Mr. Breakfast

Tekst
Z serii: Salamandra
1
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Mr. Breakfast
Mr. Breakfast
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,80  55,04 
Mr. Breakfast
Mr. Breakfast
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bergman trzymał się prosto jak strzała i miał poczucie humoru przedsiębiorcy pogrzebowego, a jednak, nie wiedzieć czemu, Graham potrafił go rozbawić. Doktor uwielbiał ten rodzaj poczucia humoru, ale zarazem, ilekroć Patterson skrewił, walił mu prawdę prosto w oczy.

Kilka lat temu Steve zadzwonił do niego ni stąd, ni zowąd i oświadczył, że przemyślał kwestię jego kariery. Jego zdaniem Graham uczyniłby milowy krok naprzód, gdyby postawił sobie na głowie irokeza i zaczął nosić krawat i garnitur. Patterson odparł, że to wolne żarty, ale przyjaciel zapewnił go, że mówi całkiem serio. Po głębokim namyśle nad przyczynami nader umiarkowanego sukcesu przyjaciela doszedł do wniosku, że Grahamowi brakuje tego czegoś, jakiejś szczególnej cechy, która by go wyróżniała spośród innych komików; jest po prostu zwykłym standaperem, który opowiada fajne, ale średnio oryginalne dowcipy. Ergo: trzeba zresetować cały jego wizerunek. Występy powinny mieć więcej pikanterii i „pazura”. Publika powinna poczuć, co to znaczy „Nie ma zmiłuj!”. Wariacka fryzura w połączeniu z nienagannym konserwatywnym garniturem natychmiast rzucą się w oczy, a ostrzejszy dowcip tylko podkręci ten kontrast. Humor powinien łapać ludzi za gardło i zmuszać ich do refleksji, nie zaś wywoływać letnie śmichy-chichy. Zapewne nowe teksty Pattersona niektórych zaszokują, ale inni odkryją w końcu jego nietuzinkowość, wiedzę i inteligencję.

Patterson cierpliwie wysłuchał argumentów przyjaciela.

– Nie – odparł krótko.

– Dlaczego nie? – spytał Bergman.

– Bo ten facet to nie ja, Steve. Wiesz o tym doskonale. Czułbym się jak skończony idiota, łażąc po scenie z irokezem na głowie i krawatem pod szyją. Co byś powiedział, gdybym ci kazał ogolić głowę na łyso i przeprowadzać operacje w japonkach, korkowym hełmie i skórzanych majtkach z szelkami?

W głos Bergmana wkradł się lodowaty ton.

– To nie moja kariera wpadła po jaja w bagno i pogrąża się w nim z każdym mijającym miesiącem, Grahamie. Występujesz na coraz mniejszych scenach, jeszcze trochę, a będziesz opowiadał szmoncesy na bar micwach w Secaucus. – Bergman urwał na moment. – Proponuję ci układ. Za miesiąc masz występ na Brooklynie. Zrób sobie irokeza, włóż krawat i marynarkę i uzupełnij swój monolog o co najmniej sześć minut nowego, bezkompromisowego materiału. Posłuchaj moich rad, Grahamie. Bądź ostry jak brzytwa: twoje dowcipy nie mają łaskotać ludzi, tylko dźgać i prowokować.

– A jeśli się zgodzę? – Patterson nie zamierzał słuchać Bergmana, ale był ciekawy, co przyjaciel ma do zaoferowania.

– Wiem, że podoba ci się mój lichtenberg. Jest twój, jeżeli pokażesz się na scenie tak, jak zasugerowałem.

– Steve, ten zegarek jest wart jakieś osiem tysięcy dolców…

– Dziewięć z hakiem. Mówię całkiem serio: jeden wieczór, jeden występ i zegarek należy do ciebie.

– Upadłeś na głowę.

– Nie. Jestem twoim przyjacielem i próbuję ci pomóc. Jeśli przyjmiesz moją radę, będziesz mógł też przyjąć zegarek.

Pewnego razu, kiedy byli studentami, Bergman powiedział do niego: „Większość ludzi wolałaby umrzeć, niż zmienić swoje życie w istotny sposób”. Patterson uznał wtedy jego słowa za zbyt teatralne i „głębokie”. Z upływem czasu jednak, w miarę jak lepiej poznawał ludzi i ich zachowanie, zdał sobie sprawę z prawdziwości tego stwierdzenia. Przypomniało mu się ono miesiąc później – na parę minut przed wkroczeniem na brooklińską scenę, gdzie ubrany w swój zwykły strój powtórzył te same dowcipy, które opowiadał już setki razy wcześniej.

