W kolejce po miłośćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
W kolejce po miłość
W kolejce po miłość
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
W kolejce po miłość
W kolejce po miłość
Audiobook
Czyta Katarzyna Tokarczyk
19,99  14,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jolanta Cywińska

W kolejce po miłość

Saga

W kolejce po miłość

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2021 Jolanta Cywińska i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726815146

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział 1

Wychodzimy z teatru. Ja i ona. Jest moją koleżanką i to dzięki niej znalazłyśmy się tutaj, bo ja jakoś nie lubię teatru. Tymczasem ona wykazała determinację, żeby kupić bilety na modny obecnie spektakl, na którym nie być nie wypada, jeśli chce się być zaliczanym do grupy uprzywilejowanej umysłowo. Teraz przemierzamy ulicę, omawiając kulturalne doznania, jakie dane nam było przeżyć. Sztukę napisał pewien młody, obiecujący dramaturg. Ostrze dowcipu wymierzył w konsumpcyjny tłum, wykpił jego wady i złudzenia, jakim ulega, podczas gdy świat rządzi się odwiecznymi prawami natury, które o zbytku wcale nie wspominają. Na krzyżujących się drogach posiadania i wyższych wartości wiele osób zbłądziło i cierpi, nie mogąc określić się wobec rzeczywistości. O tym mniej więcej była ta sztuka i przyznam, że pozbawiła nas trochę samozadowolenia z własnego stanu ducha. Idąc, rzucałyśmy pojedyncze zdania, od czasu do czasu ziewając, bo późno już było. A jutro do pracy.

Mnie i Joannę łączyło to, że obie nie miałyśmy mężczyzny, dzieliło zaś wszystko inne: zawód, upodobania, szeroka ulica, po której przeciwnych stronach mieszkałyśmy. Jednak ta najważniejsza kwestia czyniła z nas prawie przyjaciółki. Wymieniałyśmy doświadczenia, dzieliłyśmy się sekretami, układałyśmy plany i, póki co, trwałyśmy w samotności, chociaż nie było w tym właściwie naszej winy. Joanna często łzawym głosem tłumaczyła mi, że Pan Bóg stworzył ją, żeby miała męża i dzieci, a nie tak nowocześnie na singielkę. Ja w ogóle nie byłam pewna, do czego właściwie mnie stworzono, co jeszcze bardziej komplikowało sytuację.

Żeby być uznaną za stuprocentową kobietę sukcesu, trzeba pracować w zagranicznej korporacji, tam z kolei najlepiej szefować działowi marketingu. Niewiadomo dlaczego akurat to stanowisko opiewane jest w kobiecej prasie jako najlepsza ścieżka damskiej kariery. Czy dlatego, że market kojarzy się z targiem, a targ z przekupkami? Trudno powiedzieć. Dobrze jest również mieć kalendarz wypełniony spotkaniami, delegacjami i wyjazdami integracyjnymi. Wtedy wszystko jest jak należy. W takiej sytuacji zawsze można powiedzieć, że dotychczas poświęcałyśmy się karierze zawodowej, szlifowałyśmy języki obce, kończyłyśmy studia podyplomowe, zaliczałyśmy staże zagraniczne, podróżowałyśmy i nie miałyśmy czasu na życie osobiste. Nie jest to oczywiście prawdą, ale świetnym alibi, w które przy odrobinie wysiłku samemu można uwierzyć. I nagle otrzeźwienie. Kariera w kąt, przeciągłe spojrzenia szefa won, przyszła pora na rodzinę, tę jeszcze niezałożoną, a już tak absorbującą.

Ja jednak nie byłam szefową działu marketingu, ale radcą prawnym w dodatku wyedukowanym, z dobrym, mniemam, skutkiem, na pospolitych krajowych uczelniach. Zarabiałam nieźle i dopracowałam się nawet własnego mieszkania, może nie luksusowego, ale przyzwoitego.

Joannę poznałam w biurze matrymonialnym, do którego za radą jednego z czasopism udałam się po mężczyznę mojego życia. Siedziałam właśnie w fotelu i popijałam kawę, wsłuchując się w trajkotanie pani Kasi, właścicielki podsuwającej mi katalogi pełne upragnionego towaru. Zanim jednak mogłam sięgnąć do ich zasobów, musiałam wypełnić ankietę, a w niej określić wiek, wykształcenie i cechy charakteru wymarzonego partnera. Pani Kasia tłumaczyła mi, jak dalece te szczegóły są ważne dla mojego przyszłego szczęścia i jak trudno jest poznać tę właściwą drugą połowę. I że właśnie tutaj, w jej biurze, wśród tych kilkuset ofert, jest co najmniej kilku lepszych lub gorszych kandydatów na moją drugą połówkę. Mówiąc to, wachlowała się trzymanymi w ręku zaproszeniami na śluby, które pokazała mi jako dowód skuteczności swoich działań. W potok tej przemowy wdarł się nagle dzwonek.

