Na wschód od Edenu

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 5

Na ranczo zaczęli dorastać mali Hamiltonowie, a co rok przybywał nowy. Jerzy był wysokim, przystojnym, pełnym łagodności i słodyczy chłopakiem, który od małego odznaczał się pewną ogładą. Już jako dziecko był grzeczny i, jak to się mówi, „łatwy”. Po ojcu odziedziczył schludność odzienia, ciała i włosów i nigdy nie wydawał się nieporządnie ubrany, nawet jeżeli tak było. Chłopiec bezgrzeszny, wyrósł na bezgrzesznego mężczyznę. Nigdy nie przypisano mu występku popełnionego z rozmysłem, a występki wynikające z zaniedbania były ledwie wykroczeniami. Kiedy osiągnął wiek średni, mniej więcej w czasie, gdy takie rzeczy stały się znane, wykryto, że ma złośliwą anemię. Możliwe, że jego cnotliwość żywiła się brakiem energii.

Następny był Will, przysadzisty i flegmatyczny. Miał mało wyobraźni, ale za to ogromną energię. Od dzieciństwa potrafił ciężko pracować, jeżeli ktoś mu powiedział, co ma robić, a kiedy mu już raz powiedziano, bywał niezmordowany. Był także konserwatystą, nie tylko w polityce, ale we wszystkim. Wszelkie nowinki uważał za rewolucyjne i unikał ich z podejrzliwością i niesmakiem. Lubił żyć tak, żeby nikt nie mógł mu nic zarzucić, aby zaś to osiągnąć, musiał żyć możliwie najpodobniej do innych ludzi.

Możliwe, że ojciec Willa miał coś wspólnego z jego niechęcią do wszelkich zmian czy urozmaiceń. Kiedy Will zaczął dorastać, ojciec przebywał w dolinie Salinas od zbyt niedawna, aby go tam uznawano za „starego kumpla”. Był w istocie obcokrajowcem i Irlandczykiem. W owym czasie Irlandczyków bardzo nie lubiano w Ameryce. Odnoszono się do nich z pogardą, zwłaszcza na Wschodnim Wybrzeżu, ale coś z tego musiało przesiąknąć i na Zachód. A Samuel miał nie tylko skłonność do urozmaiceń, ale był człowiekiem nowych pomysłów oraz innowacji. W małych, odciętych od świata społecznościach zawsze traktują takiego podejrzliwie, dopóki nie dowiedzie, że nie jest niebezpieczny dla innych. Człowiek tak błyskotliwy jak Samuel mógł i może sprawiać kłopoty. Na przykład okazać się zbyt pociągający dla żon mężczyzn, którzy wiedzą, że sami są nieciekawi. Poza tym było jeszcze jego wykształcenie i oczytanie, książki, które kupował i wypożyczał, wiedza o rzeczach nieprzeznaczonych ani do jedzenia, ani do noszenia, ani do mieszkania, zainteresowanie poezją i szacunek dla dobrego pisarstwa. Gdyby Samuel był bogaty, tak jak Thorne'owie czy Delmarowie, którzy posiadali wielkie domy i rozległe grunty, miałby na pewno dużą bibliotekę.

Delmarowie mieli bibliotekę, a w niej nic tylko książki – i całą wykładaną dębiną. Samuel, wypożyczając je, przeczytał więcej książek Delmarów niż oni sami. W owych czasach bogaty człowiek z wykształceniem był do przyjęcia. Mógł posyłać synów do college'u bez narażania się na czyjeś uwagi, mógł nosić kamizelkę, białą koszulę i krawat w dni powszednie, mógł chodzić w rękawiczkach i utrzymywać paznokcie w czystości. A jako że życie i praktyki ludzi bogatych były otoczone tajemnicą, więc któż wiedział, czego tacy mogli używać czy nie używać? Natomiast człowiek ubogi – po co mu poezja, malarstwo czy muzyka nie nadająca się do śpiewu lub tańca? Takie rzeczy nie pomagały mu przy zbieraniu plonów lub dbaniu o to, by dzieci miały co włożyć na grzbiet. A jeśli mimo to trwał przy swoim, bardzo możliwe, że miał jakieś powody, które nie ostałyby się w świetle dokładniejszych badań.

Samuel sporządzał rysunki rzeczy, które zamierzał wykonać z żelaza czy drewna. To było słuszne i zrozumiałe, nawet godne pozazdroszczenia. Ale na marginesach tych planów rysował inne rzeczy: czasami drzewa, to znowu twarze albo zwierzęta bądź robaki, czasem po prostu różne figury, których ani rusz nie można było rozpoznać. Na ich widok ludzie śmiali się niepewnie, z zakłopotaniem. Poza tym nigdy nie wiedziało się z góry, co Samuel pomyśli, powie czy zrobi – można było spodziewać się wszystkiego.