Po występie kierownik klubu podszedł do niego i wręczył mu szare kartonowe pudło. Wieczór był udany, publiczność nieźle się bawiła. Wybuchające przez cały program petardy śmiechu sprawiły, że Patterson zszedł ze sceny niemalże pijany ze szczęścia; był zadowolony z siebie i podekscytowany aplauzem, którym go nagrodzono.

– Co to?

– Nie wiem. Dał mi to jakiś facet. Powiedział, żebym ci to przekazał, i odszedł. Przystojny gość, wyglądał jak aktor.

Patterson powędrował w głąb sali klubowej (w klubie nie było garderoby). Zamówił kieliszek rumu i przyjrzał się tajemniczej przesyłce. Górną część pudła oklejał pasek taśmy samoprzylepnej, który łatwo dał się zdjąć. W środku znajdowała się kasetka z jasnej wiśni, na której widniały dwie czarne błyskawice wyryte w poprzek wieczka. Patterson od pierwszego rzutu oka rozpoznał logo, które Bergman pokazał mu kilka miesięcy temu: w szkatułce był zegarek z Lichtenbergiem.

– Jasna dupa! – Rozejrzał się z niedowierzaniem po sali, szukając Steve’a. Nie miał pojęcia, że przyjaciel zjawi się tu dzisiaj; przecież powiedział, że wyjeżdża z Nowego Jorku na konferencję. Czyżby oddawał mu swój zegarek? Ale dlaczego? Przecież nie poddał się woli Bergmana: wciąż miał na głowie wszystkie włosy, a zamiast garnituru i krawata nosił ośmioletni sweter z czarnego kaszmiru i wytarte dżinsy. Może Steve jest chory, zmroziło go nagłe przypuszczenie. Może ten zegarek to jego pożegnalny prezent dla najlepszego przyjaciela?

Obawa o zdrowie Bergmana ulotniła się tuż po tym, jak Patterson otworzył kasetkę i zobaczył na jej dnie samoprzylepną karteczkę pokrytą starannie wykaligrafowanym pismem przyjaciela:

PRZYSZEDŁEM Z ZEGARKIEM

I WYCHODZĘ Z ZEGARKIEM.

PUDEŁKO JEST TWOJE.

Parę miesięcy później, kiedy jego występ na Rhode Island okazał się następną porażką, przyszło mu do głowy, że gdyby jednak posłuchał Steve’a i poszedł na całość, być może jego kariera potoczyłaby się inaczej. Pakując manatki przed wielką podróżą na zachód, postanowił zabrać z sobą także tę szkatułkę, aby była gorzkim przypomnieniem o drodze, na którą kiedyś nie wstąpił.

I oto teraz kasetka leżała sobie na siedzeniu pikapa razem z wykonaną na zamówienie rdzawą dżinsową kurtką. Nieznajomy musiał mu je zwędzić, kiedy Patterson był w toalecie. Kierowca raptora włamał się do jego bagażnika i zabrał stamtąd szkatułkę oraz kurtkę.

Patterson był ociężały i bez formy, ale w razie konieczności nie stronił od konfrontacji. Jeśli zrobi się gorąco, nie podda się bez walki. Jako dzieciak bez przerwy wdawał się w bijatyki, czasem mając po temu powody, a czasem nie. Przechował w sobie ten płomyk agresji aż po dorosłość; zdarzało się, że osoba, która mu się naraziła, natychmiast czuła przy nosie jego pięść.

Maszerując przez parking, układał w myślach to, co za moment wypowie do złodzieja.

– Jakim cudem moje rzeczy znalazły się w pańskim aucie? – Nie: zbyt łagodnie. – Ej, oddawaj moje rzeczy, skurczysynu! – Zbyt ogólnikowo.

Wciąż zastanawiał się nad doborem słów, gdy ujrzał twarz siedzącego na stole mężczyzny. Był nim Graham Patterson z irokezem na głowie.

We własnej osobie.

Nie licząc fryzury, wyglądał jak jego lustrzane odbicie.

Patterson zamarł w pół kroku i gapił się oniemiały, jakby zamienił się w kamienny posąg. Tymczasem drugi Graham Patterson – ten mówiący przez telefon – spojrzał wprost na niego. Żadnej reakcji. Mało że go nie poznał: w ogóle go nie zauważył. Obojętny wyraz jego twarzy dowodził niezbicie, że nie odróżnia prawdziwego Pattersona od powietrza. Patrzył przed siebie zmrużonymi oczami, pochłonięty rozmową przez telefon. Uniósł rękę i ponownie pogładził się po grzebieniu włosów. Słońce błysnęło na metalowym przedmiocie, który miał na nadgarstku. Zegarek. Irokez nosił na ręku model z figurą Lichtenberga za dziewięć tysięcy dolarów.

