Dziecko na niebie

Tekst
Z serii: Salamandra
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Years ago, an interviewer asked me what was the nicest thing about being a writer. Without thinking, I said „Knowing someone in Cracow, Poland, is sitting on a bus going home after a long day, reading one of my novels. And if I’m lucky, they’ll be so absorbed that they miss their stop”. I don’t know why I said Poland, but I do know that you, my Polish readers, have been with me a long time. And for that I will always be profoundly grateful. Thank you, friends.


Dawno temu osoba przeprowadzająca ze mną wywiad spytała, co jest najwspanialsze w pracy pisarza. Odpowiedziałem bez namysłu: „Wiedzieć, że ktoś w Polsce, w Krakowie, siedzi w autobusie, wracając do domu po ciężkim dniu, i czyta jedną z moich powieści i, jeżeli mam szczęście, pogrąża się w lekturze tak bardzo, że przegapia swój przystanek”. Nie wiem, dlaczego powiedziałem „w Polsce”, ale wiem, że Wy, moi polscy Czytelnicy, jesteście ze mną od dawna. I za to będę Wam zawsze ogromnie wdzięczny. Dziękuję Wam, przyjaciele.

Chcą nas nauczyć dobrych manier,

ale nie uda im się to, bo jesteśmy bogami.

Giuseppe Lampedusa, Lampart

Dla Beverlymojego życia na niebie

CZĘŚĆ PIERWSZA

Ludzie,

których kochamy,

powinni umierać razem

ze swoimi rzeczami.

Gabriel García Márquez,

Miłość w czasach zarazy

1

Zanim mój najlepszy przyjaciel Philip Strayhorn zastrzelił się, zadzwonił do mnie, aby porozmawiać o kciukach.

– Zauważyłeś kiedyś, myjąc ręce, że zaniedbujesz kciuki?

– Co masz na myśli?

– Kciuk to najważniejszy palec, ale ponieważ odstaje od reszty, nie myjemy go porządnie. Nasze chlapu-chlap nawet w połowie nie wynagradza mu pracy, jaką wykonuje. A prawdopodobnie jest to też palec, który najbardziej się brudzi.

– I zadzwoniłeś, żeby mi to powiedzieć, Phil?

– To głęboko symboliczne. Zastanów się… Co teraz czytasz?

– Sztuki. Wciąż rozglądam się za czymś odpowiednim.

– Muszę ci powiedzieć, że parę dni temu wpadłem na Lee Onaxa. Nadal proponuje pół miliona, jeśli zgodzisz się dla niego reżyserować.

– Nie chcę już kręcić filmów. Dobrze o tym wiesz, Phil.

– Tak, ale pięćset tysięcy dolarów bardzo by pomogło twojemu teatrowi.

– Pomogłoby mu i pięć dolarów. Ale gdybym zrobił teraz film, pewnie dałbym się uwieść tej zabawie i zechciał wrócić za kamerę na stałe.

– Pamiętasz sto czterdzieści tysięcy rodzajów bólu w Eneidzie? Ciekawe, który numer miałby twój. „Nie chcę już być sławnym hollywoodzkim reżyserem, bo znów miałbym chaos w głowie”. Ból numer 1387.

– Skąd dzwonisz, Phil?

– Z LA. Nadal montujemy film.

– Jaki ma tytuł?

Północ zabija.

Uśmiechnąłem się szeroko.

– Wspaniale. Co jest najokropniejszą rzeczą, jaką w nim robisz? – Trzy tysiące mil ode mnie coś zasyczało na linii. – Jesteś tam jeszcze, Phil?

– Tak. Najokropniejszą rzeczą jest coś, czego nie zrobiłem.

– Kręciłeś film, stary. Nieszczęścia się zdarzają.

– Uhm. A co u ciebie, Weber?

– W porządku. Wykonawca jednej z głównych ról jest poważnie chory, ale pracując tutaj, trzeba być na to przygotowanym. – Spojrzałem na ksero małego plakatu przypięte do wiszącej nad moim biurkiem tablicy. NOWOJORSKA GRUPA TEATRALNA „RAK” PRZEDSTAWIA WIZYTĘ STARSZEJ PANI FRIEDRICHA DÜRRENMATTA. – Premiera za miesiąc. Wszyscy zaczynamy się denerwować.

– Teatr jest zupełnie inny, prawda? W filmie premiera oznacza, że wszystko jest skończone, możesz już tylko usiąść w fotelu i patrzeć. A w teatrze to dopiero początek. Pamiętam to.

W jego głosie dźwięczała melancholia, którą przypisałem wyczerpaniu. Myliłem się.

