Mr. BreakfastTekst

Z serii: Salamandra
1
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Mr. Breakfast
Mr. Breakfast
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,80  55,04 
Mr. Breakfast
Mr. Breakfast
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

Motto

***

Szyszka

Cyna

Wiążąc wodę w supeł

Wielki szary kapelusz

Felek

Dusza z Łazarzowego Szkła

Celinie Pająk

Nic ci nie powie, gdzie jesteś. Każda chwila to miejsce, którego nie znasz. Mark Strand

Właściwie tego nie wiemy, zaledwie przeczuwamy: istnieje statek bliźniaczy naszego życia, płynący zupełnie innym kursem. Tomas Tranströmer

Gdy słowa staną się niejasne, uzyskam ostrość za pomocą zdjęć. Gdy obrazy staną się niewystarczające, zadowolę się ciszą. Ansel Adams

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

– Czy ma pani ochotę porozmawiać o Pattersonie? Nie musimy, jeśli pani nie chce.

Przez chwilę na twarzy Ruth Murphy zmagały się z sobą rozmaite emocje – gniew, smutek i rezygnacja.

– O Pattersonie komiku? – zapytała w końcu. – Komediancie, klaunie i kretynie. Takiego Grahama znałam. Facet zrobiłby wszystko, żeby cię rozśmieszyć. Słyszał pan pewnie o tym numerze z protezą ramienia? Chcieli go aresztować. Zakuli go już w kajdanki, na miłość boską! Ale jak zaczął pajacować, gliniarze skręcali się ze śmiechu i wypuścili głuptasa. Akurat wtedy mu się upiekło. Innym razem miał mniej szczęścia. – Wiedziała, że nie jest do końca uczciwa i że nie mówi całej prawdy, ponieważ uwielbiała Pattersona nie tylko za humor. Teraz jednak była stara i samotna, a niespełniona stara miłość czasami jątrzy się jak niezabliźniona rana.

– Wtedy występował jako komik – zauważył łagodnie biograf. – Później zyskał sławę i zniknął. Byliście z sobą dosyć długo…

– Trzy lata. Byliśmy razem, bo go kochałam. Można kogoś kochać i jednocześnie uważać go za idiotę. Coś panu pokażę.

Na kolanach staruszki leżała wymięta, spłowiała od słońca żółta koperta. Otworzyła ją, wysunęła ze środka duże zdjęcie i podała je Jamesowi Arthurowi. Fotografia była zagięta wpół i sponiewierana. Biograf rzucił na nią okiem i skinął głową – oczywiście znał ją doskonale. Widziały ją setki tysięcy, a może miliony ludzi na całym świecie.

– To bardzo znane zdjęcie, pani Murphy.

– Wiem – odarła z irytacją Ruth, słysząc w jego głosie protekcjonalny ton. – Ale kwestia jest moja.

– Słucham? – Arthur wyprostował się, starając się ukryć niedowierzanie.

– Wykorzystał kwestię, którą ja wypowiedziałam. Ściślej mówiąc, napisałam ją zaraz po rozpadzie naszego związku. Niech pan odwróci zdjęcie i przeczyta.

Arthur zobaczył odręcznie wykonaną dedykację. Od razu rozpoznał pismo.

Dla Ruthie – która dała mi początek z kodakiem brownie. Dziękuję Ci za niego i za wszystko inne. Z wyrazami miłości, Graham.

– To niesamowite! Nie do wiary. Pani na pewno zdaje sobie sprawę, jak słynne jest to zdjęcie. Co najmniej na równi z dziełami Williama Egglestona. Osobiście uważam, że jest od nich lepsze…

– Nie powiedziałam, że to ja je zrobiłam – mruknęła Ruth. – To robota Grahama. Kompozycja, oświetlenie, kadrowanie, lokalizacja… to jego zasługi. Ale słowa są moje. Pamiętam nawet, że napisałam je na pocztówce.

– Patterson nie wyjawił, gdzie stoi ten billboard. Co tylko dodaje fotografii tajemniczości.

Staruszka dotknęła siwych włosów, tworząc dramatyczną minipauzę, po czym wyłożyła kawę na ławę:

– W Hallet w stanie Nevada. Gdzieś w hrabstwie Eureka. Graham powiedział mi, że z początku miasteczko nazywało się Hell-in-Nevada, ale w latach trzydziestych, kiedy rozkwitło, mieszkańcy zmienili nazwę na bardziej szacowną. W latach pięćdziesiątych zaczęły upadać okoliczne kopalnie srebra i miasteczko powoli wymarło. Dopóki prosperowało, wszyscy chodzili do „Mr. Breakfast”. Można by powiedzieć, że jadłodajnia stanowiła centrum życia towarzyskiego.