– Jestem gdzieś w Illinois. Czemu? Po prostu musiałem uciec na kilka dni. Ciągle nagabywano mnie ze wszystkich stron, domagano się tego czy tamtego. Mówiąc szczerze, Steve, miałem już dość tego syfu. Przestraszyłem się. Filmy i reklamy telewizyjne są okej, ale od czasu do czasu człowiek musi, kurwa, trochę zwolnić, żeby zaczerpnąć tchu. Więc objeżdżam Amerykę. Chciałem odsunąć się na jakiś czas od tego wszystkiego. To był świetny pomysł. – Sobowtór słuchał chwilę w milczeniu. – No, nikt chyba nie wie tak dobrze jak ty, co to znaczy pracować pod presją. Mówiłeś, że robisz czasem trzy operacje dziennie. Co? – Uśmiechnął się i opuścił wzrok na nadgarstek. – Jasne, że tak. Zawsze go noszę. To mój talizman; od kiedy mi go podarowałeś, przynosi mi szczęście. Jestem taki przesądny, że wziąłem nawet kasetkę. Wkładam do niej zegarek na noc, żeby nie wściekał się na mnie za nieludzkie traktowanie. – Umilkł, po czym skinął głową. – Owszem, moja agentka wychodzi z siebie. Ale mówi się trudno. Właśnie z nią rozmawiałem. W tym roku zarobiła na mnie tyle kasy, że powinna wyluzować i dać mi trochę swobody. Tak czy inaczej wracam za dwa dni…

Za każdym razem, gdy Patterson denerwował się, bał albo gubił, dopadały go problemy żołądkowe. Miał wtedy góra dziesięć minut, by zameldować się w toalecie. W żaden sposób nie umiał temu zaradzić: mimo wielu prób wulkan w jego brzuchu nie dawał się obłaskawić. Po kilku nieprzyjemnych wpadkach, jakie dotychczas zaliczył w życiu, wiedział, że musi czym prędzej udać się do najbliższej toalety.

Widok pana Irokeza gadającego przez komórkę uderzył w niego z taką siłą, że żołądek dał rozkaz do natychmiastowego wymarszu. Chętnie by posłuchał rozmowy Irokeza z jego najlepszym przyjacielem Steve’em Bergmanem dotyczącej życia, o jakim on zawsze marzył, trzeba było jednak biec do toalety. Pędząc z powrotem przez parking, minął wielkiego czerwonego forda raptora, którego sobowtór był dumnym posiadaczem i na którego przednim siedzeniu leżały jego ulubiona kurtka dżinsowa i szkatułka na zegarek.

Tym razem nie zaprzątał sobie głowy aromatem panującym w wychodku. Wpadł do kabiny i klapnął na siedzenie. Zdążył w samą porę. Serce waliło mu w piersi jak wielki młot bijący w kowadło. Czuł się, jakby ledwie co ukończył bieg krótkodystansowy, ale prawda była taka, że zawładnęły nim zdumienie i strach.

 

Jak to możliwe? Patterson wierzył w Boga, ale nie w takie rzeczy: nie w duchy, w sobowtóry, kosmitów, postrzeganie pozazmysłowe, gości zza grobu i tym podobne farmazony. Nie zajmowały one ani milimetra przegródki w jego umyśle oznaczonej jako „nie można tego wykluczyć”.

Co innego Steve Bergman. Doktora fascynowały rozmaite dziwy, a podczas swoich peregrynacji po świecie bywał świadkiem autentycznych cudów. Raz po raz pożyczał Grahamowi książki Charlesa Forta, Mircei Eliadego, P.D. Uspienskiego, Carlosa Castanedy i Heleny Bławatskiej. On jednak pozostał przy swoim zdaniu, uważając to wszystko za stek bzdur.

– Jeśli te istoty i zjawiska naprawdę istnieją, to czemu bawią się z nami w chowanego? Latające talerze, na miłość boską! Niech choć raz wylądują na Times Square i zawołają: „Tutaj jesteśmy!”. Czy bez tych wszystkich mediów i jasnowidzów nie da się upolować ducha albo zaprosić zmarłych do złożenia wizyty po tej stronie? Skąd ta nieśmiałość, Steve?

Dzisiaj cuda nabrały śmiałości. Pięć minut temu, w połowie życia, Graham Patterson omal nie zesrał się ze strachu, stając twarzą w twarz z samym sobą. A mówiąc ściślej, z inną wersją samego siebie, która najwyraźniej cieszyła się życiem, o jakim on zawsze marzył – pominąwszy irokeza na głowie.

