Tortilla FlatTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału

TORTILLA FLAT

Co­py­ri­ght © John Steinbeck, 1935

All rights reserved

Projekt okładki

Olga Reszelska

Zdjęcie na okładce

© Photonica/Getty Images/Flash Press Media

Redaktor prowadzący

Katarzyna Rudzka

Ko­rek­ta

Michał Załuska

ISBN 978-83-7839-917-9

Warszawa 2013

Wy­daw­ca

Pró­szyń­ski Media Sp. z o.o.

02-697 War­sza­wa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Dla Susan Gregory z Monterey

Jest to opowieść o Dannym, o przyjaciołach Danny’ego i o domu Danny’ego. Jest to również opowieść o tym, jak Danny, jego przyjaciele i jego dom stali się nierozerwalną całością; i jeśli w Tortilla Flat mówi się o domu Danny’ego, nie ma się na myśli drewnianego szkieletu niegdyś obitego bielonymi deskami i rosnącej przed nim wybujałej dziko róży kastylijskiej. Nie, gdy się mówi o domu Danny’ego, mówi się o całości, na którą składają się ludzie, ich radości i smutki, dobroć i słabości. Dom Danny’ego przypominał legendy Okrągłego Stołu, a jego mieszkańcy Rycerzy siedzących wokół Stołu. I ta opowieść przedstawia pełną historię zżycia się mieszkańców domu Danny’ego, historię rozkwitu ich jedności i powstania potężnego i mądrego zespołu. Nie został tu również pominięty opis przygód przyjaciół Danny’ego i ich dobrych uczynków, a co najmniej ich dobrych myśli i dobrych intencji. Z opowieści tej dowiemy się także o tym, jak zginął talizman i jak rozpadła się jedność.

O wszystkim tym wiedzą doskonale mieszkańcy Monterey, starego miasta na wybrzeżu kalifornijskim, i często o tym mówią, dodając wiele barwnych szczegółów. Trzeba więc było wreszcie spisać całą historię, aby uczeni przyszłych pokoleń, słysząc legendę o Dannym, nie mogli powiedzieć, jak mówią o królu Arturze bądź o Rolandzie, czy też o Robin Hoodzie: „Nie istniał żaden Danny ani jego przyjaciele, ani jego dom. Danny to po prostu bóstwo, a jego przyjaciele to prymitywne symbole wiatru, nieba i słońca”. Tak, zadaniem tej opowieści jest po wsze czasy spędzać grymas lekceważenia z ust zgnuśniałych historyków.

Monterey osiadło na zboczu wzgórza, przed nim ściele się niebieska zatoka, a za nim wznosi ciemny las wysokich sosen. W niższych dzielnicach miasta mieszkają Włosi i Amerykanie, rybacy i pakowacze ryb. Ale na wzgórzu, gdzie las i miasto się przenikają, gdzie ulice nie znają asfaltu, a skrzyżowania latarni, obwarowali się starożytni mieszkańcy Monterey, tak jak starożytni Brytowie obwarowali się w Walii. To są paisanos.

Mieszkają w drewnianych ruderach wśród zarośniętych zielskiem podwórek i samotnych sosen. Obcy jest im merkantylizm, nie uznają skomplikowanych metod handlu amerykańskiego, a nie mając nic, co warto by ukraść, zastawić albo wykorzystać w celu zarobkowym, są odporni na te pokusy, które innych zniszczyły.

Kto to jest paisano? Mieszaniec krwi hiszpańskiej, indiańskiej, meksykańskiej i ras europejskich. Jego przodkowie mieszkali już w Kalifornii lat temu sto czy dwieście. Mówi po angielsku z akcentem paisano i po hiszpańsku z akcentem paisano. Kiedy go zapytać, jakiej jest rasy, z oburzeniem odpowiada, że w jego żyłach płynie czysta krew hiszpańska, i podwija rękawy, żeby pokazać prawie białą skórę przedramienia. Brąz twarzy, przypominający barwą dobrze wypaloną piankową fajkę, przypisuje słońcu. Jest po prostu paisano i mieszka na wzgórzu nad miastem, w dzielnicy zwanej Tortilla Flat, czyli Równina Tortilla, chociaż teren wcale tu nie jest równy.