Przez pierwsze kilka lat po przybyciu Samuela do doliny Salinas otaczała go nieuchwytna nieufność. I kto wie, czy Will, jako mały chłopiec, nie słyszał pewnych rozmów w składzie w San Lucas. Mali chłopcy nie chcą, by ich ojcowie różnili się od innych ludzi. Will mógł właśnie wtedy nabrać konserwatywnych poglądów. Później, kiedy przybywały i dorastały następne dzieci, Samuel należał już do doliny, która była z niego dumna, tak jak dumny jest człowiek posiadający pawia. Już go się nie obawiali, bo nie uwodził im żon ani ich nie wywabiał ze słodkiej przeciętności. Dolina Salinas przywiązała się do Samuela, lecz w tym czasie Will był już całkowicie uformowany.

Niektóre jednostki, bynajmniej nie zawsze na to zasługując, są prawdziwymi ulubieńcami bogów. Wszystko im pcha się w ręce bez żadnych wysiłków czy planów z ich strony. Do takich należał Will Hamilton. A dary, jakie otrzymywał, były tymi właśnie, które potrafił ocenić. Już jako dorastający chłopiec miał szczęście. O ile jego ojciec nie potrafił robić pieniędzy, to Will musiał je robić, czy chciał, czy nie chciał. Kiedy hodował drób, a jego kury zaczęły się nieść, podniosła się cena jajek. Gdy był młodym człowiekiem, dwaj jego przyjaciele, prowadzący niewielki sklep, doszli do skraju sromotnego bankructwa, wobec czego poprosili Willa, żeby im pożyczył trochę pieniędzy na zapłacenie kwartalnych rachunków, i zaofiarowali mu na pociechę jedną trzecią udziałów. Nie okazał się sknerą. Dał im, o co prosili. Sklep stanął na nogi w ciągu roku, rozwinął się po dwóch latach, po trzech zaczął otwierać filie, obecnie zaś spadkobiercy tej firmy, tworząc ogromną sieć handlową, opanowali znaczną część tamtych obszarów.

Will przejął także za długi warsztat naprawy rowerów. Potem kilku bogatych ludzi z doliny kupiło samochody i jego mechanik zaczął przy nich pracować. Willowi dodał bodźca pewien zdeterminowany poeta, którego marzenia wyrażały się w mosiądzu, żeliwie i gumie. Nazwisko tego człowieka brzmiało Henry Ford, a jego projekty były wręcz śmieszne, jeżeli nie karygodne. Will niechętnie uznał południową połowę doliny za jego wyłączny teren i w ciągu piętnastu lat dolina została zarzucona fordami, a Will stał się bogatym człowiekiem prowadzącym własnego marmona.

Tom, trzeci syn, był najbardziej podobny do ojca. Urodził się w pasji, a żył w błyskawicach. Tom rzucił się w życie, na łeb na szyję. Był gigantem radości i entuzjazmu. Nie odkrywał świata i ludzi; sam ich tworzył. Kiedy czytał książki ojca, zdawało mu się, że jest pierwszym, który je otwiera. Żył w świecie tak lśniącym świeżością i tak niezbadanym jak Eden dnia szóstego. Umysł jego hasał niby źrebak po radosnym pastwisku, a kiedy później świat zaczął wznosić dokoła bariery, on rzucił się na druty, gdy zaś otoczyła go zewsząd ostateczna palisada, przebił się przez nią na wylot. I podobnie jak był zdolny do gigantycznej radości, potrafił też ulegać najgłębszemu smutkowi, tak że gdy zdechł mu pies, świat cały się zawalił.

Tom był pomysłowy jak jego ojciec, ale śmielszy. Próbował różnych rzeczy, na które ojciec by się nie ważył. Prócz tego dawały mu ostrogę potężne żądze, których Samuel nie znał. Możliwe, że to właśnie ów natarczywy popęd płciowy zmusił go do pozostania kawalerem. Urodził się w wysoce moralnej rodzinie. Kto wie, czy jego marzenia i tęsknoty, a także – skoro już o tym mowa – i ujścia, jakie im dawał, nie budziły w nim poczucia, że jest niegodny, nie wypędzały czasem jęczącego w góry. Tom był zabawną mieszaniną dzikości i łagodności. Pracował nieludzko, byleby tylko przez wysiłek pozbyć się dręczących pożądań.

Irlandczycy odznaczają się jakąś rozpaczliwą wesołością, ale krąży też pośród nich surowy i posępny duch, który im siada na ramionach i zagląda w myśli. Niech tylko zaśmieją się zbyt głośno, a już wtyka im długi palec w krtań. Potępiają sami siebie, zanim ich ktokolwiek oskarży, i to sprawia, że stale są w defensywie.