Gdy jelito grube powiadomiło go, że już po zawodach, zapiął spodnie i wyszedł z wychodka z miną, na której odbijała się mieszanina strachu i zadziorności. Głowę rozsadzały mu pytania, a w brzuchu lęgły się strachy. Podejdzie do tego gościa i po prostu się z nim rozmówi, zapyta, co… Nie. Spyta go, kim jest i co się dzieje.

Gdy obszedł ściankę z pustaków („Proszę czekać na wskazanie miejsca przez personel”), zobaczył, że czerwony pikap zniknął. Spojrzał szybko w lewo, by się przekonać, że zniknął również siedzący na stole Graham Patterson. Wyszedł na środek parkingu i rozglądał się na boki. Ani śladu człowieka i maszyny. Irokez i jego czerwone auto rozpłynęli się w powietrzu.

Po otwarciu bagażnika w swoim samochodzie zobaczył, że dżinsowa kurtka i wiśniowa kasetka leżą na swoim miejscu, tam gdzie je zostawił.

Klub nazywał się „Proca”. Patterson cieszył się, że do niego trafił, choć poza tym, że występowali tu komicy, miejsce to nie wyróżniało się niczym szczególnym.

W dalszym ciągu nie doszedł do siebie po popołudniowym incydencie. Wjechał na pełnym gazie do najbliższego miasta, wynajął pokój w pierwszym motelu, jaki mu się nawinął, rymnął na łóżko i gapił się w sufit; jego rozgorączkowany umysł gubił się w domysłach, dopóki pomieszczenia nie wypełniła ciemność, w której prawie nic nie było widać.

Na szczęście znalazł się w mieście uniwersyteckim, którego prężnie rozwijająca się dzielnica handlowa szczyciła się popularnym wśród braci studenckiej klubem komediowym. Recepcjonistka w motelu powiedziała mu, że musi zdać się na łut szczęścia: czasem komicy są znakomici, a czasem beznadziejni. Patterson ubóstwiał takie kluby, i te dobre, i te kiepskie. Uwielbiał energię tłumu, adrenalinę artystów, pełną napięcia atmosferę oczekiwania na nowego standapera wchodzącego na scenę. Efekt był widoczny od razu. W momencie wyjścia na scenę komik czuł się jak spadochroniarz wyskakujący z samolotu dziesięć tysięcy stóp nad ziemią. Jego spadochronem – tym, co mogło go uratować od scenicznej śmierci – były dowcipy, które opowiadał. Przez wiele lat Patterson uważał te kluby za bezpieczną przystań, bez względu na to, czy stał przed widownią, czy na niej siedział. Czuł się tutaj jak u siebie, a czasami, po szczególnie udanym spektaklu, zdarzało mu się odczuwać, że to, co robi, ma jakiś sens.

Tablica nad barem zachwalała pikantne skrzydełka z kurczaka i regionalne piwo, toteż zamówił je, a potem czekał cierpliwie na pojawienie się pierwszego artysty. Gdy kelnerka postawiła przed nim czerwony talerz ze skrzydełkami, paluszkami selera i sosem z pleśniowego sera, zmarszczył się skonsternowany. Świeżo ugotowane jedzenie nie pachniało jak pieczone skrzydełka, tylko jak świeżo ścięte drewno. Była to oczywiście woń miła dla nosa, tyle że nijak nie kojarzyła się z Buffalo Chicken Wings na jego talerzu.

Tam jednak, gdzie w grę wchodziło jedzenie, Graham Patterson nie był nadmiernie drobiazgowy. „Raz kozie śmierć” – mruknął, sięgając po pierwsze z brzegu skrzydełko. Nadgryzł je lekko, nie wiedząc, czego się spodziewać. Było pyszne! Soczyste i pikantne, z doskonale wyważonymi przyprawami, które łagodnie łaskotały mu język, nie mordując kubków smakowych. Wciąż jednak można było wyczuć woń drewna. Dziwne.

Piwo też było dobre, więc przez następną godzinę Patterson jadł, pił i słuchał kilku przeciętnych, ale żywiołowych komików uwijających się po scenie jak w ukropie. Był wtorek, połowa miejsc na sali była wolna. Gdy około wpół do jedenastej ludzie zaczynali zbierać się do wyjścia, do mikrofonu podszedł właściciel klubu i ogłosił entuzjastycznym tonem:

– A teraz niespodzianka, panie i panowie. Wprawdzie nie mamy dziś otwartego mikrofonu, ale myślę, że warto uczynić wyjątek dla naszego gościa. Nie spodziewaliśmy sie go w naszych skromnych progach, ale cieszymy się, że zaszczycił nas swoją obecnością. Proszę państwa: powitajmy Grahama Pattersona!

