Całując Ul

Tekst
Z serii: Salamandra
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

***

CZĘŚĆ PIERWSZA

Nie lubię samotnych posiłków…

Czy opowiadałem ci o tym…

Jak dla mnie, to on nie wygląda na umarłego…

CZĘŚĆ DRUGA

Ile osób wie, że piszesz tę książkę…

CZĘŚĆ TRZECIA

Gdy przyjechałem do domu…

Patowi Conroyowi

Stephenowi Kingowi

Michaelowi Moorcockowi

Paulowi Westowi

PRZYJACIOŁOM, MISTRZOM, CZARODZIEJOM

Jeśli nie wiesz, kim jestem

a ja nie wiem, kim jesteś ty

światem rządzić będą prawa

stworzone przez innych

a my sami, podążając za niewłaściwym bogiem,

możemy zgubić naszą gwiazdę.

Rytuał do odczytania innym

William Stafford

CZĘŚĆ PIERWSZA

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Nie lubię samotnych posiłków i między innymi dlatego właśnie stałem się sławny. W osobach, które jadają w miejscach publicznych bez towarzystwa, jest coś żałosnego i mało pociągającego. Lepiej już chyba zostać w domu przed telewizorem, popijać zupę pomarańczową z puszki i chrupać krakersy, niż siedzieć samotnie na widoku publicznym w oczekiwaniu na ten jeden smętny posiłek.

Uczyniłem to spostrzeżenie akurat w trakcie lunchu z moją agentką, Patricią Chase. Patricia, wysoka i piękna, jest prawdziwą kobietą ze stali. Spojrzała na mnie tak, jak to często robiła w ciągu tych ponad dwudziestu lat, odkąd się znamy – a w jej wzroku była wyjątkowa mieszanka rozbawienia, rozpaczy i gniewu.

– Skąd takie pomysły, Sam? Nie ma nic przyjemniejszego niż samotny posiłek! Bierzesz jakąś książkę lub ulubione pismo, nie musisz nic mówić ani być duszą towarzystwa, sam sobie narzucasz tempo jedzenia… Uwielbiam jadać samotnie.

Zignorowałem ją i kontynuowałem:

– Z drugiej jednak strony najwspanialszy w życiu jest obiad w restauracji z nową kobietą. Składasz zamówienie, a potem zaczynasz tę pierwszą rozmowę. Dotąd tylko sobie gawędziliście. Jest to coś czarodziejskiego: siedzieć z tą nową istotą w twoim życiu w jakiejś miłej restauracji…

Uśmiechnęła się i wzięła bułkę z koszyka.

– No cóż, mój chłopcze, pojadłeś sobie z różnymi nowymi kobietami przez te wszystkie lata. A co mówią najświeższe doniesienia o Irene?

– Wydzwania bez ustanku i zadręcza mnie, że wynajęła jednego z najlepszych w mieście adwokatów od spraw rozwodowych. A potem chichocze i mówi, ile ode mnie zażąda w sądzie.

– Ale przecież ustaliliście coś chyba przed ślubem?

– To funkcjonuje tylko wtedy, gdy się żenisz, ale gdy przychodzi do rozwodu, to i tak wszystko psu na budę.

– Irene była twoją trzecią żoną. Mój Boże, całkiem niezła liczba.

– Jeśli dostajesz furii z powodu pcheł, to nie rzucasz do ognia całego koca, prawda? A kto powiedział, że optymizm to taka dobra rzecz?

– Coś mi się zdaje, że biorąc pod uwagę te pieniądze, które płacisz dwóm pierwszym, powinieneś uznać Irene za swój ostatni wybryk i poprzestać na przyjaciółkach. Właśnie, à propos pieniędzy, co tam słychać z twoją nową powieścią?

Odchrząknąłem, ponieważ nie chciałem wychrypieć następnego zdania.

– Nic, Patricio. Nici. Kredens jest pusty. Wypstrykałem się.

– To kiepsko. Niedawno dzwonił Parma i pytał, co się z tobą dzieje. Wiesz, jak lubi sobie pogadać. Odnosi wrażenie, że się przed nim ukrywasz.

– Bo tak jest. Zresztą Parma jest rozpieszczony. W ciągu ośmiu lat dostał ode mnie pięć książek i zarobił na tym mnóstwo pieniędzy. Czego jeszcze ode mnie chce?

Potrząsnęła głową.

– To nie tak. Dał ci pokaźną zaliczkę a conto tej nowej książki i ma prawo wiedzieć, co się dzieje. Spójrz na to z jego punktu widzenia.

– Nie potrafię. Nawet gdy chodzi o moje życie, nie mogę sobie na to pozwolić. W tej książce wszystko jest totalną bzdurą, bohaterowie utknęli w pół kroku i całość nie trzyma się kupy.