Danny jest paisano i wychował się w Tortilla Flat, i wszyscy go lubili, mimo że nie wyróżniał się niczym specjalnym z bandy rozwrzeszczanych dzieciaków. Prawie ze wszystkimi w Tortilla Flat spokrewniony był więzami krwi albo miłości. Jego dziadek należał do poważanych obywateli dzielnicy, mając dwa domki w Tortilla Flat. Bardzo go z tego powodu szanowano. Jeśli dorastający Danny wolał sypiać w lesie albo pracować na okolicznych ranczach, albo walczyć z wrogim światem o wino i pożywienie, to nie z braku wpływowych krewnych. Danny był krępy, miał smagłą cerę i wiele dobrej woli. W wieku dwudziestu pięciu lat nogi jego były wygięte jak pałąki i dokładnie pasowały do boków konia.

Właśnie wtedy, kiedy Danny miał dwadzieścia pięć lat, wybuchła wojna z Niemcami. Danny i jego przyjaciel Pilon (pilon, przy okazji chcę to wyjaśnić, oznacza coś, co jest rezultatem zawarcia spółki – zysk czy łup) mieli dwa galony wina, gdy dowiedzieli się o wojnie. Wielki Joe Portugalczyk zobaczył odbicie słońca na gąsiorkach między sosnami i przyłączył się do Danny’ego i Pilona.

W miarę ubywania wina w gąsiorkach w trzech przyjaciołach wzrastał patriotyzm. A kiedy wszystko wypili, ruszyli krętymi uliczkami do miasta, w imię przyjaźni i dla większego bezpieczeństwa trzymając się pod ręce. Stanęli przed biurem poborowym w Monterey i głośno krzyczeli za Ameryką i przeciwko Niemcom. Tak długo wykrzykiwali obelgi pod adresem Cesarstwa Niemieckiego, że obudził się sierżant prowadzący biuro, włożył mundur i wyszedł na ulicę, chcąc uciszyć awanturników. I został już z nimi, i wciągnął ich na listę ochotników.

Stanęli rzędem przed biurkiem. Przeszli wszystkie próby z wyjątkiem próby trzeźwości. Sierżant zapytał najpierw Pilona:

– Do jakiej broni chcesz pójść?

– Wszystko mi jedno – odpowiedział Pilon zawadiacko.

– Potrzeba takich jak ty w piechocie. – I zapisał Pilona do piechoty.

A potem obrócił się do Wielkiego Joe, który właśnie zaczął trzeźwieć.

– A ty gdzie chcesz iść?

– Do domu – odparł Wielki Joe zmęczonym głosem.

Sierżant także wpisał go do piechoty. Wreszcie spojrzał na Danny’ego, który spał, stojąc.

– A ty gdzie chcesz iść?

– Że co? – spytał Danny.

– Do jakiej broni?

– Kto broni, kogo broni?

– Co umiesz robić?

– Niby ja? Wszystko umiem robić.

– Masz jakiś zawód?

– Niby ja? Jestem mulnikiem.

– Naprawdę? A z iloma mułami dasz sobie radę?

Danny pochylił się na chwiejnych nogach i z zainteresowaniem zapytał:

– A ile ich macie?

– Około trzydziestu tysięcy – odparł sierżant.

Danny machnął ręką.

– Dawajcie.

Więc Danny pojechał do Teksasu i przez całą wojnę ujeżdżał muły, Pilon maszerował po Oregonie, a Wielki Joe, jak się wkrótce wyjaśni, poszedł do mamra.

Rozdział 1

O tym jak Danny po powrocie z dalekich wojen został spadkobiercą i przysiągł opiekować się słabymi

Kiedy Danny wrócił z wojska do domu, dowiedział się, że jest spadkobiercą i właścicielem nieruchomości. Viejo, to znaczy dziadek, umarł, pozostawiając Danny’emu dwa domki w Tortilla Flat.

