Ulica Nadbrzeżna. Cudowny czwartek

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa
ULICA NADBRZEŻNA

Podziękowania

Dla Eda Rickettsa – on wie,

a przynajmniej powinien wiedzieć, za co

Ulica Nadbrzeżna w Monterey w Kalifornii to poemat, smród, ogłuszający hałas, feeria świateł, pieśń, mania, nostalgia, sen. Ulica Nadbrzeżna to śmietnisko zardzewiałej blachy, żelaza i połamanych desek, szczerbaty bruk, zarosłe chwastem place i stosy złomu, zbudowane z falistej blachy wytwórnie konserw rybnych, knajpy, restauracje i burdele, małe, ciasne sklepy spożywcze, laboratoria i hoteliki. Jej mieszkańcy to, jak się ktoś kiedyś wyraził, „dziwki, alfonsi, szulerzy i skurwysyny". Gdyby ten ktoś spojrzał z innej strony, powiedziałby może: „święte, aniołowie, męczennicy i błogosławieni", i też miałby słuszność.

Rankiem, gdy flota wraca z połowu sardynek, trawlery telepią się do zatoki, dmąc w okrętowe syreny. Ciężko załadowane statki przybijają do brzegu, gdzie wytwórnie konserw zanurzają w wodzie swe ogony. Tę przenośnię wybrano celowo, bowiem gdyby wytwórnie zanurzały w morzu swe paszcze, to sardynki w puszkach, które wychodzą z drugiego końca, byłyby metaforycznie czymś jeszcze bardziej przerażającym. Wyją syreny fabryczne i w całym mieście mężczyźni i kobiety naciągają na siebie ubrania i pędzą na Nadbrzeżną do pracy. W połyskujących samochodach przybywają wyższe klasy społeczne: superintendenci, rachmistrze i właściciele, i znikają w biurach. Później z miasta wylewa się tłum Włochów, Chińczyków i Polaków, zarówno mężczyźni, jak i kobiety w spodniach, gumowych kurtkach i brezentowych fartuchach. Cała ulica dudni i jęczy, i wyje, i chrzęści, podczas gdy srebrne rzeki sardynek wylewają się ze statków, a statki coraz bardziej wynurzają się z wody, aż się wypróżnią zupełnie. Wytwórnie dudnią, grzechoczą i piszczą, aż się oczyści, oprawi, przyrządzi i umieści w puszce ostatnią rybkę. Potem syreny wyją znowu, i ociekający tłuszczem, śmierdzący, zmęczeni Włosi, Chińczycy i Polacy, mężczyźni i kobiety, wyłażą z hal i wloką się pod górę do miasta, a ulica Nadbrzeżna znowu staje się sobą – spokojna i czarodziejska. Powraca do normalnego życia. Włóczędzy, którzy z odrazą cofnęli się pod czarny cyprys, wychodzą posiedzieć na zardzewiałych rurach na pustym placu. Dziewczyny od Dory wygrzewają się na słońcu, o ile jest słońce. Doktor sunie z Zachodniego Laboratorium Biologicznego i przechodzi przez ulicę, by wpaść do sklepu Lee Chonga po dwie kwarty piwa. Malarz Henri wietrzy jak wyżeł wśród złomu na porośniętym trawą placu, szukając jakiegoś kawałka drzewa lub metalu potrzebnego mu do żaglówki, którą sobie buduje. Potem nastaje ciemność i przed zakładem Dory zapala się latarnia uliczna, która wiecznie oblewa ulicę Nadbrzeżną swoim księżycowym światłem. Do Doktora w Zachodnim Laboratorium Biologicznym przybywają goście, a on znowu przechodzi ulicę, by kupić u Lee Chonga pięć kwart piwa.

Jak można schwytać żywcem poemat, smród i ogłuszający hałas, feerię świateł, manię i sen? Jeśli ktoś zbiera morskie stworzonka, wie, że istnieją pewne płaskie istotki, tak delikatne, iż jest prawie niemożliwe schwytać je w całości, bo pękają i rozpadają się przy najlżejszym dotknięciu. Trzeba zaczekać, aby podpłynęły i same wpełzły na klingę noża, a następnie przenieść je delikatnie do butelki z morską wodą. I może właśnie w ten sposób należy napisać tę książkę: otworzyć stronicę i pozwolić opowieściom, żeby wpłynęły na nią same.

