Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

CZĘŚĆ DRUGA

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

CZĘŚĆ TRZECIA

Rozdział dwudziesty szósty

Rozdział dwudziesty siódmy

Rozdział dwudziesty ósmy

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Rozdział trzydziesty

Rozdział trzydziesty pierwszy

Rozdział trzydziesty drugi

Rozdział trzydziesty trzeci

Rozdział trzydziesty czwarty

Rozdział trzydziesty piąty

Rozdział trzydziesty szósty

CZĘŚĆ CZWARTA

Rozdział trzydziesty siódmy

Rozdział trzydziesty ósmy

Rozdział trzydziesty dziewiąty

Rozdział czterdziesty

Rozdział czterdziesty pierwszy

Rozdział czterdziesty drugi

Rozdział czterdziesty trzeci

Rozdział czterdziesty czwarty

Rozdział czterdziesty piąty

Notka Autora

O Autorze

Tytuł: Sophie Quire – ostatnia Strażniczka Książek

Tytuł oryginału: Sophie Quire and the Last Storyguard

Tekst: Jonathan Auxier

Przekład: Marta Szelichowska

Kierownik redakcji: Katarzyna Biegańska

Redakcja: Magdalena Marczewska

Korekta: Studio Melanż

Ilustracja na okładce: Maciej Szymanowicz

Text copyright © 2016, Jonathan Auxier

Copyright for the Polish edition © 2017, Juka-91

Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, przedrukowywanie i rozpowszechnianie całości lub fragmentów niniejszej publikacji bez pisemnej zgody wydawcy zabronione.

ISBN 978-83-7874-846-5

Wydawnictwo Juka-91 Sp. z o.o.

ul. Jutrzenki 118

02-230 Warszawa

Infolinia 800 650 300

www.juka.edu.pl

www.mac.pl

Dział handlowy

handlowy@mac.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer firmy Elibri

Tym, co najcenniejsze u ludzi, jest ciekawość świata. Jednak ostatnie starania ludzkości zmierzają ku zabiciu tej ciekawości… Nikt już nie ma nadziei na niespodziewaną wizytę anioła czy na spotkanie sir Lancelota w błyszczącej zbroi na drodze oświetlonej blaskiem księżyca. A jaki jest sens życia w świecie pozbawionym dociekliwości?

Kenneth Grahame

Dla Mary Zaprawdę, moja kochana, to nie drzwi, lecz małe okno na wielki świat.

CZĘŚĆ PIERWSZA

KTO

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział pierwszy

Stos Postępu

Mówi się, że nie wolno oceniać książki po okładce. Każdy prawdziwy czytelnik może potwierdzić, że rada ta jest bezsensowna. Prawdziwy czytelnik doskonale zna niezwykłą przyjemność trzymania w ręku dobrze wydanego dzieła – zwraca uwagę na jego wagę i fakturę okładki, skrzypnięcie grzbietu przy otwieraniu stron, słodki, lekko zakurzony aromat pożółkłych kartek, kiedy przebiega przez nie palcami. Książka jest nie tylko składnicą myśli – to coś żywego, co potrzebuje miłości, ciepła i ochrony.

Nikt nie rozumiał tego lepiej niż Sophie Quire – dwunastoletnia dziewczynka o obgryzionych paznokciach, szpotawych stopach i niepokojąco inteligentnym spojrzeniu. Sophie kochała książki ponad wszystko. Naprawdę, kochała je bardziej niż cokolwiek w swoim otoczeniu. To właśnie sprawiało, że była wyjątkowa, aż w końcu stała się osobą… niebezpieczną. Ale wyprzedzamy fakty, a to jest równie niebezpieczne. Zapalcie więc lampę, znajdźcie wygodny fotel, a ja opowiem wam jej historię.

* * *

W Gwarburgu nastał rześki wietrzny poranek – kapitalna pogoda na palenie książek. Wąskie smużki dymu unosiły się z kominów w całym mieście, wypuszczając drobinki spalonego papieru. Sophie Quire wyszła z księgarni swojego taty, nad której drzwiami zadźwięczał mały dzwoneczek, i znalazła się na zimnej ulicy. Zadrżała, wdychając słodkie powietrze pachnące popiołem. Mieszkańcy postanowili spalić w kominkach swoje stare książki z baśniami, aby przegnać jesienny chłód. Zapach byłby całkiem przyjemny, gdyby cała sytuacja nie była tak przerażająca. Dziewczynka obserwowała opadające wokoło drobinki popiołu i zastanawiała się, czy wśród nich były też jej książki.