– Trochę wolniej, proszę. Nie zdążę zanotować. Skąd pani o tym wie?

Ruth Murphy poprawiła się wolno na krześle, szukając wygodniejszej pozycji. A przynajmniej takiej, którą byłby skłonny zaakceptować jej artretyzm. Jej życie dobiegało końca; wiedziała o tym. Nie zostawi po sobie nic oprócz syna, którego zresztą nie widziała od dwóch lat. Żadnego majątku, życiowego dorobku będącego trwałą wartością, kiedy jej już nie będzie. Nic, co by pokazało przyszłemu światu, że żyła na nim kiedyś kobieta nazwiskiem Ruth Murphy. Wiedziała, że wszystko, na co może liczyć, to kilka przypisów lub wzmianka w aneksie do biografii Grahama Pattersona, tylko dlatego, że spędziła z nim kawałek życia, zanim został „Pattersonem”. James Arthur oddał jej zdjęcie. Patrzyła na nie zamyślona, odymając usta.

Fotografia ukazywała zdewastowaną, zabitą deskami przydrożną jadłodajnię z łuszczącą się łososiową farbą, która sterczała samotnie obok posępnej pustynnej autostrady, wyglądającej, jakby przeniesiono ją z Księżyca. Pierwsze słowo, które przychodziło na jej widok do głowy, to pustkowie. Nad drzwiami frontowymi straszył wyblakły biało-czerwony szyld, którego litery układałyby się w napis MR. BREAKFAST, tyle że dwie z nich się wykoślawiły, przez co budynek wydawał się tym bardziej smutny i żałosny. Na dużym opustoszałym parkingu przed jadłodajnią stał wysmagany wiatrem, gigantyczny posąg uśmiechniętego szefa kuchni w toczku na głowie, trzymającego w ręku tacę z nazwą lokalu. Poniżej, zamiast specjałów zakładu lub powitania członków Lions Club, widniało pojedyncze zdanie:

SAMOTNOŚĆ TO KAPRYŚNA TOWARZYSZKA

W często cytowanym artykule poświęconym twórczości Pattersona pewien krytyk sztuki stwierdził, że za sprawą osobliwej kompozycji zdjęcia odbiorca ma nieodparte wrażenie, iż budynek nadal żyje. Napis na pomniku przywodził na myśl odręczną kartkę ulicznego żebraka proszącego o datek. Tyle że to sam „Mr. Breakfast” zdawał się mówić: „Mam już dosyć samotności”.

– Podoba się panu to zdjęcie? – spytała Ruth Murphy.

Mr. Breakfast? Tak, bardzo. To pierwszy patterson, jakiego zobaczyłem, i od razu mnie wzięło. Pani się nie podoba?

Staruszka westchnęła i dłuższą chwilę milczała zamyślona.

– Mam mieszane uczucia. Cenię je jako dzieło sztuki, ale pamiętam, w jakich tarapatach był wtedy Graham i jak strasznie czuł się zagubiony, kiedy je zrobił.

Nie tak miało być. Kupujesz samochód po to, żeby nim jeździć. Przez kilka gwarantowanych lat auto ma być na chodzie. Potem, zgoda, może się popsuć – ale nie w miesiąc od zakupu. Nie po przejechaniu marnych 2695 mil. A już na pewno nie wtedy, gdy dopiero co skoczyłeś z urwiska starego życia w mglistą przepaść nieznanego.

Co jeszcze może pójść na opak w świecie Grahama Pattersona? Jego kariera zawodowa: kupa dymiących zgliszczy. Życie miłosne: dno rynsztoka. Perspektywy na przyszłość: prędzej jego opasłe cielsko przejdzie przez ucho igielne…

Nazajutrz po „spalonym” występie w Providence w stanie Rhode Island poszedł do salonu i kupił – prosto z wystawy – jasnoczerwonego forda mustanga z opuszczanym dachem. Pięciocyfrowy rachunek? Ciach! Zapłacone. Z salonu pojechał najkrótszą drogą do sklepu ze sprzętem fotograficznym i sprawił sobie aparat marki Nikon, na który napalał się od paru miesięcy. Chciał mieć fotograficzny zapis swojej podróży przez Amerykę. Na koncie zostało mu raptem parę tysięcy dolarów – akurat tyle, żeby przemierzyć kontynent, na którego drugim końcu czekał na niego brat Joe. W razie potrzeby cierpliwy i zamożny braciszek był gotów dać mu pracę.

W istocie Patterson chciał żyć z rozśmieszania ludzi, pragnienie to jednak nigdy nie miało się spełnić. Pogodził się z tym – postanowił po drodze wyprawić pogrzeb mrzonce o karierze komika. Próbował sił przez wiele lat, zanim dotarło do niego, że nic z tego nie będzie. W porządku, czas pogodzić się z porażką i zaplanować coś na resztę życia.