— O następny klient! — podskoczyła pani Kasia i potrućhtała do drzwi. Na progu pokoju ukazała się szatynka po trzydziestce z zakłopotaniem skubiąca paznokcie.

— Proszę usiąść i chwileczkę poczekać aż skończę z panią — rzuciła właścicielka.

— A więc, co to ja mówiłam? Aha. Ode mnie nikt jeszcze nie wyszedł niezadowolony, u mnie nie ma oszustwa, nie to co u innych, gdzie ludzie latami rutkę sieją i ciężkie pieniądze płacą. U mnie się płaci, ale wiadomo, za co. Związek gwarantowany, inaczej niech się Kasia nie nazywam!

Tu znowu zaczęła rzucać związkami zawartymi za jej przyczyną, a nawet już rozwiedzionymi, tłumacząc że klienci tak sobie cenią markę, że po kolejne żony i mężów też do niej wracają. Joanna — bo tak miała na imię nowa chętna — uśmiechała się speszona i coraz bardziej skubała paznokcie, a po jej minie widziałam, że ma ochotę uciec. Przeszłam więc do konkretów.

— No dobrze, proszę zdjąć z półki katalogi z mężami, co ja mówię... z partnerami, nie, nie... z mężczyznami, to brzmi najlepiej, i pokazać nam, co rzeczywiście pani może — zarządziłam. A po chwili z zaciekawieniem przerzucałam kartki segregatora. Joanna wyciągnęła szyję, ciekawość zwyciężyła w niej nieśmiałość.

Ostatecznie przekonałam się naocznie, że w naszym wieku też są jeszcze wolni mężczyźni nadający się do zasiedlenia, mimo że większość z tych, których spotykałam na mieście była już zarezerwowana.

— Może razem pooglądamy? — zaproponowałam i podsunęłam katalog Joannie.

— Ale pani jeszcze ankiety nie wypełniła.... pani pierwszy raz! — skoczyła na nas właścicielka z niezadowoloną miną. — Ja bez ankiety właściwie nie pokazuję zdjęć...

— Przecież i tak nie jest pani w stanie zaoferować tego, kogo ludzie żądają w ankietach, tam są marzenia tutaj rzeczywistość — odpowiedziałam.

— No dobrze, formalności załatwimy później, niech i tak będzie — dodała nieco łagodniej, a ja zauważyłam, że mimo pozornego spokoju jest zdenerwowana i zaczyna nieracjonalnie gimnastykować palce, tak jakby chciała je sobie wyłamać.

I nic dziwnego. Rzeczywistość wizualnie nie przedstawiała się najlepiej, było nawet gorzej niż myśłałam. Na widok mojej zdezorientowanej miny pani Kasia zaczęła się uśmiechać i zapewniać:

— Zdjęcia nie oddają wszystkiego, zdjęcia właściwie mało o człowieku mówią, dlatego jestem zdecydowaną przeciwniczką zdjęć, a te są wyjątkowo słabe. Mężczyźni w przeciwieństwie do kobiet nie lubią się fotografować. Nie zależy im na wyglądzie, na niczym im nie zależy. To znaczy nie na niczym, ale oni wolą samochody, motocykle, samoloty, a wygląd jest u nich dopiero na dalszym planie. Zresztą każdy z nich zyskuje przy osobistym kontakcie. Więcej paniom powiem — zdjęcia mężczyznę kastrują z męskości, iii, yyy... zresztą wygląd nie ma znaczenia, liczą się bardziej inne cechy; opiekuńczość, zaradność... Ależ śmiało, proszę przeglądać dalej... Podałam zresztą katalog C, w A i w B sprawa wygląda lepiej... tak, tak, dużo lepiej — zapewniała.

— To po co ta cała ankieta? Po co tyle wypełniania skoro to tak wygląda? — zapytałam nieco rozczarowana.

— A jak inaczej dobrze skojarzyć ludzi? Tak to od razu widać: pani ma zainteresowania ogółnokulturalne i pan ma zainteresowania ogółnokulturalne, znaczy pasują do siebie, albo: pani lubi podróże i pan lubi podróże, pan szuka partnerki na dobre i na złe i pani szuka partnera na dobre i na złe. Dzięki ankiecie od razu widać, kto do kogo pasuje i można ich na siebie wypuścić. O przepraszam, można ich ze sobą poznać, bo coś z tego może być. Oczywiście nie musi, nieraz trzeba ponawiać próby wielokrotnie, żeby wyszło, a niektórzy z kolei raz, dwa się uwijają i przysyłają zaproszenie na ślub. Swatanie to trudna sztuka, ale ja mam do tego dar jak mało kto, proszę mi zaufać.