Spojrzała na drzwi sklepu. Wisiało na nich odręcznie napisane ogłoszenie, które ktoś umieścił w nocy:

PRECZ Z NONSENSEM! Wszyscy obywatele proszeni są o przybycie na doroczną Ceremonię Stosu, dwudziestego siódmego dnia tego miesiąca. Prosimy o przyniesienie książek z baśniami. Przyłącz się do obywateli Gwarburga! Zrzucamy okowy dziecięcych zabobonów i śmiało maszerujemy w stronę nowoczesnego rozumnego jutra!

Sophie zdarła plakat, żeby nie zobaczył go jej ojciec. Tak jakby komukolwiek trzeba było przypominać o Ceremonii Stosu…

Zastanawiała się, co to święto będzie oznaczało dla księgarni jej ojca specjalizującej się w różnych rodzajach „nonsensu”, które miasto z takim zapamiętaniem próbowało zniszczyć. Ojciec starał się nadążać za najnowszą modą, zamawiać jedynie odpowiednie gatunki coraz lepszej literatury, ale jeśli to nie wystarczy? Gdzie się podzieją, jeśli księgarnię trzeba będzie zamknąć? Rzuciła plakat na ziemię i naciągnęła kaptur na plątaninę czarnych włosów. Nie mogła tracić czasu na roztrząsanie, A JEŚLI – miała przed sobą konkretne zadanie.

 

Sophie biegła przez miasto, klucząc pomiędzy małymi uliczkami. Niedawno wstał świt i Gwarburg był cichy, słychać było jedynie pracowników doków, żebraków oraz strażników, którzy kończyli nocny obchód. Biegła z opuszczoną głową. Kaptur spuściła na oczy tak, by nie przyciągać niczyjej uwagi. Mieszkańcy Gwarburga w większości byli bladzi – tak bladzi, że widać było niebieskie żyłki pod ich skórą. Ale Sophie miała ciemną cerę i jeszcze ciemniejsze włosy, które sprawiały, że wyglądała jak ktoś obcy. Cechy te odziedziczyła po matce, która urodziła się na wyspie daleko od kontynentu. Sophie wiele razy pytała ojca, jak nazywała się ta wyspa, ale ojciec – tak samo jak w przypadku innych pytań dotyczących matki Sophie – milczał, doprowadzając córkę do szału. Czasami się zastanawiała, czy w ogóle zna odpowiedź.

Sophie minęła kanał wewnętrzny, akademie, domy rachunkowe, sądy, a nawet wejście do krypt, gdzie dwanaście lat temu spoczęła jej matka. Czasami, kiedy Sophie czuła się szczególnie samotna, przekradała się tam i odwiedzała pełne zapomnienia podziemia.

Szła dalej w kierunku Stosu, który znajdował się nad rzeką. Przez chwilę miała wrażenie, że ktoś ją śledzi i że słyszy za sobą kroki, ale kiedy zatrzymała się, żeby to sprawdzić, nie mogła nic dostrzec.

– Za bardzo się martwisz – mruczała do siebie, biegnąc wąskimi schodami, które prowadziły do wschodniego wybrzeża.

Sophie jednak wcale nie przesadzała z ostrożnością, bo ktoś naprawdę śledził każdy jej krok – zatrzymywał się tam, gdzie ona się zatrzymywała, biegł wtedy, gdy ona biegła. Nie widziała tego kogoś, ponieważ do głowy jej nie przyszło, by zerknąć do góry. Gdyby tak uczyniła, dostrzegłaby sylwetkę szczupłego chłopca schowanego za kominem, którzy z żywym zainteresowaniem towarzyszył jej od pewnego czasu. Chłopiec miał na sobie podniszczony jeździecki płaszcz i poplamiony solą kapelusz. Jedną ręką ściskał płócienną torbę na ramię, w drugiej coś, co wyglądało na bardzo ostry harpun – jego srebrne ostrze pobłyskiwało w porannym słońcu.

Kiedy Sophie ruszała, chłopiec szedł za nią, przeskakując bezszelestnie z dachu na dach z niezwykłą lekkością. A gdyby Sophie zdołała dojrzeć swój „cień”, uderzyłaby ją przede wszystkim jedna rzecz:

Chłopiec miał na oczach przepaskę niewidomego.