1

Sklep spożywczy Lee Chonga, jeśli nawet nie stanowił wzoru czystości, stanowił cudo zaopatrzenia. Był mały i zatłoczony, ale w tym jednym pomieszczeniu człowiek znajdował wszystko, czego potrzebował lub pragnął do życia i szczęścia – ubrania, artykuły spożywcze, zarówno świeże, jak i konserwowe, spirytualia, wyroby tytoniowe, sprzęt rybacki, maszyny, łodzie, liny, czapki i kotlety wieprzowe. U Lee Chonga kupowało się pantofle, jedwabne kimona, ćwiartkę whisky i cygaro. Klient mógł wynajdywać zestawienia stosowne dla każdego nastroju. Jedyny towar, jakiego Lee Chong nie trzymał, można było dostać po drugiej stronie placu, u Dory.

Sklep otwierał się o świcie i nie zamykał, póki ostatni klient nie wydał ostatnich dziesięciu centów albo nie schował ich do kieszeni. Nie to, żeby Lee Chong był chciwy. Wcale nie. Ale jeśli ktoś chciał wydawać pieniądze, Lee nie miał nic przeciwko temu. Jego stanowisko w społeczeństwie dziwiło go o tyle, o ile coś w ogóle mogło go dziwić. Z biegiem czasu każdy mieszkaniec ulicy Nadbrzeżnej był u niego zadłużony. Nigdy nie dusił swoich klientów o pieniądze, ale jeśli rachunek stawał się zbyt wielki, Lee zamykał kredyt. Zamiast chodzić na górę do miasta, klient zwykle płacił albo przynajmniej próbował płacić.

Lee był okrągłolicy i bardzo uprzejmy. Mówił wspaniałą angielszczyzną, nie używając nigdy spółgłoski „r". Gdy w Kalifornii toczyły się „żółte wojny", Lee dowiadywał się niekiedy, iż nałożono cenę na jego głowę. Wtedy w tajemnicy jechał do San Francisco do szpitala i siedział tam, póki nie skończyła się cała awantura. Co robił z pieniędzmi, tego nikt nie wiedział. Może ich w ogóle nie miał. Może cały jego majątek składał się z niezapłaconych rachunków. Ale żył dostatnio i cieszył się szacunkiem wszystkich swoich sąsiadów. Ufał klientom, póki dalsze zaufanie nie stawało się już śmieszne. Czasami popełniał omyłki w interesach, ale nawet te omyłki dawały później korzyści moralne, jeśli nie przynosiły żadnych innych zysków. Tak stało się z Pałacykiem. Każdy kupiec z wyjątkiem Lee Chonga uznałby tę transakcję za kompletną stratę.

Lee Chong stał w swoim sklepie za gablotą z cygarami, służącą za ladę. Po lewej ręce miał rejestr kasowy, a po prawej – liczydła. W szklanej gablocie leżały brązowe cygara, papierosy i różne gatunki tytoniu, natomiast za plecami Lee Chonga, na półkach przy ścianie, stały różnych rozmiarów butelki Old Green River, Old Town House, Old Colonel i najpopularniejsza Old Tennessee – czteromiesięczne leżakowanie gwarantowane – bardzo tania i znana w okolicy pod mianem Starych Tenisówek. Lee Chong nie bez powodu stał między whisky a klientem. Różni spryciarze próbowali odwrócić jego uwagę. Kuzyni, siostrzeńcy, synowie i synowe obserwowali pozostałe części sklepu, lecz Lee Chong nigdy nie opuszczał kontuaru z cygarami. Wierzchnie szkło gabloty było jego biurkiem. Jego pulchne, delikatne ręce spoczywały na szkle, palce zaś poruszały się jak małe niespokojne kiełbaski. Nie nosił żadnej biżuterii poza szeroką złotą obrączką na środkowym palcu lewej ręki, i tą obrączką stukał lekko w gumową płytkę do wydawania reszty. Małe gumowe prążki na płytce wytarły się już dawno. Lee miał pełne i dobroduszne usta, które, gdy się uśmiechał, połyskiwały bogatym i ciepłym blaskiem złota. Nosił połówki okularów, a kiedy przez nie na coś patrzył, odchylał głowę do tyłu, żeby widzieć na odległość. Dyskonto i rabat, dodawanie i odejmowanie obliczał na liczydłach swymi małymi, niespokojnymi, kiełbaskowatymi palcami, podczas gdy jego brązowe życzliwe oczy toczyły po sklepie, a zęby błyskały w stronę klientów.