Sasha Makrianes zadzwoniła, by mi powiedzieć, że Phil nie żyje. Przyszła ugotować lunch i znalazła go na patio w jego ulubionym fotelu z wysokim oparciem. Z tyłu wyglądało to tak, jakby usnął podczas lektury. Na ziemi leżał tom poezji Rilkego, obok stała nie otwarta puszka Dr Peppera. Zawołała Phila po imieniu, a potem spostrzegła, że książka jest zalana krwią. Kiedy podeszła bliżej, runął do przodu. To, co zostało z jego głowy, rozprysnęło się szerokim łukiem po wszystkim dookoła.

Gdy wbiegła do domu, aby zadzwonić na policję, natknęła się na Pchłę, jego psa rasy shar-pei1. Leżał martwy w dużym wiklinowym koszyku, który Phil przywiózł z Jugosławii.

Fakt, że Phil zabił także psa, wstrząsnął mną niemal równie mocno jak wiadomość o jego samobójstwie. Sasha często żartowała przez zaciśnięte zęby, że kocha Pchłę bardziej niż ją.

Pierwszą rzeczą, która przyszła mi do głowy, była nasza dyskusja o kciukach. Czy myślał o tym godzinę później, gdy załadował pistolet i włożył sobie lufę do ust? Dlaczego na ostatnią rozmowę ze mną wybrał właśnie ten temat?

Przed kilku laty przeżyliśmy razem trzęsienie ziemi. Phil powtarzał raz po raz wśród łoskotu: „To nie film! To nie jest film!”

Tak długo pisaliśmy i adaptowaliśmy scenariusze, że część mnie mogła myśleć tylko o dekoracjach i ostatnich słowach, jakie wybrałby bohater nazwiskiem Philip Strayhorn. Było mi wstyd, że mój umysł pracuje w taki sposób, ale gdyby Phil o tym wiedział, roześmiałby się. W ciągu blisko dwudziestu lat starań, by wywindować się na filmowy afisz, straciliśmy umiejętność obiektywnego patrzenia na życie. Gdy ktoś, kogo kochasz, umiera, powinieneś płakać, a nie myśleć o ustawieniu kamery czy ostatniej kwestii.

Po telefonie od Sashy wyszedłem na spacer. Przy mojej ulicy jest biuro podróży; zarezerwuję bilet na samolot do Kalifornii na następny dzień. Po kilku krokach uświadomiłem sobie jednak, że tak naprawdę to chcę się zobaczyć z Cullen James.

Cullen i jej mąż Danny mieszkali przy Riverside Drive, dobrą godzinę marszu ode mnie. Postawiłem kołnierz i ruszyłem w drogę z nadzieją, że wysiłek fizyczny i zmęczenie stępią nieco ostrze mojego bólu.

W ciągu ostatnich kilku lat Cullen zyskała osobliwą sławę. Kiedy się poznaliśmy, przechodziła doświadczenie, które najlepiej będzie określić terminem „metafizyczne”. Każdej nocy przez szereg miesięcy śniła jej się kraina o nazwie Rondua, gdzie odbywała dziwaczną wędrówkę w poszukiwaniu jakichś „Kości Księżyca”. Zakochałem się w niej wtedy, co nie wyszło mi na dobre, ponieważ była szczęśliwą żoną miłego człowieka i karmiła właśnie ich pierwsze dziecko. Z reguły nie podrywam mężatek, ale oszalałem na punkcie Cullen James i uganiałem się za nią, jakby była złotym pierścionkiem na moim prywatnym kole fortuny. Gdybym był marynarzem, dałbym sobie wytatuować jej imię na bicepsie.

W końcu nie zdobyłem jej, ale podczas tego okresu zamętu i namiętności również zacząłem śnić o Rondui. Te sny zmieniły moje życie. Te sny i tamto trzęsienie ziemi.

Zanim doszedłem do domu Jamesów, przemarzłem na wskroś. Śmierć ukochanej osoby okrada nas z niezbędnego wewnętrznego ciepła. Albo może zdmuchuje stały płomyk piecyka, wygaszając palniki. Tak czy inaczej, dopiero po godzinie ostrego marszu w szaroniebieskim zimnie nowojorskiego grudnia naprawdę do mnie dotarło, że mój najlepszy i najstarszy przyjaciel nie żyje. Prawie nie miał w sobie okrucieństwa. Po dwudziestu latach znajomości Philip Strayhorn był jeszcze lepszy, niż kiedykolwiek myślałem. Powiedział kiedyś, że w każdym roku jest trzydzieści jeden milionów sekund. Te nieliczne, które warto zapamiętać, wzruszają nas i ranią bez końca.

– Słucham?

– Cullen? Tu Weber. Jestem na dole. Wpuścisz mnie?

– Chryste, Weber, właśnie dowiedzieliśmy się o Philu. Jasne, wejdź.