Gdy Danny o tym usłyszał, przytłoczyło go bardzo poczucie straszliwej odpowiedzialności. Nim więc poszedł obejrzeć domy, kupił galon czerwonego wina i w samotności wypił prawie cały. Wtedy ciężar odpowiedzialności ustąpił miejsca prawdziwej naturze Danny’ego. Zaczął pokrzykiwać, połamał parę krzeseł w spelunce przy Alvarado Street oraz odbył dwie krótkie, ale pełne chwały walki. Mało kto jednak zwracał na niego uwagę. Wreszcie energiczne wymachiwanie pałąkowatymi nogami przywiodło go w pobliże mola, gdzie o wczesnej godzinie poranku włoscy rybacy w gumowych butach siadali do kutrów, by wypłynąć na połów.

Rozsądek Danny’ego rozpłynął się w uprzedzeniu rasowym. Zaczął grozić rybakom.

– Sycylijskie podrzutki! – przezywał ich. – Śmiecie z wyspy więziennej. Psy psów i taka wasza pieska natura. Chinga tu madre, Piojo. – Grał im na nosie i wykonywał nieprzyzwoite ruchy ręką poniżej pasa. Rybacy tylko się uśmiechali, przekładali wiosła i mówili:

– Jak się masz, Danny, kiedy wróciłeś do domu? Przyjdź do nas wieczorem, mamy świeże wino.

Danny był oburzony. Wrzeszczał coraz głośniej:

– Pon un condo a la cabeza!

A oni wołali:

– Do widzenia, Danny, spotkamy się wieczorem! – Powsiadali do swoich małych kutrów, wypłynęli za falochron, zapuścili motory i pyrkając, odjechali w morze.

Danny czuł się strasznie obrażony. Wrócił na Alvarado Street, po drodze wybijając szyby w oknach. Na drugim skrzyżowaniu wziął go pod opiekę policjant. Danny miał wielki szacunek dla policji i pozwolił się spokojnie prowadzić. Gdyby nie fakt, że dopiero co wrócił z wojska po zwycięstwie nad Niemcami, dostałby sześć miesięcy. Wobec wyraźnych okoliczności łagodzących sędzia wymierzył mu jedynie trzydzieści dni aresztu.

Tak więc przez miesiąc Danny odpoczywał na pryczy w areszcie miasta Monterey. Czasami rysował nieprzyzwoite obrazki na ścianach, czasami wspominał swoją wojskową karierę. Godziny płynęły wolno w celi miejskiego aresztu. Niekiedy dostawał na noc do towarzystwa jakiegoś pijaka, ale przestępczość w Monterey chyliła się ku upadkowi i Danny przeważnie spędzał czas samotnie. Z początku dokuczały mu trochę pluskwy, ale kiedy się przyzwyczaiły do smaku jego krwi, a on do ich ukąszeń, wzajemne stosunki znacznie się poprawiły.

Znalazł sobie nawet wesołą zabawę. Złapał pluskwę, rozgniótł ją na ścianie, obrysował ołówkiem i napisał: „Burmistrz Clough”. Następnym pluskwom nadawał imiona radnych. Po pewnym czasie cała ściana pełna była rozgniecionych pluskiew, opatrzonych nazwiskami miejscowych notablów. Dorysowywał im uszy i ogony, dodawał wielkie nosy i wąsy. Tito Ralph, profos, był wstrząśnięty, ale nie wyraził głośno swego oburzenia, ponieważ Danny, mając wielki szacunek dla organów wymiaru sprawiedliwości, oszczędził sędziego pokoju, który go skazał, oraz przedstawicieli miejscowych sił policyjnych.

 

Któregoś wieczoru, kiedy w areszcie było bardzo smutno i samotnie, Tito Ralph odwiedził Danny’ego, przynosząc dwie butelki wina. Po godzinie wyszedł w celu uzupełnienia zapasów wina, a Danny mu towarzyszył, gdyż w areszcie było bardzo nieprzytulnie. Wstąpili więc do Torellego, gdzie nabyli wino i siedzieli, póki ich Torelli nie wyrzucił. Wtedy Danny położył się w lesie i zasnął, a Tito Ralph powlókł się chwiejnym krokiem do aresztu, żeby zameldować o ucieczce Danny’ego.