Pewnego wieczora Lee stojąc na zwykłym miejscu, podłożywszy gazetę pod nogi, żeby mu nie marzły, melancholijnie rozważał pewną transakcję zawartą i unicestwioną później tego samego wieczoru. Kiedy ktoś wychodzi ze sklepu Lee Chonga i przecina na ukos porośnięty trawą plac obok wielkich zardzewiałych rur, wyrzuconych z przetwórni, trafia na ścieżkę wydeptaną wśród zielska. Idąc tą ścieżką koło cyprysu, przez mostek z poręczami nad torem kolejowym, dochodzi się wreszcie do długiego, niskiego budynku, który przez długi czas służył jako skład na mączkę rybną. Była to po prostu ogromna izba, przykryta wysokim dachem, a należała do smutnego dżentelmena nazwiskiem Horacy Abbeville. Horacy miał dwie żony i sześcioro dzieci, a w ciągu kilku lat drogą próśb i perswazji potrafił narobić w sklepie spożywczym tyle długów, jak nikt w Monterey. Owego wieczoru wszedł do sklepu, a jego wrażliwa twarz drgnęła na widok cienia powagi, jaki przesunął się po twarzy Lee Chonga. Pulchny palec Lee stukał po gumowej płytce. Horacy oparł na kontuarze ręce dłońmi do góry.

– Zdaje się, że jestem panu winien kupę forsy – powiedział po prostu.

Zęby Lee błysnęły w uznaniu dla powitania tak różnego od wszystkich, jakie kiedykolwiek słyszał. Poważnie skinął głową, lecz czekał, co z tego dalej wyniknie.

Horacy zwilżył usta językiem, dokładnie od kącika do kącika.

– Nie chciałbym, żeby to wisiało na moich dzieciach – powiedział. – Jestem pewny, że nie dałby im pan nawet paczuszki miętówek.

Twarz Lee Chonga wyrażała całkowitą zgodę z tą konkluzją.

– Kupa folsy – rzekł.

– Pan wie o tym moim budynku za torem – ciągnął dalej Horacy – tam gdzie jest mączka rybna.

Lee Chong skinął głową. To była jego mączka rybna.

– Gdybym odstąpił panu ten dom… rozliczy się pan ze mną na czysto? – zapytał z powagą Horacy.

Lee Chong cofnął głowę, wpatrując się w Horacego przez swe połówki okularów, podczas gdy jego myśli trzepotały wśród rachunków, a prawa ręka wyciągała się niespokojnie ku liczydłom. Zastanawiał się nad budynkiem, który był nienadzwyczajny, i placem, który miałby dużą wartość, gdyby wytwórnie konserw chciały się rozbudowywać.

– Dobla – powiedział Lee Chong.

– W porządku. Niech pan wyciągnie rachunki, a ja napiszę umowę sprzedaży tego domu.

Wyglądało na to, że Horacemu się spieszy.

– Nie trzeba papiel – powiedział Lee. – Zlobię kwit cały lachunek.

Zakończyli transakcję z godnością i Lee Chong wyciągnął ćwiartkę Starych Tenisówek. A potem Horacy Abbeville, idąc bardzo prosto, przeszedł przez plac, koło cyprysu, przez mostek nad torem, wszedł do budynku, który przedtem należał do niego, i zastrzelił się na kupie mączki rybnej. A chociaż to nie ma nic wspólnego z całą historią, żadne dziecko Abbeville'a, niezależnie od której pochodziło matki, nie zaznało potem braku miętówek.

 

Ale wróćmy do tamtego wieczoru. Horacy leżał na marach naszpikowany igłami do balsamowania, a jego dwie żony siedziały na stopniach jego domu, obejmując się ramionami (były dobrymi przyjaciółkami aż do pogrzebu, po czym podzieliły dzieci i nigdy już nie zamieniły między sobą ani słowa), Lee Chong stał za kontuarem z wyrobami tytoniowymi, a jego piękne brązowe oczy zwracały się w głąb duszy w łagodnej i wiecznej chińskiej trosce. Zdawał sobie sprawę, że nie mógłby nic pomóc, ale żałował, iż nie wiedział o tym wcześniej i przynajmniej nie próbował pomóc. Przekonanie, że człowiek ma niezaprzeczalne prawo zabić samego siebie, stanowiło jedną z najistotniejszych części światopoglądu Lee Chonga, ale niekiedy przyjaciel może sprawić, że to prawo okazuje się niepotrzebne. Lee właśnie podpisał zobowiązanie pokrycia kosztów pogrzebu i posłał kosz z żywnością dla pogrążonych w żałobie rodzin.