Na drzwiach ich mieszkania wisiał olbrzymi świąteczny wieniec. Jamesowie kochali Boże Narodzenie. Dla nich zaczynało się ono w listopadzie i trwało niemal do końca stycznia. Twierdzili, że świętują tak hucznie ze względu na swoją córkę Mae, ale było oczywiste, że lubią to bardziej niż dzieciak. Zawsze mieli we wszystkich kątach ponabijane goździkami pomarańcze, karty z życzeniami poustawiane na parapetach i choinkę jakby rodem z jakiegoś filmu z lat czterdziestych w rodzaju Żony biskupa czy Tego wspaniałego życia. Był to dobry dom. Pasowały tam kapcie i przyjacielski pies, który chodzi za tobą z pokoju do pokoju.

Cullen otworzyła drzwi i uśmiechnęła się. Istnieją twarze doskonałe. Znałem ich trochę i sypiałem z nimi, ale zawsze pozostawały spokojne i obojętne, nie mieniły się ani nie wykrzywiały pod wpływem szarpaniny wielkiego uczucia czy długiej nocy spełnienia. Takie twarze są jak smokingi – wkłada się je tylko na specjalne okazje, a potem odwiesza troskliwie do szafy; plama lub zmarszczka zepsułaby wszystko. Cullen nie ma doskonałej twarzy. Za dużo się uśmiecha i często jest to uśmiech fałszywy: jej bezpieczna, łatwa obrona przed ciekawym i natarczywym światem. Jest jednak piękna i… kompletna. Kiedy się poznaliśmy, była pełna miłości i zamętu. Bezwiednie przykuła się do mojego serca. Pragnąłem jej całej, lecz wiedziałem, że nigdy nie dostanę nawet kawałka.

 

Kiedy tego smutnego dnia otworzyła drzwi, zamiast mnie uścisnąć, zdjęła srebrną bransoletkę, którą miała na ręku, i podała mi ją. W okresie zalotów poprosiłem raz, by to zrobiła. Było to jedyne prawdziwe fizyczne zbliżenie, do jakiego miało kiedykolwiek dojść między nami: jedyne chwile, w których mogłem posiadać jej ciepło. Choć się zarumieniła, gdy po raz pierwszy jej o tym powiedziałem, od tamtej pory stało się to jej sposobem mówienia: „Jestem tu, przyjacielu. Zrobię, co w mojej mocy”.

– Jak się masz, Weber?

– Nie najlepiej. Gdzie Mae?

– W środku, z Dannym. Jeszcze jej nie powiedzieliśmy. Wiesz, jak bardzo kochała Phila.

– Taki miły człowiek. – Zacząłem płakać. – Powiedzieć ci coś cholernie dziwacznego? Pamiętasz, jak ostatni raz Phil zatrzymał się u mnie w drodze powrotnej z Jugosławii? Spał na kanapie w mojej piżamie. Kiedy rano wyjechał, z jakiegoś dziwnego powodu wziąłem tę piżamę i podniosłem, żeby ją powąchać. Powąchać jego. Nie wiem, dlaczego to zrobiłem, Cullen. Był tam. Już go nie ma. Był wszędzie.

Otoczyła mnie ramieniem i wciągnęła łagodnie do mieszkania. Kiedy zamknęły się za nami drzwi, przytruchtała skądś dostojnie mała czarna cairn terierka, wyglądająca jak pies z Czarnoksiężnika z krainy Oz. Pysk miała komicznie ubielony. Najwyraźniej ryła przed chwilą w czymś gęstym i pienistym.

– Mamo! Negnug zjadła cały krem!

Mae James, lat pięć, wbiegła do przedpokoju, machając rękami jak wiatrak, z językiem na wierzchu i radością w wielkich oczach.

– Weber!

Wskoczyła na mnie i oplotła nogami moje uda.

– Cześć, Mae! Wpadłem się przywitać.

– Weber, nie wyobrażasz sobie, co się stało! Negnug zjadła cały krem, który mama zrobiła do tortu.

Pojawił się Danny ze swoim wspaniałym, ciepłym uśmiechem, który zawsze lubiłem oglądać. Mocno uścisnął moją rękę, a potem nakrył ją drugą dłonią.

– Cieszę się, że przyszedłeś, Weber. Martwiliśmy się o ciebie. Napijmy się czegoś.

– A co z kremem, tato? Nie zbijesz Negnug? Gdybym ja to zrobiła, zbiłbyś mnie! Pewnie zwymiotuje na cały dywan, jak ostatnim razem.

W kominku w salonie płonął mały ogień. Suka rozłożyła się nieopodal. Wyglądała na zadowoloną i zmęczoną. Mae podeszła do niej i, wziąwszy się pod boki, z oburzeniem pokiwała głową nad kudłatym przestępcą.

– Przez ciebie, śmierdzielu, nasz tort nie będzie nawet w połowie tak dobry.

Cullen i ja usiedliśmy na kanapie, Danny we wzorzystym fotelu.

– Mae, kochanie, zrobisz coś dla mnie i pójdziesz przypilnować wody na herbatę? Zawołaj, jak będzie się gotowała, ale niczego nie dotykaj, dobrze?