Ojciec zwykł mawiać: „Nadchodzi w życiu człowieka taka chwila, kiedy…”. W życiu Pattersona chwila ta nadeszła jednego wieczoru w Providence, gdy buczenie publiczności oglądającej jego najlepszy numer wbiło ostatni gwóźdź do jego trumny. Nie można też pominąć obojętności, zniecierpliwienia i wręcz szyderstwa, które malowały się na twarzach ludzi chcących się pośmiać. Gwoli uczciwości trzeba zaznaczyć, że tu i ówdzie rozległo się parę śmiechów, śmichów i chichów, ale nie było wśród nich salw śmiechu, na które Patterson liczył, harując nad swoim programem. Wielkie zero. De nada, Baby. Nichts.

Pochował więc swoje największe marzenie sześć stóp pod ziemią i wyjechał z cmentarza nowiuteńkim czerwonym kabrioletem, który zanim zdechł – w ślad za marzeniem – zdołał jednak dowieźć go do Karoliny Północnej. Na szczęście zepsuła się tylko pompa paliwa; dzięki gwarancji można ją było naprawić w jedno popołudnie.

 

Czekając na reperację samochodu, Patterson postanowił coś przekąsić i powałęsać się po mieście. Po dwóch kanapkach z mocno wypieczoną wieprzowiną i dużej coli Royal Crown humor mu się odrobinę poprawił.

Kilka przecznic dalej, mijając szarą boczną uliczkę, zobaczył salon tatuażu o nazwie „Hardy Twardziel”. Kiedy później się na tym zastanawiał, nie był pewny, że czy zatrzymała go ta dziwaczna nazwa czy też umieszczone na wystawie fotografie. Patterson nie był fanem ani tym bardziej znawcą tatuaży, ale nigdy nie widział równie pięknych wzorów. Niektóre były realistyczne, inne zaś abstrakcyjne, wszystkie jednak – bez względu na wytatuowane części ciała – odznaczały się żywymi kolorami i niezwykłym wzornictwem; wydawało mu się, że mówią do niego jakimś nieznanym wizualnym językiem. Nigdy dotąd nie widział takich tatuaży. Musiał wejść i obejrzeć je z bliska.

Otworzył drzwi. Dzwonek brzdęknął cicho. Patterson wsunął się do środka.

– Sorry, zamknięte – odezwał się tubalny kobiecy głos mówiący z ciężkim południowym akcentem.

Patterson się zawahał. Jeśli salon jest zamknięty, to czemu drzwi są otwarte? Po chwili głos zaśpiewał ponownie:

– Żartuję. Czekaj, już wychodzę.

Tkwił jak kołek w płocie, nie mając pojęcia, co powie, i rozglądał się dokoła niewidzącym wzrokiem. W zasadzie nie było na co patrzeć: goły kontuar, kasa fiskalna i dwa poharatane drewniane krzesła po obu stronach taniego stolika do kawy. Na blacie walały się zaczytane egzemplarze „National Geographic”.

– Witam, czym mogę służyć? – Z zaplecza wyłoniła się drobna, sympatycznie nieatrakcyjna kobieta po czterdziestce, z krótko ostrzyżonymi czarnymi włosami; była ubrana w spłowiałe dżinsy o podziurawionych kolanach i różowy bezrękawnik z białym nadrukiem „Twardy Hardziel”. Napis zbił go z tropu, pamiętał bowiem wyraźnie, że sklep nazywa się „Hardy Twardziel”.

– Czy pani jest harda czy twarda? – odezwał się. W głębi jego duszy siedział stary żartowniś, który czasami dochodził do głosu. Zdarzało się to z reguły wtedy, gdy sytuacja zaczynała go przerastać. Przekonał się, że potrafi rozbroić ludzi swoją zabawną bezczelnością albo uroczą agresją.

Kobieta zrozumiała jego intencję i się uśmiechnęła. Miała na przedzie złoty ząb.

– Czasem taka, czasem siaka. Człowiek miewa różne nastroje, nie? Jako szefowa i jedyna pracownica tego zakładu zatrzymuję sobie prawo do obu tych przymiotników. Przyszedłeś, żeby zrobić ci dziarę?

Patterson wskazał palcem na witrynę.

– Przyszedłem, bo zobaczyłem zdjęcia na wystawie i szczęka mi opadła. Są piękne.

Skinęła, że się zgadza. Wiedziała, że zdjęcia świetne.

– Którą chcesz?

Patterson myślał, że się przesłyszał.

– Proszę?

– Którą dziarę chcesz mieć?