W ten sposób Lee Chong stał się właścicielem budynku Abbeville'a – dobry dach, dobra podłoga, dwa okna i drzwi. Oczywiście leżał tu ogromny stos mączki rybnej, a jej odór był ostry i przenikliwy. Lee Chong rozważał wykorzystanie budynku na coś w rodzaju składu na towary, ale zaraz się rozmyślił. Budynek znajdował się zbyt daleko i każdy mógł wejść przez okno do środka. Postukiwał obrączką w gumową płytkę i rozmyślał nad tym problemem, gdy otworzyły się drzwi i wszedł Mack. Mack był przełożonym, szefem, mentorem i w pewnym stopniu eksploatatorem małej grupki mężczyzn, którzy na ogół nie mieli rodzin, pieniędzy i żadnych ambicji poza jedzeniem, piciem i przyjemnym życiem. Ale podczas gdy większość ludzi w swoim dążeniu do przyjemnego życia niszczy samych siebie i pada z wyczerpania tuż przed celem, Mack i jego przyjaciele podchodzili do przyjemnego życia rzeczowo, spokojnie i cieszyli się nim umiarkowanie. Mack i Hazel, młody człowiek o wielkiej sile, Eddie, który napełniał kieliszki jako barman w La Ida, Hughie i Jones, którzy przy okazji łapali żaby i koty dla Zachodniego Laboratorium Biologicznego – mieszkali na bieżąco w olbrzymich zardzewiałych rurach na placu koło sklepu Lee Chonga. To znaczy przebywali w rurach, kiedy było dżdżysto, bo przy pięknej pogodzie mieszkali w cieniu wielkiego cyprysu na szczycie pagórka. Zwieszające się gałęzie drzewa tworzyły namiot, pod którym człowiek mógł leżeć i patrzeć na ruch i życie ulicy Nadbrzeżnej.

Lee Chong zawsze lekko sztywniał, gdy Mack wchodził. Oczy jego rzucały wtedy szybkie spojrzenia po sklepie, by się przekonać, czy nie weszli również Eddie, Hazel, Hughie lub Jones i nie rozproszyli się wśród towarów.

Mack wyłożył swe karty z ujmującą szczerością.

– Lee – powiedział. – Ja i Eddie, i inne chłopaki słyszeliśmy, że jesteś teraz właścicielem tego budynku Abbeville'a.

Lee skinął głową i czekał.

– Ja i chłopaki pomyśleliśmy sobie, że spytamy, czybyśmy nie mogli się tam wprowadzić. Będziemy pilnować budynku – dodał szybko. – Żeby nikt nie właził i nie połamał czegoś. Dzieciaki mogą powybijać okna, uważasz? Albo cała chałupa może się spalić, jak ktoś nie będzie miał jej na oku.

Lee Chong przechylił głowę, wpatrując się w oczy Macka przez swe połówki okularów, a ruchliwy palec Lee zwolnił tempo, gdy jego właściciel rozmyślał głęboko. W oczach Macka błyszczała dobra woła, życzliwość i pragnienie, by każdego uczynić szczęśliwym. Dlaczegóż więc Lee Chong czuł się tak, jakby go zapędzono w ślepy zaułek? Dlaczego jego umysł szukał drogi wyjścia tak ostrożnie jak kot wśród kaktusów? Propozycję postawiono delikatnie, niemal że w duchu filantropijnym. Myśl Lee skoczyła naprzód ku innym możliwościom… nie, nie istniały żadne możliwości, a stuk palca stał się jeszcze wolniejszy. Widział siebie odrzucającego prośbę Macka i widział powybijane szyby w oknach. Potem Mack zaproponuje jeszcze raz objęcie opieki nad posiadłością – i po drugiej odmowie Lee czuje dym i widzi małe płomyki pełzające po ścianach. Mack i jego przyjaciele będą starali się do tego nie dopuścić. Palec Lee oparł się na gumowej płytce, korzystając z zasłużonego odpoczynku. Lee był pobity. Wiedział o tym. Pozostała mu tylko jedna możliwość zachowania twarzy, a Mack prawdopodobnie będzie wielkoduszny.

– Wy chce płacić komolne mój dom? Wy chce mieszkać tam hotel?

Mack uśmiechnął się szeroko i był wielkoduszny.

– O! – zawołał. – To jest myśl! Jasne. Ile?

