Trzy kroki od miłości, dwa kroki od śmierci

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Trzy kroki od miłości, dwa kroki od śmierci
Trzy kroki od miłości dwa kroki od śmierci
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 49,98  39,98 
Trzy kroki od miłości dwa kroki od śmierci
Trzy kroki od miłości dwa kroki od śmierci
Audiobook
Czyta Katarzyna Tokarczyk
29,99  21,29 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Panie, Sowietom ufać nie można, te ich pertraktacje z Niemcami? Obwąchują się wzajemnie już od kilku miesięcy, z tego nic dobrego dla Polski nie wyniknie – tłumaczył pan w okularach.

– Podobno handlowe – wtrącił drugi z rozmówców, krępy jegomość obdarzony potężnymi wąsami.

– Handlowe? Czym z nimi można handlować? Tam bieda aż piszczy. Oni mają w tym interes polityczny. Sowieci zwodzą Anglików i Francuzów, tych ich pożal się Boże dyplomatów, a z Niemcami dobijają targu i oby to dla nas nie miało fatalnych skutków. Bóg wie co z tego wyniknie.

– Marszałek powiedział jeszcze w trzydziestym pierwszym prorocze słowa, że za 10 lat Polski może nie być. Marszałek widział, że Niemcy się zbroją na potęgę, a nasza armia cóż? Ma tylko na bieżące potrzeby. Gdyby nie datki społeczne byłoby jeszcze gorzej. Kryzys – mówią – oszczędności, rząd żałuje pieniędzy na wojsko. Ech panie...

– No, no, bez przesady, w każdym razie jesteśmy mocarstwem, zjedzą sobie w razie czego na nas zęby.

– Tak wiem i nie oddamy nawet guzika. Gdybyśmy jednak musieli oddać, to po guzikach przyjdzie kolej na całe ubranie, ej nie ma ła nasza Polska szczęścia, nie ma.

Poproszono całe towarzystwo do stołu. Obiad był wspaniały. Humory wszystkim dopisywały. Wojna na razie była bytem abstrakcyjnym, który raz pojawiał się, a raz znikał z horyzontu wyobraźni i z rozmowy. W tych dniach jeszcze spokojna codzienność była wszystkim co istniało naprawdę. Jedynie Maria siedziała przy stole smutna, oczy miała zapuchnięte od płaczu i starała się nie patrzeć na Adama, który też był zmieszany. Towarzystwo dyskretnie udawało, że niczego nie widzi. Zakochani też mają prawo do łez nawet w tak piękny lipcowy dzień.

Rozdział IV

Adam machał łopatą. W ostatnich dniach upalnego sierpnia kopał rowy przeciwlotnicze w śródmieściu Warszawy. Pył drapał go W gardle, drażnił nos i oczy. Na dłoniach wyhodował sobie spore bąble, które teraz przeistaczały się w rany i niemożliwie piekły. Były to jego pierwsze rany odniesione w obronie stolicy. Praca, której wcześniej nigdy by się nie podjął, teraz wypełniała mu całe godziny. Łopatą dokopywał się do wnętrzności miasta, niemal docierał do czasów, kiedy na tych zadbanych placach i ulicach były pola, rosły drzewa, a przy piaszczystych drogach stały jedynie krzyże i kapliczki. Miał wrażenie, że zamierzył się na cywilizację, ale przecież wojna to destrukcja, a zniekształcanie miasta rowami jej początkiem. Właśnie rozprawiał się z jakimś wyjątkowo zadbanym klombem, który swą funkcję ozdobną siłą rzeczy musiał zamienić na praktyczną, gdy jego wzrok zatrzymał się na krzaku czerwonych róż. Żal mu się ich zrobiło i pomyślał, że byłby z nich świetny bukiet dla jakiejś kobiety. Te kwiaty wręcz krzyczały o miłości. Chwilę później wykopał je, odrzucił od siebie i patrzył jak stopniowo pogrążają się w ziemi. Teraz już nie były piękne. Były żałosne i nie mówiły o miłości, a o śmierci: „To właśnie jest esencja wojny” – pomyślał.

– Jak pan myśli, te rowy kopiemy tak na zapas, bo wojny chyba nie będzie – zapytała jakaś niska kobiecina, która pracowała obok. Adam udał, że nie słyszy, bo co niby miał jej odpowiedzieć. Kobieta jednak, z jakiegoś powodu uznała go za autorytet i krzyknęła mu prawie do ucha:

– Nie będzie, prawda, że nie będzie? Odpowiedział jej machinalnie:

– Oczywiście, że nie będzie. To tak na wszelki wypadek, żeby nie dać się wrogowi zaskoczyć. A nawet jak będzie to... – zawahał się, ale ona dokończyła za niego:

– To i tak ją wygramy, potrwa tydzień, dwa i po wszystkim.