Graham Patterson nie chciał mieć tatuażu – ten pomysł nigdy nie przeszedł mu przez myśl – choć niektóre tatuaże, owszem, bardzo mu się podobały. Teraz jednak, usłyszawszy pytanie tatuażystki i ujrzawszy dowody jej artystycznego kunsztu, pomyślał zaintrygowany: „Czemu nie?”. Może tak powinno wyglądać jego nowe życie: Graham Patterson z wytatuowaną skórą?

– Czy mogę zobaczyć twoje dzieła? Znaczy się oprócz tych, które są w oknie?

– Jasna sprawa! Pokażę ci portfolio. – Wyciągnęła do niego rękę, żeby się przywitać. Dopiero teraz zauważył, że ma małe, pulchne dłonie, jak niemowlę. – Nazywam się Anna Mae Collins. A ty?

– Graham. Graham Patterson.

– No więc, Grahamie, pokażę ci coś, co na długi czas podładuje ci baterie. Usiądź, proszę. – Zniknęła na zapleczu i po chwili wyszła stamtąd, trzymając w rękach dwa opasłe czarne segregatory. Położyła je na stole i zaprosiła go gestem do zajęcia krzesła. – Wyskoczę po kawę. Napijesz się? W tym czasie pooglądaj sobie moje albumy, może znajdziesz coś wartego uwiecznienia na skórze.

Podobał mu się jej południowy akcent oraz to, że jest gotowa mu zaufać, wierząc, że pod jej nieobecność nie przewróci jej salonu do góry nogami albo jeszcze gorzej.

Jakby chciała mu dać czas, aby spokojnie zastanowił się nad wyborem, Anna Mae nie spieszyła się z powrotem. Tatuaże, które zobaczył w portfolio, wywarły na nim duże wrażenie. Zachwycił go ich artyzm, połączenia kolorów, wyobraźnia – siła jej wyobraźni…

Dawno temu, kiedy z Ruth Murphy dobrze mu się układało, polecieli na urlop na Mauritius. Z całej wyprawy najlepiej zapamiętał moment, w którym wyszedł z samolotu i poczuł zapach nocnego powietrza na lotnisku. Pachniało tak cudownie i obezwładniająco, ale przede wszystkim tak obco, że stanął jak zahipnotyzowany w drzwiach samolotu i wciągał powietrze w nozdrza z zamkniętymi oczami. Patrząc na tatuaże Anny Mae Collins, czuł się trochę jak wtedy na Mauritiusie.

– Twoje prace są genialne. Gdzie się tego uczyłaś?

Tatuażystka postawiła przed nim kubek czarnej kawy i usiadła na drugim krzesełku.

– Trochę tu, trochę tam. W akademii w Londynie, u mambabatok na Filipinach, w Marsylii, ale najdłużej siedziałam w Japonii. Chciałam je robić dobrze, więc dowiedziałam się, gdzie żyją znani mistrzowie, i poszłam do nich. W Japonii spędziłem siedem lat. Po powrocie do Stanów trudno było mi związać koniec z końcem, ale z czasem ludzie dowiedzieli się o moich pracach. Dzisiaj przyjeżdżają z całego świata. Znalazłeś coś, co ci się podoba?

– Tak. – Patterson zaznaczył wcześniej stronę czerwoną plastikową wykałaczką, którą miał w kieszeni. Otworzył album i wskazał jedno ze zdjęć.

Wizerunek przypominał rosyjską matrioszkę, w której mniejsze laleczki tkwią wewnątrz większych. Przedstawiał pszczołę tkwiącą w brzuchu żaby siedzącej w brzuchu jastrzębia połkniętego przez lwa. O dziwo, mimo wręcz fotograficznej wierności odtworzonych szczegółów i żywych barw, w których oddano zwierzęta, tatuaż był stosunkowo mały: wszystkie te zawiłości mieściły się na powierzchni mniejszej niż paczka papierosów. Każda z figur była doskonale widoczna i precyzyjnie wykonana, choć wszystkie razem mieściły się w kwadracie o boku ledwie 10 centymetrów. Pattersonowi przypomnieli się artyści dziwacy, którzy malują obrazki po wewnętrznej stronie pudełka od zapałek, na ziarnku ryżu albo główce szpilki.

– O, ten. Chciałbym go mieć w tym miejscu. – Klepnął się w lewy biceps.

Anna Mae pochyliła się nad zdjęciem i przyglądała chwilę obrazkowi. Skinęła głową.

– Ciekawy wybór. Dwie sesje. Potrzebuję dwóch sesji, żeby go zrobić. Na jak długo zatrzymałeś się w mieście?

– Do dzisiaj. Czekam na naprawę samochodu.

