednywał sobie ludzi szerokim uśmiechem.

 

Capone dostał pierwszą pracę w Chicago w tym miejscu, w Czterech Dwójkach. Nazwa lokalu nawiązywała do adresu, pod którym się mieścił – South Wabash 2222 (kolekcja Johna Bindera)

Capone bardzo dbał o swój wizerunek. Z powodu blizny na policzku fotografował się zawsze z prawej strony. Nosił ubrania najlepszych marek i mimo swej tuszy wyglądał w nich elegancko. Trudno znaleźć zdjęcie, na którym widać kogoś lepiej ubranego od niego, nawet z czasów, gdy był młody i biedny. Miał klasę, ale niekiedy przejawiał skłonności do blichtru. Nosił garnitury w jaskrawych kolorach, na przykład purpurowe i limonkowozielone, których inni gangsterzy nigdy by się nie odważyli założyć, a na małym palcu pierścionki wysadzane połyskującymi kamieniami szlachetnymi, tak dużymi, że mogłyby zawstydzić najbardziej wytworne damy z chicagowskiej socjety. Nigdy za to nie używał apaszki.

W Czterech Dwójkach z gracją poruszał się w tłumie. Był dobrym gospodarzem – wesołym, skorym do żartów, rzucającym uśmiechy na lewo i prawo. Barowi bywalcy lubili jego towarzystwo. Kiedy kończył zmianę, wracał na piechotę do nędznego, ciasnego mieszkania, które dzielił z żoną, Mae, i jednorocznym synem, Albertem Francisem. Ich lokum było nader skromne, ale i tak lepsze od miejsc, w których się wychował.

Capone urodził się i dorastał na Brooklynie, pochodził z licznej włoskiej rodziny. Jego rodzice byli imigrantami. Wychował się w biedzie, wraz z ośmiorgiem rodzeństwa, i zakończył edukację na szóstej klasie. W dzieciństwie i wczesnej młodości włóczył się z ulicznymi gangami. Jako nastolatek najmował się do różnych robót fizycznych, w których przydawały się: potężna sylwetka, siła fizyczna i wrodzona brawura. Prawdziwe powołanie odnalazł w pracy wykidajły w barze na Coney Island, gdzie zadawał się z największymi bandziorami Nowego Jorku.


Najwcześniejsze znane zdjęcie Ala Capone (w środku), prawdopodobnie wykonane na Brooklynie około 1918 roku. Tożsamość towarzyszących mu mężczyzn nie jest znana (ze zbiorów Deirdre Marie Capone)


Pierwszym pracodawcą i mentorem Ala Capone był łagodny w obyciu, dystyngowany gangster Johnny Torrio (kolekcja Johna Bindera)

Do Chicago przyjechał pracować dla Johnny’ego Torria, niegdyś jednej z legendarnych postaci gangsterskiego półświatka Brooklynu, a teraz „wschodzącej gwiazdy” przestępczego podziemia miasta. Niektóre relacje sugerują, że Torrio zwerbował Ala Capone, gdyż dostrzegł w nim talent. Według innych wersji, Capone uciekł z Brooklynu po bójce w barze, w trakcie której omal nie zabił człowieka gołymi pięściami.

Przeniósł się do Chicago, które poeta Carl Sandburg opisał następująco:

Rzeźnik Trzody dla Świata,

Producent Narzędzi, Magazynier Pszenicy,

Kolejarz i Narodowy Przewoźnik Towarów;

Burzliwy, szorstki, awanturniczy,

Miasto Silnych Ramion.

Mówią mi, że jesteś złe, i ja w to wierzę,

gdyż widziałem twoje wymalowane kobiety pod gazowymi latarniami, wabiące chłopców z prowincji.

Mówią mi, że jesteś zdeprawowane, na co ja odpowiadam:

Tak, to prawda; widziałem człowieka z bronią, który zabija i odchodzi wolny, by znowu odebrać życie.

Chicago powstało nad dolnym krańcem jeziora Michigan, rozrastając się we wszystkie strony. W 1850 roku znajdowało tam schronienie 30 000 osób[4]. Zaledwie 20 lat później liczyło już 300 000 mieszkańców. Tu, gdzie – w przeciwieństwie do Nowego Jorku – rozwoju miasta nie ograniczała otaczająca je zewsząd woda, ludzie nie widzieli potrzeby tłoczenia się na małej przestrzeni. Kolejne osiedla powstawały, jedno po drugim, wzdłuż wygiętego w półksiężyc wybrzeża, a błotniste ulice z drewnianymi barakami wybiegały w głąb prerii. Miasto rosło szybko i w niekontrolowany sposób. Imigranci przyjeżdżali tu w poszukiwaniu pracy: na budowach, w hutach, przy uboju bydła lub załadunku wagonów kolejowych. Przybywali również osobnicy spod ciemnej gwiazdy: alfonsi i prostytutki, kieszonkowcy i kasiarze, oszuści, dilerzy, włamywacze i zwykli bandyci. Miejscowy wydział policji – powołany do życia wkrótce po założeniu miasta – od początku sobie z tym wszystkim nie radził.