Obydwoje odetchnęli z ulgą. On jako dżentelmen nie nastraszył kobiety, ona jako kobieta usłyszała od mężczyzny, że nie ma się czego obawiać. Właściwie od kilku dni wszyscy coraz uporczywiej chwytali się tego „nie będzie”, albo „potrwa kilka dni” jak ostatniej deski ratunku. Im bardziej robiło się niebezpiecznie, tym częściej zaklinano rzeczywistość. Prawie nikt nie był mentalnie przygotowany na wojnę.

Po dwóch godzinach tej roboty Adam zaczął współczuć wszystkim grabarzom i ogrodnikom, po kolejnych dwóch wszystkim, którzy musieli cokolwiek kopać. Nastrój był jednak wesoły. Spotkał kilku znajomych z uczelni, nawet kuzynka Ninka, która kilka dni temu skończyła kurs dla sanitariuszek, przyszła i ze dwa razy machnęła łopatą, robiąc koło siebie jak zwykle mnóstwo zamieszania i atakując kobiecym wdziękiem wszystkich mężczyzn będących w pobliżu. Szybko znalazła adoratorów, bo zawsze gdzie się pojawiała, wzbudzała męski entuzjazm. I nikt nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego Nina wyszła za takiego ponuraka jak jej mąż. Ona sama też chyba tego nie rozumiała. Kilka kobiet popatrzyło na nią ze złością, przy Nince inne kobiety wykazywały gniewną czujność.

Kopiąc rowy ludzie rozmawiali o atakach gazami bojowymi, których się bardzo obawiano, o maskach przeciwgazowych, tych ze sklepu i tych domowej roboty, o czołgach i samolotach, wreszcie o zwycięstwie. Zastanawiano się też wspólnie, ile potrzeba dni, może tygodni, żeby szkopów pogonić. Ta wytworzona na użytek wojennego zagrożenia rzeczywistość wydawała się Adamowi nierealna. Niekiedy miał wrażenie, że uczestniczy w jakiejś zbiorowej zabawie, która skończy się nagle i zostaną przyznane nagrody dla najsprawniejszych kopaczy, a potem wszystko znowu wróci do normy i będzie jak było. Czuł się rozdrażniony i wytrącony z codziennego rytmu, a wszystko stawało się jakieś obce, skażone zbiorowym szaleństwem. Tylko nieliczni zachowywali powagę, albo byli przygnębieni. Czasami ktoś żartował z ich ponurych min:

– No i po co to wszystko. Przecież wiadomo, że żadnej wojny nie będzie. Przez tego Hitlera rozkopiemy bez potrzeby całe miasto – utyskiwał jakiś starszy pan.

– Lepiej być gotowym – odpowiedział Adam.

– E tam, ogłosili mobilizację i odwołali, a my tu niepotrzebnie grzebiemy się w ziemi.

– To nie kop pan, jak nie dajesz rady – krzyknął młodzieniec pracujący obok niego.

– Ja nie daję rady, ja?! W ostatnią wojnę dwa razy byłem ranny, tamta wojna nauczyła ludzi co to wojna i dlatego wiem, że to wszystko tylko strachy na lachy. Powiadam wam i wspomnicie moje słowa, Hitlera nie stać na prowadzenie wojny, jest na to jeszcze za słaby. Może za kilka lat, a tymczasem wszyscy tracą rozsądek.

Adam czuł jakby coś w jego życiu nieodwracalnie dobiegało końca, bo skoro widział kuzynkę Ninkę z łopatą, to wszystko może się zdarzyć. Ona była jak symbol swoich czasów. Dobrze odżywiona, dobrze ubrana i dobrze się bawiąca. Odnosiło się wrażenie, że w żaden inny sposób nie umiałaby istnieć. Na wykopaną górę ziemi wbiegła tymczasem kilkuletnia dziewczynka w białej sukieneczce z ogromną kokardą we włosach.

– Mamusiu zobacz jaki głęboki dół, ja chcę tam wejść – mówiła i podskakiwała wesoło rozsypując świeżą ziemię.

– Anusiu choć prędko, musimy znaleźć ciocię.

– Mamusiu kiedy już będzie ta wojna – niecierpliwiła się mała.

– Już niedługo, ale teraz chodź – ponaglała matka.

Tu i ówdzie słyszał śmiechy i przekomarzania, rozdawano herbatę, ktoś komuś dla żartu schował łopatę, ktoś kogoś dla żartu popchnął. Wesoło było. „Mamy już 30 kilometrów rowów – podniecał się spiker radiowy. – Warszawiacy stanęli na wysokości zadania, duch nie upada. Wobec takiej postawy społeczeństwa wróg nie ma żadnych szans. Jesteśmy silni i dobrze zorganizowani” – wieszczyło radio. Piękne idee i pobożne życzenia wypełniły też szpalty gazet ukazując wodza w wodzowskiej pozie raz na koniu raz bez konia. Miasto pulsowało od nadmiaru wrażeń.