Joanna stanęła za moimi plecami i wpatrywała się w stół nawet wtedy, gdy katalog C znalazł się z powrotem na półce. Trudno było odgadnąć, co myśli i czy jest ogólnokulturalna czy po prostu kulturalna. Widać było tylko, że jest naprawdę samotna i że potrzebuje kogoś, kto tę jej samotność zagospodaruje.

Po dwugodzinnej obróbce przez panią Kasię wyszłyśmy razem na ulicę i poszłyśmy w tym samym kierunku, dźwigając wspólny problem. Po drodze minęło nas kilka przytulonych do siebie par, kilka mężatek pokrzykujących na dzieci i pojedynczy przechodnie, których ciężko było zaklasyfikować.

— Ja tu skręcam — powiedziała po pewnym czasie Joanna. — Mam nadzieję, że... — zaczęła, ale nie dokończyła, tylko szybko pożegnała się i poszła. Ja ruszyłam w stronę przejścia dla pieszych. Nie byłam pewna, czy lepiej mieć nadzieję, czy nie.

Tak było na początku naszej znajomości i już od dłuższego czasu pozostajemy w przedziwnej przyjaźni, jaka może łączyć dwie rywalizujące ze sobą kobiety, które mają wspólny problem — życie w pojedynkę.

I pomyśleć, że wszystko tak znakomicie się zapowiadało. Kolejne etapy mojego życia następowały po sobie jakby w naturalny sposób, więc myślałam, że i ten potoczy się bez większych starań. Okazało się jednak, że nie ma naturalnego przejścia między realizowanym skutecznie życiem zawodowym a osobistym i jedno z drugiego nie wynika. A przecież czytałam tyle różnych historii miłosnych i oglądałam tyle filmów, aż w końcu uwierzyłam, że zgodnie z opisywaną tam odwieczną zasadą, musi się u mojego boku pojawić ktoś w odpowiednim wieku, odpowiednio sytuowany, przystojny i samotny, kto pragnąłby tylko mnie i mógłby skoczyć za mną w ogień. Jednak dni mijały, a żadne cuda się nie zdarzały. Że nie wspomnę o tych opiewanych wszędzie biurowych romansach, których to atrakcyjna kobieta powinna mieć w dużej firmie mnóstwo. Tymczasem u nas było całkiem zwyczajnie. Przeważały kobiety. Kłębiły się we wszystkich pomieszczeniach i albo miały mężów, albo narzeczonych, albo nikogo. Tu i ówdzie plątali się wprawdzie jacyś panowie z kwaśnymi minami, ale nie byli skorzy do romansów, zapewne z powodu frustracji nadmiarem obowiązków. Czasami wpadał ktoś z zewnątrz, błysnął obrączką, zamienił kilka słów i już go nie było.

 

— Co jest? — myślałam — trafiłam chyba do najgorszej firmy na świecie. Należało by się stąd zwolnić i to natychmiast. Trzymały mnie jednak pieniądze, bo ostatecznie lepiej być samotną i bogatą niż samotną i biedną.

Z pracy wychodziłam późnym popołudniem, potem wybierałam się na wycieczkę po sklepach. Tu jakiś kosmetyk kupiłam, tam coś z ubrania... Przychodziłam do domu i mierzyłam to wszystko przed lustrem, zastanawiając się, kogo i gdzie mam olśnić.

— Dlaczego wersja życia, która przypadła mi w udziale, jest taka prozaiczna? Nawet te wymuszone spotkania integracyjne, na których można było trochę potańczyć, też były na swój sposób nudne. Tylko na pierwsze cieszyłam się naprawdę, potem bywałam tam z obowiązku. Zawsze to samo — hotel z basenem, lasy z jeziorem i my, my, my, pracownicy tańczący przy ognisku niczym Indianie. I nasi zintegrowani szefowie, na luzie, bez swoich garnituro-garsonek, inaczej niż w firmie. Pokazywali ludzką twarz, opowiadając, że gdzieś tam kiedyś łowili ryby, zbierali grzyby, plażowali czy się upijali. I z tą upudrowaną zwykłością garnęli się do nas i można było sobie zaskarbić ich życzliwość, jeśli ktoś potrafił skorzystać z okazji. Ale potem, w pracy, wszyscy wracali na swoje miejsca — oni rządzili, my słuchaliśmy. Tymczasem moje sprawy z przyziemnej półki, czyli wcielenia się w czyjąś żonę i matkę, nadal stały w miejscu. Stąd pani Kasia i jej biuro.

