Kolacja dla wrony

Tekst
Z serii: Salamandra
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Grażynie i Tomaszowi Szponderom –

za wieloletnią przyjaźń, wsparcie

i zawsze najlepszy żurek

Uratowany przez niewidzialne

Ile razy na dzień, tydzień, miesiąc ratuje nas to, co niewidzialne? Te drobne, nieznaczące obrazy, dźwięki, zapachy, zdarzenia, nad którymi przechodzimy do porządku, a które przytrafiają się nam w tak istotnych momentach życia, że trudno dać wiarę, iż to nie jakiś kosmiczny szachista stawia tę oto figurę na naszej drodze w określonym celu – czasem dobrym, a czasem złym.

Dziś rano sterczę na rogu ulicy, mając w głowie mokry żwir, i czekam, aż się zapali zielone światło. Nie zapala się. Z jakiejś nikczemnej przyczyny stanąłem oko w oko z sygnalizatorem ulicznym, który mnie nienawidzi i nie przepuści na drugą stronę. Mam ochotę przejść, ale zważywszy na prześladującego mnie dziś pecha, daję głowę, że ledwo bym to zrobił, zaraz by mnie obskoczyło pięciu policjantów z notesami w ręku. Szary żwir nabiera mrocznych odcieni. Stoję i czekam, i czekam…

Spoglądam na ukos przez ulicę i moim oczom ukazuje się następujący widok: przy kawiarnianym stoliku siedzi ubrany od stóp do głów na biało sędziwy mężczyzna i czyta wielką gazetę. Koło niego waruje równie stary golden retriever – nie tyle złoty, co siwy – z pyskiem pogodnym jak oblicze Buddy. W sumie oba te ziemskie anioły mają pewnie z setkę na karku. Zaczynam się uśmiechać, obserwując ich niezmącony spokój i piękno. Ale to jeszcze nie koniec. Pies bardzo wolno unosi łapę i kładzie ją na kolanach mężczyzny. Po dłuższej chwili tamten, nie odrywając wzroku od gazety, odłamuje wielki kawał ciasta leżącego przed nim na stoliku i podaje go swemu compañero, który przyjmuje poczęstunek z nieśpieszną godnością. Łapa usuwa się z kolana i obaj starsi panowie wracają do swoich zajęć.

Choć mój wróg-sygnalizator włącza w końcu zielone światło, ja wciąż tkwię w tym samym miejscu, uśmiechnięty i wdzięczny. Raz jeszcze uratowany przez niewidzialne…

Anioł pod wodą

Kiedy miałem dwanaście lat, siostra zatrudniła się w teatrze letnim w naszym mieście. Wystawiali właśnie nową sztukę i chcieli to rozgłosić. Zaproponowała, że zapłaci mnie i mojemu kumplowi Joemu po pięć dolarów na łebka, jeśli pójdziemy rano na dworzec kolejowy i rozdamy pasażerom ulotki reklamujące nowy spektakl.

Stacja leżała niedaleko rzeki Hudson. Gdy skończyły nam się ulotki, Joe i ja poszliśmy nad rzekę i – jak to chłopcy – zaczęliśmy puszczać „kaczki” na wodzie. Po jakimś czasie rzeką przemknęła łódź motorowa, wzbijając fale idące w stronę brzegu. Coś kolebało się na wodzie nieopodal miejsca, gdzie staliśmy. Natychmiast zorientowaliśmy się, że jest to nagie ramię w kształcie odwróconej litery „V”. Joe pobiegł zadzwonić na policję, a ja wszedłem do rzeki, aby przyholować to ludzkie V do brzegu. Przez lata ludzie pytali mnie, czy się bałem, ale prawdę mówiąc, byłem wtedy podekscytowany. Dorastałem w miasteczku, w którym nic się nie działo, a tutaj proszę – brodząc w rzece, idę po martwe ciało.