Wczesnym popołudniem Adam odrzucił wreszcie łopatę, otrzepał ubranie i poszedł coś zjeść. Nie chciało mu się wracać do domu, a do eleganckiej restauracji w tym stroju iść nie mógł. Wreszcie znalazł podrzędny lokal w bocznej uliczce. Było tam sporo osób, w podobnie przybrudzonych ubraniach. Nikt jednak nie zwracał na to uwagi, wszyscy żyli wydarzeniami, w które wpychała ich historia. Właśnie kończył drugie danie, kiedy przy stoliku obok wszczęto nerwową dyskusję. Konkretnie wszczął ją jegomość w podniszczonej marynarce, smętnym spojrzeniu i nieco skotłowanej brodzie:

– A ja państwu powtarzam, nie będzie łatwo wygrać tej wojny. Sojusznicy są daleko, są niepewni. Co my mamy wspólnego z Anglią, jakie nas łączą interesy? A na wschodzie czai się zło i ono stamtąd przyjdzie. Zapamiętajcie. Jak te dwa diabły zawarły pakt, wyszykują nam prawdziwe piekło.

– Panie, panie, spokojnie. To defetyzm i pan go rozsiewasz. Co z tego że Niemcy i Ruscy zawarli pakt, Niemcy nie chcą być zaatakowani ze wschodu, to oczywiste. Nie przeceniajmy tego paktu, zresztą co znaczy jeden pakt.

– Ludzie! – krzyczał tamten – za wschodnią granicą nie ma morza, tylko bolszewicy z całą swoją przewrotnością, okrucieństwem, wynaturzeniem. A my tak spokojnie nad tym paktem przeszliśmy do porządku dziennego, jakby nas nie dotyczył. Ale on nas zniszczy. Ja ich znam, ja tam byłem i mówię – w piekle chyba jest przyjemniej.

– Obłąkany – rzucił ktoś. – Jeszcze wojny nie ma, a już w Polskę nie wierzy.

– Panie, gdybyś pan mówił podobne rzeczy w czasie wojny, zostałbyś pan natychmiast rozstrzelany. Ja sobie nie życzę takiej postawy. Wszyscy tu wspólnie dla ojczyzny kopiemy, pracujemy, wszyscy zasilamy datkami armię, a pan nie wierzy w nasze zwycięstwo? Ile pan dałeś na wojsko, coo? Tamten popatrzył na butnego młodzieńca, który z zaczepną miną stanął przed nim.

– To co mogłem dać, już dawno zabrała Armia Czerwona – pochodzę ze wschodu i wschód znam.

– Dajcie mu spokój, ja proszę – odezwała się jakaś kobieta, która widocznie też kopała, bo była w czymś w rodzaju stroju do konnej jazdy i okropnie brudnych butach.

– No tak, to zrozumiałe. Swoje przeszedł, a teraz wszystkiego się boi.

Adam myślał, że na tym dyskusja się skończy, ale nagle brodacz podniósł się, a był dość wysoki i ryknął okropnym głosem:

 

– Myślicie, że się boję, szczeniaki? Wy jeszcze zobaczycie co to strach, co to wojna i co oznacza dla nas ten pakt. Wszystko stracone, nas już nie ma! Marszałek mówił, przestrzegał przed Sowietami, mówił... – wychrypiał stary i zabrakło mu tchu

– Polityk się znalazł, patrzcie no – powiedział ktoś z pogardą.

– Skończmy tę dyskusję, nie ma o czym gadać, lepiej zabierajmy się do pracy. Jeszcze sporo roboty przed nami.

I odmaszerowali. Został tylko Adam, który po tej wymianie zdań poczuł się jakoś dziwnie. Tamten człowiek też się uspokoił i patrzył przed siebie ściskając w ręku podniszczony kapelusz. Wychodząc Adam stanął przed nim i zapytał swobodnym, ale pojednawczym tonem:

– A więc uważa pan, że nie będzie łatwo wygrać tej wojny mimo naszych przygotowań?

Tamten spojrzał na niego jakby się nagle otrząsnął ze wspomnień i odpowiedział:

– Wygrać? Co tu można wygrać? My musimy jak najmniej przegrać.

– Co pan przez to rozumie?

– To co pan wkrótce zrozumie – odpowiedział starzec.

Adam wzruszył ramionami i wyszedł. I nawet długo nie zastanawiał się nad tym wydarzeniem, zwłaszcza, że spotkał dwóch kolegów ze swojej korporacji akademickiej. Umówili się, że wieczór spędzą w restauracji, żeby pogadać.

– Trzeba zaszaleć zanim pójdziemy walczyć – stwierdził jeden z nich.