O takich kobietach jak ja czy Joanna mówi się i pisze, że jesteśmy młode, mamy pozycję zawodową, mieszkanie. Brakowało nam tylko czasu, żeby ułożyć sobie życie osobiste. Czytałam również, że dla takich jak my najlepsze są biura elitarne, gdzie do wspaniałych kobiet przychodzą wspaniali mężczyźni, którym też zabrakło czasu na miłość, bo robili karierę. Zadziwiające, że nikt nigdy nie wspomniał, że mamy problemy sami ze sobą, ze światem i umiejscowieniem siebie w tym świecie. Jednak medialna interpretacja naszych kłopotów zawsze pasowała mi bardziej niż prawda, bo taką zakichaną prawdę lepiej w sobie zagłuszyć. Wygodniej czuć się prekursorką nowego stylu życia niż wlokącą się w ogonie ofiarą. Ale tak jak Ziemia obraca się wokół Słońca, tak i ludzkie sprawy krążą wokół odwiecznych praw. Jest to przyrodzone naszej naturze, i tak będzie zawsze.

Często sobie o tym rozmyślałam, kiedy w dni wolne od pracy nie miałam dokąd pójść. Zostaliśmy stworzeni bardzo dziwnie, tacy jesteśmy nowocześni i jednocześnie tacy staroświeccy, tak się przeciwko własnej naturze buntujemy i nie możemy się z niej wyzwolić. W każdym razie ja utknęłam i Joanna utknęła. Obie wykształcone, wyzwolone, niezależne, a statystyki pokazały nam język. Nasza nowoczesność okazała się powierzchowna, a ludzkie nawyki silne.

„Co drugi mężczyzna i co czwarta kobieta mają romanse w pracy” — obwieściła jedna z gazet, a wkrótce zawtórowały jej inne. Autorzy w naukowy sposób udowadniali, jak bardzo przełamaliśmy już konwenanse. Tradycyjnie, odwołano się do męskiej wrodzonej poligamii, przeciwstawiono temu kobietę i jej monogamię, zahaczając przy tym o troskę o potomstwo. W końcu wyciągnięto wniosek, że nasze czasy również w kobiecie wyzwoliły śmiałość do walki o swoje ja i swoje potrzeby seksualne, zauważono, że kobieta dzisiaj chętniej przyznaje się do skoków w bok. Bo też ma do tego prawo, nie gorsze od mężczyzn. Obie płcie mają prawo żyć, jak chcą. Pod artykułem zamieszczono obszerny test z niejasno sformułowanymi pytaniami, na podstawie których czytelniczki mogły wyciągnąć wniosek, czy są monogamiczne, czy raczej nie. Mnie nie chciało się na nie odpowiadać, chociażby z racji tego, że pracowałam w nader niestatystycznym miejscu i szanse na sprawdzenie mojej ewentualnej poligamiczności miałam niewielkie.

„Najpierw był Radek, wysoki przystojny brunet o rozmarzonych oczach. Przyszedł do naszej firmy prosto po jakiejś uczelni ekonomicznej w USA. Od razu wpadliśmy sobie w oko, dziewczyny zazdrościły mi takiego „obiektu”, jak się wyrażały. Po roku w nasz związek zaczęła wkradać się wszechogarniająca nuda, więc sobie podziękowaliśmy. Wtedy jednak przekonałam się, że na korytarzu uporczywie przygląda mi się pewien szatyn, aż ciarki mnie przechodziły na jego widok, więc zaczęłam się o niego wypytywać. Okazało się, że jest naszym nowym informatykiem. Zaczęły się nasze wspólne miesiące, to tu, to tam, w kawiarni, w kinie, nad rzeką, na basenie, wypady na weekend. Nagle poczułam, że myśli o nas poważnie i uciekłam, musiałam uciec, nie byłam jeszcze gotowa na małżeństwo. Tyle jeszcze było przede mną, miałam dopiero 28 lat! Po raz ostatni wysiadłam z jego starego chryslera w deszczu i przebiegłam na drugą stronę ulicy. Kilka dni później poznałam Jacka. Dosiadł się do mnie w stołówce i powiedział, że naleśniki są smaczne. To mnie ostatecznie do niego przekonało. Zjedliśmy je razem, a potem okazało się, że pracuje piętro niżej jako zastępca kierownika działu. Szczupły, wysoki blondyn....” W tym momencie „bach”! — rzuciłam czasopismo na stolik. Nie miałam cierpliwości czytać dalej. Poprzestałam na tym ostatnim blondynie. W tej lekturze jeden związek, bez związku z rzeczywistością wypływał z drugiego, tworząc niebezpieczną plątaninę absurdów.