Unosiła się tuż pod powierzchnią – ubrana tylko w biały biustonosz i majtki, które jarzyły się jak fosfor w mętnej, zielonkawej wodzie. Bez wahania chwyciłem to zgięte ramię i pociągnąłem je powoli do brzegu. Dopiero wtedy mogłem jej się tak naprawdę przyjrzeć. Twarz okrywała lepka biała błona, podobna do czepka noworodka, przesłaniająca jej rysy. Starłem ją najdelikatniej, jak umiałem. Śmierć dodała jej spokoju i urody, jakby przez cały czas drzemała pod wodą. Przykucnąłem obok niej i czekałem na pojawienie się policji.

W policyjnym aucie, który zabrało Joego i mnie na przesłuchanie, było włączone radio. Gdy ruszaliśmy znad rzeki, ciało dziewczyny wkładano właśnie do ambulansu. Prowadzący program disc jockey zapowiedział podnieconym tonem, że zaraz puści NOWIUTKĄ PIOSENKĘ BEATLESÓW! Po chwili rozległ się pierwszy ogłuszający akord A Hard Day’s Night. Od tamtego czasu, mimo upływu lat, ilekroć słyszę ten wspaniały, seksowny kawałek, zaraz nasuwa mi się na myśl scena nad rzeką, gdy przepływająca łódź posyła fale w stronę brzegu i odsłania pierwszy raz czaszkę pod skórą mojego życia.

To doświadczenie, nie licząc paru zmian, stanowi jądro powieści Całując Ul. Jeśli kiedykolwiek pisarz powie wam, że jego dzieło nie jest ani trochę autobiograficzne, to prawdopodobnie kłamie. Uwierzcie mi na słowo.

Roznosiciele bólu

„Dzikie zwierzę może zranić twoje ciało, ale zły przyjaciel zrani ci umysł”

– przysłowie zen

Nie mam żadnych wątpliwości, że są ludzie, którzy roznoszą ból. Nie chodzi mi o ludzi pokroju Hitlera ani innych wielkich złoczyńców. Zwykle są to tacy sami ludzie jak ty i ja, próbujący żyć po swojemu. Ale tak się jakoś dziwnie składa, że „roznosiciele bólu” są naznaczeni mrocznym talentem do obracania wszystkiego w zło, że zostawiają po sobie wściekłe złamane serca, zniszczone marzenia, pokrzyżowane plany… Świadomie czy nie – ciągle uprzykrzają innym życie, utrudniają najprostsze zadania, wprowadzają zamęt tam, gdzie można by go uniknąć, tworzą zadziory tam, gdzie sprawy idą gładko. Brużdżą na małą skalę i na wielką skalę. Gdy wkroczą w czyjeś życie, zaraz nanoszą coś w rodzaju psychicznego błota; trudno potem wyczyścić te plamy, czasem jest to wręcz niemożliwe. Bywa, że zachowują się podle albo egoistycznie, ale nie musi to być regułą. Podobnie jak nieszczęśnicy, którzy z jakiegoś tajemniczego powodu zostają wielokrotnie porażeni piorunem, tak roznosiciele bólu sprawiają – zbyt często, aby był to zwykły przypadek – że rzeczy, z którymi mają do czynienia, zaczynają się psuć i iść w złym kierunku.

Dużo o tym myślałem i mogę wymienić trzech znanych mi ludzi, którzy należą do tej kategorii. Nie sposób przy tym rozpoznać ich na oko. Często są przekonujący, namiętni, zabawni, zdolni, pociągający, atrakcyjni, a nawet szczodrzy wobec innych. Ale jeśli nawiążesz z nimi głębszą więź, możesz być niemal pewien, że uderzy cię ich piorun – i że ponad wszelką wątpliwość osmali i oszpeci twoją psychikę/życie /serce/pracę/zaufanie/wartości/przekonania/duszę…

Najsamotniejszy dzień w roku

Gdybym miał bar albo restaurację, byłyby one otwarte i w wieczór wigilijny, i w Boże Narodzenie. Prawie wszystko w Wiedniu jest wtedy pozamykane na cztery spusty. Wielu ludzi przyjeżdża tu specjalnie na święta; smutno się robi na widok turystów i samotników łażących po mieście w poszukiwaniu miejsca, w którym mogliby coś przekąsić albo pobyć z innymi ludźmi, podczas gdy reszta wiedeńczyków siedzi w domowych pieleszach i świętuje zgodnie z tradycją.