* * *

Sophie przeszła szeroką ścieżką wokół doków, aż dotarła do starego kamiennego mostu, który łączył Gwarburg z Wgłębikrajem. Minęła Wilki Świtu – parę masywnych gargulców, które stały wysoko nad Rzeką Trunkową. Mówiono, że te kamienne bestie broniły miasta w zamierzchłych czasach przed wrogimi armiami. Ze zdumieniem zauważyła, że nie mają na szyjach żadnych transparentów z napisem „Precz z nonsensem!”. Przechodząc, pogładziła prawą łapę wilka. Na szczęście.

Wzdłuż mostu biegły rzędy nowoczesnych latarni gazowych, a ich płomienie dawały niesamowite światło, które odbijało się w rzece. Na przeciwległym brzegu rozciągała się polana otoczona wysokim kamiennym murem wzniesionym po to, by zapobiegać podróżom do i z Baśniowego Boru, niebezpiecznej puszczy, która majaczyła w oddali. Przy żelaznej bramie stało dwóch strażników – każdy z muszkietem na ramieniu. Tuż za nimi wznosił się Stos Postępu – ogromna góra złożona z książek.

Gwarburg był miastem, które właśnie przechodziło przemianę. Przez wieki widziało największe cuda i dziwy – stworzenia i artefakty, których spodziewać się można było jedynie w baśniach, kołysankach albo balladach. Ostatnimi czasy jednak prosty lud nabrał wątpliwości co do tego dziedzictwa i zaczął podejrzewać, że te dziwne przedmioty w jakiś sposób wstrzymują pochód w stronę nowoczesnego świata. I tak narodził się ruch „Precz z nonsensem!”.

Odkąd Sophie pamiętała, każdej jesieni odbywało się nowe głosowanie, jaki rodzaj „nonsensu” należy spalić tym razem. Najpierw pozbyto się owocowych wróżek. Potem wszelkich przedmiotów wykutych przez karły. I kolejno: wszelkich gadających przedmiotów, medycyny ludowej i pewnych wypieków. Następnie (o dziwo) przedmiotów nakręcanych. Potem zbyt jasnych i wyrazistych ubrań. W kolejnym roku jakichkolwiek przedmiotów sprowadzanych z zagranicy. Później wszystkiego, co wyglądało na stare – tkanin, obrazów i wrzecion. Aż wreszcie teraz – książek dla dzieci.

Przez całe miesiące żołnierze sprawdzali księgarnie i szkoły, zbierając na doroczną Ceremonię Stosu wszelkiego rodzaju książki dla dzieci. Kiedy nadszedł ten dzień, księgarnia Sophie również została przeszukana. Oczywiście można było nadal handlować encyklopediami i periodykami naukowymi, ale wszystko, co błahe albo fantastyczne lub nieco rozrywkowe, miało zostać spalone. Wiele osób w Gwarburgu z radością prognozowało, że będzie to największy z dotychczasowych Stosów. Tak jakby było się z czego cieszyć.

Być może słyszeliście sławne powiedzenie, że gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą? Ta myśl, mimo że teoretycznie prawdziwa, nie bierze pod uwagę faktu, że skutki rąbania drewna zazwyczaj nie są spektakularne – powstaje sporo zamieszania i bałagan. Kto z nas nie wolałby sobie odpocząć, zamiast rąbać drewno? Sophie często myślała, że Gwarburg przypomina drwala, który popadł w obsesję na punkcie swojego zawodu i za wszelką cenę postanowił porąbać całe dostępne drewno. Oczywiście przyznawała, że wygodnie żyje się w nowoczesnym mieście, ale nie była pewna, czy warto niszczyć tak wiele wspaniałych przedmiotów… szczególnie jeśli były wśród nich książki.

Z opuszczoną głową przemknęła przez most i zbliżyła się do muru. Znalazła miejsce, gdzie dało się przesunąć obluzowane kamienie tak, by powstała dziura – wystarczająco duża dla dwunastoletniej dziewczynki. Przecisnęła się przez szczelinę i ponownie stanęła na nogi.

Sophie otrzepała sukienkę i zerknęła na stertę rzuconych na Stos książek. W porannej mgle widziała rzędy żołnierzy rozładowujących wozy obok bramy. Kilku rozdzielało pomiędzy pozostałych stertę ogłoszeń o Ceremonii Stosu.