Jaskrawe słońce obudziło Danny’ego około południa. Postanowił ukrywać się cały dzień przed ewentualną pogonią. Biegał więc po lesie i chował się w krzakach, od czasu do czasu wyglądając spod poszycia jak ścigany lis. A wieczorem, ponieważ tradycji stało się zadość, wyszedł z ukrycia i zajął się swymi sprawami.

Były to sprawy bardzo proste. Chodził od restauracji do restauracji i pytał kucharza:

– Macie jakiś stary chleb dla psa?

A gdy wreszcie jeden łatwowierny kucharz zawijał skórki chleba, Danny porwał dwa plastry szynki, cztery jajka, barani kotlet i łapkę na muchy.

– Kiedyś ci zapłacę – powiedział.

– Nie musisz płacić za resztki – odparł kucharz. – Gdybyś ich nie wziął, byłbym je wyrzucił.

Po tym wyjaśnieniu w dużej części ustąpiły wyrzuty sumienia, jakie Danny miał z powodu kradzieży. Jeśli kucharz w ten sposób odnosi się do całej sprawy, to znaczy, że wina Danny’ego nie jest znowu taka wielka. Wrócił do Torellego, wymienił cztery jajka, kotlet barani i łapkę na muchy na dużą szklankę grappy i wycofał się do lasu na kolację.

Wieczór był ciemny i wilgotny. Między czarnymi sosnami strzegącymi granicy Monterey od strony lądu zawisła bezwładnie biała jak mleko mgła. Danny pochylił nisko głowę i stawiał szybkie kroki, aby czym prędzej znaleźć się pod osłoną lasu. Spostrzegł idącą przed nim szybko sylwetkę. Gdy odległość się zmniejszyła, Danny rozpoznał raźny krok swego starego przyjaciela Pilona. Danny był człowiekiem szlachetnym, ale w porę sobie przypomniał, że sprzedał całą swoją żywność z wyjątkiem dwóch plasterków szynki i torebki suchych skórek chleba.

Muszę go minąć niepostrzeżenie – postanowił. – Idzie on zresztą krokiem człowieka, który obżarł się pieczonym indykiem i innymi smakołykami.

Nagle Danny spostrzegł, że Pilon kryje coś zazdrośnie pod kurtką na brzuchu.

– Ai, Pilon, amigo! – zawołał.

Pilon przyspieszył kroku. Danny poderwał się do truchtu.

– Pilonie, drogi przyjacielu, gdzie się tak spieszysz?

Pilon pogodził się z nieprzychylnym zrządzeniem losu, stanął i czekał. Danny zbliżał się ostrożnie, przemawiając głosem pełnym entuzjazmu:

– Szukałem ciebie wszędzie, najdroższy z najdroższych przyjaciół, bo akurat mam dwa wielkie kotlety z mięsa boskiej świni i torbę słodziutkiego białego chleba. Możesz czerpać z mojego bogactwa, Pilonie, drogi przyjacielu.

Pilon wzruszył ramionami.

– Niech będzie – mruknął ponuro.

Poszli razem w las. Pilon był zadumany. Wreszcie stanął i obrócił się do przyjaciela.

– Danny – zapytał ze smutkiem – skąd wiedziałeś, że pod kurtką mam butelkę koniaku?

– Koniaku? – wykrzyknął Danny ze zdumieniem. – Ty masz koniak? Może niesiesz go dla chorej, starej kobiety? – spytał naiwnie. – Może chowasz go na ponowne przyjście naszego Pana Jezusa? Skąd zresztą mogę, drogi przyjacielu, odgadnąć przeznaczenie twojego koniaku! Nie jestem nawet pewien, czy go w ogóle masz. Poza tym wcale nie chce mi się pić. Nie tknąłbym twojego koniaku. Chętnie ci służę moimi kotletami, ale jeśli idzie o twój koniak, niech pozostanie on w dalszym ciągu wyłącznie twój i niczyj więcej.

Pilon odparł surowo:

– Danny, chętnie podzielę się z tobą moim koniakiem, pół na pół. Idzie mi tylko o to, byś go sam nie wyżłopał.

Danny zmienił temat.

– Tutaj na polanie upieczemy mojego prosiaka, a ty uprażysz słodkie ciasto, które mam w torbie. Butelkę z koniakiem postaw w miejscu, gdzie możemy ją widzieć, widząc jednocześnie siebie.