– Dobrze, mamo.

Kiedy dziewczynka wyszła z pokoju, Cullen powiedziała szybko:

– Powygłupiaj się z nią trochę, Weber. Potem idzie z Dannym do kina. Ty i ja musimy porozmawiać.

– O Philu?

Popatrzyli na siebie. Pierwszy odezwał się Danny:

– O paru rzeczach. – Schylił się i wyciągnął spod fotela jakiś karton. – Kilka dni temu dostaliśmy paczkę od Phila. Myśleliśmy, że to prezent gwiazdkowy dla Mae. Ale w środku były trzy pudełka. Na tym jest twoje imię.

Pochyliłem się do przodu.

– Prezent od Phila?

Danny wzruszył ramionami.

– Też tego nie rozumieliśmy, poza tym, że Phil wie, iż spędzasz święta z nami. Cullen pomyślała, że może chce, abyśmy otworzyli prezenty od niego wszyscy razem.

– Woda zaczyna się gotować, mamo! – zawołała Mae z kuchni. – Ale niczego nie dotykałam. Nawet łapki.

Cullen podniosła się z kanapy.

– Był smutnym człowiekiem, Weber. Nie miał krzty cierpliwości do maruderstwa tego świata. Wiesz o tym lepiej niż ktokolwiek inny. Wszystko robił szybko i dobrze, a to zawsze wielkie nieszczęście; taki ktoś jest wiecznie rozczarowany, że nikt nie może za nim nadążyć. Kochałam Phila, ale to, co się stało, nie było dla mnie zaskoczeniem.

– To dość brutalna uwaga, Cullen.

Szła już w stronę kuchni, ale przystanęła obok mnie.

– Są dwie rzeczy, Weber, które nigdy nie dają nam spokoju: miłość i rozczarowanie. Nie możemy ich wyłączyć jak wentylatora ani skierować podmuchu w bok. Coś ci powiem. Phil zadzwonił kiedyś po pijaku, rzucił jedno zdanie: „W życiu najczęstsze są dwie sytuacje: albo coś spieprzyłeś, albo ktoś kazał ci spieprzać” i rozłączył się.

– W porządku, ale jednocześnie nie znałem drugiego człowieka, który byłby tak pełen energii. Wszystko go interesowało.

– Owszem, ale to nie wypełnia serca.

– A co z Sashą?

– Chodź, mamo! Gotuje się!

– Już ze sobą nie mieszkali. Zaczekaj chwilę. Tylko przyniosę herbatę.

Dotknęła mojego ramienia i wyszła. Danny podał mi paczkę.

– Chcesz ją obejrzeć?

– Co o tym myślisz, Dan?

– Widziałem Phila w zeszłym tygodniu.

– Co? Był w mieście?

Skinął głową.

– Ściągnął mnie na spotkanie do Pierre’a, ale nie chciał, żebyście z Cullen o tym wiedzieli.

– Dlaczego? Chryste, co mówił?

– Uwaga, uwaga! Podwieczorek!

Cullen weszła do pokoju, niosąc wielką tacę z herbatą i ciastkami. Spojrzałem na nią, a potem znów na Danny’ego. Potrząsnął głową i powiedział tylko:

– Poszukaj w paczce.

– W paczce? Tej od niego?

– Tak. Porozmawiamy, jak już obejrzysz.

– Co obejrzę?

– Kasety. Pomóc ci, Cul?

W kominku płonął nowy klocek drewna jabłoniowego. Przez jakiś czas Cullen i ja milczeliśmy, wpatrując się w ogień.

Pokręciłem głową.

– Chciał być lubiany i podziwiany. Chciał, żeby zostawiono go w spokoju.

– A kto nie chce? Wiesz, co to sława, Weber. Kiedy przychodzi, jest jak zwariowany fan, który wciąż cię nęka. Jak on popada w chorobliwą obsesję na twoim punkcie. I może ci napędzić cholernego stracha! Znasz ten stary dowcip o kobiecie, która szukała męża? „Gonił mnie, aż go złapałam”. Ze sławą jest tak samo. Pragniesz jej, ale gdy ją złapiesz, uświadamiasz sobie, że cały czas czekała na ciebie… jak potwór z któregoś z filmów Phila. Jak Bloodstone! Philip Strayhorn chciał być bardzo sławny, ale jednocześnie pozostać osobą prywatną, żyć własnym życiem. Można sobie chcieć, jak wszyscy wiemy. Posłuchaj, obydwaj zdobyliście dokładnie to, czego pragnęliście, o czym marzyliście, będąc na Harvardzie. W każdym razie tak mi mówiłeś. Ale co zrobiliście z tą upragnioną sławą? Ty ją odrzuciłeś, aby reżyserować nieznane sztuki z umierającymi aktorami. A Phil? Zastrzelił się. Żaden z was nie był zbyt oryginalny, panie Gregston.