Chicago doszczętnie spłonęło w 1871 roku. Tak zwany wielki pożar szalał przez kilka dni, zamieniając w pogorzelisko około dziesięć kilometrów kwadratowych miasta. Niemal jedna trzecia mieszkańców została bez dachu nad głową. Chicago odrodziło się jednak na nowo, rozwijało się jeszcze dynamiczniej niż poprzednio. Tym razem krajobraz zapełniły budynki z granitu i stali. Oczywiście wróciły również wszystkie szumowiny, mnożąc się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. W pierwszych ośmiu miesiącach 1872 roku miasto wydało zdumiewającą liczbę 2218 koncesji na prowadzenie barów, szynków i innych lokali serwujących alkohol[5].

Paradoksalnie, pożar przyczynił się do rozwoju gospodarki, zapoczątkowując coś w rodzaju gorączki złota. Możliwości były nieograniczone, dlatego ludzie obdarzeni energią i ambicją mieli tu szerokie pole do popisu. Wielcy architekci, handlowcy, prawnicy i artyści, ale także przestępcy współtworzyli nowe oblicze Chicago.

Kolejnym bodźcem stymulującym wzrost populacji miasta, a tym samym przestępczości, była Światowa Wystawa Kolumba, która odbyła się w 1893 roku. Raport specjalnej komisji z 1910 roku ujawnił, że Chicago dorobiło się 5000 zawodowych prostytutek i 10 000 kobiet trudniących się tym fachem dorywczo, które łącznie odpowiadały za ponad 27 milionów aktów seksualnych rocznie[6]. Czy dałoby się oczyścić Chicago? Każdego, kto odważyłby się chociaż o tym wspomnieć, uznano by za marzyciela albo żartownisia.

Do czasu, gdy w 1920 roku przyjechał tu Al Capone, populacja Chicago wzrosła do 2,7 miliona, co czyniło je drugim pod względem wielkości miastem w kraju (po Nowym Jorku). Wciąż jednak sprawiało wrażenie przestronnego i nieucywilizowanego. W miarę, jak przybywali kolejni imigranci: z Włoch, Irlandii, Polski, Niemiec, Chin, Rosji i Grecji, dotychczasowi mieszkańcy usuwali się, robiąc miejsce przybyszom. Nowe osiedla powstawały tuż obok starych. Miasto po prostu się rozrastało; długie na blisko 42 kilometry i szerokie na 22,5 kilometra, bardziej przypominało puzzle niż kulturowy tygiel. Obecność wolnej przestrzeni pozwalała poszczególnym grupom etnicznym zachować odrębność językową i obyczajową w znacznie większym stopniu niż to było możliwe w Nowym Jorku.

Bogaci mieszkali głównie na terenach położonych bezpośrednio na zachód i północ od śródmieścia. Klasa robotnicza zajmowała południowe i zachodnie obrzeża miasta. Przyjezdni mogli od razu się zorientować po zapachu, że znaleźli się w którejś z uboższych części Chicago. Niewielkie zakłady metalurgiczne emitowały sadzę, a nad garbarniami unosiły się chemiczne opary. Najsilniejszy i najgorszy odór dobiegał z Union Stockyard, gdzie na 200 hektarach zgromadzono zwierzęta ubojowe, żywe i martwe. Od smrodu uginały się nogi. Praca tam była jeszcze gorsza. W ubojni oprawiano miliony sztuk bydła, owiec i świń – podrzynano im gardła, patroszono i ćwiartowano, a wnętrzności wyrzucano do rzeki Chicago. Zajmowała się tym rzesza złożona z 75 000 mężczyzn i kobiet. Tak się pracowało w Chicago.

W śródmieściu, gdzie po estakadach nad ulicami jeździły pociągi, ze zgrzytem przetaczając się po stalowych szynach, a tramwaje i ciężarówki korkowały ulice, znajdowało się miejscowe centrum biznesowe, znane jako Loop. Tu miasto wyglądało, jak powinno – było głośne, zatłoczone i niebezpieczne. Chicago to pierwsze w Stanach Zjednoczonych miasto drapaczy chmur. Wieżowce w eleganckich odcieniach zieleni, szarości, brązu i błękitu wznosiły się tu wyżej niż gdziekolwiek indziej.