Rozległ się ogłuszający aplauz. Na scenę przy akompaniamencie rzęsistych braw i głośnych gwizdów wkroczył Irokez Patterson. Przywitano go jak narodowego bohatera. Ludzie byli zachwyceni, widząc w swoim klubie sławnego komika. Ubrany w te same dżinsy i czarną koszulkę polo, w której zmaterializował się na parkingu, wyszczerzył się w uśmiechu, pokazując wymownie, że wystarczy już tych oklasków. Siedzący z tyłu sali Patterson dostrzegł odbłysk światła na zegarku Irokeza.

– Dzięki, wielkie dzięki za miłe powitanie. I dzięki, Adamie, że wpuściłeś mnie na swoją scenę. Tylko błagam, nie pytajcie, jakim cudem znalazłem się tu dzisiejszego wieczoru…

– Jakim cudem się tu znalazłeś? – odezwał się zaraz jakiś dowcipniś.

– Wgalopowałem na twojej inteligencji – odparł z niezmąconym spokojem Irokez. – Na szczęście dla nas obu przejażdżka trwała krótko.

Publiczność ryknęła ze śmiechu. Nawet Patterson zaśmiał się pod nosem, doceniając refleks Irokeza, który zamiast smagać widownię ciętymi ripostami, mówił do niej spokojnym, nasyconym sarkazmem głosem. Patterson miał w swojej karierze parę utarczek z klubowymi krzykaczami. Czasem udawało mu się osadzić ich w miejscu celną odzywką, ale nie tak często, jak by sobie tego życzył. Z pewnością nie umiał odpowiadać tak surrealistycznie i ścichapęk, jak uczynił to przed chwilą jego sobowtór.

Program trwał piętnaście minut i był genialny.

– Jak chrześcijanie podnoszą ciężary? Słyszeliście kiedyś o tym? Nie? No to posłuchajcie… – Irokez rozprawił się bez pardonu z maczyzmem, religią i hipokryzją, by pod koniec przejść do polityki. Występ zakończyła anegdota o seksie z kaloryferem, po którym część zszokowanej publiczności wstrzymała oddech, a część zerwała się na równe nogi, śmiejąc się i bijąc brawo. Monolog Irokeza był oryginalny, ryzykowny i znakomity. Składało się na niego wszystko to, o co dopominał się Steve Bergman, odradzając Pattersonowi wałkowanie ciągle tych samych nudnawych kawałków, podczas których ludzie zwykle rozglądali się za kelnerką, aby zamówić drinka, bądź wychodzili w połowie anegdoty do łazienki.

Najbardziej zaniepokoił go fakt, że wszystkie bez wyjątku tematy, jakie przewinęły się w programie Irokeza, pochodziły z jego notatek, które sporządził z zamiarem włączenia ich do programu, dopóki pewnego wieczoru w Providence nie oznajmił „Finito!” swojej dogorywającej w bólach karierze. Kiedy natknął się w Internecie na artykuł o chrześcijańskim kulcie ciężarowców, wiedział, że po prostu musi jakoś wykorzystać tę informację. Było jasne jak słońce, że stojący na scenie Irokez – uosobienie Pattersona, który odniósł oszałamiający sukces – posłuchał rady Steve’a Bergmana i zebrał owoce tej decyzji, o których on, Patterson, mógł jedynie pomarzyć.

Standaper ukłonił się, pomachał oburącz do widzów, przyłożył dłoń do serca na znak podziękowania i zszedł ze sceny. Po drodze stuknął się piąstkami z klaszczącym właścicielem klubu, po czym zniknął w bocznym wyjściu.

Patterson podniósł się z krzesła, rzucił na stół dwa dwudziestodolarowe banknoty i opuścił klub innym wyjściem. Tym razem zamierzał go dopaść. Nie miał wprawdzie pojęcia, co mu powie, ale wiedział, że jeśli tego nie zrobi, to zwariuje.

Nie musiał się spieszyć. Czerwony ford ranger raptor stał pod uliczną lampą na odległym końcu parkingu znajdującego się na tyłach klubu. Oparty o maskę auta Irokez przypalał akurat cygaro. Następna wspólna cecha: Patterson uwielbiał cygara. Uzależnił się od nich przed laty za sprawą Bergmana, palącego najlepszej jakości tytoń, i w krótkim czasie rozbisurmanił się jak stary snob. Jego ulubiona marka nazywała się „Padrón Maduro”, ale cygara kosztowały fortunę, pozwalał więc sobie na luksus ich wypalenia raz na kilka miesięcy, kiedy było mu wyjątkowo smutno, wyjątkowo wesoło albo kiedy chciał sobie pofolgować. Zdarzało się to rzadko i miało zbawienny wpływ na jego zdrowie. Gdyby jednak było go na to stać, paliłby je bez przerwy.