Adam zgodził się z tym w zupełności. Gdy wracał zmęczony do domu zaczepiła go prostytutka. Była bardzo młoda, mocno umalowana i nieładna. Widać było, że dziewczyna nie ma wysokiej pozycji w zawodzie, jest raczej muzą tanich hotelików i spelunek. Pociągnęła go do jednego z nich. Już miał ją odprawić, ale jego ciało zapragnęło kobiety, wszystko jedno taniej czy drogiej, aby tylko dać upust rozpierającemu go napięciu. Pragnął wśród tych wojennych przygotowań, w tym zamieszaniu i zaciemnieniu uwolnić swoją żądzę, rzucić się na tę dziewczynę i kąsać jej przepocone ciało. Brudny, zapluskwiony hotelik, brzydka prostytutka i nadciągający kataklizm. Wszystkie te elementy do siebie pasowały. Miał wrażenie, że tym aktem wychodzi naprzeciw wojnie i jej dzikim żądzom. Takie są ludzkie konieczności, na to nie poradzą poeci i nawet najpiękniejsze wiersze o miłości nie zaspokoją żądzy, a najwznioślejsze poematy o bohaterach nie uchronią ich od podziemnego rozpadu. Dwulicowość życia polega na tym, że można je upiększyć słowami i oszpecić faktami.

W wąskim, słabo oświetlonym korytarzu zamajaczyła mu postać rosłego mężczyzny. Wyglądał znajomo, ale zanim Adam zdążył mu się przyjrzeć, tamten odwrócił się tyłem i wszedł w jakieś drzwi. Adam mógłby przysiąc, że to jest mąż Ninki. Żeby było lepsze światło. Hotelowy pokoik był duszny i chyba od zawsze cuchnął stęchlizną. Dla niej to była codzienność, dla Adama wstrząs węchowo-wizualny, w dodatku dobijała ten hotel wszechobecna tandeta, tak jakby chciał być czymś o wiele lepszym niż był w rzeczywistości. Tę odrobinę luksusu zapewniał sobie kiczowatymi złoceniami i odpustowymi kwiatami. Po chwili znaleźli się w małym dusznym pokoiku. Dziewczyna zaczęła zrzucać z siebie ubranie. Wysoko zadzierała nogi ściągając pończochy. Stanęła przed nim w samej bieliźnie, z której wylewał się nadmiar ciała. Chociaż młoda, już była dość tęga, a zachowana w niej pewna świeżość była nieuzasadnioną pozostałością po dawnych niewinnych czasach, kiedy jeszcze nie pracowała w ten sposób. Oplotła mu ręce wokół szyi i wpiła się ustami w jego wargi. Adam poczuł z tych ust kwaśny zapach papierosów i popsutych zębów. W chwilę później stała przed nim już całkiem rozebrana, a woń niemytego ciała mieszała się z mdłymi perfumami. Rzucili się na skrzypiące łóżko. Adam był tak podniecony, że po krótkim czasie osiągnął błogostan, a potem odpoczywali obok siebie wsłuchując się w odgłosy miasta.

– Od dawna to robisz? – zapytał.

– Dobra jestem, co? – zaśmiała się.

– Przyjemnie było – zaczął Adam.

Wstała i zaczęła się ubierać.

– Dokąd się tak śpieszysz?

– Noc dopiero się zaczęła, a o klienta trudniej niż zwykle, wszyscy kopią i wojny wyglądają, nie ma kto przytulić biednej dziewczyny, a forsa mi potrzebna jak nigdy. Ale jak wybuchnie wojna, roboty będzie w bród, wojsko jedno, wojsko drugie. Dobre czasy idą.

– Wojna? – To ty chcesz wojny? – spytał z niedowierzaniem.

– A co mi tam – wzruszyła ramionami. – Wojna nie wojna, byle praca była. Mi wszystko jedno z kim idę, jak zapłaci.

– Jesteś z biednej rodziny? – zapytał naiwnie.

– Pewnie, że nie z bogatej, po śmierci matki ciotka przyuczyła mnie do zawodu i tak już czwarty rok leci jak pracuję. Kiedyś prałam u takiej jednej, ale teraz nie będę się nikomu wysługiwać. Tylko, że temu draniowi muszę część zarobków oddawać, żeby mnie w spokoju zostawił.

– Komu?

– E tam, taki jeden.

W tej chwili usłyszeli głośne wycie syren. Na ulicy zrobiło się zamieszanie, a po korytarzu biegły przestraszone prostytutki i ich zaskoczeni klienci. Trzaskały drzwi, ktoś coś krzyczał.

– Choliera, znowu do schronu trzeba złazić – zaklęła dziewczyna. No idzie pan.

Wybiegli z pokoju. Goście starali się być jak najmniej dla siebie widoczni, dziewczyny odwrotnie, z piskiem i śmiechem zbiegały po schodach.

– Za nic nie zejdę do tej piwnicy, idę do domu – pomyślał Adam i skierował się na ulicę.

– Pan dokąd? – zaczepił go dozorca. – Jazda do schronu, alarm! Jazda!