– Streszczenie wyglądało nieźle.

– To żadna sztuka napisać streszczenie. – Wzruszyłem ramionami. – Dziesięć stron czystej sztampy.

– Więc co zamierzasz zrobić?

– Może znów powinienem się ożenić. To by mi pozwoliło oderwać się trochę od wszystkiego na pewien czas.

Odchyliła się na krześle i wybuchnęła głośnym śmiechem. Zrobiło mi się przyjemnie, bo już od dawna nikogo nie rozśmieszyłem. A zwłaszcza siebie.

Przez pozostałą część spotkania mój pesymizm zmagał się z optymizmem. Patricia znała mnie bardzo dobrze i doskonale wiedziała, kiedy udaję. Wyczuwałem, że ta rozmowa z moim wydawcą, Aureliem Parmą, nie należała do najprzyjemniejszych, ponieważ rzadko otrzymywałem od Patricii wezwanie na taki urzędowy lunch. Zazwyczaj rozmawialiśmy przez telefon raz lub dwa razy w miesiącu, a potem umawialiśmy się na uroczystą kolację w dniu przekazania manuskryptu.

– W którym jesteś miejscu?

– Jak facet opuszcza żonę i jest z tą dziewczyną.

– Sam, to było na pierwszej stronie streszczenia!

– Wiem. Ale właśnie to ci mówiłem.

– No dobra, ale co z… – Postukała palcem w stół.

– Daj sobie z tym spokój, naprawdę przemyślałem już wszystkie „ale co z”. Zacząłem pisać jakieś opowiadanie, ale było tak smętne, że nawet moje pióro się porzygało. To fatalne, wierz mi. To nie jest zwykła blokada twórcza, lecz twórcza susza. Moja mózgownica przypomina ostatnimi czasy Etiopię.

– Masz szczęście, że to się zdarza po raz pierwszy. Wydałeś dziewięć książek. Całkiem sporo. Wygląda na to, że się wypisałeś.

– Nie jest to najlepszy moment na takie zjawisko. Zwłaszcza że Irene cały czas czeka i ostrzy sobie pazury.

Rozmawialiśmy o różnych innych rzeczach, ale przez cały czas moje milczenie w związku z pewną sprawą wisiało nad nami jak smog nad Mexico City. Gdy już zaczęliśmy się zbierać do wyjścia, Patricia zaproponowała, żebym się wybrał na wakacje.

– Nienawidzę wakacji! Po ślubie z Michelle pojechaliśmy do Europy, ale ja najchętniej siadłbym sobie przed telewizorem i oglądał CNN.

– Lubiłam Michelle.

– Ja też, dopóki się z nią nie ożeniłem. Uważała, że gdybym tylko się postarał, mógłbym zostać wielkim pisarzem. A niby co ja robiłem przez cały ten czas przy biurku, może przygotowywałem sushi?

Patricia spojrzała na mnie swoim sowio mądrym wzrokiem.

– Co byś wolał: pisać wielkie książki czy takie, które dobrze idą?

– Już dawno temu zrezygnowałem z prób zadziwiania ludzi. Jest takie rosyjskie przysłowie: „Prawda jest jak pszczoła – żądli prosto w oczy”. Jedna z prawd na mój temat jest taka, że piszę książki, które z założenia mają bawić, ale żadna z nich nie pretenduje do tego, aby być wielką. To mi wystarcza. Należę do tej nielicznej grupy ludzi, którzy odczuwają szczerą wdzięczność za to, co im zostało dane. Kiedyś na lotnisku zobaczyłem trzech ludzi, którzy czytali moje książki. Nawet nie wiesz, jak byłem szczęśliwy.

Wydawało mi się, że temat jest skończony, lecz Patricia powiedziała:

– Konieczność sprawia, że płaczesz, śpiewasz lub skaczesz.

– Że co?

– Ja też znam te rosyjskie przysłowia, przecież sama dałam ci tę książkę. Do diabła! Zadowolenie z tego, co się robi, jest jak najbardziej słuszne, pod warunkiem że idąc spać, czujemy się dobrze. Ale z tobą już tak nie jest. Pisałeś dreszczowce, które podobały się ludziom, i byłeś szczęśliwy. Teraz nie możesz pisać, jesteś pusty i smutny. Może nadszedł czas napisać wielką książkę. Spróbuj. Może jakoś wygrzebiesz się z tej koleiny.

Nastąpiła długa przerwa, podczas której mierzyliśmy się wzrokiem.

– Naprawdę nie wiem, czy jak tak mówisz, to jesteś suką czy guru.