Kiedy Tom liczył sobie lat dziewięć, zamartwiał się, gdyż jego śliczna siostrzyczka Mollie miała wadę wymowy. Pewnego razu kazał jej szeroko otworzyć usta i wypatrzył, że przyczyną zła jest błona pod językiem. „Ja to załatwię” – powiedział. Zaprowadził siostrę do pewnej kryjówki daleko od domu, wyostrzył scyzoryk na kamieniu i przeciął to przykre kiełzno mowy. A potem odbiegł na stronę i zwymiotował.

Dom Hamiltonów rozrastał się w miarę rozrostu rodziny. Zaprojektowano go tak, żeby nigdy nie był wykończony, toteż można było dodawać przybudówki wedle potrzeby. Pierwotna izba z kuchnią wkrótce zniknęła w wikłaninie przybudówek.

Tymczasem Samuel bynajmniej się nie bogacił. Wyrobił się w nim przykry nawyk patentowania wynalazków – dolegliwość, na którą cierpi bardzo wielu. Wymyślił pewną część młockarni, lepszą, tańszą i sprawniejszą niż wszystkie dotychczas znane. Urząd patentowy zjadł jego skromny całoroczny zarobek. Samuel przesłał modele fabrykantowi, który czym prędzej odrzucił plany, natomiast posłużył się metodą. Nastąpiło kilka lat chudych na skutek wodzenia się po sądach, a ciągłe wydatki ustały dopiero wówczas, gdy Samuel przegrał sprawę. Było to dla niego pierwsze bolesne zetknięcie się z regułą, że bez pieniędzy nie można zwalczać pieniędzy. Jednakże dostał już gorączki patentowania i rok po roku pieniądze zarobione na młóceniu czy kowalstwie odpływały na patenty. Dzieci Hamiltonów chodziły boso, w połatanych drelichach, a jedzenia niekiedy brakowało – wszystko dlatego, że trzeba było płacić za wiotkie kalki kreślarskie z rysunkami spojeń, przekrojów płaskich i rzutów pionowych.

Są ludzie, którzy myślą na wielką skalę, i tacy, co myślą na małą. Samuel i jego synowie Tom i Joe myśleli na wielką skalę, natomiast Jerzy i Will – na małą. Joe był to czwarty syn – coś w rodzaju marzyciela, chłopiec bardzo kochany i otaczany opieką przez całą rodzinę. Wcześnie odkrył, że uśmiechnięta bezradność jest dla niego najlepszą obroną przed pracą. Wszyscy jego bracia pracowali twardo i pilnie. Natomiast łatwiej było wykonać robotę za Joego, niż go do niej przymusić. Ojciec i matka uważali go za poetę, ponieważ nie nadawał się do niczego innego. I wmówili mu to tak skutecznie, że pisywał gładkie wierszyki, aby udowodnić, iż mają rację. Joe był fizycznie leniwy, a prawdopodobnie także leniwy umysłowo. Prześnił na jawie całe swoje życie, a matka kochała go bardziej niż innych swoich synów, gdyż uważała, że jest niezaradny. W gruncie rzeczy był najmniej niezaradny ze wszystkich, bo przy minimum wysiłku pieszczoszek rodziny osiągał to, o co mu chodziło.

 

Za czasów feudalnych niezdatność do miecza i włóczni predestynowała młodzieńca do stanu duchownego; w rodzinie Hamiltonów niezdatność Joego do należytego pracowania na farmie i w kuźni predestynowała go do wyższej edukacji. Nie był chorowity ani słaby, ale nie miał tężyzny; kiepsko jeździł wierzchem i nie cierpiał koni. Cała rodzina śmiała się czule, kiedy wspominano, jak to Joe usiłował nauczyć się orać; jego pierwsza, kręta bruzda wiła się niczym strumyk na równinie, a druga zetknęła się z pierwszą raz tylko, aby ją przeciąć i odwędrować.

Stopniowo Joe wykręcił się od wszystkich gospodarskich obowiązków. Matka tłumaczyła, że buja myślami w obłokach, tak jakby to była jakaś szczególna zaleta.

Kiedy się okazało, że Joemu nic nie wychodzi, doprowadzony do depresji ojciec zapędził go do pasania sześćdziesięciu owiec. Wybrał mu pracę najłatwiejszą ze wszystkich i już klasycznie nie wymagającą żadnych umiejętności. Joe miał tylko jedno do roboty: być przy owcach. I Joe je pogubił – zgubił sześćdziesiąt owiec i nie mógł ich odnaleźć w cieniu wyschłego parowu, gdzie się stłoczyły. Według rodzinnych opowieści Samuel wezwał wtedy całą rodzinę, dziewczęta i chłopców, i kazał im przyrzec, że po jego śmierci zaopiekują się Joem, gdyż inaczej ten z całą pewnością zginie z głodu.