– Postanowiłaś pokazać dziś zęby, co?

Westchnęła.

– Nie, po prostu przechodzi mi przez głowę jak powolna mgła myśl, że ten słodki Phil Strayhorn naprawdę nie żyje. To już drugi mój przyjaciel, który umarł gwałtowną śmiercią. Żaden z nich na to nie zasłużył.

– Phil się zabił.

Potarła usta.

– Wierzysz w to, Weber?

– Tak. Często mówił o samobójstwie.

– Cholera. Ja też w to wierzę. Niestety. Wiesz, o czym nie mogę przestać myśleć? O tym, jak uroczo, dokładnie obierał pomarańcze.

Otworzyłem paczkę od Phila, nim winda zjechała na parter domu Jamesów. Jak wspomniał Danny, w środku były trzy kasety wideo, ale nic poza tym. Oczekiwałem listu czy jakiegoś wyjaśnienia, dostałem jednak tylko te trzy kasety, dwieścieczterdziestki, oznaczone „PIERWSZA”, „DRUGA”, „TRZECIA”.

Jadąc taksówką do domu, dalej się w nie wpatrywałem. Co na nich jest? Przypomniało mi się, że mówiłem Cullen, jak powąchałem piżamę Phila po jego ostatniej wizycie u mnie. Przez chwilę miałem ochotę powąchać również kasety, każdą z nich, na wypadek gdyby przechowały jego woń. Byłoby to jednak głupie i dziwaczne. I niepotrzebne: miałem siedemset dwadzieścia minut czegoś, co Phil na krótko przed śmiercią uznał za ważne na tyle, by mi to pokazać. Muszę się tym zadowolić. Odpowiedzi na pewno tam są.

Z jednego okna mam widok prosto na mieszkanie ładnej kobiety, która lubi chodzić po domu nago. Jestem przekonany, że zostawia ubranie tuż za progiem, tak jak niektórzy parasol. Musi płacić wysokie rachunki za ogrzewanie, bo i latem, i zimą jej małe, spiczaste piersi obciągnięte różową skórą skaczą po pokojach przez cały dzień. Zawsze wydaje się spieszyć. Biega tam i z powrotem z różnymi przedmiotami, przechadza się nerwowo, gdy rozmawia przez telefon. Zawsze zajęta i zawsze goła.

Często ją obserwuję, chociaż ani ona, ani jej nagość mnie nie podniecają. Cieszę się jednak, że mogę żyć w jej codziennej prywatności. Nie jak przysłowiowa mucha na ścianie, bo ten obraz kojarzy się z oglądaniem czegoś zakazanego. Nie, czasem czuję się jak jej mąż albo współlokator: dostatecznie z nią zżyty i swobodny, by patrzeć, jak wchodzi naga do kuchni, i podziwiać jej znajome kształty, nie musząc ich posiadać.

Wysiadając z taksówki, podniosłem wzrok i zobaczyłem, że stoi metr ode mnie. Pogrążony w myślach i zaskoczony, że widzę ją z bliska, powiedziałem:

– Chce pani tę pierś?

– Słucham?

– Tfu, taksówkę. Chce pani tę taksówkę?

– Tak, dziękuję.

Sądząc po jej minie, pomyślała, że brakuje mi piątej klepki. Szybko wysiadłem i przytrzymałem jej drzwiczki. Pachniała przyjemnymi leśnymi perfumami. Omal nie spytałem, jak ma na imię, ale powstrzymałem się. Czy naprawdę chcę wiedzieć, kim jest? Wtedy będzie tylko jakąś Leslie czy Jill. Imieniem, numerem kodu, posiadaczką karty Diner’s Club. Zatrzasnąwszy za nią drzwi taksówki, uśmiechnąłem się i po raz pierwszy tego dnia poczułem się szczęśliwy. Nie wiem dlaczego. Ale powrót do pustego domu stał się dzięki temu dużo łatwiejszy.

Kiedy Phil pierwszy raz zobaczył moje nowojorskie mieszkanie, roześmiał się i powiedział: „Pokój na Brooklynie, co?” Później wyszedł i kupił mi egzemplarz Notatników Louise Bogan. Zaznaczył w nim jeden fragment.

Pokój na Brooklynie Edwarda Hoppera. Pokój, do którego wyrywa się moje serce: bez zasłon, prawie bez mebli, z widokiem na dachy. Czyste łóżko, regał na książki, kuchnia, spokojny umysł, jedno czy dwa na wpół puste pomieszczenia. Wszystko, co chcę zdobyć w życiu i czego jeszcze nie zdobyłam. Zbyt intensywnie zabiegałam o niewłaściwe rzeczy. Gdybym skupiła się na staraniach o ten pokój, mogłabym go mieć prawie natychmiast… Muszę go mieć.