– Suką. Suką, która chce cię zmusić do powrotu do pracy, żebyś mógł wykarmić wszystkie swoje eksmałżonki.

Ironia całej tej sytuacji polegała na tym, że na ów dzień przewidziana była pierwotnie mała uroczystość. Właśnie wydano moją najświeższą powieść, Śniadanie magika, i przyjechałem do Nowego Jorku, żeby podpisywać książki w księgarni należącej do mojego przyjaciela, Hansa Lachnera.

Lubię podpisywać książki, ponieważ jest to jedna z tych nielicznych okazji, gdy mogę stanąć twarzą w twarz z ludźmi, którzy dzielą ze mną tę najważniejszą część mojego życia – czas, kiedy raczę ich opowieściami. Jasne, że niekiedy zdarza się jakiś świr, który chce, żeby podpisać mu ręcznik, albo typ, obok którego nie odważyłbym się usiąść w metrze, ale ogólnie rzecz biorąc, są to przyjemne chwile, a słuchanie komplementów na temat moich książek też nie jest dla mnie specjalnie przykre. Na początku byłem przerażony, gdyż zdawało mi się, że nikt się nie zjawi. Do końca życia nie zapomnę tej chwili, kiedy wchodziłem na pierwsze spotkanie autorskie i zobaczyłem tłum ludzi czekających na moje przybycie. Oszalałem.

 

W przeszłości Hans Lachner pracował jako redaktor w pewnym słynnym wydawnictwie, ale znużyła go polityka i intrygi. Po śmierci rodziców przejął spadek i przeznaczył go na Cover Up. Był to sklep wprawdzie niewielki, lecz za to przytulny i doskonale zaprojektowany, a Hans wyśmienicie znał się na książkach. Gdy wstąpiłem tam pewnego razu, ujrzałem go zatopionego w rozmowie z Gabrielem Márquezem. Później, gdy powiedziałem mu, że nie wiedziałem, iż zna hiszpański, Hans odparł:

– Nie znam. Ale tego dnia się nauczyłem.

To właśnie on dał moją trzecią powieść – Wytatuowane miasto – pewnemu hollywoodzkiemu producentowi, który zdecydował się na jej kupno i w końcu zrobił z niej film. Byłem mu ogromnie zobowiązany i czyniłem wszystko, żeby mu się jakoś odpłacić.

Gdy wszedłem do jego sklepu po lunchu z Patricią, niewątpliwie wyglądałem jak Peter Lorre w M1, bo Hans zaraz podszedł do mnie i powiedział, że wyglądam jak gówno.

– Psie czy ludzkie? To nie wszystko jedno.

– Co jest grane?

– Właśnie wracam z lunchu z moją agentką, która przepuściła mnie przez maszynkę.

– Pan Bayer?

Odwróciłem się na pięcie, produkując jednocześnie mój natychmiastowy szeroki uśmiech, i powitał mnie błysk flesza. Gdy zgasł oślepiający blask odbity w mojej siatkówce, dostrzegłem jakąś pulchną kobietę w czapce baseballowej z napisem „Timberland” i dużych okularach w srebrnej oprawie.

– Bądź tak dobry, Hans – z tymi słowy wepchnęła mu aparat do ręki i podeszła do mnie. Potem wzięła mnie pod ramię. Hans policzył do trzech i znów błysnął, zupełnie mnie oślepiając.

– Jestem Tanya. Gdy będzie pan podpisywał moje książki, proszę pamiętać, że mam na imię Tanya.

– Dobrze.

Odebrała swój aparat i ruszyła gdzieś zaaferowana.

Hans objął mnie i zaprowadził na tył sklepu, gdzie czekał na nas stół i krzesła.

– Tanya zawsze kupuje dwa egzemplarze twoich książek. Drugi daje siostrze.

– Niech ją Bóg błogosławi.

Usiadłem i zaraz podeszli do mnie pierwsi ludzie, choć uczynili to z wahaniem, jakby się bali mi przeszkodzić. Starałem się być równie miły jak zawsze, pytając o imiona i wpisując coś osobistego, żeby mogli się później uśmiechnąć przy lekturze. „Śniadanie z Charlesem. Bardzo mi miło, że dzieliłeś ze mną ten posiłek”. „Czarodziej wita Jennifer”. „Dla Tanyi, która zawsze kupuje dwie i zasługuje na podwójne podziękowanie za to poparcie”. Czas mijał, a ja podpisywałem książki i oddawałem się czczym pogaduszkom.

– Jestem Veronica. Mam tu z sobą cały zbiór i byłoby mi miło, gdyby zechciał pan je wszystkie podpisać i… no wie pan, po prostu podpisać.