Sophie podpełzła w stronę najbliższego wozu i schowała się tuż za jego tylnymi kołami. Stanęła na palcach i zajrzała do środka. Ciągle dziwiło ją, jakie wyrzucano książki – często widziała tam tytuły, które sprzedawała w księgarni swojego ojca. Wyjęła ciężką starą książkę i obejrzała jej okładkę: był to zniszczony zbiór opowiadań o Świętym Marcinie, Niedźwiedzim Królu. Jeszcze nie tak dawno każde dziecko w Gwarburgu znało tę opowieść na pamięć, teraz książka została rzucona na Stos. Wydarto z niej kilka stron, grzbiet był nieco zniszczony, ale szkody dałoby się jeszcze naprawić.

Sophie sięgnęła głębiej i znalazła dwie kolejne ciekawe książki: cienki tom kołysanek z Wgłębikraju i opatrzoną komentarzami rozprawę naukową o temperamentach konstelacji.

– Cześć – wyszeptała. – Zabieram was do domu – powiedziała i delikatnie owinęła książki płaszczem.

– Ej, ty tam! – rozległ się krzyk od strony bramy.

Dziewczynka spojrzała i zobaczyła strażnika stojącego przy bramie. Niezdarnie sięgał po wiszący na szyi gwizdek. Sophie złapała książki i rzuciła się w stronę muru tak szybko, jak potrafiły unieść ją nogi. Ostry gwizd rozciął powietrze i strażnicy z krzykiem rzucili się za nią w pogoń.

– Łapać złodzieja!

Sophie przecisnęła się ponownie przez wąską dziurę w murze, drąc płaszcz o ostre kamienie. Pobiegła w stronę mostu, tuląc książki do piersi ze wszystkich sił. Z nadzieją popatrzyła na stare kamienne budowle na przeciwległym brzegu. Jeśli dotrze do Starego Miasta, bez problemu zgubi pościg w jego uliczkach. Dotarła już niemal na drugi koniec mostu, kiedy nagle tuż przed nią wyrosło dwóch mężczyzn w mundurach. Był to nocny patrol wracający ze swojej zmiany.

– Zatrzymać ją! – zawołali strażnicy pilnujący Stosu.

Członkowie nocnego patrolu usłyszeli rozkaz i rzucili się, by odciąć dziewczynce drogę.

– Stój! – zawołali, podnosząc muszkiety jak włócznie.

Sophie niemal nadziała się na wystawione w jej kierunku ostrza. Upadła na ziemię, z trudem chwytając powietrze. Dwaj strażnicy Stosu także dołączyli i Sophie została otoczona.

– Wstawaj! – powiedział ten, który pierwszy ją zauważył, i dźgnął ją dla podkreślenia powagi swych słów. – Wyrzuć nonsens!

Sophie wstała, ale nie oddała książek. Rzuciła poirytowane spojrzenie na gigantyczną rzeźbę wilka górującą nad mostem. To by było na tyle, jeśli chodzi o szczęście. Skierowała się w stronę kamiennej balustrady mostu, przez krótką chwilę rozważając, czy dałaby radę bezpiecznie odpłynąć. Pływała nieźle, ale kamienne nabrzeża rzeki były zbyt strome i wysokie, by zdołała się wspiąć – przy tamtejszych prądach i chłodzie najpewniej zamarzłaby, zanim dostałaby się do doków. A nawet gdyby przeżyła, nie przetrwałyby tego książki.

Od strony Stosu zbliżył się do nich piąty mężczyzna.

– Spocznij! – powiedział groźnym głosem.

Sophie wyjrzała zza kaptura i zobaczyła przed sobą chudego jak szczapa mężczyznę w nienagannie skrojonym granatowym płaszczu, dzierżącego wypolerowaną laskę z kości słoniowej, która stukała o bruk.

Żołnierze odsunęli się i zasalutowali mężczyźnie.

– Inkwizytorze Kołtun – powiedział pierwszy strażnik z lekkim podenerwowaniem. – Nie wiedziałem, że tak wcześnie pan tu bywa.

– Postęp nigdy nie śpi – odparł chłodno nowo przybyły. – Ja również.

Inkwizytor Kołtun znany był powszechnie jako twórca akcji „Precz z nonsensem!”. Wypełniał swoje zadania z niemal nieludzkim zapałem. Dokumentował każdy przedmiot przeznaczony na Stos. Mężczyzna stanął teraz przed Sophie, która spuściła głowę.