Kilka lat temu wybrałem się na drinka z przyjacielem, który przyjechał na Wigilię z innego miasta. Początkowo mieliśmy ponure wrażenie, jakbyśmy trafili do jakiegoś horroru; wokół ciemność i zamknięte sklepy, ani żywego ducha, kilka samochodów na krzyż. Czynne były tylko chińskie restauracje, zresztą kompletnie opustoszałe i podejrzanie wyglądające. W końcu po dłuższej wędrówce natknęliśmy się w zaułku na mały, jasno oświetlony bar, który na dodatek był otwarty. Weszliśmy tam. I wydało nam się nagle, że znaleźliśmy się w telewizyjnej reklamie piwa. Gdy tylko otworzyliśmy drzwi, uderzył nas tętniący życiem gwar i wszyscy zwrócili się w naszą stronę z wielkimi uśmiechami na twarzach. Wydaje mi się nawet, że niektórzy niczym starych przyjaciół zachęcali nas gestem do wejścia. Zupełnie jak byśmy byli rozbitkami, którzy podobnie jak oni wyratowali się ze świątecznego sztormu i dopłynąwszy do brzegu, znaleźli bezpieczną przystań. Cały bar emanował niesamowitym ciepłem i… wesołością. Nigdy tego nie zapomnę. Ludzie stawiali sobie drinki. Aż się nie chciało stamtąd wychodzić. I nie wychodziliśmy.

Miłość z oddali

Zakochani to zjawisko jedyne w swoim rodzaju. Widuje się ich na ulicach, jak obściskują się i całują, śmieją się i przytulają do siebie, próbując pożreć się nawzajem po kawałku. Uśmiechasz się, ale zarazem czujesz ukłucie w sercu, jak gdybyś jedząc pyszną rybę, natrafił nagle na twardą ość. Natychmiast przestajesz jeść i gmerasz palcami w ustach, żeby się nie zadławić. Tak samo rzecz się ma z zakochanymi: uśmiechasz się wprawdzie na ich widok, ale też budzi się w tobie pewna antypatia. Nie podoba ci się ich absolutna radość, spełnienie, „ważność-tej-właśnie-chwili”. Masz na głowie tysiące spraw, pozbawionych jednak większego znaczenia. Zakochani myślą tylko o jednym i jest to dla nich ważniejsze niż cokolwiek innego. Osoba, którą obejmują, to cały ich świat, bez reszty przesłaniający im widok za przednią szybą. Ty też tego pragniesz: łakniesz tej ich namiętności tak, jak łaknie się powietrza, będąc zanurzonym głęboko pod wodą. Można śmiało założyć, że dawno już nie szalałeś za nikim, za niczym tak gwałtownie. Widok kochanków dowodzi, że takie szczęście, choć rzadko, jest przecież możliwe. Korci cię, by zwolnić kroku i przyglądać się ich szczęściu. A zarazem chcesz jak najszybciej się oddalić, zanim następne wierzgnięcie duszy przypomni ci, jak cudowne bywa niekiedy życie – w tym momencie nie dla ciebie.

Ona wychodzi z domu

Dwie kobiety przy obiedzie – od razu widać, że to matka i córka. Dziewczyna jest niemal piękna, wysoka, ma około siedemnastu lat. Nie może spokojnie usiedzieć na krześle. Wierci się, zamiata włosami, je łapczywie i gada jak katarynka, ciągle rozglądając się dokoła, jakby w obawie, że przegapi coś ciekawego. Matka wygląda oszałamiająco; ma zapewne czterdzieści kilka lat i oczy, o których można by napisać epopeję. Uśmiecha się spokojnie: jest dokładnym przeciwieństwem młodszej kobiety, która siedzi naprzeciw niej. Nie ulega wątpliwości, że córka jest jej dumą i szczęściem – ta sama, która jeszcze parę lat wcześniej doprowadzała ją na skraj załamania nerwowego. Trudna uczennica, dotknięta dysleksją albo ADHD, wiecznie zniecierpliwiona, niczym niezainteresowana. A teraz – proszę tylko spojrzeć na tę ślicznotkę, która usuwa się z mojego życia i zaczyna swoje własne. Już rozwinęła żagle, mogę jedynie patrzeć, jak odpływa w dal. Ale dziś je obiad z mamą, swoją pierwszą, najlepszą przyjaciółką, i mówi jej o ważnych sprawach. Kompletnie nie zdaje sobie sprawy, jaki to dar od losu. Ale jej mama – owszem.