– Zostań na noc. Trzy przecznice stąd jest bardzo miły pensjonat, który prowadzi moja matka. Gotuje po prostu nieziemsko. Nazywamy ją Królową Pomidorówki. Będziesz mi dziękował, że zdecydowałeś się zostać… za tatuaż i za jedzenie. Chyba że się dokądś śpieszysz, Grahamie?

Patterson nie śpieszył się donikąd. Co prawda celem jego podróży była Kalifornia, ale zdawał sobie sprawę, że dotarłszy tam, będzie musiał się zatrudnić w firmie brata zajmującej się eksportem warzyw i owoców albo rozejrzeć się za jakąś inną pracą. Ani jedno, ani drugie mu się nie uśmiechało. Tak więc donikąd się nie śpieszył.

– Co mama dziś ugotowała? – Uśmiechnął się szelmowsko.

Anna Mae skinęła głową.

– Świetnie. Już do niej dzwonię i pytam. A potem zabierzemy się do dzieła tutaj.

Okazało się, o dziwo, że pani Collins pochodzi z Wiednia. Choć w Karolinie Północnej żyła od czterdziestu lat, mówiła nadal z silnym niemieckim akcentem. Tego wieczoru przy kolacji opowiedziała Pattersonowi pewną historię, która zrobiła na nim duże wrażenie.

Kiedy ostatnio odwiedziła swoje miasto, wiedeńczycy żyli procesem sądowym mocno bulwersującym opinię publiczną. Aresztowano tam mężczyznę oskarżonego o wypisywanie po włosku POŻYCZONY ŚWIAT (Mondo Prestato) we wszystkich możliwych i niemożliwych miejscach. Szacowano, że wykonał około dziesięciu tysięcy takich graffiti, pokrywając nimi przestrzeń miejską – ściany budynków, ławki, plandeki ciężarówek, boki samochodów i autobusów, okna, pisuary, kosze na śmieci i chodniki. Działał tak przez wiele miesięcy, dopóki zaniepokojony przyjaciel nie wydał go policji. Na pytanie, czemu to robił, graficiarz miał podobno odpowiedzieć: „Ciągle tylko pożyczamy to, co inni widzą, i mówimy, że to nasze. Czas z tym skończyć!”.

Wiele lat później na biennale sztuki współczesnej w Wenecji kontrowersyjna fotografia Pattersona Pożyczony świat narobiła sporo szumu, kiedy jakiś przebrany za zakonnicę mężczyzna zdewastował gigantyczną odbitkę, oblewając ją kwasem siarkowym. Pattersonowi tak bardzo spodobało się zniszczone zdjęcie, że nalegał, aby od tej pory wystawiano je w muzeach i galeriach.

Fotografia ukazuje troje nastolatków zwróconych przodem do widza. Dwie dziewczyny i chłopak gapią się w ekrany telefonów komórkowych. Jest noc, bijąca z ekranów poświata omywa im twarze zimnym szarobiałym światłem. Reszta zdjęcia ginie w cieniu i mroku, odbiorca więc nie od razu sobie uświadamia, że za ich plecami widać rozbity na drzewie samochód, którego przednie koła unoszą się nad ziemią. Boczne drzwi obwisają otwarte, ale nie ma śladu kierowcy ani pasażera. Kiedy zdarzył się ten wypadek? Czy cała ta scena jest zaaranżowana? Dlaczego nastolatki nie zwracają uwagi na roztrzaskane auto? Czy to one nim jechały? Czy dzwonią na policję? Czemu mają tak obojętne twarze? Jakim cudem znalazły się w tej ciemnej głuszy, wlepiając oczy w komórki, podczas gdy… etcetera.

Pierwsze zdjęcia Patterson zrobił nowym aparatem w kuchni pani Collins. Jedno z nich, Królowa pomidorówki – przerabiane potem w nieskończoność – otworzyło przed nim podwoje galerii.

W dzieciństwie Ursula „Uschi” Collins uległa poważnemu poparzeniu, gdy sylwestrowe ognie sztuczne zamiast w powietrze – strzeliły w tłum. Szczególnie ucierpiała jej prawa ręka i dłoń; wypadek pozostawił na jej skórze blizny i przebarwienia, ale nie zmienił jej przyzwyczajeń. Uschi śmiało posługiwała się prawą ręką, nie okazując skrępowania.

Ona i Patterson natychmiast przypadli sobie do serca. Po popołudniowej sesji tatuażu Anna Mae przedstawiła go matce jako „kogel-mogel na resorach”, wiedząc, że uwielbia się śmiać. Uschi szczególnie spodobały się jego dowcipy; na dowód uwielbienia co chwila wybuchała gromkim śmiechem i dokładała mu obfite porcje podczas niebiańskiej kolacji. W pierwszej kolejności na stole pojawił się jej słynny krem z pomidorów. Nie przerywając rozmowy, Patterson wyciągnął aparat i zaczął robić zdjęcia.