– Obejrzyjmy sobie naszego złodzieja. – Końcem laski zsunął Sophie kaptur z głowy.

Strażnicy na widok ciemnej buzi Sophie zrobili krok do tyłu.

– Zagraniczny szpieg! – krzyknął jeden z nich, przeładowując muszkiet.

Usta Kołtuna wykrzywiły się w odruchu najczystszego obrzydzenia.

– Twoja wyobraźnia jest sparaliżowana głupotą. Jaki szpieg marnowałby czas na książki dla dzieci? – Złapał Sophie za nadgarstek i spojrzał na jej rękę. – Nagniotki na kciuku i palcu wskazującym podpowiadają, że zajmuje się szyciem. Na palcach ma zaschnięty atrament. A we włosach… – Pochylił się nad nią, wąchając niesforne kosmyki, które wysunęły się z warkocza – …makaron pszenny. – Puścił jej rękę i wyprostował się. – Pracuje, jak mniemam, dla księgarza Quire’a ze Starego Miasta.

Sophie była zdumiona, że tak ważny dygnitarz zna księgarnię jej ojca, ale inkwizytor Kołtun wiedział po prostu wszystko o wszystkich.

– Księgarz najpewniej ją do tego namówił – powiedział jeden ze strażników. – Ty, dziewczyno – dziobnął Sophie bagnetem. – Czy twój szef wie, co tutaj robisz?

To się często zdarzało, Sophie była tak niepodobna do ojca, że niewiele osób w ogóle wiedziało, że są spokrewnieni.

– Nie wolno wam mnie o nic oskarżyć – powiedziała. – Zakaz książek zacznie obowiązywać dopiero w dniu Ceremonii Stosu.

– Ach, jakiż to będzie wspaniały dzień! – stwierdził Kołtun z prawdziwą radością. – Jednak książki zostały skradzione z naszego Stosu, a to jest przestępstwem. – Wyjął z kieszonki na piersi mały notesik i zaczął pisać. – Niniejszym oskarżam cię o wtargnięcie oraz zniszczenie miejskiego mienia.

– Zniszczenie? – powiedziała Sophie. – Przecież zamierzacie je spalić.

– Grzywna wynosi pięć dulcetów…

– Pięć dulcetów?

– Za książkę. – Kołtun uśmiechnął się do niej kąśliwie i pisał dalej. – Jeśli nie jesteś w stanie zapłacić grzywny…

– Wiesz, że nie jestem – odparła Sophie. – Cały sklep nie zarabia tyle w miesiąc.

Sophie czuła, jak na jej twarz spływa rumieniec czystego gniewu i przez chwilę zastanawiała się, jaka kara by ją czekała za zrzucenie inkwizytora Kołtuna z mostu.

– Bardzo dobrze. – Inkwizytor odłożył na bok książkę. – Aby mieć pewność, że spłacisz tę sumę, zostaniesz poddana nadzorowi Wielkiej Zniewagi, aż dług zostanie rozliczony. – Skinął głową w stronę strażników, którzy zbliżyli się do dziewczynki.

Zanim Sophie zdołała cokolwiek powiedzieć, mężczyźni złapali ją mocno za ramiona. Książki wypadły jej z rąk na ziemię.

– Przestańcie! – zawołała, usiłując wyrwać się z ich uchwytu. – Pomocy!

Sophie nie wiedziała, dlaczego w tej chwili zawołała o pomoc, ponieważ w okolicy z pewnością nie było nikogo, kto mógłby usłyszeć jej wołanie. Słowa jednak, jak wiadomo, czasami same po prostu wyskakują z ust. Ku swojemu głębokiemu zdumieniu niemal natychmiast usłyszała odzew.

 

– Puśćcie ją!

Rozdział drugi

Wcale nie śmiałe czyny

Puśćcie ją!

Słowa chłopca odbijały się echem w spokojnym porannym powietrzu. Jego głos był zimny jak ostrze miecza i dwa razy ostrzejszy. Opaska na oczach nie pozwalała mu zobaczyć rozgrywającej się na dole sceny, ale całkiem dobrze ją słyszał. Powstrzymywał uśmiech, słuchając odgłosów zamieszania, kiedy żołnierze usiłowali się zorientować, kto zwraca się do nich w tak śmiały sposób. Usłyszał, jak zmienia się ich oddech, kiedy dostrzegli go nad swoimi głowami.