Skąd ona miała taki wybór facetów w odpowiednim wieku? U nas wszyscy byli już zajęci. Nosili obrączki albo byli na wstępnym etapie związku, co oznaczało, że trzeba by się sporo nabiedzić, aby zająć czyjeś miejsce u boku któregokolwiek z nich. Owszem plątał się po schodach chłopak z księgowości, niedużutki, ze smutną miną i wiecznym katarem. Był wolny i stale do wzięcia, ale co z tego?

Ale prawdziwą wibrację uczuć przeżywałam niedawno z pojęciem dinks, czyli „double income no kids”. Po naszemu zwane „podwójny dochód, żadnych dzieci”. Ogłoszono to w mediach, jako nowy etap w dziejach ludzkości, który ostatecznie uwolni nas od nadmiaru przykrych obowiązków i sprawi, że więcej czasu będziemy mogli poświęcać rozrywce. Już prawie przymierzyłam się do tej roli, kiedy nagle przed świętami ruszyła kampania odwrotna. I okazało się, że model się nie sprawdza, dinks są egoistami, a większość ludzi jednak chce mieć dzieci i powinna je mieć z wielu emocjonalnych i ekonomicznych powodów. Od tamtej pory nie wierzę w prasę i w nowoczesnego człowieka, więc pozostało mi zagłębić się w tradycji. Z tym jednak znowu miałam kłopoty, bo wcześniej zbyt serio brałam tamto, żeby natychmiast przestawić się na coś odwrotnego. Tym sposobem znalazłam się na życiowym rozdrożu, a nieznane drogi w nieznanych prowadziły kierunkach.

Pewnego wieczoru, gdy zmęczona po całym dniu pracy ulokowałam się właśnie w fotelu, roztrząsając w myślach miniony dzień i dostrzegając u siebie objawy depresji spowodowanej niewydolnością sytuacji osobistej, zadzwonił telefon. Niechętnie podniosłam słuchawkę.

— Dzień dobry... aaa... raczej dobry wieczór….. Czy mogę mówić z panią Małgorzatą? — usłyszałam bezbarwny męski głos.

— Słucham — odpowiedziałam oschle. Coś mi się w tym głosie nie spodobało.

— Jaaa — jęknęło w słuchawce i zrobiło pauzę — jaaaaaa... dzwonię od pani Katarzyny z tego... nooo... z biura. Na imię mam Jacek.

— Witam panie Jacku — powiedziałam nieco przyjaźniej. Tego wymagała sytuacja. Zamierzałam się przecież spodobać.

— Dzwonię do pani, bo pomyślałem... bo chciałem, żebyśmy się spotkali i tego... nooo porozmawiali. Dostałem co prawda jeszcze dwanaście numerów do innych pań, ale najpierw zadzwoniłem do pani, bo pani Kasia powiedziała, że warto, no i spodobała mi się pani z twarzy. Czy w rzeczywistości też pani tak ładnie wygląda, czy to tylko tak na zdjęciu?

— Jeszcze ładniej! — wykrzyknęłam do słuchawki.

— O, to muszę panią koniecznie zobaczyć.

— Czy może mi pan bliżej się przedstawić — zaszczebiotałam, z trudem tłumiąc śmiech.

— A co niby pani chce o mnie wiedzieć? — nastroszył się trochę.

— Wszystko, wykształcenie, wiek, zainteresowania...

— Nooo, ja jestem inżynierem, kawalerem, mam 40 lat, interesuje się pływaniem, muzyką, o na przykład nad jeziora lubię wyjeżdżać, a w te wakacje to na Majorce byłem... Jak się spotkamy to opowiem więcej...

— Dobrze — odpowiedziałam — Więc co pan proponuje? Kiedy i gdzie?

— Może umówmy się pod Pomnikiem Zwycięzców, ja tam będę czekał z gazetą?

— Dobrze, ale kiedy?

— Może w piątek o osiemnastej? — zaproponował.

— Ok. No to do piątku. Do widzenia.

Odłożyłam słuchawkę. Za jakie grzechy mam być skazana na podobnych kretynów? I jeszcze bądź dla takiego miła, umizguj się, uśmiechaj, ale najgorsze co może kobietę spotkać, to z kimś takim zamieszkać. Nooo... to byłby klops.

