Na wschód od Edenu

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 13

Niekiedy jakaś światłość rozjaśnia umysł człowieka. Zdarza się to prawie każdemu. Można wyczuć, jak narasta i zbliża się niczym lont, który się żarzy i przesuwa ku ładunkowi dynamitu. Czujemy ją w sobie, jest rozkoszą nerwów i ramion. Skóra delektuje się powietrzem, każdy głęboko zaczerpnięty oddech jest słodki. Z początku daje to taką samą przyjemność jak potężne, odprężające ziewnięcie, zapala się w mózgu i naraz cały świat rozbłyska nam przed oczami. Człowiek może przez całe życie bytować w szarości; otaczają go ziemia i drzewa ciemne i mroczne. Wydarzenia, nawet doniosłe, mogą przepływać mimo, blade i pozbawione oblicza. A potem nagle – światłość! Śpiew świerszcza staje się pieszczotą dla ucha, zapach ziemi unosi się ku nozdrzom jak pieśń, a cętki światła pod drzewem są zachwyceniem oczu. Wtedy człowiek wylewa się na zewnątrz jak potok, a jednak nie jest przez to umniejszony. I wydaje mi się, że wagę człowieka na świecie można odmierzyć jakością i liczbą tych światłości. Jest to sprawą jednostki, ale wiąże nas ona ze światem. Jest rodzicielką wszelkiego tworzenia i wyodrębnia każdego człowieka spośród wszystkich innych ludzi.

Nie wiem, co będzie w latach następnych. Na świecie zachodzą olbrzymie przemiany, jawią się siły kształtujące przyszłość, a jej oblicza nie znamy. Są między nimi takie, które wydają nam się złe, może nie same w sobie, ale dlatego, że zmierzają do usunięcia innych rzeczy, uznawanych przez nas za dobre. Prawdą jest, dwóm ludziom łatwiej dźwignie się większy kamień niż jednemu. Grupa może budować samochody szybciej i lepiej niż pojedynczy człowiek, a chleb z ogromnej piekarni-fabryki jest tańszy i bardziej jednolity. Ponieważ nasze pożywienie, odzienie i mieszkanie powstają wśród zawiłości masowej produkcji, więc też masowa metoda musi przeniknąć do naszego myślenia i wyeliminować wszelkie inne. W naszych czasach produkcja masowa czy kolektywna przedostała się do ekonomii, polityki, a nawet religii, tak że niektóre narody zastąpiły pojęcie Boga pojęciem kolektywu. Tu w moich czasach tkwi niebezpieczeństwo. Na świecie jest wielkie napięcie, bliskie punktu pęknięcia, a ludzie są nieszczęśliwi i zagubieni.

W takich czasach wydaje mi się rzeczą naturalną i słuszną zadać sobie pewne pytania: W co wierzę?

O co winienem walczyć i co winienem zwalczać?

Rodzaj ludzki jest jedynym rodzajem twórczym i posiada jedyne twórcze narzędzie: indywidualny umysł i duch człowieka. Nic nigdy nie zostało stworzone przez dwóch ludzi. Nie ma dobrej współpracy czy to w muzyce, czy w sztuce, w poezji, matematyce czy filozofii. Kiedy już się dokonał cud tworzenia, grupa może go rozbudować i rozszerzyć, ale nigdy niczego nie stworzy. Skarb ten spoczywa w samotnym umyśle człowieka.

Obecnie siły skupione wokół koncepcji grupy wydały eksterminacyjną wojnę owemu skarbowi – umysłowi ludzkiemu. Za pomocą zniewag, morzenia głodem, represji, narzuconego kierowania, ogłuszających ciosów młota, nakazów ściga się, krępuje, stępia i otumania wolny, niezawisły umysł. Smutna to i samobójcza droga, którą, jak się wydaje, obrał nasz rodzaj.

I w jedno wierzę: że wolny, badawczy umysł jednostki jest najcenniejszą rzeczą na świecie. Będę o to walczyć: by umysł miał możność podążać, niekierowany, tą drogą, jaką zapragnie. A przeciw temu muszę walczyć: przeciwko każdej idei, religii czy rządowi, które ograniczają lub niszczą jednostkę. Tym jestem i takie są moje dążenia. Mogę zrozumieć, dlaczego ustrój zbudowany według pewnego szablonu musi starać się zniszczyć wolny umysł, jest to bowiem jedyna rzecz, która przez rozumowanie może zniszczyć taki ustrój. Z pewnością potrafię to zrozumieć i nienawidzę tego, i będę przeciw temu walczył, aby zachować jedyną rzecz, jaka nas różni od nietwórczych zwierząt. Jeżeli uda się zabić światłość – będziemy zgubieni.

Adam Trask dojrzewał wpośród szarości, a firanki jego życia były jak zakurzone pajęczyny, jego dni zaś powolnym pasmem półsmutków i mdłego niedosytu – aż nagle, poprzez Cathy, przyszła do niego światłość.