Na przemian z chłopcami urodziło się Hamiltonom pięć dziewczynek: Una, najstarsza, myśląca, chętna do nauki, ciemnowłosa dziewczyna, następnie Lizzie – zdaje się, że to jednak Lizzie była najstarsza, bo dali jej imię po matce; zresztą niewiele wiem o Lizzie. Wcześnie zaczęła wstydzić się rodziny. Młodo wyszła za mąż, wyjechała, i odtąd widywano ją tylko na pogrzebach. Miała niebywałą w rodzinie Hamiltonów skłonność do nienawiści i zacietrzewienia. Urodziła syna, a kiedy dorósł i poślubił dziewczynę, która nie podobała się Lizzie, matka nie odzywała się do niego przez parę lat.

Potem była Dessie, zawsze roześmiana, tak że każdy, kto z nią obcował, cieszył się z tego, bo milej spędzało się czas z Dessie niż z kimkolwiek innym.

Następna to Oliwia, moja matka. Po niej, ostatnia, Mollie, mała piękność o ślicznych blond włosach i fiołkowych oczach.

Tak przedstawiali się Hamiltonowie i było nieomal cudem, że Liza, ta chuda, drobna kurka, mogła rok w rok wydawać ich na świat, piec im chleb, szyć ubrania, a także uzbrajać w dobre maniery i żelazne zasady moralne.

Zdumiewająca rzecz, jak Liza kształtowała swoje dzieci. Nie miała najmniejszego doświadczenia życiowego, była nieoczytana i wyjąwszy jedyną, długą podróż z Irlandii, nieotrzaskana w świecie. Nie miała żadnych przeżyć z mężczyznami poza własnym mężem, co zresztą uważała za nużący, a czasem przykry obowiązek. Sporą część życia zajęły jej ciąże i wychowanie potomstwa. Jedyną jej pożywką intelektualną była Biblia, poza tym, co mówił Samuel i dzieci, których jednakże nie słuchała. W tej jednej księdze zawarła się dla niej cała historia, poezja, wiedza o ludziach i rzeczach, etyka, moralność i zbawienie. Nigdy nie studiowała ani nie analizowała Biblii; po prostu ją czytała. Liczne miejsca, w których ta najwyraźniej przeczy sama sobie, bynajmniej nie dezorientowały Lizy. I wreszcie doszła do tego, iż poznała Biblię tak dobrze, że dalej czytała ją, już nie słuchając.

Cieszyła się powszechnym szacunkiem, bo była zacną kobietą i wychowała zacne potomstwo. Każdemu mogła spojrzeć w oczy. Szanował ją mąż, szanowały dzieci i wnuki. Miała w sobie jakąś niespożytą siłę, brak wszelkiej kompromisowości i prawość w obliczu każdego napotkanego zła, wskutek czego ludzie czuli przed nią należny respekt, ale bez serdeczności.

Z żelazną determinacją nienawidziła napojów alkoholowych. Picie alkoholu pod wszelką postacią uważała za zbrodnię przeciw jakiemuś znieważonemu bóstwu. Nie tylko sama nie tykała trunków, ale sprzeciwiała się używaniu ich przez każdego. Wynikiem było naturalnie to, że jej mąż, Samuel, i wszystkie dzieci miały serdeczny, tęgi pociąg do wypitki. Raz, gdy Samuel był ciężko chory, zapytał:

– Lizo, nie dałabyś mi szklaneczki whiskey, żeby mi ulżyło? Wysunęła hardo drobną, mocno zarysowaną brodę.

– Chciałbyś stanąć przed tronem bożym, ziejąc gorzałką? Na pewno nie!

Samuel przewrócił się na drugi bok i dalej chorował, nie zaznawszy ulgi.

Kiedy Liza zbliżała się do siedemdziesiątki, zaczęła jej szwankować przemiana materii i doktor zalecił, by brała jako lekarstwo łyżkę stołową portwajnu. Pierwszą łyżkę wmusiła w siebie, krzywiąc się mocno, ale nie okazało się to takie złe. I od tej chwili oddech jej nie był już nigdy całkowicie wolny od alkoholu. Zawsze brała wino łyżką stołową, zawsze uważała, że to lekarstwo, ale po pewnym czasie doszła do ćwiartki dziennie i stała się o wiele spokojniejsza i bardziej zadowolona z życia.