Nie spojrzałem na nią, gdy podeszła, ponieważ akurat wtedy Hans podawał mi szklankę z colą. Postawiłem ją na stoliku i nagle spostrzegłem książkę na samym wierzchu pokaźnego stosu – było to niemieckie wydanie mojej pierwszej powieści.

– O Boże, a gdzież pani to dostała? – Uśmiechnąłem się, podniosłem na nią wzrok i osłupiałem. Przede mną stała tleniona blondynka z falami włosów opadających na ramiona. Cerę miała tak lśniącą i delikatną, że wręcz trudno sobie wyobrazić, by człowiek przebywający przez jakiś czas w jej towarzystwie nie miał poważnych kłopotów z rękami. W jej wielkich, zielonych oczach wyczuwało się przyjazne nastawienie, a zarazem wyraźną głębię i inteligencję. Zauważyłem, że taksuje mnie. Jej usta były pełne i niemal szkarłatne, choć nie było na nich ani śladu szminki. Były to usta dekadenckie, aż zbyt dekadenckie przy tak radosnej twarzy. Nie byłem pewien, czy do końca podoba mi się ta sprzeczność. Podniecało mnie to, ale nie miałem pewności, czy mi się to podoba.

– Kupiłam ją podczas pobytu w Niemczech. Usiłuję zgromadzić wszystkie wydania pańskich dzieł, ale to nie takie proste.

– Jest pani zbieraczką?

– Niezupełnie. Po prostu uwielbiam pańskie książki.

Otworzyłem jedną z nich na stronie tytułowej.

– Pani się nazywa…

– Veronica. Veronica Lake.

Moje pióro zamarło.

– Jak?

Roześmiała się głębokim, niemal męskim głosem.

– Tak, tak właśnie się nazywam2. Moja matka miała chyba w sobie coś z sadystki.

– A pani tak bardzo ją przypomina. To zupełnie tak, jakby ktoś nazwał syna Clark Gable.

– Cóż, dzieciakom w Ameryce Południowej dają na imię Jezus.

– Tak, i gdy umierają, idą prosto do nieba. Kiedy pani umrze, Veronico, pójdzie pani do Hollywood.

Podpisałem książkę i sięgnąłem po następną. Wydanie japońskie. Potem hiszpańskie. Taką kolekcję widziałem dotychczas jedynie na mojej półce.

– Gdybym tylko potrafiła, pisałabym dokładnie takie książki jak pan. Tak dobrze je rozumiem.

– Czy wyjdzie pani za mnie?

– Przecież jest pan żonaty – odrzekła, uroczo wydymając wargi.

Wróciłem do podpisywania.

– To już końcówka.

Zanim zdołałem cokolwiek powiedzieć, poczułem na ramieniu czyjąś dłoń, a w powietrzu rozszedł się oszałamiający zapach wody toaletowej mojego oszałamiającego wydawcy, Aurelia Parmy.

– Faraon Samuel III Blagier. A gdzie jest twój orszak?

Od razu zrobiłem się czujny i zesztywniałem.

– Blagier? Co chciałeś przez to powiedzieć, Aurelio?

– Nic a nic. Po prostu przyszedłem, żeby cię obserwować. – Aurelio zwrócił się do Veroniki. – Jestem jego wydawcą – powiedział protekcjonalnie swym najbardziej monarszym tonem. Potem błysnął w jej stronę swoim najbardziej olśniewającym uśmiechem.

– A ja jego wielbicielką – odparła bez uśmiechu.

– Już cię złapała, szefie.

Aurelio nie lubi, kiedy ktoś go tak załatwia. Spiorunował ją takim spojrzeniem, że nawet parmezan by się roztopił, a ona rzuciła nań wzrokiem tak obojętnym, jakby był przecinkiem na kartce. Odszedł pokonany.

– Więc jest pani w korpusie dyplomatycznym, Veronico?

– Przyszłam tu zobaczyć się z panem, panie Bayer. Po prostu chcę mieć te moje pięć minut. On może być z panem przez cały czas.

– Na szczęście nie jest, gdy mam na to wpływ – wymamrotałem i wróciłem do podpisywania.

– Zdaję sobie sprawę, że to miejsce nie nadaje się do załatwiania interesów, lecz muszę panu powiedzieć, że robię filmy dokumentalne i bardzo bym chciała nakręcić coś na pański temat. Zostawię panu wizytówkę. Gdyby był pan zainteresowany, proszę zadzwonić. Zresztą ucieszę się z pańskiej wizyty, nawet jeśli nie zgodzi się pan na ten film.

– Czuję się zaszczycony – powiedziałem, kończąc podpisywać jej książki.

Zgarnęła je pod pachę i pochyliła się nade mną.