 

Lśnienie szaleństwa

Przyjaciel zaprosił mnie na przyjęcie odbywające się podczas weekendu w domu pewnej zamożnej damy. Od dawna próbował nas sobie przedstawić, pani ta bowiem uwielbia literaturę, sztukę i tym podobne. Uwielbia je do tego stopnia, że w swojej willi ma prywatną galerię, w której co miesiąc organizuje wernisaż. Przyjęcie wiązało się właśnie z otwarciem nowej wystawy. Pełny szyk i gala.

Poszedłem tam na zasadzie „co mi szkodzi?”. Dom robił wrażenie, a goście byli tacy, jakich należało się spodziewać na podobnej uroczystości. Miałem ochotę wyjść po dziesięciu minutach, ale przyjaciel namówił mnie, żebym się wstrzymał do rozpoczęcia wystawy. Wreszcie pani domu zebrała nas wszystkich i powiodła do znajdującej się piętro niżej galerii. Wygłosiła krótką przemowę o wzruszeniu, jakim przejmują ją ten artysta i ta wystawa, która na pewno nam się spodoba. Weszliśmy powoli do środka i zobaczyliśmy przymocowane do ścian drewniane skrzynki wielkości dwadzieścia pięć na dwadzieścia pięć centymetrów. Z bliska ukazywały się przylepione z przodu skrzynek gazetowe wycinki z kilkoma przypadkowymi słowami. Teksty w rodzaju: „Parada króliczków z prażonej kukurydzy”. Po chwili docierało do ciebie, że słowa te umieszczone są na drzwiczkach, które otwierają się na zawiasach. Wewnątrz każdej skrzynki widniały inne przypadkowe słowa wycięte z gazety. „Banalna kurza wykałaczka”. Przeszedłem się po wystawie, sprawdzając, czy wszystkie skrzynki są takie same. Były.

Właśnie patrzyłem na szóstą czy siódmą, kiedy usłyszałem jedwabisty, seksownie schrypnięty głos, mówiący z zachwytem: „Czyż nie są genialne? Pierwszy raz widzę coś takiego”. Zerknąłem i zobaczyłem piękną kobietę, absolutną seksbombę. Spoglądała na mnie badawczo, czekając na odpowiedź. Powoli na mojej twarzy wykwitł dziwny, złowieszczy uśmiech, który – co uświadomiłem sobie dopiero po tym, jak kobieta uciekła – przypominał uśmiech Jacka Nicholsona w scenie Lśnienia, kiedy ten rozwala siekierą drzwi, próbując odnaleźć i zabić swoją żonę.

Wojna o mur

W parku naprzeciwko toczy się wojna. Wojna o mur. Jedną ze ścian boiska do koszykówki oddano we władanie miejscowym artystom graffiti. Dłuższy czas zdobiły ją chaotyczne zygzaki i krzywe inicjały – głupawe bazgroły, przez które sztuka graffiti kojarzy się z bezsensownością i lenistwem. Ostatnio jednak coś się zmieniło. Jestem ciekawy, czy to się utrzyma. Któregoś popołudnia zobaczyłem w parku mężczyznę w szarej bluzie z kapturem zawzięcie malującego na murze. Przy jego nogach stały puszki z farbami; mimo że dopiero zaczął, było oczywiste, że zna się na rzeczy. Później poszedłem tam specjalnie po to, aby obejrzeć skończone dzieło. Była to piękna robota – wspaniale namalowana, z wyobraźnią, w stylu Kenny’ego Scharfa. Po dwóch dniach jednak graffiti zniknęło: zakryła je plątanina czarnych, zielonych i wściekle pomarańczowych krech, liter i głupich bzdur. Wyglądało to tak, jakby mur zaatakowała uzbrojona w spray banda dziesięciolatków z ADHD, którzy obżarli się cukrem. Żal było patrzeć na ich wypociny pokrywające dzieło prawdziwego artysty.