Przez chwilę usiłowałam wyobrazić go sobie jako męża. Widziałam, jak przychodzi z pracy, przebiera się w domowe ubranie, je obiad, ogląda telewizję, czyta gazetę, interpretując zdarzenia w sobie właściwy sposób. Koledzy się już pewnie pożenili, więc on też chce. Poczułam, że dłonie zaciskają mi się w pięści, kiedy o nim myślę, ale o kim miałam myśleć, nikogo innego obok mnie nie było. Za to miałam dwanaście rywalek, pod dwunastoma numerami telefonów. Niee, to chyba niemożliwe, tyle kandydatek na jedno miejsce?

Podniosłam słuchawkę i wybrałam numer pani Kasi. W pierwszej chwili mnie nie poznała, ale jak już się zorientowała i dowiedziała, z czym do niej dzwonię, roztrajkotała się jak najprawdziwsza rajfurka.

— To bardzo porządny chłopak i wie pani, na swój sposób to on jest nawet przystojny, a w każdym razie tak na oko przyjemny. Firmę z kolegą prowadzi, jakąś samochodową, części czy coś takiego. Pracuje od świtu do nocy, rzadko go pani w domu będzie oglądała. Taki mąż to, proszę mi wierzyć, wielka wygoda. A jaki on jest dobry dla matki, nawet z nią w jednym domu do tej pory mieszka, żeby jej pomagać. Na wakacje z nią wyjechał w zeszłym roku...

— Maminsynek — zaopiniowałam.

— Niee, no co pani! On po prostu jest odpowiedzialny. Niech pani pamięta, że kto dla matki nie ma szacunku, to i dla żony nie będzie miał, wiem coś o tym. Oczywiście wziął jeszcze kilka innych telefonów, ale wie pani, tak przez grzeczność. Musiałam dać mu jeszcze jakieś kontakty. Nie mogę przecież być pewna, że się sobie spodobacie....

— Ach tak, no to miała pani rację, bo z rozmowy wcale mi się nie spodobał. Na dodatek teściowa zakontraktowana pod jednym dachem, a chociaż to prawdziwy skarb, ja jednak dziękuję.

— Ze wszystkim można sobie jakoś poradzić, jak ludzie się kochają — stwierdziła pani Kasia. — Aha — dodała — on jest trochę przy kości i lubi zjeść, ale proszę się nie zrażać, do ślubu obiecał się odchudzić.

— W takim razie dziękuję w imieniu jego przyszłej żony — powiedziałam i ze złością odłożyłam słuchawkę.

Czy tak wyglądają ci, którzy nie mieli czasu ułożyć sobie życia osobistego, bo byli zajęci karierą zawodową? Nieraz czytałam zapewnienia właścicieli biur matrymonialnych, że można tu spotkać wspaniałych ludzi, którzy teraz, gdy już mają wszystko, pragną jeszcze tylko założyć rodzinę. Ta forma poznawania partnera ma być, wedle ich zapewnień, skuteczniejsza niż takie tam zdawanie się na przypadek. Mało tego, jest znakiem firmowym nowoczesnego społeczeństwa i ma przed sobą przyszłość. Gdy ludzie osamotnieni zewnętrznie i opustoszali wewnętrznie, będą podążali w towarzystwie psychiatrów i psychoanalityków w czarną dziurę przyszłości, wtedy, dzięki pani Kasi i osób jej zawodowo pokrewnych, wszystko się odmieni. Spotkają bliskiego człowieka, postarają się o potomstwo, psychiatrów przepędzą, leki odstawią i, podśpiewując pod nosem marsz Mendelsona, stworzą damsko-męską wspólnotę prawną, czyli rodzinę.

Taka będzie przyszłość, a na razie my, nieparzyści prekursorzy nowego nurtu, torujemy mu drogę, pokonując opory i spotykając takie nieuzasadnione życiowo istoty jak ów Jacek, którego obiecałam sobie grzecznie spławić, pocieszając, że jeszcze znajdzie odpowiednią dla siebie kobietę.

Czułam jednak niepokój. Z pozoru wszystko było w porządku, postępowałam zgodnie ze współczesną sztuką życia. Moje osiągnięcie to dwa pokoje z kuchnią, kuchnia z wyspą. Miałam samochód, miałam ubrania z metkami bardziej lub mniej znanymi w świecie. Byłam kobietą spełnioną i nowoczesną. Teraz, zgodnie z rozkładem, przyszła pora na partnera, rodzinę, udane dzieci. Byłam przeświadczona, że, skoro tak zaczęłam, należy mi się wyłącznie udane życie. W takich życiorysach nie powinno być żadnych niedociągnięć. Wszystko co nieudane lepiej pasuje do tych, którzy i tak ciągną za sobą spory sznureczek niepowodzeń, oni nawet tego nie zauważą. Ja natomiast czuję się z tym fatalnie. A jednak to właśnie o mnie można powiedzieć „ładna, zgrabna, atrakcyjna, dobrze wykształcona i niezależna finansowo, ale trudno jej znaleźć partnera.” Kobiety takie jak ja można spotkać w biurze matrymonialnym pani Kasi, Ewy czy Zosi.... Mają spore wymagania, są ambitne, ale muszą swoje odczekać. W dużym mieście statystyki im nie sprzyjają. Odpowiednich dla nich partnerów jest niewielu.