Lee zastanowił się. Nie miało znaczenia, ile zażąda. I tak nigdy nie będzie tego widział. Powinien tylko wymienić przyzwoitą, stosowną dla zachowania twarzy sumę.

– Pińć dolal tydzień – oświadczył Lee.

Mack odegrał przedstawienie do końca.

– Muszę pogadać z chłopakami – powiedział z powątpiewaniem. – Nie opuściłbyś na cztery dolary tygodniowo?

– Pińć dolal – rzekł Lee twardo.

– Dobra, zobaczę, co chłopaki powiedzą – odparł Mack.

W ten sposób się to odbyło. I każdy był zadowolony. Może ktoś pomyśli, że Lee poniósł całkowitą stratę, ale on sam wcale tak nie uważał. Szyb nikt nie wybijał. Pożar nie wybuchł, a jeśli nie płacono komornego, nawet wtedy gdy lokatorzy mieli pieniądze, a niekiedy rzeczywiście je mieli – nigdy by im nie przyszło do głowy wydać je gdzieś indziej niż w sklepie Lee Chonga. Miał przynajmniej małą grupę aktywnych i potencjalnych klientów. Ale nie tylko to. Jeśli jakiś pijak robił awanturę w sklepie, jeśli chmara chłopaków z Nowego Monterey nadciągała na rabunek, wystarczyło, żeby Lee krzyknął, a jego lokatorzy pędzili na pomoc. Powstała jeszcze inna więź – nie można okradać swego dobroczyńcy. Oszczędności Lee Chonga na puszkach fasoli, pomidorów, mleka i arbuzów wynosiły więcej niż komorne. A jeśli nawet pojawiło się niespodziewanie wysokie manko w sklepach spożywczych w Nowym Monterey, to ostatecznie mało obchodziło Lee Chonga.

Chłopaki wprowadzili się do budynku, a mączkę rybną usunięto. Nikt nie wie, kto nazwał ten dom Pałacykiem Meliną, w każdym razie od tego czasu występował pod tym mianem. W rurach i pod cyprysami nie było miejsca na meble i inne ozdóbki, które są nie tylko jedną z charakterystycznych cech, ale i więzami naszej cywilizacji. Dopiero w Pałacyku chłopaki zaczęli się meblować. Pojawiło się krzesło, łóżko polowe i drugie krzesło. Firma artykułów gospodarstwa domowego dostarczyła puszek czerwonej farby, bez żalu, ponieważ wcale o tym nie wiedziała, a gdy zjawił się nowy stół czy stołek, natychmiast je malowano, nie tylko dla upiększenia, lecz również dlatego, że w pewnym stopniu zmieniało to wygląd mebla na wypadek, gdyby do Pałacyku zajrzał dawny właściciel. I Pałacyk Melina zaczął funkcjonować. Chłopaki mogli siedzieć przed drzwiami i patrzeć na tor, na plac i ulicę, prosto we frontowe okna Zachodniego Laboratorium Biologicznego. Mogli słyszeć nocną muzykę z laboratorium. Ich oczy odprowadzały Doktora, gdy szedł po piwo do Lee Chonga. A Mack mówił:

– Ten Doktor to równy gość. Musimy coś dla niego zrobić.

2

Słowo jest symbolem i rozkoszą. Słowo wchłania ludzi i obrazy, drzewa, rośliny, fabryki i pekińczyka. Bowiem Ciało staje się Słowem i znowu wraca do Ciała, lecz splecione i utkane w fantastyczny wzór. Słowo wchłania ulicę Nadbrzeżną, trawi ją i wypluwa, a ulica nabiera blasku zielonych przestrzeni i mórz, w których odbija się niebo. Lee Chong jest kimś więcej niż chińskim sklepikarzem. Musi być kimś więcej. Może jest wcieleniem zła utrzymywanym w równowadze przez dobro – azjatycką planetą toczącą się po swej orbicie dzięki sile przyciągania filozofii Lao Tse i odpychaną od Lao Tse przez siłę odśrodkową liczydeł i rejestru kasowego – Lee Chong, zawieszony w przestrzeni i wirujący między towarami i duchami? Twardy człowiek wobec puszki fasoli, łagodny wobec kości swego dziadka. Bowiem Lee Chong rozkopał grób w China Point i znalazł żółte kości; przy czaszce wisiały jeszcze siwe twarde włosy. I Lee starannie ułożył szkielet, kości udowe i golenie zupełnie prosto, czaszkę w środku, przy niej miednicę i obojczyk, a po drugiej stronie wygięte żebra. Potem Lee Chong, zapakowawszy w skrzynkę swego zmurszałego dziadka, wysłał go przez zachodnie morze, by wreszcie mógł spocząć w ziemi uświęconej przez przodków.