– A ja mówię poważnie – szepnęła.

Gdy odchodziła, podobała mi się tak samo jak na początku. Jej bezpośredniość wywoływała we mnie pewien lęk, choć zarazem budziła podniecenie. Następna osoba położyła książki na stole i rzuciła z irytacją:

– Nareszcie.

– Bardzo przepraszam. Jak się pan nazywa?

Ta pogawędka z Veronicą sprawiła, że moja praca utknęła na pewien czas w martwym punkcie, więc przyśpieszyłem, starając się skupić na tym, co robię. Dopiero jakieś pół godziny później spojrzałem na wizytówkę, którą mi zostawiła. Kolejny wstrząs.

Otóż najważniejsza w mojej powieści Wytatuowane miasto jest chwila, w której czarny charakter ściąga koszulę i bohaterka po raz pierwszy widzi jego plecy. W rosyjskich więzieniach jest taki zwyczaj, że skazańcom, którzy odbyli już długą karę, tatuuje się plecy najwymyślniejszymi bizantyjskimi rysunkami, jakie tylko można sobie wyobrazić. Całe dzieło powstaje dzięki kombinacji ostrzy do golenia, igieł i atramentów zrobionych z moczu i palonych obcasów od butów. Owa ilustracja przedstawia biografię więźnia – zbrodnie, jakie popełnił, uzależnienie od narkotyków, jego miejsce w hierarchii więziennej. Każdy z tych obrazów ma symboliczne znaczenie, na przykład diament oznacza, że spędził połowę życia za kratkami, pająk – że jego specjalnością są włamania i tak dalej. Mój bohater ma absolutnie całe plecy pokryte aniołami, cerkwiami, mostami, smokami, chmurami, drzewami, a całość przywodzi na myśl naiwną ilustrację przedstawiającą Miasto Boże.

Tak się złożyło, że Veronica Lake zdobyła gdzieś tę samą fotografię, która natchnęła mnie wiele lat temu, i wykorzystała ją przy projektowaniu swojej wizytówki. To samo zdjęcie, tylko ozdobione srebrnymi literami z jej imieniem, nazwiskiem i numerem telefonu. I teraz to zdjęcie, wspomnienia moich pierwszych wrażeń z nim związanych, śmiałość Veroniki – wszystko to sprawiło, że ciarki przeszły mi po plecach. Odkąd poznałem moją ostatnią żonę, żadna kobieta aż tak mnie nie zaintrygowała.

To nie był jeszcze koniec kawałów, które los płatał mi tego dnia. Gdy już skończyłem podpisywanie, wyrwałem się z rąk Aurelia; wcisnąwszy mu jakiś kit o palącej konieczności pracy nad nową książką i zapewniwszy go, że wszystko jest cacy, rzuciłem się do drzwi. Wziąłem taksówkę na przedmieście, gdzie w jednym z garaży zaparkowałem samochód, licząc, że w ten sposób uniknę szaleństwa w godzinie szczytu. Jazda do mojego domu w Connecticut zajmuje mi dwie godziny z okładem, oczywiście jeśli drogi są przejezdne, ale szosa zakorkowała się w momencie, gdy dojechałem do West Side Highway, skąd rozciąga się piękny widok na rzekę Hudson i pływające po niej łodzie. Jeśli już ma się gdzieś utknąć, to chyba tylko tam. Włączyłem sobie kasetę z jednym z ostatnich bestsellerów i zanim samochody ruszyły, udało mi się wysłuchać dwóch rozdziałów. Kiedy przejechałem Washington Bridge, sytuacja się poprawiła. Mknąłem naprzód, rozkoszując się świadomością, że ten dzień, pełen wymuszonych uśmiechów i fałszywych obietnic, mam już za sobą.

Jednak im dłużej nad tym wszystkim myślałem, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że bez względu na to, jak szybko jadę tą autostradą, w domu czekają na mnie wszystkie nie dokończone sprawy. Co, do diabła, mam zrobić z tą poronioną powieścią, która leży bez życia na moim biurku? Chyba po raz pierwszy w mojej karierze pisarskiej zrozumiałem, że z powieścią może być tak jak z romansem – zaczyna się od długich pocałunków i tańców przy fontannach, a potem, zanim się zdążysz zorientować, nagle zmienia się w twojego nauczyciela z szóstej klasy. Osiągnąłem w pracy taki etap, że nie miałem nawet ochoty wchodzić do gabinetu, bo wystarczyło jedno spojrzenie na ten stos kartek, a nachodziło mnie rozpaczliwe pragnienie nagłego odlotu na inną planetę. Obojętnie jaką, pod warunkiem że nie będzie tam książek, terminów ani włoskich wydawców. Najlepiej ujęła to Irene: „Wszystkie szczury uciekają ze statku, Sam. Nawet ten najlepszy przyjaciel na świecie: twoja wyobraźnia”.