Nie każdemu jednak odpowiadała taka wizja raju. „Widziałem je raz”, napisał o Chicago Rudyard Kipling, „i marzę o tym, by nigdy więcej go nie zobaczyć. Zamieszkują je barbarzyńcy. Zamiast powietrza wdycha się tam brud”[7].

Miasto przyjmowało silnych i pozbywało się słabych. Jeśli ktoś nie mógł go znieść, pozostawał mu pociąg do Des Moines. To dlatego Chicago przyciągało takich ludzi, jak wybitny trębacz jazzowy Louis Armstrong, postępowy prawnik Clarence Darrow, czy potentat branży mięsnej Philip Armour, który własnych pracowników traktował źle, ale hojnie wspierał cele charytatywne. Pewnego razu powiedział: „Nie kocham pieniędzy, ale uwielbiam się dorabiać”[8]. To właśnie „dorabianiem” żyło całe miasto.

Capone, kiedy nie pracował przy drzwiach ani nie zajmował się barem w Czterech Dwójkach, trudnił się dekoratorstwem.

W opustoszałą wnękę obok baru wstawił regały, zepsute pianino, parę starych stolików i krzeseł, nadając lokalowi wygląd sklepu z antykami. To był pomysł Johnny’ego Torria, który chciał, by jego podwładny robił wrażenie działającego legalnie biznesmena. Capone zlecił wykonanie wizytówek o następującej treści:

ALPHONSE CAPONE

Handel Używanymi Meblami

Aleja South Wabash 2220[9]

W Levee od zawsze mieszkali przedsiębiorczy ludzie. Chociaż stąd do Loop, z jego eleganckimi hotelami i drapaczami chmur, było nieco ponad trzy kilometry, dzielnica stanowiła odrębny świat i rządziła się własnymi, specyficznymi prawami.

Gwiazdy filmu i potentaci przemysłowi odwiedzali mieszczące się tu eleganckie burdele, zwłaszcza słynny Everleigh Club, gdzie przepuszczali fortuny na wino, jedzenie i kobiety. Politycy nie tylko pogodzili się z tą rozpustą, lecz także sami w niej uczestniczyli. Zmiana nastąpiła w czasie I wojny światowej, kiedy to inne sprawy okazały się ważniejsze. Od zwykłych Amerykanów oczekiwano, że się ustatkują i poświęcą dla dobra narodu. Nawet Chicago musiało mieć się na baczności. Zaczęły się policyjne naloty na knajpy i odbieranie koncesji. Luksusowe dziwki i dilerzy narkotyków, do tej pory rezydujący w domach publicznych i tancbudach, z obawy przed aresztowaniem przenieśli się do hotelowych holi, gdzie mogli liczyć na większą dyskrecję. Z czasem dzielnica Levee zaczęła się kojarzyć z podstarzałymi prostytutkami, klientami, których nie stać na nic lepszego, kieszonkowcami i drobnymi rzezimieszkami, czyhającymi na każdego, kto okazał się na tyle głupi, by się kręcić po okolicy w pojedynkę i bez broni. To właśnie wtedy rozpoczął swą gangsterską karierę Al Capone. Nie mógł wybrać lepszego momentu.

W 1917 roku Kongres zwrócił się do każdego ze stanów federacji, by opowiedział się za przyjęciem osiemnastej poprawki do konstytucji, zakazującej w całym kraju sprzedaży, produkcji i transportu napoi o właściwościach odurzających. Poprawkę przegłosowano bez większego sprzeciwu. Większość społeczeństwa uwierzyła, że to prawo szybko wejdzie w życie i że Amerykanie gremialnie porzucą zwyczaj spożywania alkoholu. Ewangelista Billy Sunday piętnował tę popularną używkę, grzmiąc z ambony: „Byłeś najgorszym wrogiem Boga. Stałeś się najlepszym przyjacielem piekła. Nienawidzę cię nienawiścią idealną”[10]. Przepowiadał nadejście nowej epoki prosperity i czystego życia: „Slumsy wkrótce odejdą w zapomnienie. Więzienia zmienimy w fabryki, a w aresztach urządzimy magazyny i spichlerze. Mężczyźni będą chodzić z podniesionymi czołami, a kobiety i dzieci zaczną się uśmiechać. Piekło na zawsze opustoszeje”.

Torrio i Capone mieli inną wizję przyszłości.

Prohibicja weszła w życie o północy 16 stycznia 1920 roku, dzień przed dwudziestymi pierwszymi urodzinami Ala Capone. Wojna już odeszła w niepamięć i nastrój w całym kraju się zmienił. Życie pełne wyrzeczeń było dobre dla głupków i naiwniaków.