Rozpalił ogień, upiekli szynkę i jedli stary chleb. Poziom koniaku w butelce systematycznie się obniżał. Gdy się najedli, usiedli bliżej ognia i pociągali delikatnie z butelki jak napęczniałe, rozleniwione pszczoły. Mgła opadła nisko i przyciemniła ich kurtki wilgocią. Między sosnami wzdychał tęskno wiatr.

Po pewnym czasie serce Danny’ego i Pilona przytłoczył ciężar samotności. Danny myślał o swoich rozproszonych po świecie przyjaciołach.

– Gdzie jest Artur Morales? – jęknął, wyrzucając przed siebie dłonie z rozcapierzonymi palcami. – Zginął we Francji – odpowiedział sam sobie, obracając dłonie ku ziemi i opuszczając ręce gestem rozpaczy. – Zginął za swój kraj. Zginął na obcej ziemi, obcy ludzie przechodzą koło jego grobu i nawet nie wiedzą, że tam leży Artur Morales. – Znowu obrócił dłonie. – Gdzież jest nasz dobry Pablo? – jęknął.

– W mamrze – stwierdził Pilon. – Pablo ukradł gęś i schował ją w krzakach. Gęś zaczęła bić skrzydłami i uderzyła Pabla. Pablo krzyknął i tak go złapali. Teraz siedzi w mamrze i będzie siedział jeszcze pół roku.

Danny westchnął i zmienił temat, gdyż zdał sobie sprawę, iż wykorzystał już w pełni jedyną osobę, która mogła uświetnić jego przemówienie. Ale nie opuściło go przykre uczucie samotności, które nadal gwałtownie domagało się ujścia.

– Siedzimy sobie tutaj – odezwał się wreszcie.

– Ze złamanymi sercami – dokończył lirycznie Pilon.

– Nie, to nie poemat – powiedział Danny. – Siedzimy sobie tutaj bezdomni. Oddaliśmy nasze życie ojczyźnie, a teraz nie mamy nawet dachu nad głową.

– Nigdy nie mieliśmy – usłużnie rozwinął tę myśl Pilon.

Danny pił rozmarzony, aż Pilon musiał szturchnąć go pod żebro i odebrać butelkę.

– To mi przypomina historię o człowieku, który był właścicielem dwóch domów publicznych… – powiedział Danny i rozdziawił nagle usta. – Pilonie! – wykrzyknął. – Mój drogi przyjacielu, najmilsza istoto pod słońcem, byłbym zapomniał! Jestem spadkobiercą. Jestem właścicielem dwóch domów!

– Publicznych?... – spytał Pilon z nadzieją w głosie. – Nie, jesteś zapijaczonym łgarzem – uznał.

– Nie. Pilonie, złoty, kochany Pilonie, mówię prawdę. Viejo umarł, jestem spadkobiercą, ja, najukochańszy z jego wnuków.

– Byłeś jego jedynym wnukiem – uzupełnił realista Pilon. – Gdzie są te domy?

– Znasz dom, w którym mieszkał viejo w Tortilla Flat?

– Tu, w Monterey?

– Tak, w Tortilla Flat.

– I w tych domach można mieszkać?

Danny siedział wyczerpany podnieceniem.

– Nie wiem, zapomniałem, że je mam.

Pilon siedział zatopiony w myślach. Twarz mu posmutniała. Dorzucił do ognia garść sosnowego igliwia, patrzył, jak bucha w górę wysoki płomień i jak szybko przygasa. Potem Pilon długo wpatrywał się z głębokim niepokojem w twarz Danny’ego, wreszcie westchnął głośno parę razy.

– Teraz wszystko się skończyło – powiedział ze smutkiem. – Skończyły się wspaniałe czasy. Twoi przyjaciele będą po tobie płakać, ale nic im nie przyjdzie z ich płaczu.

Danny odstawił butelkę, Pilon natychmiast się nią zaopiekował.

– Co się skończyło? – spytał z niepokojem Danny. – Co masz na myśli, przyjacielu?