Napięty jak skrzypcowa struna, Patterson przemierzył parking, kierując się w stronę swego sobowtóra. W miarę jak się do niego zbliżał, oczywiste stawało się, że tamten go nie widzi. W końcu zatrzymał się o parę kroków przed Irokezem, który nadal pozostawał ślepy na czyjąkolwiek obecność. Palił niespiesznie cygaro, gapiąc się w dal albo spoglądając pod nogi.

– Halo – odezwał się Patterson niezbyt głośno.

Zero reakcji.

– Przepraszam bardzo.

Irokez wyjął cygaro z ust, obrócił je w palcach i dmuchnął w koniuszek, rozżarzając go na pomarańczowo.

Dlaczego go nie słyszy? Przecież dzieli ich ledwie krok.

– Ej, Graham!

W przypływie śmiałości Patterson podszedł do Irokeza i pchnął go palcem w pierś. Zamiast natrafić na opór, jego palec zanurzył się w klatce piersiowej sobowtóra aż po dłoń, jakby wkładał ją do wody. Patterson wrzasnął jak oparzony. Cofnął rękę i przyjrzał jej się badawczo: nic mu się nie stało.

– Kurwa. Co jest grane?

Irokez ćmił niewzruszenie swoje cygaro, nie zwracając uwagi na to, co się dzieje dokoła niego.

W akcie rozpaczy Patterson wyciągnął ręce przed siebie, chcąc potrząsnąć komikiem za ramiona, a przynajmniej poczuć go pod palcami. Musi istnieć jakieś wytłumaczenie tej sytuacji. Jeśli tylko uda mi się go dotknąć, pomyślał, nawiązać z nim jakiś kontakt. Jego ręce ponownie zniknęły w ciele Irokeza. Stał i oddychał ciężko, wydając dziwne gardłowe piski.

– Panie Patterson. Czy możemy zająć panu chwilę?

Głos dobiegł zza placów Grahama. Odwrócił się i ujrzał dwóch mężczyzn stojących nieopodal z niewyraźnymi minami.

– Tak, słucham. – Irokez zdjął drobinę tytoniu, która przykleiła mu się do języka.

– Przepraszam, że zawracam głowę, ale czy mógłbym prosić o pański autograf? – Jeden z mężczyzn trzymał w wyciągniętej ręce białą bejsbolówkę.

– Mam zniszczyć panu nakrycie głowy?

– O nie, nie zniszczy go pan, słowo honoru. Jesteśmy wielbicielami pańskiego talentu. Mamy pana nowe DVD z występem specjalnym w…

– „Bibułka z masłem”? – Irokez uśmiechnął się, biorąc od mężczyzny czapkę i cienkopis.

– Tak. Kocham ten show. – Przyjaciel dał mu kuksańca w bok, więc natychmiast się poprawił: – Obaj kochamy ten show. Obejrzeliśmy go kilka razy i zawsze znajdujemy coś, co nas bawi.

– To miło z waszej strony. Jak macie na imię?

Mężczyzna zawahał się.

– Czy mógłby pan napisać „dla Klucza i Zamka”?

Irokez przekrzywił głowę i popatrzył na niego.

– Serio? Nazywacie się Klucz i Zamek?

– Tak, żyjemy ze sobą. On ma na nazwisko Kirk, a ja Lock, więc można powiedzieć, że pasujemy do siebie…

– Jak klucz i zamek – dokończył Irokez. – Jasne. Oto autograf. – Zatknął z powrotem skuwkę na pisak i oddał im go wraz z bejsbolówką. – Mogę was o coś spytać?

Popatrzyli na siebie zdziwieni – czego tak sławny komik może od nas chcieć?

Realnie istniejący Patterson gapił się na trójkę mężczyzn, uświadamiając sobie coraz boleśniej, że żaden z nich go nie widzi. Nie dość, że jego ręka przeszyła Irokeza na wylot, to jeszcze sam jest niewidzialny? Spróbował dotknąć jednego z fanów Irokeza stojącego tuż obok niego. Raz jeszcze odniósł wrażenie, jakby jego ręka zanurzyła się w wodzie.

– Hej!

Nic.

– Hej, mówię do ciebie!

Mężczyźni wlepiali oczy w Irokeza, czekając na jego pytanie.

Graham zaczął podskakiwać jak opętany. Wymachiwał rękami i wrzeszczał ile sił w płucach, ale tamci nijak nie dali po sobie poznać, że go dostrzegają. W końcu dał za wygraną i opadłszy z sił, stał ze zwieszonymi ramionami i opuszczoną brodą.

 

– Od jak dawna jesteście ze sobą?