– Kto do licha…? – Ten głos należał jednak do dziewczyny.

Chłopiec złapał się mocniej wielkiej latarni, której był uczepiony. Gazowe światło łagodnie sączyło się na jego twarz.

Kiedy był już pewien, że przyciągnął ich uwagę, podniósł srebrne ostrze i wymierzył je dokładnie w stronę mężczyzny, którego nazywano inkwizytorem i którego peruka wydzielała ostry zapach perfum.

– Nie będę prosił ponownie!

Sądząc po dźwięku, inkwizytor uderzył o ziemię laską z kości słoniowej.

– W tej chwili złaź mi z tej latarni! – wrzasnął. – Wspinanie się na własność miasta jest kategorycznie zabronione.

Chłopiec z szelestem zeskoczył ze szczytu latarni. Płynnym ruchem rozwiązał klapę swojego worka, z którego jak strzała wyskoczył mały stwór przypominający kota z czterema kopytami i rozwichrzonym końskim ogonem.

– Juuuhu! – prychnął stwór, lecąc w powietrzu i machając kopytkami.

Gdy fiknąwszy najpierw koziołka, chłopiec dotknął stopami ziemi, natychmiast podskoczył i przyłożył inkwizytorowi ostrze do gardła.

– Czy tak lepiej? – spytał.

W tym momencie rozsądnie byłoby zatrzymać na chwilę naszą scenę i opisać lepiej niewidomego ratownika. Najbystrzejsi z was najpewniej zgadli, że ten dziwny chłopiec jest tak naprawdę słynnym Peterem Nimble’em – królem włóczęgów z nieoznaczonego na mapie królestwa i najsłynniejszym żyjącym złodziejem. Jeśli chodzi o jego futrzanego kompana, był to oczywiście nikt inny jak sir Spląt, wędrowny rycerz i uhonorowany Królewski Bajarz królestwa Leszczynogrodu. W tej chwili powinna nam jednak wystarczyć informacja, że Peter Nimble śledził tę szczególną dziewczynkę już niemal od tygodnia i nie miał zamiaru jej zgubić dla jakiejś Zniewagi, Wielkiej czy też nie.

Zdjął kapelusz – twarzowy trikorn z białym piórem, który kupił na bazarze na Piegowatych Wyspach i szarmancko skłonił się przed Sophie.

– Moja pani…

Strażnicy puścili dziewczynę i zwrócili muszkiety w jego stronę. Peter skoncentrował się na odgłosach ich kroków. Nasłuchiwał, jak przemieszczają się, aby go otoczyć. Wiedział, że jego broń nie robi wrażenia: było to krótkie ostrze z dziwnie zakończoną końcówką. Nie sięgało daleko, ale było mocne i ostre. W odróżnieniu od innych zwykłych ostrzy tego nie dało się wyrwać z ręki.

– Zostawcie tu dziewczynę i wracajcie do swoich spraw – powiedział Peter do inkwizytora. – Nie chcę, by komukolwiek stała się krzywda, ale stanie się, jeśli mnie do tego zmusicie.

– Grozisz urzędnikowi publicznemu? – spytał mężczyzna.

Peter potrząsnął głową.

– Ja nie używam gróźb.

– Straż! – krzyknął inkwizytor i wydobył ze swojej laski cienkie jak igła ostrze. – Aresztować intruza!

Mężczyzna wyciągnął broń w stronę Petera, który wydał z siebie westchnienie zniecierpliwienia.

– Ostrzegałem cię. – Z tymi słowami ruszył do boju z uniesionym ostrzem.

Pole do walki było niewielkie i strażnicy byli zmuszeni machać muszkietami na oślep. Stal uderzała o stal, jeden chłopiec walczył przeciwko czterem wyćwiczonym mężczyznom. Jednak nie był to zwykły chłopiec. Peter Nimble był szybszy niż inni i gdy tylko zaatakował z prawej, potrafił obrócić się, by odpowiedzieć na cios z lewej. A jeśli któryś z żołnierzy próbował uderzyć Petera z tyłu, sir Spląt serwował mu dobrze wymierzonego kopniaka albo ugryzienie w zadek. Taki taniec odgrywali przez ostatnie dwa lata już setki razy, przemierzając mapę w poszukiwaniu przygód. Rzadko kończyło się to dobrze dla ich wrogów.