Wszystkie dzieci Samuela i Lizy wychowały się i dobrze zbliżyły do dojrzałości przed schyłkiem dziewiętnastego stulecia. Na ranczo położonym na wschód od King City dorastało stadko Hamiltonów. A były to już amerykańskie dzieci, młodzieńcy i panny. Samuel nigdy nie wrócił do Irlandii i stopniowo zapomniał o niej całkowicie. Był bardzo zajęty. Nie miał czasu na nostalgię. Świat stanowiła dolina Salinas. Podróż do Salinas, położonego o sześćdziesiąt mil na północ, u wejścia do doliny, stanowiła wydarzenie, które wystarczało na cały rok, a nieustanna praca na ranczo, opieka nad liczną rodziną, jej wyżywienie i odzianie zajmowały mu większość czasu – ale nie wszystek. Samuel odznaczał się niespożytą energią.

Jego córka Una okazała się pilną uczennicą, pełną wewnętrznego napięcia i powagi. Dumny był z jej bystrego, badawczego umysłu. Oliwia po szkole średniej w Salinas przygotowywała się do egzaminów przed komisją okręgową. Miała zostać nauczycielką, co uważano za podobny zaszczyt jak w Irlandii posiadanie księdza w rodzinie. Joego zamierzano posłać do college'u – poza tym nie nadawał się absolutnie do niczego. Will znajdował się na prostej drodze do nieoczekiwanej fortuny. Tom sparzył się na życiu i teraz lizał rany. Dessie uczyła się kroju, a Mollie, śliczna Mollie, gotowała się do wyjścia za mąż za jakiegoś zamożnego człowieka.

Sprawa dziedziczenia nie istniała. Aczkolwiek ranczo na wzgórzu było spore, było także przepastnie ubogie. Samuel wiercił studnię za studnią, lecz ani rusz nie mógł znaleźć wody na swoim gruncie. To by wszystko odmieniło. Woda uczyniłaby go bogatym. Pojedyncza nędzna rura, którą pompowano wodę z głębi ziemi w pobliżu domu, była jedynym jej źródłem; niekiedy woda opadała niebezpiecznie, a dwa razy wyschła zupełnie. Bydło musiało przychodzić do pojenia z dalekiego skraju rancza, a potem znowu wracać na pastwisko.

Wszystko razem wziąwszy, była to dobra rodzina, zasiedziała, stabilna i pomyślnie wrośnięta w dolinę Salinas, ani uboższa, ani bogatsza od innych. Rodzina dobrze zrównoważona, obejmująca tak konserwatystów, jak radykałów, marzycieli, jak i realistów. Samuel był zadowolony z owoców swoich lędźwi.

ROZDZIAŁ 6

Kiedy Adam wstąpił do wojska, a Cyrus przeniósł się do Waszyngtonu, Karol pozostał sam na farmie. Przechwalał się, że weźmie sobie żonę, ale nie zabrał się do tego zwykłą metodą poznawania dziewcząt, zapraszania ich na tańce, wypróbowywania ich zalet czy wprost przeciwnie, i wreszcie osuwania się siłą bezwładu w małżeństwo. Prawda wyglądała tak, że Karol był chorobliwie nieśmiały w kontaktach z dziewczynami. I podobnie jak większość nieśmiałych mężczyzn, zaspokajał swoje naturalne popędy w anonimowości prostytucji. Nieśmiały mężczyzna znajduje poczucie bezpieczeństwa w obcowaniu z kurwą. Ponieważ bierze ona zapłatę, i to z góry, więc staje się towarem, i człowiek nieśmiały może pozwolić sobie wobec niej na absolutną swobodę, a nawet brutalność. Poza tym nie czuje lęku przed ewentualną odmową, który skręca trzewia bojaźliwym.

Sprawa była prosta i utrzymywana w rozsądnej tajemnicy. Właściciel zajazdu miał na najwyższym piętrze trzy pokoje dla przejezdnych gości, które wynajmował dziewczynom na okresy dwutygodniowe. Po dwóch tygodniach przychodził na ich miejsce nowy zespół dziewczyn. Właściciel, pan Hallam, nie brał w tym żadnego udziału. Mógł powiedzieć nieomal zgodnie z prawdą, że nic mu na ten temat nie wiadomo. Po prostu pobierał za trzy pokoje czynsz pięciokrotnie wyższy od normalnego. Dziewczyny werbował, dostawiał, przewoził, utrzymywał w dyscyplinie i okradał pewien rajfur nazwiskiem Edwards, który mieszkał w Bostonie. Jego pupilki powoli objeżdżały małe miasteczka, nigdzie nie zatrzymując się dłużej niż dwa tygodnie. Był to niezmiernie praktyczny system. Żadna nie przebywała w danej miejscowości dość długo, żeby wywołać komentarze obywateli czy szeryfa. Dużo przesiadywały w pokojach i unikały miejsc publicznych. Pod karą chłosty nie wolno im było pić, robić zamieszania czy zakochać się w kimkolwiek. Posiłki podawano im w pokojach, a klientów przesiewano starannie. Nie dopuszczano na górę, do dziewczyn, nikogo pijanego. Co pół roku każda dostawała miesiąc urlopu, żeby się mogła spić i wyszaleć. Jeżeli któraś okazała podczas służby nieposłuszeństwo, pan Edwards osobiście zdzierał z niej suknię, kneblował i batożył tak, że ledwie dychała. Jeżeli zrobiła to powtórnie, trafiała do aresztu, oskarżona o włóczęgostwo i publiczne uprawianie nierządu.