Gdy stawiała przed nim wazę z zupą, podziękował i pstryknął zdjęcie. Minęło trochę czasu, zanim miał okazję je obejrzeć – a wtedy oddech uwiązł mu gardle. Największe wrażenie zrobiła na nim barwa skóry na ręce Uschi Collins – niemal identyczna z zupą. Porcelanowa biel wazy kontrastowała z łososiowym różem pomidorowej i z trzymającą ją zdeformowaną dłonią. Mimo dużego podobieństwa barw pożywność zupy stanowiła dysonans z nieszczęściem ręki. W rezultacie zrobiona przypadkowo fotografia była zarazem makabryczna i piękna, swojska i niepokojąca.

Nazajutrz w salonie Anna Mae odjęła po godzinie pracy igłę od bicepsa Pattersona i wytarła mu skórę bawełnianą szmatką.

– Dlaczego zdecydowałeś się właśnie teraz? Jako facet w średnim wieku.

Przez tę godzinę Patterson bujał myślami w obłokach. Wciąż nie zdążył przywyknąć do bólu, jaki sprawiała mu wprowadzająca tusz igła, ale w miarę jak praca posuwała się naprzód, jego skóra jakby obojętniała na zadawane jej cierpienia. Wyłączył się, pozwalając Annie Mae robić swoje.

– Dlaczego? Sam nie wiem, to była chyba spontaniczna decyzja. Nigdy nie chciałem mieć tatuażu, ale jak zobaczyłem twoje zdjęcia, pomyślałem, że muszę sobie zrobić coś takiego.

– Ale czemu akurat ten wzór? – zapytała obojętnym tonem. Znów włączyła maszynkę i przytknęła mu igłę do ramienia.

– Chcesz znać prawdę?

Zaskoczona jego pytaniem przerwała pracę i spojrzała mu w oczy.

– No jasne!

– Bo najmniej mi się podobał.

Kompletnie zbita z tropu parsknęła śmiechem. Poznali się już na tyle dobrze, że wiedziała o fiasku jego kariery estradowej, o nieudanym związku z Ruth Murphy i donkiszotowskiej decyzji, żeby machnąć ręką na życie, kupić wyścigowe auto i ruszyć na poszukiwanie przygód.

– Wytłumacz mi to, Grahamie. Kiedy mnie się coś nie podoba, nie chcę z tym mieć nic wspólnego. Nie ma mowy, żebym nosiła to na skórze na wieczną pamiątkę.

Westchnął smutno.

 

– Jeszcze parę tygodni temu lądowałem nocami w gównianych barach obok facetów, którzy nazywali się Dublin Paul albo Epic Johnny. Słowo honoru, takie mieli nazwiska. Wracałem do mieszkania szkaradnie urządzonego przez kobietę, którą uwielbiałem i zawiodłem na całej linii. Na wpół pijany zamykałem się w pokoju i zastanawiałem, czemu nikt się nie śmieje z moich dowcipów. – Urwał i zacisnął zęby. Cierpienie i smutek promieniowały z niego jak ciepło z teksańskiej drogi podczas upalnego sierpnia. – Zrozumiałem, że nie potrafię dotrzeć do sedna rzeczy, do tej pszczoły w twoim tatuażu. Nie umiem wstąpić w samo centrum, w rdzeń, którym żywi się cała reszta: żaba, jastrząb i tak dalej… Nigdy nie dotarłem do swojego rdzenia. Nigdy nie zobaczyłem, nie poczułem i nie stworzyłem niczego, co by wyszło z głębi mojej duszy. Nigdy. Może czasami, jak miałem dobry dzień, udawało mi się dotrzeć do żaby, ale dalej ani-ani… – Urwał na moment. – Zdałem sobie z tego wszystkiego sprawę, kiedy zobaczyłem twój tatuaż, Anno Mae. Zaraz wiedziałem, że muszę go mieć, że to coś w rodzaju memento mori. Rozumiesz? Będzie mi przypominał, że sens życia polega na próbie dotarcia do wewnętrznego rdzenia, że stamtąd należy wyjść. Że trzeba zacząć od pszczoły.

Dwa dni później, kiedy jechał samochodem, pszczoła użądliła go w czoło. Bez żadnego ostrzeżenia. Bez oganiania się od owada. Bez wściekłego ataku zakończonego wbiciem żądła w skórę. Nic z tych rzeczy: nagle „Ała!” – i ostry ból. Patterson skrzywił się i spojrzał we wsteczne lusterko, nie mając pojęcia, co się stało. Niech to szlag: miał na czole pszczołę. Po wypełnieniu straceńczej misji martwy owad spadł mu na nogę. Patterson ostrożnie podniósł truchełko i położył je na siedzeniu pasażera.