W mojej szafie wiszą dwie pary spodni, w mieszkaniu może być tylko pięć książek naraz. Brzmi to pretensjonalnie i pseudo-zen, ale takie życie jest dla mnie jednocześnie bolesne i pouczające. W głębi serca jestem typowym yuppie, ponieważ lubię przedmioty. Niegdyś byłem chodzącym ONZ-etem prestiżowych metek, i uwielbiałem to. Włoskie skórzane kurtki, angielskie garnitury, kaszmirowe swetry od Hilditcha i Keya w Paryżu. Dajcie mi towary w dobrym gatunku, byle dużo. Jeśli mają widoczne znaki firmowe, nie szkodzi – chętnie posłużę za żywą reklamę. Jednym z uroków bycia reżyserem filmowym jest to, iż ludzie spodziewają się, że z racji swojego statusu młodego lwa sztuki będziesz nosił te rzeczy. Łupy z bitwy o Hollywood: kiedy nakręcisz film, który zrobi kasę, zachęcają cię, abyś włożył swój pierwszy zegarek Patek Philippe. Wyjmujesz portfel z kieszeni kurtki Miyake, a lampa, którą wyłączasz przed pójściem spać, została zaprojektowana przez Richarda Sappera lub Harry’ego Radcliffe’a. Niech żyje luksus!

Ale po przeprowadzce do Nowego Jorku celowo pozbyłem się rzeczy. Może dlatego, że tak bardzo je wszystkie lubiłem, może dlatego, że zwyczajnie prościej było mieszkać w pokoju umeblowanym wyłącznie powietrzem i białymi ścianami.

Wróciłem do Stanów po roku pobytu w Europie, gdzie mieszkałem w pensjonatach, w których ubikacja jest na końcu korytarza, a prysznic można wziąć tylko za dodatkową opłatą. Wyruszyłem za ocean z wartym pięćset dolarów plecakiem z Hunting World. Ukradziono mi go od razu na dworcu kolejowym w Krakowie. Resztę podróży odbyłem z krakowską tekturową walizką, w polskim garniturze i butach, i lodenowym płaszczu, który kupiłem na pchlim targu w Wiedniu za cztery dolary.

Czytałem Waldena Thoreau i żywoty różnych świętych, ale do czasu trzęsienia ziemi i podróży do Europy nie zgadzałem się, że lepiej jest mieć mniej czy że mniej znaczy więcej. Kraków nauczył mnie jednak, że te wszystkie śliczne, drogie rzeczy w moim utraconym plecaku nie były niezbędne i dadzą się zastąpić innymi. Aż nazbyt łatwo. Jak coś może być wyjątkowe, jeśli wystarczy iść do sklepu, żeby mieć drugie takie albo nawet dziesięć?

 

Kiedy więc wróciłem, pozbyłem się większości rzeczy. Wprowadziłem się do nowojorskiego życia z moją polską walizką, egzemplarzem świeżo wydanych Kości Księżyca Cullen i szczerym pragnieniem sprawdzenia, czy istnieją jakieś inne okna oprócz tych, przez które wyglądałem od lat.

Zatrzymałem jednak dwa cudowne drobiazgi z „przeszłości”. Musiałem; trudno było wymazać z siebie reżysera filmowego. Zresztą nie byłem pewien, czy tego chcę. Zostawiłem sobie małą kamerę wideo i zestaw telewizor-magnetowid, które kupiłem z tantiem za mój film Smutek i syn.

Nie zdejmując płaszcza, włączyłem sprzęt i puściłem pierwszą kasetę. Przykucnąwszy przed telewizorem jak catcher2, który czeka na pierwszy rzut meczu, potarłem zmarznięte dłonie.

Na ekranie pojawiła się twarz Phila. Siedział na kanapie w swoim salonie i głaskał Pchłę. Pies leżał na nim połową ciała, wpatrując się uważnie w kamerę. Z tymi wszystkimi nieprawdopodobnymi, wesołymi zmarszczkami wyglądał jak żywy krem karmelowy.

– Cześć, stary. Przykro mi z powodu tego, co się stało. Wiesz, że cię kocham i że za tobą będę tęsknił najmocniej. Byłeś jedynym bratem, jakiego kiedykolwiek miałem. Kocham cię za to bardziej niż za cokolwiek innego.

Kilka dni temu spotkałem się z Dannym. Będzie mógł odpowiedzieć na większość twoich pytań. Ale, proszę, nim go spytasz o cokolwiek, zrób dwie rzeczy: obejrzyj tę kasetę do końca, a potem zadzwoń do Sashy. I jeszcze jedno – niech cię nie przerazi to, co zobaczysz. W najbliższych miesiącach czekają cię bardzo trudne zadania. Mam nadzieję, że te kasety pomogą ci się z nimi uporać.