Klucz i Zamek wymienili spojrzenia i uśmiechnęli się nieśmiało.

– Od trzech lat. Pobraliśmy się w maju.

Irokez pokręcił z podziwu głową.

– Ho, ho, trzy lata. Jak wam się udało tego dokonać? Co was trzyma, nie licząc, rzecz jasna, namiętnego i dzikiego seksu. – Powiedział to tak lekkim, żartobliwym tonem, że nie było mowy o obrażaniu się. Mężczyźni znów się uśmiechnęli i zerknęli na siebie, nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć.

Obserwujący całą trójkę Patterson zmarszczył czoło, zastanawiając się, dlaczego Irokez wypytuje nieznajomych młodzieńców o intymne szczegóły ich pożycia.

– A właściwie dlaczego pan pyta? – zapytał odważniejszy z dwójki.

– Pytam o to wszystkich zakochanych, których napotykam po drodze. Nie chodzi mi o flirt, ale o autentyczny związek, rozumiecie? Któregoś dnia usłyszę odpowiedź, po której zapali mi się w mózgu wielka jasna żarówka – PSTRYK! Wtedy może zrozumiem, na czym polega romantyczna miłość. Co do mnie, to zabierałem się do niej od początku w niewłaściwy sposób. Bo trzeba wam wiedzieć, panowie, że zupełnie nie radzę sobie w miłości. W ogóle.

Prawdziwy Patterson także nie radził sobie w miłości.

– Papierowe ręczniki – rzucił młodzieniec i wyszczerzył się, jakby zdarzył się nie wiadomo jaki cud.

Irokez popatrzył na niego wzrokiem, jakim spogląda się na kogoś, kogo podejrzewa się, że ma nie po kolei w głowie.

– Tajemnicą waszego związku są papierowe ręczniki? – Przeniósł wzrok na drugiego z pary, który gapił się w ziemię, uśmiechając się promiennie; wyglądał na zakłopotanego i rozbawionego, jakby wiedział o jakimś zabawnym zdarzeniu, którego nie chciał wyjawić.

– Tak. Kirk ma fioła na ich punkcie. Nie wiem, skąd mu się to wzięło. Wszystko wyciera papierowymi ręcznikami, w kuchni nie chce używać ściereczek. Od kiedy zamieszkaliśmy razem, powtarzam mu do znudzenia: „Drzewa rosną powoli, może byś tak zużywał trochę mniej papieru?”. W sumie dba o środowisko naturalne, segreguje śmieci i tak dalej, ale papierowe ręczniki traktuje wyjątkowo. Ma na ich punkcie obsesję.

Kirk natychmiast podniósł wzrok.

– Nooo, Zamek… – jęknął i zrobił zrozpaczoną minę.

Irokez milczał, czekając na dalszy ciąg opowieści.

– Ciągle się sprzeczaliśmy o te ręczniki, czasami dość ostro. Nie były to wielkie kłótnie, ale padło kilka cierpkich słów. Tłumaczyłem, że nie chodzi o same ręczniki, tylko o marnotrawstwo papieru. Kirk wysłuchiwał moich argumentów, a potem dalej robił swoje. Ja wiem, że to jest małe absurdalne głupstwo, ale działało mi na nerwy. Zresztą Kirk dobrze o tym wiedział, prawda? – Spojrzał na swego partnera, który potwierdził skinieniem głowy i uśmiechnął się pod nosem. – No więc parę miesięcy temu umył ręce w zlewozmywaku i wydarł ręcznik z rolki nad blatem. Obok leżały bawełniane ściereczki do rąk, które chwilę wcześniej wyprałem i ułożyłem tam w zgrabnym stosiku. A położyłem je tam, żeby się nimi wytarł zamiast papierowymi ręcznikami. On jednak jak zwykle zignorował je i odwinął papier z rolki. Już miałem palnąć mu osiemdziesiąte z rzędu kazanie o marnotrawieniu papieru, kiedy nagle zapaliła mi się w głowie lampka, podobna do tej, o której wspomniał pan chwilę temu. Niech sobie używa tych ręczników, pomyślałem. Przestań się go czepiać jak uparty kretyn i pozwól mu korzystać z tych cholernych papierowych ręczników do końca życia i jeden dzień dłużej. Sekundę później powiedziałem to na głos. Uśmiechnął się od ucha do ucha. Przeszedł przez kuchnię, objął mnie i powiedział: „Nie wyobrażasz sobie, jak bardzo cię kocham. Pomyślałeś sobie: «On już taki jest i kropka; może dziwny i ekscentryczny, ale trudno, pogódź się z tym. Zamiast suszyć mu głowę, pozwól mu być sobą». I za to cię kocham”. – Zamek popatrzył na Klucza, który złożył dłonie jak do modlitwy i ponownie skinął energicznie głową.