Parę dni później wyszczerzyłem się w uśmiechu, zobaczywszy znajomego grafficiarza w szarej bluzie, obstawionego farbami w aerozolu. Tym razem stworzył coś całkiem innego, ale równie dobrego jak poprzednio. Korciło mnie, żeby podejść i mu pogratulować – świetna robota, stary! – ale przegrałem z własną nieśmiałością. Trzymając się z daleka, obserwowałem go przy pracy. Malował prędko i sprawnie – wiedział dokładnie, co robi. Tylko raz przerwał pracę, odszedł na kilka kroków, aby przyjrzeć się swojemu dziełu, i wrócił ponowie. Po jakimś czasie do parku znów wparowali barbarzyńcy i zmasakrowali nowy malunek. Zastanawiałem się, jak na to zareaguje. Włożył w tę robotę wiele godzin, tworząc coś własnego i niepowtarzalnego. Podarunek dla świata zniszczony przez hordę dzikusów.

Dzisiaj wcześnie rano, kiedy prowadziłem psa po parku, serce urosło mi w piersi: wrócił i raz jeszcze zostawił na murze próbkę swojego artyzmu. Przypomniały mi się słowa piosenki Bruce’a Cockburna: „Musisz kopać ciemność, póki nie zacznie broczyć światłem dnia”.

Beznadzieja

Wchodząc nocą do izolatki, myślałam, że będzie pusta albo że przynajmniej pacjent będzie spał. Było jednak inaczej. Na łóżku leżał mężczyzna około trzydziestki. Światła były zgaszone, więc nie od razu dostrzegłam kształt ciała spoczywającego w ciemności. Zrobiłam może dziesięć kroków w jego stronę, kiedy się odezwał:

– O co chodzi? Co pani tu robi? – W jego głosie nie było ani zdziwienia, ani zdenerwowania. Mówił całkiem spokojnie, jak gdyby to, że ktoś wchodzi do jego izolatki o drugiej nad ranem, było czymś najnormalniejszym w świecie. Kiedy parę dni temu leżałam tu jako pacjentka, mniej więcej o tej porze zjawiała się pielęgniarka, by sprawdzić, czy wszystko w porządku, i zostawić na stoliku tabletki, które miałam zażyć po przebudzeniu.

– Jestem pielęgniarką na nocnym dyżurze – odparłam cicho. – Sprawdzam, czy wszystko u pana w porządku.

– Nieprawda, pielęgniarka była pół godziny temu. Czego pani chce? – Wciąż nie podnosił głosu, jakbyśmy prowadzili zwykłą pogawędkę. W jego tonie nie było ani jednej nuty strachu. Dlatego postanowiłam być z nim szczera.

– Byłam tu przedwczoraj. Zajmowałam ten pokój przed panem.

– Jako pacjentka?

– Tak.

– No więc, po co pani wróciła? I to jeszcze w środku nocy. – Prychnął rozbawiony.

– Wydaje mi się, że zostawiłam tutaj coś, co muszę odzyskać. Szukałam tego wszędzie, ale nie udało mi się odnaleźć zguby.

– Czemu nie przyszła pani w dzień?

– Bo to nie jest coś takiego jak walizka albo parasolka. Nie mogłam tak po prostu zadzwonić do szpitala i zapytać, czy znaleźli to w mojej izolatce.

– Co to jest?

– Nadzieja. Straciłam ją. Od kiedy stąd wyszłam, zniknęła bez śladu. MUSI być gdzieś tutaj, przejrzałem wszystkie kąty…

Mężczyzna, o dziwo, milczał. Cisza rozdęła się i wypełniła sobą mroczny pokój jak ogromny czarny balon.

W końcu jednak się odezwał.

– Jest, a raczej BYŁA tu. Należy do mnie. Zjadłem ją na kolację pierwszego dnia.

Wyznanie to było tak zaskakujące, że przez chwilę nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Oddech uwiązł mi w płucach.

– Zjadł pan moją nadzieję? DLACZEGO?! Była moja, jest mi potrzebna.