– Często się zdarza – ciągnął Pilon – że gdy ktoś jest biedny, myśli sobie, że gdyby miał pieniądze, podzieliłby się nimi ze swoimi dobrymi przyjaciółmi. Ale niech dostanie te pieniądze, ochota do miłosierdzia znika. Tak samo jest z tobą, mój były przyjacielu. Wyniosłeś się ponad przyjaciół. Jesteś teraz wielkim właścicielem dwóch domów, zapomnisz o swoich przyjaciołach, którzy dzielili się z tobą wszystkim, nawet koniakiem.

Te słowa niemile dotknęły Danny’ego.

– Ja tego nie zrobię – zaprzeczył żywo. – Nigdy nie zapomnę o tobie, Pilonie.

– Tak myślisz teraz – odparł zimno Pilon. – Ale kiedy zamieszkasz w tych dwóch domach, wtedy będziesz myślał inaczej. Wtedy Pilon będzie dla ciebie niegodnym paisano, a ty zaczniesz jadać z burmistrzem.

Danny wstał niepewnie i utrzymywał się w tej pozycji dzięki wydatnej pomocy znajdującego się obok drzewa.

– Pilonie! Wszystko, co mam, należy do ciebie. Dopóki ja mam dom i ty masz dom! Daj mi się napić.

– Aby w to uwierzyć, musiałbym wpierw zobaczyć – powiedział Pilon bez entuzjazmu. – Byłby to w istocie cud, gdyby twoje słowa okazały się prawdą. Zjeżdżaliby ludzie z odległości tysiąca mil, żeby ciebie oglądać. A koniaku już nie ma.

Rozdział 2

O tym jak Pilon, kierowany zachłannością, nadużył dobroci Danny’ego

Adwokat zostawił ich przy furtce drugiego domu i wsiadł do forda, który pyrkając, odjechał w stronę Monterey.

Danny i Pilon stali przed płotem, z którego oblazła farba, i pełni zachwytu przyglądali się nieruchomości – niskiemu, dawno niebielonemu domkowi o ślepych i pustych oknach. Tylko po ganku piął się wspaniały krzak czerwonych kastylijskich róż, a między zielskiem na podwórzu rosły wybujałe pelargonie.

– Ten dom jest lepszy – powiedział Pilon. – Większy od tamtego.

Danny trzymał w ręku nowiutki wytrych. Wszedł na palcach po rozklekotanych schodkach ganku i otworzył frontowe drzwi. Pierwszy pokój nie zmienił się od czasu, gdy mieszkał w nim viejo: Kalendarz Czerwonej Róży na rok 1906, jedwabna chorągiewka na ścianie, surowa twarz admirała Evansa wyglądająca zza wieżyczek krążownika, bukiet czerwonych bibułkowych róż zatknięty za belkę, wianuszki zakurzonego czerwonego pieprzu i czosnku, żelazny piec i zmordowane fotele bujane.

Pilon spojrzał na drzwi.

– Trzy pokoje – powiedział zachwycony – i łóżko, i piec. Będziemy tu bardzo szczęśliwi, Danny.

Danny z rezerwą chodził po pokojach. Miał gorzkie wspomnienia o viejo. Pilon wszędzie węszył i wpadł pierwszy do kuchni.

– Zlew i kran! – wykrzyknął. Odkręcił kurek. – Nie ma wody, Danny, trzeba iść do dyrekcji wodociągów i powiedzieć, żeby podłączyli wodę. – Roześmiany spojrzał na Danny’ego. Danny też się uśmiechnął, ale na jego twarzy malował się wyraz troski, jaka zawsze towarzyszy bogactwu. I już do końca życia troska ta nie zniknie. Już nigdy Danny nie będzie wybijał w mieście cudzych szyb, mając własne szyby do wybijania. Tak, Pilon miał rację, wychował się przecież między sobie podobnymi, jego plecy nawykłe były do ciężarów codziennego prostego życia.

Ale nim Danny pozostawił za sobą to nieskomplikowane życie, z ust wyrwał mu się jeden okrzyk bólu.

– Pilonie – powiedział ze smutkiem. – Szkoda, że to nie ty jesteś właścicielem domu, a ja nie przychodzę mieszkać z tobą.