To właśnie było dla mnie największym zaskoczeniem. Jeszcze do niedawna wszystko było takie proste. Regularnie co dwa lata zasiadałem za biurkiem z kilkoma postaciami w głowie i zaczynałem pisać. Gdy już zaznajomiłem się z nimi nieco bliżej, poznałem ich zwyczaje i poglądy na świat, cała opowieść wyłaniała się z mgły i przechodziła na papier. Myślę, że wszystko szło tak łatwo między innymi dlatego, że byłem dla nich po prostu miły. Nigdy ich do niczego nie zmuszałem. Nie wszystkie postacie były moimi bohaterami, ale każdą z nich szanowałem i pozwalałem jej robić to, na co miała ochotę. Jakiś pisarz powiedział kiedyś, że w trakcie pisania każdej książki przychodzi taki moment, kiedy postacie przejmują inicjatywę i zaczynają żyć własnym życiem. U mnie coś takiego dzieje się już na pierwszej stronie.

Jednak w związku z tą ostatnią powieścią najbardziej niepokoiło mnie to, że była żenująco wręcz płaska. Postacie coś tam mówiły i czymś się zajmowały, ale wszystko było mało przekonujące, ponieważ nie mogłem tchnąć w nie prawdziwego życia. Czułem się jak doktor Frankenstein, któremu niby udało się stworzyć żywą istotę, ale nie do końca. I tak samo jak on doskonale zdawałem sobie sprawę, że mój twór to najnormalniej w świecie partacka robota. Wiedziałem, że jeśli kiedykolwiek zejdzie ze stołu operacyjnego i znajdzie w sobie dość energii, aby poczłapać w świat, to i tak wszystko potoczy się inaczej, niż planowałem.

Byłem głodny. Głodny, zmęczony i zmartwiony. Jechałem do domu, który był zbyt duży dla mnie i mojego psa, Louie. Kupiłem go w czasach, kiedy dom na wsi z piękną nową żoną Irene, białym szczeniaczkiem i dużym pokojem do pracy wydawał mi się szczytem marzeń. Teraz w tym domu straszyło, pies zmienił się w mizantropa, a mój gabinet stał się pokojem 101 z Orwellowskiego Roku 1984.

 

I gdy pełen tych radosnych myśli wjechałem do Westchester County, nagle przyszedł mi do głowy doskonały pomysł: pojadę do domu. Do mojego domu w Crane’s View w stanie Nowy Jork, gdzie spędziłem pierwsze piętnaście lat życia.

Chociaż przejeżdżałem tamtędy zawsze w drodze do Nowego Jorku, od dziesięciu lat nie miałem czasu, żeby się tam zatrzymać. Nigdy nie byłem człowiekiem o nostalgicznych skłonnościach i nie spędzałem czasu na rozmyślaniu o tym, co minęło. Moja druga żona, Michelle, powiedziała mi kiedyś, że po raz pierwszy spotkała kogoś, kto tak niewiele mówi o swojej przeszłości. Zastanowiłem się nad tym, a potem wyznałem, że z pewną podejrzliwością traktuję ludzi, którzy uczestniczą we wszystkich spotkaniach absolwentów, kartkują albumy z fotografiami i stare roczniki szkolne. Dostrzegałem w tym coś dziwnego – zupełnie jakby czuli, że gdzieś tam zostawili coś ważnego, albo jakby uświadomili sobie, że był to najlepszy okres ich życia. Więc unikałem wszystkich zjazdów, pogubiłem gdzieś te nieliczne posiadane przeze mnie roczniki szkolne i wzruszeniem ramion zbyłem cały okres dorastania.

Ostatni raz odwiedziłem Crane’s View po ślubie z Michelle, która nalegała, żebym ją zabrał na wycieczkę. Była zagorzałą romantyczką i chciała zobaczyć wszystko. Zwiedziliśmy więc moją szkołę, zjedliśmy lunch w pizzerii u Charliego i spacerowaliśmy po głównej ulicy tak długo, aż nawet ona poczuła się znudzona tym, że tak mało jest tu do oglądania. Ale w tamtych czasach byłem szczęśliwy i nie potrzebowałem historii, żeby pożeglować w kierunku wspaniałej przyszłości.

Gdy zjechałem z głównej drogi, była już siódma wieczorem, ale o tej porze roku, w samym środku lata, niebo ma jasnozłoty kolor świeżego chleba. Droga do miasta wiła się wśród pięknych drzew i wielkich domów ukrytych za wysokimi murami. Kiedy byliśmy mali, rodzice zabierali mnie i siostrę na niedzielne przejażdżki. Ileż to razy mijaliśmy te wspaniałe domy i słuchaliśmy ojca, który z dumą wymieniał nazwiska zamieszkujących je ludzi, zupełnie jakby znał ich osobiście.