Skąd wiem? Po prostu wiem, Weber. Między innymi dlatego nie żyję, gdy mnie oglądasz. Nie mogłem sobie z tym poradzić. Ale ty będziesz mógł. Inni także.

Ostatnia sprawa: nie obejrzysz drugiej i trzeciej kasety, póki nie pojedziesz do Kalifornii. Zorientujesz się, o co mi chodzi.

Pchła zobaczyła coś w okolicach kamery. Patrząc prosto na mnie, zaczęła szczekać. Phil uśmiechnął się i uciszył ją głaskaniem. Spojrzała nań i polizała mu rękę.

– Kocham cię, Weber. Zawsze o tym pamiętaj, żeby nie wiem co.

Podniósł dłoń i wolno pomachał: do widzenia. Obraz ściemniał. Chwilę później wszystko się zaczęło.

Moja matka zginęła w katastrofie lotniczej, gdy miałem dziewięć lat. Poleciała odwiedzić rodzinę w Hartford w Connecticut, ale nigdy nie wróciła. Samolot wpadł przy starcie w stado szpaków i, niczym na jakiejś głupiej kreskówce, wessał ptaki do silników. Potem stracił szybkość. Potem się rozbił. Siedemdziesiąt siedem osób poniosło śmierć. Znaleziono nietkniętą torebkę mamy (na chusteczce do nosa pozostał zapach perfum), ale jej zwęglone ciało zidentyfikowano dopiero na podstawie karty dentystycznej.

Kiedy usłyszałem wiadomość, mogłem myśleć tylko o tym, czy umarła szybko. W owym czasie byłem absolutnie zafascynowany katastrofami lotniczymi, uwielbiając, jak każde dziecko, makabrę i niebezpieczeństwo na odległość. Póki nie gryzły i nie chciały wejść do mojego pokoju, przyciskałem nos do szyby najmocniej, jak się dało. Nagle jednak szyba pękła. Moja cudowna matka zginęła.

Przeczytałem, niestety, wystarczającą liczbę bogato ilustrowanych artykułów o katastrofach, by wiedzieć, że w tych ostatnich minutach czy sekundach życia może się zdarzyć tysiąc straszliwych rzeczy. Czy jej koniec był szybki? Powolny? Bolesny?

Te pytania nie dawały mi spokoju przez trzydzieści lat. Ilekroć leciałem samolotem, widziałem w kabinie zasłonki, które mogą się zapalić, i fotele, które mogą trzasnąć na pół lub przebić ciało ostrymi szpikulcami niczym średniowieczne narzędzie tortur… Jej ciało spłonęło i było to dostatecznie okropne, ale czy to było „wszystko”? Czy zdarzyło się coś więcej – coś gorszego – o czym nie wiem? Dlaczego chciałem wiedzieć?

Tego nie rozumiem nadal, ale wideo Phila odpowiedziało na moje pozostałe pytania.

Najpierw usłyszałem przytłumiony, nienaturalny głos.

– Dzień dobry państwu. Kapitan Mike Maloy wita państwa na pokładzie. Jest to lot numer 651 do Waszyngtonu. Na miejscu będziemy mniej więcej za godzinę i piętnaście minut.

Dopiero po chwili zorientowałem się, że siedzę w kabinie samolotu i widzę to wszystko czyimiś oczami. Ujęcie z wózka. Sporo kobiet wystroiło się w pastelowe kapelusze-pudełeczka à la Jackie Kennedy; mężczyźni mieli krótkie włosy i czytali „Hartford Courant” z marca 1960 roku. Popatrzyłem na swoje kolana i we wściekłym przebłysku świadomości pojąłem wreszcie, kim jestem – moją matką. To jej czerwona skórzana torebka i szara sukienka, którą wkładała tylko na specjalne okazje. W dniu jej wyjazdu siedziałem na łóżku rodziców, przyglądając się, jak ostrożnie składa tę sukienkę na pół i pakuje do walizki.

– Kiedy wrócisz, mamo?

– We wtorek, skarbie. Będę w domu, zanim przyjdziesz ze szkoły.

Pilot mówił dalej. Moje oczy – oczy mamy, spojrzały przez owalne okienko na małe, żółte ciężarówki śmigające tam i z powrotem po pasie startowym. Obroty silnika wzrosły i samolot zaczął kołować w tył.

Patrzyłem jej oczami, ale miałem własne myśli. Przerażony i urzeczony, dokładnie wiedziałem, co się zaraz stanie. Czy właśnie w taki sposób widzi wszystko Bóg? Czy rozsiada się na górze w skórzanym fotelu i ustawia telewizor na człowieka będącego w śmiertelnym niebezpieczeństwie? W taki sposób, w jaki my oglądamy seriale i interesujemy się losami ich bohaterów?