Dwutygodniowe turnusy miały jeszcze dodatkową zaletę. Niejedna dziewczyna, zarażona, w ten sposób niemal zawsze znikała, nim jej podarek wylągł się w kliencie. Nie było na kogo się wściekać. Pan Hallam nic o tym nie wiedział, a pan Edwards nigdy nie pokazywał się publicznie w oficjalnym charakterze. System objazdowy jemu też się opłacał.

Wszystkie dziewczyny były dosyć podobne do siebie – tęgie, zdrowe, leniwe i tępe. Klient prawie nie zauważał zmiany. Karol Trask zwykle odwiedzał zajazd przynajmniej co dwa tygodnie, wdrapywał się na najwyższe piętro, szybko załatwiał swoją sprawę i wracał do baru, aby tam lekko się spić.

W domu Trasków nigdy nie panowała wesołość, ale odkąd pozostał w nim tylko Karol, rodzinne gniazdo przybrało posępny wygląd ruiny. Koronkowe firanki zszarzały, podłogi, choć zamiatane, były lepkie i wilgotnawe. Całą kuchnię – ściany, okna i sufit – pokrywał niby lakierem tłuszcz ze smażenia. Dawniej ustawiczne szorowanie przez obie żony, które tutaj mieszkały, i przeprowadzane dwa razy do roku gruntowne porządki nie dopuszczały brudu. Karol natomiast rzadko robił cokolwiek poza zamiataniem. Zrezygnował z pościeli i sypiał pod kocem. Po co sprzątać dom, jeżeli nie ma kto go oglądać? Tylko w wieczory gdy szedł do zajazdu, mył się i wkładał czyste ubranie.

Zrodził się w nim jakiś niepokój, który wypędzał go na dwór o świcie. Karol pracował ciężko na farmie, ponieważ był samotny. Wróciwszy z pola, opychał się smażonym jedzeniem, kładł do łóżka i zasypiał, syty i ociężały.

Jego smagła twarz wyrażała powagę i apatyczność, co jest właściwe człowiekowi, który prawie stale jest sam. Brata brakowało mu bardziej niż matki i ojca. Czasy poprzedzające odjazd Adama wspominał niejasno jako szczęśliwy okres i pragnął, by powróciły.

Przez te lata ani razu nie chorował, oczywiście poza chroniczną niestrawnością, która była i jest powszechna wśród mężczyzn, którzy mieszkają w pojedynkę, sami sobie gotują i jedzą w samotności. Brał na to mocny środek przeczyszczający, który nosił nazwę Eliksir Życia Ojca Jerzego.

Raz jeden, w trzecim roku swojego osamotnienia, miał wypadek. Wykopywał głazy i zwoził je pod kamienny mur. Jeden spory głaz nie dawał się poruszyć. Karol podważał go długim żelaznym łomem, ale kamień obsuwał się wciąż i staczał z powrotem na swoje miejsce. Nagle Karol stracił panowanie nad sobą. Na twarzy pojawił mu się ów charakterystyczny uśmieszek; zaczął walczyć z kamieniem jakby z człowiekiem, w milczącej furii. Wbił łom głęboko pod niego i nacisnął całym swoim ciężarem. Łom wyśliznął mu się i górnym końcem trzasnął go w czoło. Przez długą chwilę Karol leżał nieprzytomny na polu, po czym przekręcił się na brzuch i powlókł, na wpół oślepiony, do domu. Na czole miał długą, poszarpaną pręgę, która biegła od włosów aż między brwi. Przez kilka tygodni bandaże na głowie przykrywały ropną infekcję, ale tym stanem się nie przejmował. W owych czasach uważano ropę za coś dobroczynnego, za dowód, że rana goi się należycie. Kiedy się wreszcie zgoiła, została po niej długa, pomarszczona blizna, a chociaż na ogół tkanka blizn bywa jaśniejsza od otaczającej ją skóry, u Karola przybrała kolor ciemnobrązowy. Możliwe, że łom wbił pod skórę rdzę żelaza i pozostawił coś w rodzaju tatuażu.