 

Wygrzebałam z szuflady stary zeszyt w kratkę. Był to mój pamiętnik, coś w rodzaju kroniki ważnych dla mnie wydarzeń. Raz zasiadałam do niego częściej, raz rzadziej, zależnie od nastroju. Teraz otworzyłam go na ostatniej stronie. „Huraaa! Dostałam się na studia. Nareszcie mogę oddychać, dosyć wkuwania, dosyć egzaminów, wyjeżdżam na wakacje!” — przeczytałam ostatnie słowa.

Jak to możliwe, że przez tyle lat niczego nie miałam sobie do przekazania? Czy wszystko stało się dla mnie zbyt proste, żeby warte było zapisania? Studia upłynęły spokojnie, randki przyjemnie, wakacje beztrosko, nawet z pierwszą pracą nie miałam trudności. Załapałam się na dobre praktyki, a potem zatrudniono mnie na stale. Uporczywa walka o jakikolwiek etat, która stała się udziałem moich znajomych, mnie ominęła. Byłam z siebie zadowolona, uważałam że mam mnóstwo szczęścia, a może jestem nawet lepsza niż inni, skoro wszystko tak gładko mi poszło? Łatwo jest uznać swoją przewagę, gdy jakimś cudem czy łutem szczęścia ominą nas pospolite kłopoty. Zaraz by się chciało udzielać każdemu rad, pouczać i jednocześnie dziwić się w duchu, że ludzie są tacy niezaradni. Teraz przekonałam się, że nie da się przejść przez życie bezproblemowo Różnimy się tylko dziedzinami, z którymi mamy problemy. Wybór należy do losu.

Wzięłam długopis i zaczęłam pisać. ”Wstałam o 6.30. Umyłam się, zjadłam śniadanie złożone z porcji płatków śniadaniowych na mleku i bułki z serem. Wypiłam kawę, ubrałam się, umalowałam i wyszłam z mieszkania. Wsiadłam do samochodu i pojechałam do pracy. Przed biurowcem miałam tradycyjne już problemy z zaparkowaniem. W pracy dzień również nie był łatwy. Szefowa czepiała się o wszystko. Miała dzisiaj wyjątkowo zły humor. Słyszałam od Anki, że ma jakieś kłopoty domowe. Renata stwierdziła, że przytyłam. Strasznie mnie to wyprowadziło z równowagi, w końcu stale jem musli i sałatę, więc dlaczego miałabym przytyć? Wróciłam z pracy rozbita. Wieczorem zadzwonił Jacek, to taki facet z biura matrymonialnego. Moje antymarzenie i jednocześnie człowiek ostatniej szansy. Co robić? Umówiliśmy się na piątek. Czuję, że już po pierwszej rozmowie go nie znoszę, a mam go polubić, a może nawet pokochać. To takie trudne, wcale nie łatwiejsze od samotności.”

Przeczytałam zapisane słowa. Więc to o mnie. Te zwykłe proste zdania pozbawione jakiejkolwiek esencji życia, to moje słowa o moim dniu, jednym z wielu, którego już nigdy więcej nie przeżyję i jednocześnie zapowiedź równie monotonnego jutra. Od spotkania do spotkania, od kawy do kawy, od narady do narady, od projektu do projektu. Od Jacka do Wacka. Wyjście za mąż stworzyłoby w tym wszystkim jeszcze jeden punkt, jakąś niewiadomą, która wprowadzi inność w to, co jest. Najważniejsze, żeby mieć nadzieję. Ale jeszcze jeden taki telefon, jeszcze jedna taka rozmowa, jeszcze jeden taki Jacek.... I koniec. Przy takich ludziach samotność staje się jeszcze bardziej dokuczliwa.

W umówiony piątek od rana czułam niepokój. W pracy wszystko leciało mi z rąk. Nigdy jeszcze nie spotykałam się z kimś nieznajomym bez służbowego powodu, i to w tak delikatnej sprawie. O czym mam z nim rozmawiać i jak załatwić taki biznes? Tyle biznesowych spotkań miałam za sobą, sprawy czasami były bardzo skomplikowane, ale tej nie można z niczym porównać. Przychodzi zupełnie obcy człowiek, którego pierwszy raz na oczy widzę i on mnie też, a być może mamy stać się rodziną. Czy to nie absurd?