– No to zaczynam od kurewskiej pszczoły! – prychnął, widząc ironię sytuacji. – Jasna cholera, jak boli!

Jeśli chciał złagodzić ból, musiał wyjąć żądło. Był środek dnia; na autostradzie prawie nie było samochodów. Na szczęście przejechał obok znaku informującego, że dwie mile dalej znajduje się przydrożny parking. Po chwili odbił na prawo. Zatrzymał auto i przekręcił lusterko do siebie, aby ponownie poszukać żądła. Od lat nie użądliła go pszczoła, nie pamiętał, kiedy stało się to ostatni raz. Żądło tkwiło pośrodku czoła. Wyjął je bez większego trudu i starł z palca chusteczką higieniczną. Wykrzywił się, potrząsając głową.

Jechał przez Illinois i jak okiem sięgnąć dokoła ciągnęły się pola uprawne. Oprócz niego na parkingu nie było innych samochodów. Z lewej strony zobaczył kilka stołów piknikowych. Po prawej niewielki budynek z pustaków, który okazał się toaletą – męską po jednej stronie, damską po drugiej. Odczuwał trudy podróży; postanowił wysiąść, rozprostować kości i udać się za potrzebą.

Patterson lubił tego rodzaju miejsca postojowe. Lubił pęd i szum mknących autostradą samochodów osobowych i wielkich ciężarówek. Podobał mu się pomysł postawienia tutaj stolików, przy których ludzie mogą spożyć posiłek i nabrać sił przed wyruszeniem w dalszą drogę – czy to do domu, czy dokądkolwiek indziej. Zjeść kupione na stacji benzynowej białe pieczywo w trójkątnej plastikowej kopercie, której otwarcie jest nie lada wyzwaniem. Albo domowe jedzenie, palce lizać, pieczołowicie zapakowane na wielogodzinną drogę. Papierowe serwetki, plastikowe sztućce, które do niczego się nie nadają, gnąc się i łamiąc przy pierwszej próbie ich użycia. Żółto-czerwone saszetki z keczupem lub musztardą, puszki z ciepłymi napojami gazowanymi, które wypływają z wściekłym bulgotem po otwarciu wieczka. Wyobraził sobie podekscytowanego psa, który wyskakuje z auta, żeby się wysikać i obniuchać nieznane terytorium. Takie miejsce jest dla psa niczym pozaziemskie lądowisko, pełne nowych zapachów i czekających na odkrycie tajemnic.

Wyciągnął parę razy ramiona nad głową, a potem spróbował zgiąć się wpół i dotknąć palców stóp. Marzenie ściętej głowy, które rozwiał gwałtowny protest kręgosłupa, gdy Patterson pokonał jedną trzecią drogi do celu. Westchnął. Nie wiedział, czym się zakończy ta podróż, ale wiedział, że będzie musiał zrzucić co najmniej kilka kilogramów. Co jest gorsze: ćwiczenia fizyczne czy powstrzymywanie się od jedzenia, gdy przyjdzie mu na to ochota?

Autostradą przemknęła ogromna srebrzystobłękitna ciężarówka, wlokąc za sobą smród spalin, woń rozgrzanej gumy i pył. Powodowany spontanicznym odruchem Patterson pomachał w stronę oddalającej się maszyny; jej rozmiar i potęga robiły wrażenie. Aby pobudzić krążenie krwi, przechadzał się raźno tam i z powrotem po parkingu i poruszał ramionami jak chodziarz, dopóki pęcherz nie upomniał się o swoje. Idź, bo jak nie, to…

Toaleta nie miała drzwi. Obchodziło się ściankę z pustaków, za którą znajdowało się wejście. Ktoś nabazgrał na niej pomarańczową farbą: „Proszę czekać na wskazanie miejsca przez personel”. Patterson uśmiechnął się. Ostatnim razem widział podobny komunikat na mosiężnej tabliczce przykręconej do biurka kierownika sali w ekskluzywnej restauracji w Hyannisport w stanie Massachusetts.

Był mile zaskoczony zapachem, jaki panował w toalecie. Nie miał on w sobie nic z koszmarnych publicznych wychodków, nachalnie cuchnących sztuczną sosną albo środkami dezynfekującymi. O dziwo, choć szalet znajdował się na głębokim zadupiu, jego wnętrze tchnęło czystym naturalnym zapachem. Taka woń unosi się w powietrzu tuż po majestatycznej letniej burzy z piorunami, kiedy obmyty z brudu świat nabiera blasku i świeżości. Poza tym zbudowany z pustaków wychodek był prosty, ciemny i minimalistyczny – przywodził na myśl schron przeciwlotniczy z minionej epoki. Patterson starannie i bez pośpiechu oddał mocz, po czym umył ręce w pokancerowanej umywalce z nierdzewnej stali i ruszył do wyjścia.