– Nieważne! – krzyknął Adam, odepchnął go i wyskoczył na ulicę, zaciemnioną, z wygaszonymi neonami, przyćmionymi latarniami, przysłoniętymi światłami tramwajów. Po ciemnym niebie błądziły smugi dziwnych świateł. Po chwili syrena przestała wyć i wszystko powoli się uspokajało, tylko ciemność pozostała. Miasto miało się jak najbardziej schować, przed wrogimi samolotami. Mimo to żyło, pulsowało gwarem kawiarń i restauracji, w których toczono wojenne starcia słowne. U jednych rozsądek przeczył wojnie, u innych przeciwnie – przemawiał za szybkim jej wybuchem. Ludzie się spierali, dowodzili swoich racji, szukali u innych potwierdzenia swojego punktu widzenia, gestykulowali. Jednak nadciągająca wojna wymykała się racjonalnemu rozumowaniu. Zwłaszcza kiedy żądzę Władzy dyktatorów usiłuje się przełożyć na głos rozsądku. To się nigdy nie może udać. Przywódcy zamroczeni absurdalnymi ideami wymykają się rozumowaniu kawiarnianego towarzystwa. Te dwa światy są na siebie nieprzetłumaczalne. Tymczasem w europejskich gabinetach dopinano kataklizm.

Po wyjściu od prostytutki niepatriotki, Adam ruszył do domu. Pomyślał, że może ojciec zdołał już dotrzeć do Warszawy, bo matka z całą pewnością nie ruszy się aż do połowy września z Brwinowa. Te świeżo wykopane rowy przypominały mu groby, W których pogrzebane zostanie miasto i jego mieszkańcy. W zamyśleniu wpadł na jakiegoś mężczyznę. Zanim zdążył powiedzieć: „przepraszam” krzyknął:

– Zdzisław!

Był to mąż Ninki, którego widział przed godziną, w pokojach na godziny.

– A więc to ty tam byłeś. No nigdy bym nie przypuszczał – zaczął Adam śmiejąc się. – Nie ma strachu, nikomu nie powiem. Nasze męskie sprawy pozostaną między nami.

– Używam życia póki jeszcze żyję – powiedział pochmurno Zdzicho zapalając papierosa. – Nina, też używa, właściwie od kiedy ją znam. Biedna Nina, jaka ona niedługo będzie nieszczęśliwa. No, ale co mnie to może obchodzić, będzie wreszcie musiała dorosnąć. Nagle złapał Adama mocno za rękę.

– Adam – posłuchaj mnie. – Nadciąga hekatomba o jakiej nie śniło się jeszcze ludzkości, wiele na to wskazuje. Nie jest dobrze, jest raczej źle. My wszyscy mamy niezdrowe złudzenia. Rozumiesz? Ta wojna nie będzie podobna do poprzedniej, bo kiedy chęć zabijania podbuduje się opętańczą filozofią, nic dobrego z tego wyniknąć nie może. A my liczymy na kulturalnego wroga. Kiedy widzę tę butę, po prostu nie mogę.

Adam spojrzał na niego i pomyślał, że to ogólne napięcie nadszarpnęło słabe nerwy Zdzicha do niemożliwości. Wystarczyło przygasić światła i wykopać kilka dołów.

– Ależ posłuchaj, nie ma sensu...

– Cicho! – Korzystaj z życia, bo nie wiadomo co z nami będzie. Nie wiadomo – odpowiedział Zdzich. Ninie raczej nie mów prawdy, droga Nina jeszcze nie wie co ją czeka. Właściwie to my wszyscy nie wiemy, ale wiedzieć za dużo, oznacza poddać się. Skądś trzeba czerpać siły, z nienawiści, z nadziei, albo z nie uświadamiania sobie zagrożenia. Kiedy wydaje ci się, że walczysz kijem z prosiakiem, wygrasz, ale kiedy sobie uświadomisz, że to lew, przegrasz, prawie bez walki, a więc Świnia, rozumiesz, to łatwiejsze.

Adam początkowo miał wrażenie, że kuzyn bardzo sobie gdzieś popił, ale nie czuć było od niego alkoholu, czyżby zdążył w tym ogólnym rozgardiaszu zwariować?

– Zdzichu co ty? – wyjąkał. – Dlaczego tak mówisz, ty, który z reguły nigdy nic nie mówisz?

– Pora się odezwać, zaznaczyć swoje istnienie. Pora, żebyście mnie wszyscy zauważyli, czego nie macie w zwyczaju. A teraz – dobranoc. Wyśpij się dobrze, bo potem może być różnie. I odszedł zostawiając za sobą smugę papierosowego dymu.

– Jak dla mnie – stwierdził Adam – ostatnie godziny są zbyt zagadkowe. Wolałbym coś łatwiejszego, dającego się ogarnąć metodą logicznego rozumowania. Albo będzie wojna i wygramy, albo wojny nie będzie i wygramy dyplomacją, albo wojna będzie i będzie wielki kataklizm, z którym sobie poradzimy, albo nie poradzimy. Jedni wróżą zwycięstwo, inni boją się wspominać o przegranej. Dlaczego nikt nie mówi o rozwiązaniach pośrednich, takich życiowych. Czy one w naszej sytuacji nie istnieją?