Gdy Danny poszedł do Monterey, aby załatwić sprawę wody, Pilon powędrował do tonącego w gęstym zielsku ogródka. Rosły tam drzewa owocowe, sękate i sczerniałe ze starości, pokręcone i połamane z zaniedbania, leżało parę klatek kurzych podobnych do namiotów, stos zardzewiałych obręczy od beczek, kupy popiołu i zgniły materac. Pilon wyjrzał za płot w stronę kurnika pani Morales i po paru minutach intensywnego rozważania problemu zrobił w ogrodzeniu kilka dziur. Kury lubią składać jajka w wysokich zaroślach – pomyślał dobrotliwie. Zastanowił się też nad skonstruowaniem odpowiedniej pułapki na koguty, gdyby przypadkiem tu zaglądały, denerwując kury. Będziemy tu bardzo szczęśliwi – stwierdził.

Danny wrócił z Monterey oburzony.

– Ci od wody chcą depozytu.

– Depozytu?

– Tak. Włączenie wody kosztuje trzy dolary.

– Za trzy dolary – stwierdził Pilon – można kupić trzy galony wina. A jak wypijemy wino, pożyczymy wiadro wody od naszej sąsiadki, pani Morales.

– Przecież nie mamy trzech dolarów na wino – zauważył Danny.

– Wiem – odparł Pilon. – Może uda nam się pożyczyć trochę wina od pani Morales.

Minęło popołudnie.

– Jutro się tu urządzimy – oświadczył Danny. – Jutro będziemy szorowali i sprzątali dom. A ty, Pilonie, wyrwiesz zielsko i wyrzucisz śmieci do rowu.

– Wyrwać zielsko? – zawołał Pilon zgorszony. – Tylko nie zielsko. – I wyłuszczył swoją teorię dotyczącą drobiu pani Morales.

Danny natychmiast wyraził zgodę.

– Przyjacielu – powiedział – jestem szczęśliwy, żeś zamieszkał ze mną. Teraz pójdę po drzewo na opał, a ty postaraj się o coś do jedzenia.

Pilon przypomniał sobie swój koniak i doszedł do wniosku, że dzieje mu się krzywda. Popadam w zbytnią od niego zależność – pomyślał z goryczą. – Wkrótce utracę wolność, stanę się niewolnikiem tego Żyda posiadającego dom. Ale poszedł rozejrzeć się za czymś do jedzenia.

 

O parę ulic dalej, prawie na skraju lasu, wpadł na rosłego kogutka rasy plymouth rock. Kogutek dziobał sobie beztrosko w pyle drogi. Osiągnął ten okres koguciego dojrzewania, kiedy głos już jest ochrypły, ale nogi, szyja i pierś są jeszcze gołe. Biedny ptak zdobył sobie od razu pełną sympatię Pilona, być może dlatego, że Pilon znajdował się nadal w dobro­dusznym nastroju po rozważaniach na temat kur pani Morales. Pilon szedł wolno w stronę ciemnego lasu, a kurczak biegł przed nim.

Pilon rozmyślał: Biedne, nieopierzone stworzenie, jakżeż ci musi być zimno wczesnym rankiem, kiedy na ziemi osiada rosa, a powietrze jest wilgotne i chłodne po nocy. Nasz dobry Bóg nie zawsze jest dobry dla małych istot. I myślał także: Bawisz się tu na drodze, mały kurczaczku, a któregoś dnia przejedzie cię samochód. Gdyby cię od razu zabił, to jeszcze pół biedy, ale mógłby ci tylko połamać łapy i skrzydła, a wtedy reszta twojego żywota byłaby jednym pasmem udręki. Los bywa ciężki dla takich jak ty, miły kogutku.

Pilon skradał się wolno i ostrożnie. Czasami kogut próbował uskoczyć w bok i zwiać, ale gdzie skręcił, zawsze spotykał na swojej drodze Pilona. Wreszcie zniknął w cieniu sosnowego lasu. Pilon podążył za nim.

Dla większej chwały kogutka trzeba dodać, że nie wyrwał mu się najmniejszy okrzyk bólu. Kurczak, któremu Pilon wieszczył tragiczne koleje losu, zginął w spokoju, a w każdym razie po cichu, co jest również wielkim komplementem dla techniki Pilona.