Co miałem zrobić? Zatrzymać kasetę? Całe życie chciałem się dowiedzieć, jakie były dla niej te ostatnie minuty. Pytania dotyczące jej śmierci stanowiły główne podłoże mojego młodzieńczego zamętu, jak również inspirację pierwszego filmu, Noc jest blondynką.

Sąsiad mamy podsunął jej egzemplarz magazynu „Time”. Na okładce był Fidel Castro. Podziękowała i powiedziała, że od czytania w samolocie robi jej się niedobrze. Próbował nawiązać rozmowę, ale ona tylko się uśmiechnęła i zaczęła manipulować przy pasie bezpieczeństwa. Pamiętałem, jak się denerwowała, gdy odzywali się do niej obcy mężczyźni. Była ładna, lecz nieśmiała; mój ojciec zdobył ją delikatnym uporem. Mówiła, że najpierw zakochała się w jego cierpliwości.

Jej szczupłe dłonie były takie znajome. Złoty pierścionek zaręczynowy i obrączka, które tak łatwo zsuwały jej się z palca, gdy myła ręce. Lśniąca blizna na kciuku, który pewnego dnia skaleczyła głęboko, szykując lunch.

Samolot skręcił ostro w lewo i zaczął kołować. Stewardesa roznosiła landrynki, ulubione cukierki mamy. Często żartowaliśmy, że można ją za nie kupić. Tym ostatnim razem wzięła dwie – pomarańczową i zieloną. Znów wyjrzała przez okno, podziwiając ładną pogodę. Na południowym horyzoncie zgromadziło się trochę purpurowo-szarych chmur. Za półtorej godziny samolot powinien wylądować w Waszyngtonie. Za półtorej godziny strażacy nadal będą usiłowali opanować płomienie liżące czyste niebo nad Hartford. Mama włożyła cukierek do ust. Samolot zaczął nabierać szybkości. Blondwłosa stewardesa pospieszyła ku tyłowi kabiny z nerwowym uśmiechem na twarzy.

Samolot jedzie coraz prędzej, widok za oknem zaczyna się zamazywać. Potem to błyskawiczne, wywracające żołądek oderwanie się od ziemi i mocne pociągnięcie do góry.

Kilka sekund do góry, do góry…

Głośne, szybkie łup-łup-łup. Łuptup-łuptup. Wszystko staje. Po prostu staje. Cały samolot jakby… Spadamy do tyłu pod dziwacznym kątem. Ktoś krzyczy. Krzyki. Wybuchy. Krztuszę się. Cukierek wpadł mi do krtani. Nie mogę oddychać! Kaszlę, próbuję go wypluć. Wybuch. Śmierć.

Ekran pociemniał, a potem rozjaśnił się na nowo twarzą Philipa Strayhorna.

– Umarła w ułamku sekundy, Weber. Jedno wielkie dmuchnięcie, którego nawet nie poczuła. Zapewniam cię. Wiem to na pewno.

Musisz zobaczyć resztę kasety, ale nie w tej chwili. Jeśli chcesz, możesz obejrzeć fragment o swojej matce jeszcze raz, ale niczego nowego się nie dowiesz. Właśnie tak się to stało. Zadzwoń do Sashy, dobrze?

Obraz znów pociemniał, po czym przeszedł w tę irytującą elektroniczną kaszę, która pojawia się na końcu każdego filmu wideo. Przewinąłem taśmę kawałek do przodu i ponownie włączyłem: kasza. Przewinąłem ją do początku, odtworzyłem fragment tego, co już widziałem: Phil w salonie z psem. DO PRZODU: mama bierze cukierek. Jeszcze DO PRZODU: kasza.

Wziąłem pozostałe kasety („DRUGA” i „TRZECIA”) i wypróbowałem obie: cały czas kasza. Bez żadnego powodu włączyłem jeszcze raz pierwszą kasetę i przewinąłem ją do końca. „Zadzwoń do Sashy, dobrze?”

Tym razem było tam coś jeszcze.

Trochę kaszy, potem znów jego twarz. Odskoczyłem, jakby ktoś mnie uderzył.

– Jak widzisz, Weber, ta kaseta idzie dalej i pokazuje ci coraz więcej. Oczywiście wypróbowałeś już dwie pozostałe i zobaczyłeś, że nic na nich nie ma. Ale będzie, później, kiedy już będziesz gotów. Tak jak na tej. Im więcej odkryjesz, tym więcej powiedzą ci kasety. To coś jakby odcyfrowywanie hieroglifów. – Uśmiechnął się. – Podróż zaczyna się tutaj. Chciałbym się w nią wybrać razem z tobą, ale próbowałem i mnie zjadła. Nie przejmuj się tym jednak. Nadal tu będę, na tych kasetach. Będę mógł ci trochę pomóc. Pamiętasz ten wiersz Kennetha Patchena? „Do rana może być daleko, ale żadne prawo nie zabrania rozmów w ciemności”. Zadzwoń do Sashy, dobra?