Co się stało z tym tak miłym zwyczajem, jakim były rodzinne przejażdżki? Czasami wyjeżdżało się na długie godziny, rodzice rozmawiali sobie po cichu z przodu, dzieciaki szturchały się albo szeptały na tylnym siedzeniu, a wszyscy byli szczęśliwi, że wyrwali się na tyle godzin swoim wielkim, starym, czarnym fordem albo złotym dodge’em kombi. Czasami zatrzymywało się na lody albo, jeszcze lepiej, podjeżdżało na miniaturowe pole golfowe trzy miasteczka dalej, gdzie i inne rodziny na niedzielnej wycieczce postanowiły zrobić sobie przystanek.

Wszystkie te wspomnienia przepływały leniwie przez moją głowę jak tropikalne ryby, a samochód toczył się w kierunku Crane’s View. Oto róg, na którym Dave Hughes spadł z roweru, dom Woody’ego Barra i kościół Świętego Judy, przy którym wszyscy moi katoliccy przyjaciele zawsze robili znak krzyża. Tak jak się spodziewałem, wszystko wydawało mi się jakieś małe i wszędzie unosiła się delikatna woń wody kolońskiej, której nie używało się już od lat.

Stwierdziłem ze zdziwieniem, że nigdy nie rozmyślałem wiele nad moim dzieciństwem, ponieważ było dobre, choć trudno byłoby się tam dopatrzyć czegoś nadzwyczajnego. Coś jak pożywny posiłek, po którym jest się sytym, choć nie wyróżniał się niczym specjalnym. Ojciec przepracował całe życie w Shell Oil, a jego ulubionym zajęciem było człapanie po domu z fajką w zębach, w kapciach i luźnych spodniach i naprawianie wszystkiego, nawet tego, co nie wymagało napraw. Matka była gospodynią domu – w tamtych czasach to określenie nie było jeszcze obraźliwe. Pobrali się zaraz po szkole i szczęśliwie przeżyli trzydzieści cztery lata.

Latem wyjeżdżaliśmy do małego domku w mieście o nazwie Sea Girt na wybrzeżu New Jersey. Mieliśmy jamnika, który wabił się Eli (ojciec kończył Yale), i kilka samochodów kombi; kolacje jadaliśmy wspólnie przed telewizorem, oglądając albo Waltera Cronkite’a, albo Perry’ego Masona. Na deser mieliśmy lody waniliowe Breyera polewane sosem czekoladowym Bosco. Telewizja była czarno-biała, włosy ścinało się na krótko, dziewczyny nosiły spódnice. Czy cokolwiek mogło być prostsze?

Kafejka u Scrappy’ego, tuż za szkołą, była moim pierwszym przystankiem tego wieczoru. Przyzwoite jedzenie, automat telefoniczny najbliżej szkoły i nieodmienna życzliwość właścicieli sprawiały, że była to jedna z dwóch ulubionych knajpek wszystkich dzieciaków w Crane’s View. Drugą była pizzeria u Charliego, ale mieli tam tak mało miejsc, że mogłeś co najwyżej kupić kawałek pizzy i zjeść na ulicy. Natomiast kafejka była duża, klimatyzowana i pełna wygodnych, jaskrawoturkusowych kabin. Grała muzyka, a jedzenie było w cenach, na które mogliśmy sobie pozwolić. Kafejka była nasza. Dzieciaki nie mają nic – wszystko jest albo obiecane, pożyczone, upragnione, albo przesadzone. U Scrappy’ego mogliśmy planować, marzyć i wprowadzać zmiany. Sprowadzało się to do tego, że jeśli chciałeś się z kimś gdzieś umówić, mówiłeś: „Będę czekać przed Charliem”. Jeśli natomiast chciałeś porozmawiać, zostawała tylko kafejka u Scrappy’ego.

Gdy wszedłem do środka, było prawie pusto. Stanąłem na chwilę w drzwiach i od razu obudziły się miliardy wspomnień. W każdym kąciku i każdej kabinie została jakaś cząstka mojego życia. Sam widok tego pomieszczenia, znajomy zapach kawy Bunn-O-Mat, smażonego mięsa, ludzkich ciał, pasty do podłóg i przetartych ścierką stolików przypomniał mi z ogromną wyrazistością to inne teraz, które kiedyś było równie ważne jak dzisiejsze teraz. Usiadłem przy ladzie i zacząłem się obracać w prawo i w lewo.