„Jak przepracowany biznesmen rozpoczynający wakacje – napisał dziennikarz i historyk Frederick Lewis Allen – ten kraj zaczął w końcu na nowo odkrywać, jak się bawić i miło spędzać czas”[11]. Amerykanie pragnęli tańczyć, jeździć szybkimi samochodami i wydawać pieniądze. Chcieli szokować swoich rodziców modnymi ciuchami i imponować sąsiadom najnowszymi osiągnięciami techniki, jak elektryczne żelazka i odkurzacze. Mieli też ochotę pić. Delegalizując alkohol, rząd nieopatrznie przyczynił się do wzrostu popularności wszelakiego rodzaju trunków. Bąbelki w szampanie mieniły się kusząco, jak nigdy dotąd, a pianka w kuflu piwa wydawała się jeszcze bardziej orzeźwiająca. Alkohol domowej roboty smakował zwykle jak kwas z akumulatora, co doprowadziło do wynalezienia koktajli; słodkie dodatki i zioła sprawiły, że drinki stały się jeszcze bardziej nęcące, szczególnie dla kobiet. Irving Berlin podsumował zaistniałą sytuację słowami, które połączył z chwytliwą melodią: „Nie można tańczyć shimmy przy herbacie”.

 

Kongres uchwalił tak zwany Volstead Act, będący ustawą wykonawczą Osiemnastej poprawki, i przynajmniej w pierwszych latach obowiązywania nowego prawa spożycie alkoholu w Ameryce gwałtownie spadło. Jego twórcy nie przewidzieli jednak, że doprowadzi to do rozwinięcia się przestępczej działalności, na skutek której powstanie wielka, nielegalna sieć produkcji i sprzedaży alkoholu.

Nie tylko geniusz był w stanie zrozumieć, że taka okazja nadarza się raz w życiu. Z dnia na dzień szemrani biznesmeni pokroju Ala Capone zajęli się przemytem i handlem alkoholem. Nazywano ich bootleggers (określenie to wywodzi się z czasów kolonialnych i prawdopodobnie nawiązuje do słowa bootleg, czyli cholewy wysokiego buta, w której ukrywano butelki). Doświadczenie, związane z prowadzeniem knajp, burdeli i szulerni, bardzo im się teraz przydało. Wiedzieli już, jak się obraca pieniędzmi, sprzedaje gorzałę, ucisza konkurencję i świadczy różne usługi w całym mieście. Teraz musieli się tylko nauczyć, jak to samo robić na skalę hurtową. Wielkie legalne interesy w tej branży właśnie straciły prawo bytu. Gdyby więc wykazali się odpowiednim refleksem, mogliby zająć ich miejsce. Na początek potrzebowali ciężarówek i wspólników w innych miastach. W Nowym Jorku był to Meyer Lansky, w Filadelfii – Boo Boo Hof, w Detroit – tak zwany Purpurowy Gang, w Cleveland – Moe Dalitz. Razem stworzyli siatkę wzajemnych powiązań, która z czasem przybrała formę ogólnokrajowego, przestępczego syndykatu.

Udział w nielegalnym obrocie alkoholem zapewniał swego rodzaju społeczny awans. Drobni oszuści nie mieli już czasu na włamania, kradzieże kieszonkowe czy napady. Te zajęcia okazały się zbyt ryzykowne i nie tak opłacalne. Tymczasem handel napojami wysokoprocentowymi nobilitował. Jako dostawcy ulubionych używek ludzie ci w pewnym sensie służyli społeczeństwu, znajdując popyt na swój towar także wśród szacownej klienteli. Mieli gotówkę, a więc mogli szykownie się ubierać i znajdować sobie przyjaciół z wyższych sfer. Stali się romantycznymi bohaterami, hołubionymi przez dziennikarzy, którym podobał się ich styl, żargon i ksywy – a zwłaszcza działalność, jaką prowadzili.

Bootleggers prosperowali w każdej większej aglomeracji, ale w Chicago wiodło im się najlepiej. Miejsce to przesiąkło alkoholem na wskroś. Pewnie dlatego piosenka z 1922 roku, pod tytułem Chicago, nazywała je „rozkołysanym miastem”. Nikt nie wierzył ani przez chwilę, że prohibicja coś tu zmieni. Prędzej wyschnie jezioro Michigan.

Kiedy już stało się jasne, że ani mieszkańcy Chicago, ani pozostali Amerykanie nie zrezygnują z picia, rząd stanął przed pytaniem, czy dużo pieniędzy i wysiłku należy włożyć w zwalczanie tej nowej fali przestępczości. Okazało się, że nie. Torrio i Capone znaleźli się w gronie tych, którzy gotowi byli ten fakt skwapliwie wykorzystać.

Inne książki tego autora