Jest rzeczą obojętną, czy Cathy była tym, co nazwałem potworem. Może nie potrafimy jej zrozumieć, ale znów z drugiej strony sami jesteśmy zdolni do wielu rzeczy absolutnie rozbieżnych – do wielkich cnót i wielkich grzechów. Któż nie sondował kiedyś czarnych wód własnej duszy?

Możliwe, że każdy z nas ma w sobie jakąś utajoną sadzawkę, w której zło i szpetota lęgną się i rosną w siłę. Jednakże ta hodowla jest odgrodzona i pływające wewnątrz plemię wspina się na zapory jedynie po to, by znów spaść. Czy nie może się zdarzyć, iż w mrocznych sadzawkach niektórych ludzi zło nabiera takiej siły, że przesadza zapory, aby wypłynąć na swobodę? Czyż taki człowiek nie jest właśnie owym potworem i czy nie jesteśmy mu pokrewni przez nasze utajone wody? Byłoby czymś niedorzecznym, gdybyśmy nie rozumieli zarówno aniołów, jak szatanów, skoro ich sami wymyśliliśmy.

Bez względu na to, czym była Cathy, zapaliła ona w Adamie światłość. Duch jego wzleciał i wyzwolił go od lęku, goryczy i cierpkich wspomnień. Światłość taka rozjaśnia świat i odmienia go, podobnie jak wystrzelona rakieta odmienia pole bitwy. Być może, Adam w ogóle nie widział Cathy, tak bardzo jarzyła się w jego oczach. W umyśle miał wypalony obraz piękna i tkliwości – słodkiej, świętej dziewczyny, droższej nad wszelkie pojęcie, czystej i kochającej – i tym obrazem była Cathy dla swojego męża, i nic, co by zrobiła czy powiedziała, nie mogło wypaczyć tej Cathy Adama.

Oświadczyła, że nie chce jechać do Kalifornii, ale on nie słuchał, bo jego Cathy ujęła go za rękę i pierwsza ruszyła w drogę. Światłość jego była tak promienna, że nie dostrzegał posępnej boleści brata, nie widział błysku w jego oczach. Odsprzedał Karolowi poniżej rzeczywistej wartości swoją część farmy i mając to oraz przypadającą nań połowę pieniędzy ojca, był niezależny i bogaty.

Bracia nagle stali się sobie obcy. Wymienili uścisk dłoni na stacji i Karol został na peronie; patrzył za oddalającym się pociągiem i pocierał bliznę na czole. Poszedł do zajazdu, wypił jedną po drugiej cztery whiskey i wdrapał się po schodach na piętro. Zapłacił dziewczynie i nie mógł nic zdziałać. Płakał w jej objęciach, dopóki nie wyprosiła go za drzwi. Później zaczął szaleć na farmie, żyłował ją, dokupywał gruntu, obsiewał, obrządzał, rozszerzał jej granice. Nie znał odpoczynku ani rozrywki i stał się bogaty bez zadowolenia i szanowany bez przyjaciół.

Adam zatrzymał się w Nowym Jorku tylko tak długo, jak było trzeba, żeby zaopatrzyć siebie i Cathy w garderobę, po czym wsiedli do pociągu, który ich powiózł przez kontynent. Jakim sposobem trafili do doliny Salinas, to już bardzo łatwo zrozumieć.

W owych czasach kompanie kolejowe – rozrastały się i zwalczały wzajemnie, usiłując rozbudować się i osiągnąć przewagę – chwytały się wszystkich środków, ażeby zwiększyć frekwencję. Nie tylko ogłaszały się w gazetach, ale drukowały broszury i afisze, które opisywały i odmalowywały piękno i bogactwo Zachodu. Żadne zachęty nie były przesadne – zasoby tych ziem nie miały granic. Kompania Kolei Południowego Pacyfiku, kierowana z szaloną energią przez Lelanda Stanforda, zaczęła opanowywać wybrzeże Oceanu Spokojnego nie tylko w dziedzinie transportu, ale i polityki. Jej linie sięgały w głąb dolin. Wyrastały nowe miasta, otwierano i zaludniano nowe połacie kraju, gdyż kompania musiała sobie tworzyć klientów, żeby egzystować.

Długa dolina Salinas należała do eksploatowanych terenów. Adam obejrzał i przestudiował wspaniały barwny afisz, przedstawiający ją jako krainę, którą niebo usiłuje bez powodzenia naśladować. Ten, kto po przeczytaniu literatury na temat doliny Salinas nie miał ochoty tam osiąść, musiał być niespełna rozumu.

Adam nie spieszył się z zakupieniem ziemi. Nabył powozik i jeździł po okolicy, spotykał się z ludźmi, którzy tu wcześniej przybyli, rozprawiał o glebie i wodzie, klimacie i zbiorach, cenach i urządzeniach. Nie chodziło mu o spekulację. Przyjechał, żeby tu osiąść, założyć dom, rodzinę, może dynastię.