Niebawem podeszła do mnie młoda kelnerka, u której dwie rzeczy od razu rzucały się w oczy: nadmiar szminki i niedobór energii. Otaczała ją atmosfera ogólnego oklapnięcia, typowa dla osób, które muszą być cały dzień na nogach, albo dla osiemnastolatek, które uważają, że życie jest stanowczo za ciężkie.

– Czego pan sobie życzy?

– Poproszę o kartę dań.

Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, lecz zmieniła zdanie i zamknęła je. Zamiast tego sięgnęła wolno pod ladę i wręczyła mi długą, czerwoną kartę dań.

– Specjalnością dnia jest kurczak w cieście i zapiekanka mięsna – powiedziała z westchnieniem.

– A czy podajecie jeszcze burgery Kalifornia?

– Jasne! Chce pan? – Ku mojemu zdumieniu w jej oczach błysnęło ożywienie i uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie.

Obserwując ją, pomyślałem ze smutkiem, że ta młoda kobieta wypali się jeszcze przed czterdziestką i pewnego dnia obudzi się pełna żalu i zniechęcenia, doskonale zdając sobie sprawę, że zbyt szybko zmarnowała to, co było jej dane. Ta myśl przemknęła mi przez głowę jak spadająca gwiazda i zaraz zgasła. Zerknąłem na plakietkę na jej piersi: „Donna”.

– Donna? Znałem kiedyś kobietę o tym imieniu. Miała dwie papużki.

– Tak, no i co dalej?

– Iii… nic, chyba jednak poproszę tego burgera.

Gdy odwróciła się, żeby odejść, podniosłem palec.

– Chwila, chwila. Chodzisz tu do szkoły?

– Niestety tak.

– Czy uczy tam jeszcze pani Muzroll?

– Ona nie uczy, proszę pana. Ona drzemie. Wtedy właśnie wszyscy odrabiają zadania. Na lekcjach u pani Muzroll. Chodził pan do Crane’s View? – spytała, kiwając palcem w tamtą stronę.

– Dawno temu.

Znów się uśmiechnęła.

– Żałuję, że też tam nie chodziłam dawno temu.

– Dalej to samo, co?

– Nie, nie aż tak. Lubię sobie ponarzekać. Idę po tego burgera.

Odprowadziłem ją wzrokiem, a potem rozejrzałem się dookoła. Na zewnątrz stała jakaś ciężarówka – zapewne tych dwóch olbrzymów, którzy siedzieli na końcu lady i jedli zapiekankę mięsną.

Obserwowałem – chyba zbyt długo – jakąś parę nastolatków siedzącą w jednej z kabin, która strzelała do siebie zgniecionymi w kulki serwetkami. Przypomniało mi się, jak pewnego wieczoru siedziałem w tej samej kabinie z Louise Hamlin po upojnych macankach za szkołą. Piliśmy cherry colę, wpatrując się w siebie wzrokiem pełnym zachwytu i wdzięczności, jaką odczuwają czternastolatki po wielogodzinnym całowaniu się. Coś ścisnęło mnie w środku na samo wspomnienie tamtego wieczoru i Louise Hamlin z jej bladorudymi włosami.

– Bardzo proszę, coś dla zabicia czasu. – Donna położyła przede mną jakąś książkę. Był to Periauger, rocznik szkoły w Crane’s View. – Z zeszłego roku. Pomyślałam sobie, że może będzie pan chciał zobaczyć, jak tam teraz wygląda.

– Och, dzięki, Donna, bardzo mi miło!

– Trzymam ją na zapleczu. Ciekawe, czy pani Muzroll się zmieniła.

– Wątpię. I jeszcze raz dziękuję.

Wspaniała wycieczka w moje młode lata. Tyle rzeczy było znajomych, a tyle nieznajomych. Nie znałem żadnego z tych dzieciaków, ale twarze w każdym roczniku wyglądają zawsze tak samo. Te same nienaturalne uśmiechy, wyprostowane plecy, twardzi faceci, świry, przyszli poeci i błaźni. Zmienia się tylko długość włosów i fryzura, ale twarze są zawsze takie same. Szkoła zbudowała nową salę gimnastyczną i zburzyła starą aulę. Pan Pupel (powszechnie znienawidzony i znany jako pan Pudel) wciąż uczył francuskiego i był tak samo wesoły jak zawsze. Pani Bartel wciąż miała największe cyce świata, a trener Ater nadal wyglądał jak nosorożec, tyle że starszy o trzydzieści lat. Wszystkie te zdjęcia poprawiły mi nastrój i kartkowałem rocznik nawet wtedy, gdy Donna przyniosła mojego cheeseburgera z wszystkimi dodatkami.