– Trudno: mnie potrzebna jest bardziej. Leżała tu, kiedy przywieziono mnie do izolatki. Pomyślałem sobie, że ktoś, kto ją zostawił, już jej nie potrzebuje, więc ją zjadłem. Kiedy przyjmowano mnie do szpitala, prawie nie miałem nadziei. A teraz mam – może nie tyle, ile bym sobie życzył, ale zawsze coś.

– A ja? Co JA mam zrobić?

– Nie wiem. Wszystko mi jedno. Może jak zjawisz się tu następnym razem, znajdziesz nadzieję pozostawioną przez kogoś innego. Możesz ją sobie zjeść.

Deszczowi opętańcy

Trudno o większy cud niż letnia ulewa, ale mnie zdarzyło się go ujrzeć. Burza przyszła nagle, choć od jakichś piętnastu minut było wiadomo, że galopujące po niebie bure chmury odezwą się pełnym głosem. Gdy się rozpętała, pisałem przy swoim biurku. Uniosłem wzrok, kiedy otwarte okiennice zaczęły trzepotać na wietrze. Potem rozległy się wrzaski. Zanim wstałem, przysłuchiwałem im się przez chwilę, wydawało mi się bowiem, że chociaż brzmią piskliwie, nie ma w nich strachu ani stresu. Po prostu radosne okrzyki. Kiedy zamykałem okna, burza hulała już na całego – deszcz zacinał ukośnie, wiatr dął wściekle, a krople deszczu były wielkości piłek golfowych.

Obchodząc mieszkanie, dostrzegłem w końcu źródło całego tego rwetesu: na chodniku stała klasa ośmio- albo dziewięciolatków czekających na zielone światło. Nauczycielka i uczniowie byli przemoczeni do suchej nitki. Szkoła leży niedaleko, zapewne wracali akurat z wycieczki, kiedy burza ich zaskoczyła.

Najwspanialsze było to, że wszystkie dzieciaki – bez wyjątku – tańczyły jak szalone, odstawiając jakieś wariackie boogie-woogie. A jeśli nie tańczyły, to skakały, skakały, skakały jak w ekstazie, moknąc na deszczu. Mokły jak jasna cholera, stojąc na przejściu dla pieszych: cieszyły się tą chwilą i okazywały to tak, jak potrafią tylko dzieciaki – tańcząc opętańczo i wydzierając się ile sił w płucach. Nie byłem nawet w stanie dostrzec nauczycielki, ponieważ deszcz lał się strumieniami. Dawno nie widziałem tak gremialnego wybuchu radości.

Układ z Peterem

Jej pies jest uroczy, ale strasznie neurotyczny. Do tego stopnia, że demoluje mieszkanie, ilekroć zostawi go samego na dłużej niż pół godziny. Ona jest pracownicą socjalną, zwierzęta nie mają wstępu do jej biura. Nie mogła znaleźć na to rady, dopóki nie poznała Petera – bezdomnego mężczyzny w średnim wieku, który pół roku spędza w Austrii, a pół w Szwajcarii. Będąc w Wiedniu, mieszka w namiocie nad rzeką na Wyspie Dunajskiej. Jej zdaniem Peter to porządny facet: nie bierze narkotyków, nie pije, dba o siebie i ładnie się wyraża. Jest po prostu wolnym duchem, który zamiast pracować od dziewiątej do siedemnastej, woli żyć swobodnie, choć bez wygód. Poznali się przed kilku laty i zaprzyjaźnili. Gdy pojawił się problem z psem, Peter zaproponował jej rozwiązanie: weźmie psa na całodzienną włóczęgę, a wieczorem odstawi go do domu. Lubi zwierzaka i będzie się cieszył, że ma towarzysza. Zapytała, ile będzie mu winna. Nic, odparł, są przyjaciółmi i chętnie wyświadczy jej tę przysługę. Jako osoba o dobrym sercu nie mogła na to przystać, więc zawarli porozumienie: trzy razy w tygodniu gotuje mu kolację. Jej wiecznie zapracowany narzeczony także bardzo lubi Petera, toteż stara się zdążyć na czas, aby mogli zjeść we troje. Gość raczy ich opowieściami o życiu na ulicy. Ona mówi, że zawsze kiedy Peter siedzi przy stole, pies siada obok niego i kładzie mu łeb na kolanie.