Mack i chłopaki również krążą po swoich orbitach. Oni są Cnotami, Gracjami i Wdziękami zagonionego i maniackiego Monterey oraz kosmicznego Monterey, gdzie ludzie w strachu i trwodze niszczą swoje żołądki, walcząc o zdobycie odrobiny jedzenia, gdzie ludzie zgłodniali miłości niszczą wokół siebie wszystko, co jest miłości godne. Mack i chłopaki to Wdzięki, Cnoty i Gracje. W świecie rządzonym przez ranne tygrysy, kierowanym przez rozdrażnione byki, utrzymywanym w porządku przez ślepe szakale, Mack i chłopaki delikatnie spożywają swe posiłki wspólnie z tygrysami, głaszczą podniecone bydlęta i zbierają okruchy jedzenia, by karmić mewy ulicy Nadbrzeżnej. Jaka jest korzyść dla człowieka, gdy zdobędzie cały świat, jeśli przypłaci swój majątek wrzodem na żołądku, impotencją czy gruźlicą? Mack i chłopaki unikają pułapki, obchodzą truciznę, wymijają sidła, pokolenie zapędzonych w pułapkę zaś, zatrutych, uwikłanych w sidła ludzi wymyśla im i nazywa ich nicponiami, zakałami społeczeństwa, łobuzami, złodziejami, łajdakami, włóczęgami. Ojciec nasz, który jest w naturze, który obdarował życiem kojota, pospolitego brązowego szczura, wróbla, muchę domową i mola, musi żywić ogromną i przemożną miłość do nicponi, zakał społeczeństwa i włóczęgów, Macka i chłopaków. Cnoty i wdzięki, lenistwo i przyjemności. Ojciec nasz, który jest w naturze.

3

Sklep Lee Chonga znajduje się po prawej stronie pustego placu (chociaż dlaczego mówi się o nim „pusty", kiedy jest cały załadowany starymi kotłami, rdzewiejącymi rurami, wielkimi kwadratowymi belkami i stosami pięciogalonowych puszek, nikt nie potrafi wyjaśnić). Na tyłach pustego placu znajdują się tor kolejowy i Pałacyk. Ale przy lewej granicy placu mieści się wysoce moralny i dostojny burdel Dory Flood – przyzwoity, czysty, uczciwy, staromodny zakład rozrywkowy, gdzie mężczyzna może wypić kufel piwa z przyjaciółkami. Nie jest to żadna tania i wulgarna nocna spelunka, ale dzielny, cnotliwy klub, założony, prowadzony i kierowany przez Dorę, która to, madama i panna od pięćdziesięciu lat, potrafiła przez stałe praktykowanie właściwego jej taktu i uczciwości, dobroczynności i pewnego realizmu zjednać sobie respekt ludzi inteligentnych, wykształconych i miłych. I z tego samego powodu jest nienawidzona przez ograniczone i lubieżne społeczeństwo zamężnych dziewic, których małżonkowie szanują dom, ale nie lubią go zbytnio.

Dora jest wielką kobietą, wielką, potężną kobietą o włosach płomiennopomarańczowych, ze specjalną skłonnością do zielonych wieczorowych sukni. Prowadzi uczciwą firmę ze stałymi cenami, nie sprzedaje wysokoprocentowych napojów alkoholowych i nie pozwala na zbyt głośne czy wulgarne rozmowy w swoim zakładzie. Niektóre z jej dziewcząt są już prawie nieaktywne ze względu na wiek i chorobę, ale Dora nigdy ich nie usuwa, mimo że, jak powiada, niektóre z nich nie mają nawet trzech klientów na miesiąc, ale muszą jeść trzy razy dziennie. W chwili lokalnego patriotyzmu Dora nazwała swój zakład Restauracją Pod Niedźwiedzią Flagą i podobno wiele zmylonych tą nazwą osób wpadało tam, by coś przegryźć. Zwykle w zakładzie jest dwanaście dziewcząt, wliczając w to stare, grecki kucharz i jeden mężczyzna, którego nazywa się dozorcą, ale który wykonuje wszelkiego rodzaju delikatne i niebezpieczne zadania. Przerywa bójki, wyrzuca pijaków, uspokaja ataki histerii, leczy bóle głowy i prowadzi bar. Bandażuje skaleczenia i siniaki, załatwia interesy z policjantami, a ponieważ przynajmniej połowa dziewczyn należy do sekty Wiedzy Chrześcijańskiej, czyta na głos odpowiedni rozdział „Wiedzy i Zdrowia" w niedzielę rano. Jego poprzednik był o wiele mniej zrównoważonym człowiekiem i, jak dalej opowiemy, przyszło mu na zły koniec, ale Alfred zatriumfował nad swym otoczeniem i podniósł je do swego poziomu. Wie, czym może być mężczyzna w takim miejscu, a czym być nie może. Wie o życiu domowym obywateli Monterey więcej niż ktokolwiek w mieście.