 

Raną Karol się nie martwił, natomiast blizną tak. Wyglądała jak podłużny ślad palca na czole. Często przyglądał jej się w małym lusterku wiszącym obok pieca. Zaczesywał włosy na czoło, aby ją w miarę możności ukryć. Wstydził się szramy, nienawidził jej. Kręcił się niespokojnie, kiedy ktoś na nią patrzał, a wzbierała w nim furia, jeżeli go na ten temat pytano. W liście do brata dał wyraz swoim uczuciom w tej mierze.

Wygląda to tak - pisał – jakby mnie ktoś naznaczył niczym krowę. To draństwo robi się coraz ciemniejsze. Pewnie całkiem sczernieje, zanim wrócisz do domu. Jeszcze mi tylko potrzeba drugiej na poprzek, a wyglądałbym jak papista w środę popielcową. Nie mam pojęcia, dlaczego ona mi tak przeszkadza. Mam mnóstwo innych blizn. Po prostu wygląda jakbym był naznaczony. A kiedy pojadę do miasta, na przykład do zajazdu, ludzie wciąż jej się przyglądają. Słyszę, jak o niej mówią, kiedy im się zdaje, że nie mogę usłyszeć. Nie wiem, dlaczego ich tak cholernie ciekawi. Dochodzi do tego, że w ogóle nie mam ochoty jeździć do miasta.

Adam został zwolniony z wojska w tysiąc osiemset osiemdziesiątym piątym roku i ruszył w drogę do domu. Zewnętrznie niewiele się zmienił. Nie trzymał się po wojskowemu. Kawaleria nie oddziaływała w ten sposób; niektóre pułki szczyciły się nawet niedbałą postawą.

Chodził jak we śnie. Niełatwo jest porzucić gruntownie unormowane życie, nawet jeżeli się go nienawidzi. Rano budził się w ułamek sekundy i leżał, czekając na pobudkę. Łydkom brakowało ucisku cholew, a gardło czuło się nagie bez ciasno zapiętego kołnierza. Przyjechał do Chicago, tam nie wiadomo dlaczego wynajął na tydzień umeblowany pokój, przemieszkał w nim dwa dni, pojechał do Buffalo, rozmyślił się i przeniósł do Niagary. Nie chciał wracać do domu i odkładał to, jak mógł najdłużej. Dom nie był miłym miejscem w jego myślach. Uczucia, jakich tam zaznał, już obumarły i z niechęcią przywracałby je do życia. Godzinami przypatrywał się wodospadom. Huk wody otumaniał go i hipnotyzował.

Pewnego wieczoru poczuł paraliżującą tęsknotę za bliskością kolegów z koszar i spod namiotów. Odruchowo zapragnął wmieszać się w tłum, byle jaki tłum, żeby w nim znaleźć ciepło. Pierwszym tłocznym miejscem publicznym, jakie mu się nawinęło, był mały, zadymiony i przepełniony barek. Odetchnął z rozkoszą, nieomal wtulił się w masę ludzką, tak jak kot wtula się w stosik drew na podpałkę. Zamówił whiskey, wypił, zrobiło mu się ciepło i dobrze. Nie patrzył ani nie słuchał. Po prostu wchłaniał w siebie kontakt z ludźmi.

Kiedy już było późno i goście zaczęli odpływać, czuł lęk przed chwilą powrotu do siebie. Niebawem pozostał sam na sam z barmanem, który wycierał i wycierał mahoniowy blat, usiłując wzrokiem i sposobem bycia nakłonić Adama do wyjścia.

– Poproszę jeszcze jednego – powiedział Adam.

Barman wyjął butelkę. Adam przyjrzał mu się po raz pierwszy. Miał na czole czerwone znamię.

– Jestem przejazdem w tych stronach – zagadnął Adam.

– U nas przy wodospadach najczęściej trafiają się tacy – odparł barman.

– Byłem w wojsku. W kawalerii.

– Aha – mruknął barman.

Adam poczuł nagle, że musi zaimponować temu człowiekowi, że musi się jakoś dobrać do niego.

– Biłem się z Indianami. Czasem nieźle bywało.

Tamten milczał.

– Mój brat też ma znak na czole.

– Mam to od urodzenia. – Barman dotknął palcami znamienia. – Z każdym rokiem robi się większe. Pański brat też ma takie?

– Nie, jego jest po skaleczeniu. Pisał mi o tym.

– Zauważył pan, że to moje wygląda jak kot?

– No.

– Przezywają mnie Kot. Całe życie to miałem. Powiadają, że matka musiała się zlęknąć kota, kiedy mnie nosiła.

– Ja teraz jestem w drodze do domu. Dawno tam nie byłem. Napije się pan?