Zatopiony w myślach Irokez zacisnął usta.

– Papierowe ręczniki. Fajna historia. Zapamiętam ją. Dziękuję, żeście się nią ze mną podzielili. – Nie było wątpliwości, że mówi z głębi serca.

Przez kilka sekund panowało kłopotliwe milczenie. W końcu Klucz przełożył podpisaną przez komika besjbolówkę do drugiej ręki i wyciągnął doń prawą na pożegnanie.

Irokez potrząsnął nią w mocnym uścisku.

– Wszystkiego najlepszego. Życzę wam wielu lat pomyślności wśród papierowych ręczników.

W spontanicznym odruchu Kirk wysunął się naprzód i objął komika, by zaraz cofnąć się i nakryć usta dłonią, jakby zawstydził się swojej poufałości. Sławny artysta ukłonił się w podzięce za miły gest. Mężczyźni pomachali mu na do widzenia i zawrócili, oddalając się w głąb parkingu.

Obserwujący tę scenę Patterson pokręcił głową. Nie przypominał sobie, aby ktoś obcy uścisnął go kiedyś po zakończonym występie. Wystarczyło, że jego alter ego zadało tamtym osobiste pytanie, aby zdobyć sobie przyjaciół na całe życie.

Irokez zapalił cygaro, które zgasło, gdy rozmawiał z Kluczem i Zamkiem. Wyjął z kieszeni telefon komórkowy i zaczął wybierać numer, lecz urwał z posmutniałą nagle miną. Kimkolwiek była osoba, do której zamierzał zadzwonić, rozmyślił się i schował telefon na powrót do kieszeni.

– Papierowe ręczniki – powiedział minorowym głosem, jakby wpadł nagle na rozwiązanie starego problemu sprzed lat.

Z odległego końca parkingu wtoczyła się srebrna furgonetka. Zbliżała się pomału do miejsca, w którym stali Patterson i jego sobowtór; rozproszone rtęciowe światło uniemożliwiało rozpoznanie kierowcy. Obaj przyglądali się sunącemu przez parking autu. Furgonetka zwolniła i zatrzymała się tuż przed nimi. Można już było dostrzec kierowcę – śliczną, uśmiechniętą kobietę około trzydziestki, o chłopięco przystrzyżonych włosach. Okno od strony pasażera zsunęło się w dół.

– Pan Patterson? – zawołała.

– Tak – odparł bez namysłu, zapominając, że dopóki towarzyszy mu sobowtór, jest dla innych niewidzialny. Kobieta zwracała się oczywiście do Irokeza, a nie do niego.

– Cześć, we własnej osobie. – Irokez obrócił się ku furgonetce z uśmiechem, który zamarł mu na ustach.

Kobieta mierzyła do niego z pistoletu.

– Wsiadaj.

Uniósł ręce w geście kapitulacji.

– Słuchaj, to jakieś…

– Jak zaraz nie wsiądziesz, strzelę ci w oko.

Jakby dla zaznaczenia, że mówi poważnie, odchyliła pistolet w bok i nacisnęła spust. Broń miała tłumik, toteż zamiast huku rozległo się coś w rodzaju cichego „pssst”. Patterson i Irokez odskoczyli z przerażenia, wydając zdławione okrzyki.

– Wsiadaj, no już!

Ruszyli, gdy tylko znalazł się w środku. Patterson usłyszał jeszcze komendę „zamknij drzwi!”, po czym furgonetka wyjechała na ulicę i oddaliła się z przepisową prędkością. Bez ryku silnika i pisku opon na asfalcie.

Graham Patterson nie należał do ludzi odważnych, ale nie był też tchórzem. Sytuacja wymagała działania, ruszył więc szybko przez parking w stronę klubu. Ale co takiego mógł zrobić? Co miał powiedzieć? Zadzwonić pod 911? Przed chwilą byłem świadkiem własnego uprowadzenia. Wezwać policję? Z miejsca, w którym do was mówię, zostałem porwany przez nieznaną kobietę uzbrojoną w pistolet… Z każdym krokiem incydent wydawał mu się coraz bardziej szalony i nieprawdopodobny, aż w końcu, powłócząc nogami, zatrzymał się w połowie parkingu.

– Co ja mam robić? – zwrócił się głośno do otaczającej go pustki.

W tym momencie drzwi klubu otwarły się i wyszła stamtąd kobieta. Ku swemu zdumieniu Patterson rozpoznał w niej Annę Mae Collins. Stał i wlepiał wzrok w tatuażystkę, nie mogąc się otrząsnąć z tego, co zdarzyło się przez ostatnie pięć minut.