Jeśli chodzi o Dorę – prowadzi ona dość nerwowe życie. Występując przeciwko prawu, a przynajmniej przeciwko literze prawa, musi dwa razy więcej szanować prawo niż ktokolwiek inny. U Dory nie może być pijaków, bijatyk ani wulgarności, bo ją zamkną. Ponadto, ponieważ prowadzi nielegalny interes, musi szczególną uwagę zwracać na filantropię. Z Dory każdy doi forsę. Jeśli policja urządza zabawę na fundusz emerytalny i każdy daje dolara, Dora musi dać pięćdziesiąt dolarów. Gdy Izba Handlowa upiększa swoje ogrody, kupcy dają po pięć dolarów, lecz od Dory żąda się, a ona daje rzeczywiście, całą setkę. I ze wszystkim jest tak samo: Czerwony Krzyż, Fundusz Opieki Społecznej, harcerze – zawsze listę ofiar rozpoczynają nieopiewane przez nikogo, niesławne, bezwstydnie brudne pieniądze grzechu. Kryzys właśnie Dorę dotknął najciężej. Bo choć składała zwykłe ofiary, widziała głodne dzieci ulicy Nadbrzeżnej, bezrobotnych ojców i zrozpaczone kobiety. Dora przez dwa lata płaciła rachunki za artykuły żywnościowe na lewo i prawo i omalże nie zbankrutowała. Jej dziewczyny są dobrze wyszkolone i sympatyczne. Nigdy nie powiedzą słowa do mężczyzny na ulicy, choćby nawet był u nich poprzedniej nocy.

 

Zanim Alfy, obecny dozorca, objął swe obowiązki, w Restauracji Pod Niedźwiedzią Flagą zdarzyła się tragedia, która zasmuciła wszystkich. Poprzedni dozorca miał na imię William. Był to mężczyzna o ciemnej cerze i włosach i wyglądał na samotnika. W dzień, kiedy miał niewiele do roboty, coraz bardziej nudził się kobiecym towarzystwem. Przez okna widział siedzących na rurach na pustym placu Macka i chłopaków, którzy zwiesiwszy nogi w żółtych chwastach, opalali się, a jednocześnie dyskutowali z wolna i filozoficznie o sprawach ciekawych, choć niezbyt ważnych. Widział, że od czasu do czasu wyciągają pół kwarty Starych Tenisówek i wytarłszy rękawem szyjkę butelki, kolejno podnoszą ją do ust. William zapragnął przyłączyć się do tej dobranej grupy. Pewnego dnia wyszedł i usiadł na rurze. Rozmowa urwała się i zapadła niezręczna cisza. Po pewnej chwili strapiony William poszedł z powrotem Pod Niedźwiedzią Flagę i przez okno zobaczył, że rozmowa odżywa na nowo. To go zasmuciło. Miał ciemną brzydką twarz i usta skrzywione od smutnych myśli.

Następnego dnia poszedł znowu i tym razem wziął ze sobą butelkę whisky. Mack i chłopaki pili whisky, ale mimo to nie rozkrochmalili się, a ich wypowiedzi ograniczały się jedynie do „Najlepszego!" i „No to siup!".

Po pewnym czasie William wrócił Pod Niedźwiedzią Flagę i patrząc na nich przez okno, usłyszał, jak Mack mówi podniesionym głosem:

– Niech to wszyscy diabli! Nie cierpię alfonsów.

Była to oczywista nieprawda, aczkolwiek William o tym nie wiedział. Mack i chłopaki po prostu nie lubili Williama.