– Dziękuję. Gdzie pan się zatrzymał?

– W pensjonacie pani May.

– Znam ją. Mówią, że leje w człowieka zupę, żeby nie mógł zjeść za dużo mięsa.

– Ano, w każdym zawodzie są sposoby.

– Chyba to prawda. W moim na pewno jest sporo.

– Z pewnością. – Adam pokiwał głową.

– Ale tego jednego, którego mi trzeba, to nie znam. A chciałbym znać.

– Jakiego?

– Co, do cholery, zrobić, żeby pan poszedł do domu i dał mi zamknąć lokal.

Adam zaczął się w niego wpatrywać, nic nie mówiąc.

– To żart – dodał niepewnie barman.

– Zdaje się, że rano wrócę do domu – stwierdził Adam. – To znaczy do mojego prawdziwego domu.

– Wszystkiego dobrego – powiedział barman.

Adam szedł przez pogrążone w ciemnościach miasto, przyspieszając kroku, jak gdyby jego samotność sunęła, węsząc, trop w trop za nim. Zmurszałe schody frontowe pensjonatu zaskrzypiały ostrzegawczo, gdy na nie wchodził. W półmroku sieni widział punkcik żółtego światła lampki naftowej, przykręconej tak, że migotała, dogasając.

Gospodyni stała w otwartych drzwiach swojego pokoju, a cień nosa padał jej aż na brodę. Zimne oczy prowadziły Adama na podobieństwo oczu malowanego en face portretu, a nos starał się wytropić whiskey, którą Adam miał w sobie.

– Dobranoc – rzekł Adam.

Nie odpowiedziała.

Na pierwszym zakręcie schodów obejrzał się. Stała z zadartą głową i teraz broda rzucała cień na szyję, a oczy nie miały źrenic.

Pokój pachniał wielokrotnie zwilżanym i osuszanym kurzem. Adam wyjął zapałkę i potarł ją o bok pudełka. Zapalił ogarek świecy tkwiący w lakierowanym lichtarzu i popatrzył na łóżko obwisłe jak hamak, przykryte brudną kołdrą uszytą z kawałków materiału, z której bokami wyłaziła wata.

Schodki od ganku znów jęknęły i Adam domyślił się, że kobieta i teraz stanie w progu, gotowa obryzgać nowego przybysza swą niegościnnością.

Usiadł na krześle, łokcie oparł na kolanach, a brodę na dłoniach. Jakiś lokator w głębi korytarza zaniósł się pośród cichej nocy cierpliwym, niekończącym się kaszlem.

I oto Adam wiedział już, że nie może jechać do domu. Słyszał od starych żołnierzy, że robili to, co on zamierzał zrobić teraz.

„Po prostu nie mogłem tego wytrzymać. Nie miałem gdzie iść. Nikogo nie znałem. Wałęsałem się i bardzo prędko obleciał mnie strach jak smarkacza; ani się obejrzałem, jak prosiłem wachmistrza, żeby mnie wziął z powrotem – zupełnie jakby mi robił łaskę”.

Wróciwszy do Chicago, Adam zaciągnął się znowu i poprosił o przydzielenie do jego dawnego pułku. Kiedy jechał pociągiem na Zachód, żołnierze ze szwadronu wydali mu się kochani i mili.

Czekając w Kansas City na przesiadkę, usłyszał, że ktoś wywołuje jego nazwisko, po czym wetknięto mu w rękę papier – rozkaz zameldowania się w Waszyngtonie w kancelarii Sekretarza Wojny. W ciągu pięciu lat służby Adam nie tyle nauczył się, ile przyswoił sobie zasadę niedziwienia się nigdy rozkazom. Dla prostego żołnierza wielcy, dalecy bogowie z Waszyngtonu byli kupą wariatów i jeśli chciał pozostać przy zdrowych zmysłach, jak najmniej myślał o generałach.

We właściwym momencie podał swoje nazwisko urzędnikowi i zasiadł w poczekalni. Tam odnalazł go ojciec. Minęła chwila, zanim Adam poznał Cyrusa, a jeszcze więcej czasu, nim do niego przywykł. Cyrus stał się wielkim panem. Ubrany był po wielkopańsku – w czarny sajetowy surdut i spodnie, czarny kapelusz z szerokim rondem i narzutkę z aksamitnym kołnierzem, a w ręku trzymał hebanową laskę, którą nosił jak pałasz. I zachowywał się jak wielki pan. Przemawiał powoli, miękko, miarowo i bez podniecenia, gestykulował szeroko, a nowo wstawione zęby nadawały mu jakiś wilczy uśmiech, nie pozostający w żadnej proporcji do odczuwanych wzruszeń.