W domu czekał na niego jedynie Józef, ich stary służący, który zawsze był dobrze poinformowany na każdy temat i bardzo pomocny. Od razu zasypał Adama wiadomościami, że pan mecenas lada dzień przyjedzie, że telefonowała matka i jeszcze panna Maria koniecznie chciała z nim mówić, bo już jest w Warszawie. Adam coś tam mu odmruknął, przegryzł co nieco na kolację i poszedł spać. Zupełnie zapomniał, że wieczorem umówił się z kolegami w restauracji, śniły mu się koszmary, może ze zmęczenia, albo z jaldegoś innego powodu, ale widział te wykopane świeżo rowy pełne trupów. I jego również chcieli przysypać ziemią. Dusił się, krzyczał, a ziemia wciąż na niego leciała. To było okropne. Obudził się przerażony. Mimo wczesnej godziny nie mógł już usnąć. Przewracał się z boku na bok, co chwilę też zmieniał mu się nastrój, jednak dominowała w nim ciekawość nadchodzących wydarzeń. Wierzył, że prędzej czy później wojna będzie, więc może lepiej być już po niej niż przed nią. Ale jak to wszystko się odbędzie i co dalej? Wstał. Józef przyniósł mu kawę i śniadanie. Potem przyszła służąca Hania i razem z Józefem wzięli się za oklejanie okien paskami papieru, żeby nie wyleciały w razie nalotu. Chyba jednak zabrali się do tego w złą godzinę, bo zaraz rozległo się wycie syren. Trzeba było natychmiast zbiegać do schronu, żeby nie narazić się domowemu komitetowi obrony przeciwlotniczej, którego i Józef był członkiem. Teraz właśnie wystąpił z roli służącego, wtargnął do pokoju Adama i krzyknął:

– Proszę panicza, natychmiast do schronu.

Co było robić, musiał zejść tam w ciągu kilku sekund. W schronie sąsiedzi, najwyraźniej podnieceni tą nową formą życia towarzyskiego, rozprawiali w najlepsze o kondycji polskiego wojska, bezczelności Hitlera, który igra z ogniem, a tu i ówdzie o zapasach na czas wojny. O tym szeptały głównie panie, udzielając sobie wzajemnie rad. Robiły to jednak dyskretnie, gdyż w złym guście było wszczynanie paniki. Na podwórku ustawiono wory z piaskiem; Byliśmy gotowi.

– Popatrz pan – perorował jeden z sąsiadów – wygraliśmy mecz z Węgrami, z takimi asami, to i tę wojnę wygramy jak Bóg pozwoli. Mówię panu mój brat jest oficerem w Modlinie. Oni są przygotowani na każdą sytuację. Wartość bojowa naszego żołnierza zawsze była poważną przeszkodą dla każdego najeźdźcy. Historia pokazała, że zwyciężać potrafimy.

– No i ile my przez nich tu czasu namarnujemy w tych schronach, a całe miasto na nic rozkopiemy.

– Raz już panie z tym skończyć, raz im pokazać.

Kiedy Adam znowu zjawił się w mieszkaniu, zatelefonowała matka.

– Adamie, ojciec najdalej jutro przyjedzie do Warszawy, a ja jeszcze zostanę w Brwinowie. Uważam, że w razie czego tutaj będzie mi lepiej. Aha. Maria z matką wróciły do Warszawy, mówią, że chcą być bliżej ojca, bo w każdej chwili może wybuchnąć wojna. Ten człowiek, wyobraź sobie wybiera się na wojnę, mimo swojego wieku. Mam nadzieję, że twój ojciec będzie rozsądniejszy. Maria, jak wiesz, poszła na jakiś kurs dla sanitariuszek. Ja osobiście bardzo pochwalam taką postawę u kobiety. Kobieta powinna umieć zajmować się chorymi i rannymi.

 

– Mamo, ja też w razie wojny pójdę do wojska.

– Synk – uale ty przecież nie możesz, ty jeszcze studiujesz.

– Mamo, niech mama nie płacze, to mój obowiązek. Wszyscy moi koledzy z korporacji pójdą, więc dlaczego nie ja. Zginąć można wszędzie. Przecież mama wie.

Matka, jak to matka, w obliczu wojny i ewentualnej wyprawy na nią jedynego syna, zaczęła płakać, Adam ją uspokajał jak mógł. Jego chłodna, wyniosła matka i nagle takie łzy, to już chyba naprawdę koniec świata będzie.

– Synku – jęknęła – ja zrobiłam już pewne przygotowania. Razem z Janową zgromadziłyśmy trochę zapasów... Niby mówią, żeby nie robić paniki, więc nie robię, ale możemy być głodni. Jakie ceny w Warszawie, żywność drożeje?

– Nic o tym nie wiem mamo, przecież nigdy nie interesowałem się zakupami. – Ale ciocia Natalia już od kilku tygodni robi zapasy, też w ramach nie robienia paniki. Aha, na spekulantów nakładane są ogromne kary, już kilku pojechało do Berezy.