Peter ciął i dźgał, starając się nie zranić dziewczyny, która kręciła mu się pod nogami i usiłowała pozbierać rozrzucone książki. Krzyczała coś do Petera, ale on nie miał czasu się wsłuchiwać.

– Zostań na dole, moja pani! – zawołał, wskakując na balustradę mostu.

Dziewczynka wciąż krzyczała i dopiero po chwili Peter zdał sobie sprawę, że nie krzyczała ze strachu, ale z wściekłości.

– Przestań! – wrzeszczała, przepychając się pośród żołnierzy. – Przestań natychmiast!

Peter nie był pewien, dlaczego dziewczynka chciała udaremnić mu jego śmiałe czyny, ale zorientował się, że wcale nie żartuje.

– Skoro nalegasz! – Skoczył po raz ostatni w stronę wrogów, kręcąc się pomiędzy nimi jak derwisz z powiewającym za plecami płaszczem. To był stary trik ze złodziejskich czasów. Kiedy chłopiec zamarł w bezruchu, wszystkie cztery muszkiety strażników miał przewieszone przez swoje ramię.

Rozbrojeni mężczyźni patrzyli na niego z osłupieniem. Peter pozwolił im zastanawiać się przez chwilę nad tym, co się stało, aż w końcu krzyknął „Buuu!”.

Wszyscy czterej żołnierze wydali z siebie ryk przerażenia i pobiegli mostem w stronę Stosu. Sir Spląt, który nie mógł darować sobie takiej okazji, pogalopował za nimi, parskając i łapiąc ich za pięty.

– Tchórze! – wykrzyknął Peter, zrzucając ich broń z mostu. Uderzyła w wodę z przyjemnym pluskiem. Teraz odwrócił się do inkwizytora, który wciąż stał w miejscu z bronią w ręku. – Lepiej idź za swoimi ludźmi… chyba że jesteś gotów na pojedynek!

Mężczyzna nic nie powiedział. Peter słyszał jego ciężki oddech, zgrzytanie zębów i łomotanie serca. Brzmiało to tak, jakby naprawdę rozważał jego ofertę.

– Ślepy łajdak i kot z kopytami? – Nie zwrócił się do Petera, ale do dziewczyny. – Jestem pewien, że rada miasta będzie bardzo zainteresowana tym, w jakim obracasz się towarzystwie, panno Quire. – Z powrotem ukrył ostrze w lasce i wrócił na brzeg.

Peter strzepnął parę niewidocznych pyłków z rąbka kapelusza i ułożył go na głowie w zawadiacki sposób.

– No cóż, miło było – zwrócił się do dziewczyny i błysnął ujmującym uśmiechem.

Peter dokonał już kilku widowiskowych akcji ratunkowych w swoim życiu. Każda z nich była nieco inna, ale reakcje ocalonych były zazwyczaj podobne. Większość ludzi była mu wdzięczna za ratunek. Większość, ale nie Sophie Quire.

– Czyś ty oszalał? – wrzasnęła głosem zachrypniętym z wściekłości. – Niemal zabiłeś tych ludzi!

Wyrwała mu książkę, na której stanął, i Peter o mało się nie wywrócił. Usłyszał, jak dziewczyna szybko przegląda strony, żeby sprawdzić, czy nie zostały uszkodzone.

– I co w ogóle robiłeś na tej latarni? – spytała. – Śledziłeś mnie?

Peter zbity z tropu cofnął się.

– Ja… yy…

Oczywiście, że ją śledził. Ludzie nie wspinają się na latarnie tak po prostu dla przyjemności. Ale słowa, jakimi opisała jego wyczyn, zabrzmiały jak obelga.

– Gdybyś przypadkiem zapomniała – powiedział w końcu – właśnie cię uratowałem.

– Uratowałeś?! – Dziewczyna stanęła przed nim, kipiąc z wściekłości. – Miałam tylko zapłacić grzywnę… Teraz odpowiem za usiłowanie zabójstwa. I kto wie, co jeszcze zrobią mnie i mojemu tacie? Jedno słowo inkwizytora i znajdę się na ulicy albo… jeszcze gorzej. I to wszystko przez ciebie!

Peter otworzył usta, ale zaraz je zamknął. Poczuł, że twarz rumieni mu się ze złości albo z zakłopotania – nie był pewien dlaczego. Wiedział tylko, że nie taki miał plan.