Dał krok na zewnątrz i zobaczył pikapa. Zacisnął dłonie, zamknął oczy i syknął triumfalnie „Yessss!”. Parkujący na końcu zatoki ford ranger raptor miał lakier w kolorze jego nowego kabrioletu. Patterson był zdania, że raptor to najwspanialszy pojazd 4×4 na kuli ziemskiej, wyposażony w silnik o mocy 411 koni mechanicznych, które wspięłyby się na Mount Everest. Ta maszyna po prostu wymiatała konkurencję. Chociaż od dawna marzył o raptorze, brakowało mu odwagi – a może bezczelności – by kupić sobie tego potwora, dopadały go bowiem obawy, że będzie w nim wyglądał jak żałosny weekendowy Rambo. Takimi wozami jeździli kowboje z Montany, byli komandosi z Navy SEALs, teksańscy nafciarze i kurierzy pokonujący ośnieżone drogi Alaski, a nie tłusty jak wieprz ekskomik, który chcąc uchodzić za twardziela, zrobił sobie tatuaż, przez co teraz krzywił się z bólu, ilekroć za mocno poruszył ręką.

No, ale popatrzeć można. Nigdy przedtem nie widział raptora z bliska. Był tak podekscytowany możliwością zbliżenia się do wymarzonej terenówki, że nie zwrócił najmniejszej uwagi na jej kierowcę siedzącego na jednym ze stołów i rozmawiającego przez telefon komórkowy. Odwrócony plecami mężczyzna wtulał głowę w ramiona, z telefonem przy uchu. Patterson dostrzegł jedynie zaczesane na irokeza włosy, które tamten gładził raz po raz jak domowego pupila.

Trzymając ręce z tyłu, Patterson zerknął do kabiny pikapa. Najpierw zobaczył leżące na siedzeniu pasażera przedmioty: rdzawą dżinsową kurtkę i rozpoznawalną na pierwszy rzut oka drewnianą szkatułkę. Na ich widok zmarszczył się i odchylił głowę, jakby ktoś strzelił mu w gębę. Dlaczego? Dlatego że dwadzieścia kroków dalej w bagażniku jego kabrioletu tkwiły takie same rzeczy. Jota w jotę.

Kurtkę dżinsową dostał na urodziny od Ruth Murphy na rok przed rozpadem ich związku. Był to jeden z najdroższych jego sercu przedmiotów, jakie posiadał. Japońska kurtka była pierwotnie beżowa, ale Ruth zaniosła ją do farbiarni na Manhattanie, gdzie ufarbowano ją na jego ulubiony kolor – czyli właśnie miedzianą rdzę. Patterson uwielbiał dżinsowe kurtki i miał ich kilka. To, że Ruth zadała sobie trud, by nadać kurtce „jego” kolor, świadczyło o jej trosce i wspaniałomyślności: było gestem, z którym nic nie mogło się równać. Patterson nie widział drugiej takiej kurtki – aż do tej pory.

Z należącą do niego drewnianą szkatułką, identyczną z tą w pikapie, wiązała się inna słodko-gorzka historia. Znajdował się w niej kiedyś zegarek z figurą Lichtenberga, który kosztował mniej więcej dziewięć tysięcy dolarów. Choć kasetka była pusta, Patterson zabrał ją z sobą w podróż, aby mu przypominała, że w życiu niekiedy trzeba zaryzykować.

Najlepszy przyjaciel Grahama Pattersona nazywał się Steven Bergman. Zajmowali wspólny pokój w akademiku, a po studiach Bergman został jednym z najlepszych w kraju chirurgów oka. Wzbogacił się jak Krezus. Mimo że był zabójczo przystojny i charyzmatyczny, ani kobiety, ani mężczyźni zupełnie go nie pociągali. Pytany o te sprawy wzruszał ramionami i odpowiadał obojętnie: „Urodziłem się bez tego genu”. Stary kawaler żył, jak na swoje możliwości, skromnie, ale nader wygodnie. Kupował jedynie to, co niezbędne, ale zawsze były to rzeczy najlepszej jakości: meble, ciuchy, whisky, zegarek… Najbardziej kręciły go wyprawy do egzotycznych miejsc i ekstremalne przygody. Mając do dyspozycji nieco wolnego czasu, zaszywał się w odległej dżungli i żył na drzewach z zagrożonym gatunkiem małp albo wspinał się na himalajskie szczyty, żeby w ośnieżonych jaskiniach pić szerpowską herbatę z mlekiem jaka; nieraz nabawiał się przy tym czerwonki lub zatrucia pokarmowego; bywało, że tracił pięć kilogramów na wadze.