Matka swoim zwyczajem ponarzekała jeszcze na to i owo i wreszcie odłożyła słuchawkę. Adam po raz już nie wiadomo który tego ranka, próbował zebrać myśli. Z normalnego trybu życia został wytrącony ostatecznie. Ach, gdyby wszystko w kraju było tak jak zawsze, on też co innego by teraz robił. Pewnie jeszcze byłby na wakacjach. Czuł się jakoś nieautentycznie, jego wnętrze coraz bardziej protestowało przeciwko temu co mówił i robił. Tak jakby Adam z Adamem się rozszedł, na dodatek ta niby normalność i poczucie zagrożenia zupełnie wytrącały go z równowagi. Zastanawiał się od czego zacząć kolejny dzień. Po chwili wyjął z szafy letni, biały garnitur i na przekór wszystkiemu ubrał się w niego, ale ledwie zdążył poczuć się jak przed niedzielną wizytą, gdy odezwał się dzwonek do drzwi.

Miał nadzieję, że to ojciec wreszcie dotarł z Brwinowa, ale za chwilę Józef oznajmił, że właśnie przyszli jego koledzy. Wybiegł do przedpokoju. Powitali go Andrzej i Tadeusz ubrani w jakieś łachy, ale miny mieli niezwykle uroczyste. Obydwaj trzymali łopaty niczym miecze, gotowe do obrony.

– Ho, ho, jaki elegant z ciebie. Dokąd się wybierasz?

– Właściwie donikąd – odpowiedział Adam.

– Jak to? Ojczyzna w potrzebie, a ty wybierasz się donikąd i to jeszcze w tym stroju? Dlaczego wczoraj nie przyszedłeś do Udziałowej, siły nie miałeś?

– Nie, po prostu nie miałem czasu. Ojciec mnie prosił, prosił... – zająknął się Adam.

– Mniejsza z tym. Idziemy kopać na Plac Trzech Krzyży, idziesz z nami?

– Czekam teraz na ojca, ale za jakieś dwie godziny do was dołączę.

– Co o tym wszystkim myślicie, co z tego będzie – zaczął Tadeusz.

– Jak to co? Wojna będzie – oznajmił Andrzej bez cienia żalu. – Zobaczymy naszego wodza w akcji. Jak on pięknie wygląda na koniu, w tym swoim paradnym mundurze. Mam nadzieję, że na wojnie też nieźle się zaprezentuje.

– Fakt, że jeszcze nigdy nie byliśmy w tak dobrej sytuacji zaczynając wojnę. Nasze sojusze gwarantują zwycięstwo chociaż i bez nich jakoś byśmy sobie poradzili... Sanacja się tym razem postarała, chociaż tak ich krytykują – wtrącił Tadeusz.

– Czy się postarali, to się dopiero okaże. Zobaczymy jak sobie z tą wojną poradzą. Dużo mówią, o wiele za dużo, a wiadomo, że krowa, która dużo ryczy mało mleka daje – stwierdził Andrzej, który był zagorzałym endekiem i nie darowywał nikomu, kto nie narzekał na sanacyjne rządy.

– No dobra, koniec gadania – zawołał zbierając się do wyjścia. – Czekamy na ciebie.

– Chłopaki, idę z wami – oznajmił nagle Adam.

– Tylko włóż na siebie jakieś poważniejsze ubranie.

– Ani myślę. Za kilka dni wskoczę w mundur a po wojnie ubranie wyjdzie z mody. Na przyszłe lato sprawię sobie coś nowego. Poznałem wspaniałą krawcową i chcę jak najszybciej coś u niej zamówić.

Wyszli śmiejąc się i żartując. Na schodach spotkał ojca. Szedł ociężałym krokiem, Adam zauważył, że w ciągu tych kilku dni, jakby mu lat przybyło, oczy miał podpuchnięte i twarz jakąś strapioną.

– Tato – idziemy kopać! – krzyknął wesoło Adam.

– Poczekaj. Ojciec przystanął na schodach. – Poczekaj, muszę ci coś powiedzieć.

– Chłopaki idźcie, ja was dogonię – zawołał Adam i wrócił z ojcem do mieszkania.

– Synku – ojciec spojrzał ha niego czulej niż zwykle. – Może za kilka dni nasza rodzina się rozpadnie. Może nigdy więcej się nie zobaczymy. Każde z nas znajdzie się w innym miejscu, nie wiedząc jedno o drugim czy żyje. Taka właśnie jest wojna. Staraliśmy się ż matką wychować cię jak najlepiej, żebyś był dobrym człowiekiem i dobrym Polakiem, ale mimo, że chcę żebyś był dobrym Polakiem, nade wszystko chcę, żebyś przeżył tę wojnę. Jeżeli ktoś z nas ma zginąć, to my, ale na Boga nie ty.

– Tato nie mów tak.