Tego Jacka oczywiście nie chciałam, ale warto by na nim poćwiczyć. Jak mi się ktoś spodoba naprawdę, będzie jak znalazł. Koleżanki w pracy zainteresowały się moim rozkojarzeniem. Powiedziałam im, że widocznie przechodzę wcześniejsze klimakterium.

— Słyszałam, że kobiety samotne przechodzą to wcześniej — powiedziała Beata — ale żeby aż tak wcześnie? To niemożliwe.

— Tak, tak, moja droga, u nas to dziedziczne, może dlatego, że średnią wieku w rodzinie mamy krótką — odpowiedziałam dla świętego spokoju.

Myślami cały czas byłam pod Pomnikiem Zwycięzców.... Widziałam siebie, jak tam idę, witam się, rozmawiam. Prawdę mówiąc, dzień wcześniej przygotowałam nie tylko ubranie, ale i siebie do tego spotkania. Przejrzałam kilka poradników. Dowiedziałam się z nich, co to jest mężczyzna, jak go ocenić, zdobyć, pielęgnować i nie popuszczać. Były tam również pytania, jakie należy zadać na randce, zwłaszcza pierwszej, żeby zaciekawić i zatrzymać przy sobie partnera. Wszystkie telepały mi się teraz bezpańsko po głowie, tak, że z trudem odnajdywałam je w pamięci.

Wreszcie nadeszła ta godzina, poprawiłam makijaż, narzuciłam na siebie płaszcz i podążyłam ku Pomnikowi Zwycięzców.

Zbliżałam się powoli, wypatrując, czy czeka, ale nikogo podobnego nie widziałam. Kręciło się tam tylko trzech nastolatków.

— Może nie przyjdzie? — przemknęło mi przez myśl. — To nawet lepiej. Po co mam oglądać takiego faceta? Możliwe, że ja mu się też nie spodobałam. Ale mimo wszystko byłby obciach, gdyby mnie tak potraktował. Czułam, że wcale by mnie to nie podbudowało, chociaż go nie chciałam.

Jednak gdy byłam tuż tuż, zobaczyłam siedzącego na murku mężczyznę, którego właściwie można by nie zauważyć, gdyż był taki jakby nie był. Obiecana gazeta leżała obok niego, a on miętosił w ręku czerwonego tulipana. Stanęłam obok. Wtedy on spojrzał na mnie i zapytał:

— Pani Małgosia?

— Tak to ja — powiedziałam, ostro wlepiając w niego wzrok pełen dezaprobaty. Nie był ani ładny, ani brzydki, ani wysoki ani niski, ani gruby ani chudy. Taki sobie przeraźliwie zwyczajny człowiek w szarych spodniach z elany, w koszuli w bladoniebieskie paski i nijakiej marynarce. Gdybym w szkole musiała napisać jego charakterystykę, byłabym zmuszona oddać pustą kartkę. Na szczęście bohaterowie naszych szkolnych lektur, chociaż w przyrodzie nie występują, mają jednak cechy wyraźniejsze i da się na nich zarobić dobrą ocenę.

— Jacek jestem — wtrącił w moje rozmyślania. — Stępień Jacek — dodał uzupełniająco.

— Aaa... to dla pani — powiedział i wręczył mi tulipana ogonkiem do góry.

— Bardzo ładny kwiat — powiedziałam, przekładając go ogonkiem w dół. Tymczasem Jacek zaczął bawić mnie rozmową:

— Lubię wiosnę. To taka przyjemna pora roku. Zaczyna się wszystko zielenić, chociaż i przymrozki jeszcze zapowiadali... wczoraj... w prognozie pogody. O tej porze roku różnie bywa, a jak wszystko wymarznie, to będą słabe zbiory, mało owoców będzie... warzyw też mało będzie... i drogie będą. — Zamilkł i jakiś czas szliśmy w milczeniu do nieokreślonego celu. Dopiero po chwili zaproponował:

— Może byśmy wstąpili gdzieś na kawę?

Zgodziłam się chętnie, bo właściwie tego oczekiwałam. Weszliśmy więc do jednej z kawiarenek, których mnóstwo było w tej okolicy i rzuciliśmy się na menu, by po dziesięciu minutach zamówić jedną kawę dla mnie i jedną herbatę dla niego (bo jak twierdził, kawę już pił). Gdy dokonaliśmy wyboru, Jacek odłożył menu jak najdalej, na znak, że zamawianie skończone i wróciliśmy do tematu „my we dwoje”. Dało to ten rezultat, że chwilę później byliśmy dla siebie już Jackiem i Małgosią, bo po co w dzisiejszych czasach to „pan” i „pani”.