Po dziesięciu minutach Pilon wynurzył się z lasu i ruszył w drogę powrotną. Kogut oskubany i poćwiartowany spoczywał w różnych kieszeniach Pilonowego ubrania. Jeśli w kodeksie postępowania Pilona znajdował się paragraf ważniejszy od innych, to brzmiał on następująco: W żadnych okolicznościach i pod żadnym pozorem nie przynoś do domu piór, głowy i łap, albowiem tylko po tych elementach poznać można kurę.

Wieczorem Danny i Pilon rozpalili w żelaznym piecu ogień z szyszek. Płomienie mruczały w kominie. Przyjaciele syci, szczęśliwi i ciepli siedzieli w fotelach, bujając się łagodnie. Do kolacji zapalili świecę, ale teraz tylko płomyki migające w szparach pieca rozpraszały mrok. Dla doskonałości całego obrazu deszcz zaczął bębnić w dach, do wnętrza przeciekało tylko troszkę, i to zresztą w miejscach, gdzie nikt nie miał zamiaru siedzieć.

– Dobre jest takie życie – stwierdził Pilon. – Pomyśl o tych zimnych nocach, które przespaliśmy na polu. Tak, takie życie jest lepsze.

– I jakie to dziwne – dodał Danny. – Przez tyle lat nie miałem domu, a teraz mam dwa. Nie będę przecież sypiał w dwóch domach.

Pilon nienawidził marnotrawstwa.

– Przez cały czas właśnie o tym myślę. Dlaczego drugiego domu nie dasz w dzierżawę? – zaproponował.

Danny zerwał się z wielkim hałasem.

– Pilonie miły! – wykrzyknął. – Dlaczegoż nie pomyślałem o tym wcześniej! – Propozycja wydawała mu się coraz lepsza. – Ale kto go wynajmie, Pilonie?

– Ja – zaproponował Pilon. – Będę ci płacił dziesięć dolarów miesięcznie.

– Piętnaście. To jest bardzo dobry dom. Wart jest piętnaście dolarów.

Pilon zgodził się, choć coś przy tym mruczał. Zgodziłby się i na sumę wielokrotnie wyższą, ponieważ przed oczami stanęła mu wizja podniosłego samo­poczucia człowieka, który mieszka we własnym domu. I Pilon marzył, by doznać tych podniosłych uczuć.

– A więc umawiamy się – zakończył dyskusję Danny. – Wynajmujesz ode mnie dom. Nie obawiaj się, będę dobrym gospodarzem, Pilonie, nie będę cię zbytnio męczył komornym.

Z wyjątkiem roku spędzonego w wojsku Pilon nigdy w życiu nie posiadał piętnastu dolarów, ale pomyślał sobie, że ma jeszcze cały miesiąc do dnia płatności, a któż potrafi przewidzieć, co się może zdarzyć w ciągu miesiąca.

Zadowoleni kiwali się przy ogniu. Po pewnym czasie Danny wyszedł z domu i szybko wrócił z naręczem jabłek. – I tak by zgniły po deszczu – wytłumaczył.

Nie chcąc pozostać w tyle, Pilon wstał i zapalił świecę. Poszedł do sypialni i zaraz wrócił z miednicą, dzbankiem do wody, dwiema wazami z czerwonego szkła i bukietem strusich piór.

– Nie należy trzymać w domu tylu tłukących się przedmiotów – powiedział stanowczo. – Stłuką się i wtedy będziesz się martwił, żeś je w ogóle miał. – Zdjął także ze ściany papierowe róże. – W prezencie dla señory Torelli – wyjaśnił, idąc do drzwi.

Po niedługim czasie wrócił zupełnie przemoczony, ale zadowolony z siebie, gdyż trzymał w ręku gąsiorek czerwonego wina.

Potem przyjaciele bardzo się kłócili, ale właściwie było im obojętne, kto kogo przegada, gdyż czuli straszne zmęczenie po dniu pełnym wrażeń. Wino działało usypiająco, więc usnęli na podłodze. Ogień na piecu wygasł, piec, stygnąc, lekko trzaskał, do ostatniej chwili wysyłając niebieskie płomyki protestu. W domu było ciemno, cicho i spokojnie.