– Ty jeszcze nie posmakowałeś żadnej wojny, ale wierz mi, to nie jest takie łatwe. Każda kolejna bitwa jest tragedią, również dla tych, którzy nie biorą w niej udziału. Bo chociaż zostają w domach, to gdzieś tam tracą bliskich, a często razem z nimi sens życia. Mnie na przykład całkiem realnie zagraża taka sytuacja. Nie sądzę, że pokonamy ich tak raz, dwa. A nawet jeśli, to nie unikniemy ofiar. Nikt nie wie na kogo padnie.

– Tato ja się nie dam zastrzelić jakiemuś szkopowi, ty mnie jeszcze nie znasz – powiedział starając się zrobić jak najbardziej bohaterską minę. Ojcu przypomniały się czasy, gdy syn był dzieckiem i też robił podobne miny bawiąc się żołnierzykami.

Adamowi zrobiło się żal ojca. Zawsze był taki opanowany, trochę sztywny, a teraz się rozkleja. Zanim jeszcze padły pierwsze strzały. Ojciec jednak już się uspokajał.

– Cóż, będzie co Bóg da, może wcale nie tak jak sobie teraz wyobrażamy. Ale wracając do spraw praktycznych. Trzeba z banku pobrać pieniądze, bo już ustawiają się olbrzymie kolejki, a nie chcę, żebyśmy w ciężkich czasach zostali bez grosza. Trzeba też kupić coś z żywności, bo chociaż jeszcze wszystko kosztuje normalnie, za kilka dni może zdrożeć. Rząd mówi: „Nie robić paniki”, no cóż, mój żołądek w razie głodu będzie panikował.

Adam spuścił głowę. Słowa ojca dopiero w tej chwili w pełni do niego dotarły. Za kilka dni, albo tygodni, może nie mieć ani rodziny ani domu. Ich więzi zostaną raz na zawsze przerwane i może nigdy już nie zobaczyć rodziców. Poczuł skurcz w sercu i ogromny żal. W tej chwili Józef wybiegł na schody:

– Wielmożny panie znów ogłosili mobilizację – krzyknął i zbiegł po schodach na dół. Po chwili usłyszeli jak głośno rozmawia ze stróżem.

– Widzisz, to już nie są żarty. Wojna może wybuchnąć lada chwila.

Spojrzeli sobie w oczy i uściskali się z ojcem.

– Ja idę do banku, a Hanię wyślę po jakieś zapasy. Przynajmniej na te dwa, trzy tygodnie musimy być zabezpieczeni. Kto wie, może bezpieczniej będzie przeczekać pierwsze dni wojny w Brwinowie? Tam zawsze spokojniej. Aha, Maria z rodziną wróciła do Warszawy. Nie kontaktowałeś się z nią?

– Dzwoniła wczoraj, ale mnie nie było. Kopałem. Tato, to ja teraz idę do chłopaków, a do Marii zadzwonię potem, jak wrócę.

– Odezwij się do Marii i wpadnij do ciotki Natalii, trzeba ją uspokoić, wiesz, jak ona łatwo się denerwuje.

Życie ulicy skupiło się teraz wokół słupów ogłoszeniowych. Na wielkiej białej płachcie czarne litery wzywały bezwzględnie do wojska. Podniecenie rosło. Już wiele rodzin żegnało swoich bliskich. Który wróci, a który nie, to tajemnica wieczności. Tak trzeba, ojczyzna, obowiązek. Najważniejsze to przetrwać pierwsze uderzenie, potem nadejdzie pomoc od sojuszników. Pełne napięcia oczekiwanie. Na co? Na wygraną. Nikt sobie nawet nie wyobrażał, że może być inaczej. Tylko nieliczni przebąkiwali coś o pakcie niemieckosowieckim, większość jednak odwracała oczy od wschodniej granicy, jakby z tamtej strony była pustka. Prawie wszyscy pragnęli dobrnąć do świętego spokoju poprzez wojnę. Niech wreszcie ktoś uspokoi tego Hitlera, za dużo on sobie pozwala. Ktoś musi mu nosa przytrzeć. Los wskazał na Polaków, bo Zachód zagląda mu tylko pokornie w oczy szukając nadziei na pokój .Mimo to miasto niewiele się zmieniło. Można byłoby powiedzieć, że tylko te warszawskie wykopki, przeorane place i ulice wskazywały, że dzieje się coś niezwykłego, że Warszawa szykuje się do nowych przeżyć historycznych. Nieświadomość zagrożenia dodawała pewności siebie, próbne alarmy lotnicze trochę bawiły i dostarczały emocji. Wielu wierzyło, że Hitler się przekomarza i los Czechosłowacji nam nie grozi. Beck na wszelki wypadek do Berlina już nie jeździł. Bał się faktów dokonanych takich jakie spotkały Czechów i ich prezydenta. Niemców pod Warszawą raczej się nie spodziewano, a w najgorszym razie liczono na powtórkę z Wielkiej Wojny. Przyjdą obce wojska, pójdą i jakoś będziemy żyć dalej. Jesteśmy silni, zwarci, gotowi. Wrogu przybądź, a połamiesz sobie na nas zęby.