– Ja… ja tylko chciałem pomóc – powiedział, wycofując się.

– Następnym razem oprzyj się pokusie. – Dziewczyna gwałtownym gestem narzuciła płaszcz na plecy. – A jeśli masz już coś wyrzucać do rzeki, to może zacznij od tego idiotycznego kapelusza! Wyglądasz w nim jak struś w żałobie. – W teatralny sposób odwróciła się na pięcie i pobiegła w stronę drogi.

– Ach tak?! – zawołał za nią Peter. – Cóż, a ty wyglądasz, jak… struś w piżamie!

Ale było za późno. Dziewczyna biegła już ulicą, a Peter nie miał pojęcia, dlaczego powiedział coś o piżamie, co – jak sam musiał przyznać – było dosyć nędzną ripostą. Chciał po prostu mieć ostatnie słowo.

Pozostał na moście, słuchając kroków dziewczyny znikającej pomiędzy kamiennymi budynkami. Gdyby się skoncentrował, usłyszałby bicie jej serca, które waliło o książki przyciśnięte do piersi. Chciał w duszy nazwać ją brzydką, co w pewnych okolicznościach mogło być nawet obelgą, ale tak naprawdę nie wiedział, jak wygląda. Mógł oczywiście zdjąć przepaskę i spojrzeć na Sophie, ale z doświadczenia wiedział, że to nie jest najlepszy pomysł. Tak długo, jak miał przepaskę na oczach, świat był pełen możliwości, ale kiedy już na coś spojrzał, te nieodwracalnie znikały.

Przez dziesięć pierwszych lat swojego życia Peter Nimble był niewidomy. Wszystko to jednak zmieniło się, kiedy tajemniczy dobroczyńca, profesor Placek, w magiczny sposób pomógł mu odzyskać wzrok za pomocą pary szmaragdowych oczu. Początkowo Peter był zachwycony cudownym podarunkiem. Ale cuda, jak pewnie wiecie, często mają wysoką cenę. Nagle największy żyjący złodziej poczuł się trochę mniej wielki. Wciąż czuł zapachy, wyczuwał i słyszał różne rzeczy, ale już nie tak intensywnie jak kiedyś. Kiedy odzyskał wzrok, Peter Nimble nagle stał się… zwyczajny. Nie pomagało, że ludzie patrząc mu w oczy, reagowali z zachwytem, prawdopodobnie z powodu ich niezwykłego koloru. Przez to Peter czuł się oszustem. I dlatego na razie nie zdejmował przepaski z oczu.

Chłopiec odzyskał kontakt z rzeczywistością dopiero, gdy sir Spląt wrócił ze swojego pościgu, a jego maleńkie końskie kopytka zastukotały o kamienie.

– Mówię ci! – wykrzyknął, łapiąc oddech. – Nie ma jak odrobina heroizmu dla zdrowotności. Od razu krew szybciej krąży w żyłach! Chociaż lepiej byłoby bez bagnetu na zadzie. – Sir Spląt zatrzymał się obok Petera i zerknął mu przez ramię. – Hej, a gdzie się podziała dziewczyna?

– Wróciła do sklepu – wymamrotał Peter. „I krzyżyk na drogę” – pomyślał. Zerwał kapelusz z głowy i przeklinając w cichości sprzedawcę, który mu go sprzedał, oderwał białe piórko.

Sir Spląt wydawał się nie zauważać nastroju chłopca.

– Trochę młodsza, niż się spodziewałem – powiedział, drapiąc się za uchem tylnym kopytem. – Jesteś pewien, że to ona?

– Tak, oczywiście, że ona. – Peter ukląkł i otworzył swoją złodziejską torbę. – Musimy iść.

Rycerz wskoczył do środka i ułożył się wygodnie.

– Niezły początek, powiedziałbym. Pomoc dziewczyny mamy zagwarantowaną. W końcu uratowaliśmy jej życie. – Zaśmiał się porozumiewawczo. – Wiem z doświadczenia, że damy są bardzo chętne do pomocy swoim wybawcom.

Peter zacisnął szczęki, przypominając sobie kąśliwe słowa dziewczyny wypowiedziane na odchodne.

– Ona chyba nie jest typową damą.

Zapiął płaszcz i ruszył w mgłę.

Inne książki tego autora:
Peter Nimble i magiczne oczy
25,99 21,31
Rozwiń