I teraz serce Williama pękało z żalu. Włóczędzy nie chcieli go przyjąć do towarzystwa. Czuli, że stoi o wiele niżej od nich. William lubował się zawsze w introspekcji i obwinianiu samego siebie. Włożył kapelusz i szedł spacerkiem nad brzegiem morza aż do samej latarni. Stanął na ładnym małym cmentarzu, gdzie zawsze słychać było pomruk fal. Williama opanowały gorzkie i smutne myśli. Nikt go nie lubi. Nikt się o niego nie troszczy. Mogą go nazywać dozorcą, ale on jest alfonsem – paskudnym alfonsem, najpodlejszą istotą w świecie. A potem pomyślał, że ma prawo do życia i szczęścia, tak jak każdy inny, Bóg świadkiem, że ma. Gniewnie pomaszerował z powrotem, ale jego gniew minął, gdy znalazł się Pod Niedźwiedzią Flagą i wszedł na schody. Był wieczór, automat muzyczny grał Księżyc żniwiarzy i William przypomniał sobie, że pierwsza prostytutka, która w ogóle na niego spojrzała, lubiła tę melodię, póki nie uciekła, nie wyszła za mąż i nie znikła. Dora siedziała w salonie i piła herbatę, gdy wszedł William.

– Co tobie? Chory jesteś? – spytała.

– Nie – odparł William. – Ale co z tego? Czuję się podle. Chyba skończę z sobą.

W swoim życiu Dora miała do czynienia z wielu neurastenikami. Wyśmiać ich – to było jej motto.

– Dobrze, zrób to, kiedy będziesz miał ochotę, i nie zawracaj gitary – powiedziała.

Szara wilgotna chmura spowiła serce Williama. Z wolna zamknął za sobą drzwi, przeszedł przez hol i zapukał do drzwi Ewy Flanegan. Miała rude włosy i co tydzień chodziła do spowiedzi. Ewa była poniekąd uduchowioną dziewczyną i miała liczną rodzinę – braci i siostry, ale nikt nie potrafił przewidzieć, kiedy się upije. Gdy William wszedł, malowała sobie paznokcie, nie bardzo trafiając lakierem we właściwe miejsca. Zorientował się, że jest pijana i że Dora nie pozwoli pijanej dziewczynie pracować. Jej palce prawie do połowy były umazane w lakierze i była wściekła.

– Czego chcesz? – spytała.

William również się rozgniewał.

– Mam zamiar skończyć ze sobą – powiedział gwałtownie.

– To cholerny, świński grzech! – wrzasnęła na niego piskliwie. – Chcesz, żeby zamknęli nam budę, akurat wtedy, kiedy już uskładałam sobie prawie tyle forsy, żeby pojechać do East St. Louis? Ty skurwysynie!

Wrzeszczała jeszcze, gdy William zamknął za sobą drzwi i poszedł do kuchni. Był bardzo zmęczony kobietami. Chciał odpocząć chwilę u greckiego kucharza.

Grek w wielkim fartuchu, zawinąwszy rękawy, smażył kotlety wieprzowe na dwóch ogromnych patelniach, przewracając je szpikulcem od lodu.

– Halo, stary. Jak sprawy? – spytał. Wieprzowe kotlety syczały i trzeszczały na patelniach.

– Nie wiem, Lou – powiedział William. – Czasami myślę, że najlepiej byłoby zrobić sobie… chrrr. – Pociągnął palcem po gardle.

Grek położył szpikulec na kuchni i zawinął wyżej rękawy.

– Powiem ci, co słyszałem, stary – rzekł. – Słyszałem, że podobno ludzie, którzy o tym mówią, nigdy tego nie robią.

William wyciągnął rękę po szpikulec i wziął go lekko w dłoń. Oczy Williama spoglądały głęboko w ciemne oczy Greka i widziały w nich niewiarę i kpinę, a potem, gdy nadal patrzyły, oczy Greka zmąciły się i napełniły grozą. I William zauważył tę zmianę. Zobaczył najpierw, że Grek uwierzył, iż on może to zrobić, a potem Grek był już pewny, że William to zrobi. I kiedy William wyczytał to w oczach Greka, wiedział, że musi tak zrobić. Był smutny, ponieważ teraz wydawało mu się to głupie. Jego ręka podniosła się, a szpikulec uderzył w serce. Zadziwiające, jak łatwo wszedł. William był dozorcą, zanim przyszedł Alfred. Wszyscy lubili Alfreda. Mógł siedzieć z Mackiem i chłopakami na rurach, ilekroć miał ochotę. Mógł im nawet składać wizyty w Pałacyku.