Jeździł rozradowany z farmy na farmę, podnosił grudki ziemi, kruszył je w palcach, rozmawiał, planował i marzył. Mieszkańcy doliny polubili go i byli zadowoleni, że przyjechał tu się osiedlić, bo wyczuwali w nim człowieka zasobnego.

Miał tylko jedną troskę, a mianowicie Cathy. Nie czuła się dobrze. Jeździła z nim po okolicy, ale była jakaś osowiała. Pewnego ranka poskarżyła się, że czuje się chora, i została w pokoju hotelowym w King City, podczas gdy Adam wyjechał na wieś. Wrócił około piątej po południu i znalazł ją półżywą z utraty krwi. Szczęściem zastał doktora Tilsona przy kolacji i odciągnął go od rostbefu. Doktor przeprowadził szybkie badanie, założył tampon i obrócił się do Adama.

– Może by pan zaczekał na dole?

– Nic jej nie będzie?

– Nic. Niedługo pana poproszę.

Adam pogłaskał Cathy po ramieniu, a ona uśmiechnęła się do niego.

Doktor Tilson zamknął drzwi za Adamem i zawrócił do łóżka. Twarz miał czerwoną z gniewu.

– Dlaczego pani to zrobiła?

Usta Cathy były wąską, napiętą kreską.

– Mąż wie, że pani jest w ciąży?

Głowa jej poruszyła się wolno z boku na bok.

– Czym pani to zrobiła?

Wpatrzyła się w niego.

Rozejrzał się po pokoju. Podszedł do biurka i wziął leżące tam szydełko do robótek. Potrząsnął nim przed jej nosem.

– Stary przestępca, stary zbrodniarz! – powiedział.

– Jest pani głupia. O mało pani się nie zabiła, a dziecka nie pozbyła się wcale. Pewnie pani brała też różne rzeczy, zatruwała się, wpuszczała sobie kamforę, naftę, pieprz turecki. Boże kochany! Co te kobiety wyprawiają!

 

Jej oczy były zimne jak szkło.

Przysunął krzesło do łóżka.

– Dlaczego pani nie chce mieć dziecka? – zapytał łagodnie. – Ma pani dobrego męża. Nie kocha go pani? Pani w ogóle nie ma zamiaru ze mną rozmawiać? Proszę mi odpowiedzieć, do diaska! Niech pani nie będzie uparta.

Wargi jej nie poruszyły się, a powieki nawet nie drgnęły.

– Droga pani – ciągnął. – Czyż pani tego nie rozumie? Nie wolno niszczyć życia. To jedno doprowadza mnie do szału. Bóg świadkiem, że tracę swoich pacjentów, bo umiem za mało. Ale próbuję – zawsze próbuję. A potem widzę takie rozmyślne morderstwo. – Mówił szybko dalej. Lękał się nieznośnej ciszy między jednym zdaniem a drugim. Ta kobieta była zastanawiająca. Miała w sobie coś nieludzkiego. – Może pani zna panią Laurel? Ona usycha z tęsknoty za dzieckiem. Dałaby wszystko, co ma czy kiedykolwiek mieć będzie, żeby urodzić dziecko, a pani… pani próbuje zadźgać swoje szydłem. Dobrze! – wykrzyknął. – Nie chce pani mówić, to nie. Ale ja powiem swoje. Dziecku nic się nie stało. Źle pani wycelowała. I jeszcze jedno: będzie pani miała to dziecko. Wiadomo pani, co nasze prawo ma do powiedzenia na temat skrobanki! Nie musi pani odpowiadać, ale proszę słuchać! Jeżeli to się powtórzy, jeżeli straci pani dziecko, a ja będę miał jakikolwiek powód podejrzewać brudne sztuczki, złożę na panią doniesienie, zaświadczę przeciwko pani i dopilnuję, żeby panią ukarano. A teraz mam nadzieję, że pani ma dość oleju w głowie, by mi wierzyć, bo zrobię to, co mówię.

Cathy zwilżyła wargi spiczastym czubkiem języka. Chłód zniknął z jej oczu, a na jego miejsce pojawił się bezsilny smutek.

– Żałuję tego. Żałuję. Ale pan nic nie rozumie.

– To dlaczego mi pani nie powie? – Jego gniew pierzchnął jak mgła. – Bardzo o to proszę.

– Trudno mi o tym mówić. Adam jest taki dobry, taki silny. A ja… cóż, ja jestem skażona… Epilepsja.

– Pani? Niemożliwe!

– Ja nie, ale mój dziadek i ojciec… i brat. – Zasłoniła oczy dłońmi. – Nie mogłam tego przynieść mojemu mężowi.

– Biedne dziecko – powiedział. – Moje biedne dziecko! Nie ma żadnej pewności. Jest więcej niż prawdopodobne, że pani maleństwo będzie wspaniałe i zdrowe. Obieca mi pani nie próbować już żadnych takich sztuk?

– Tak.

– No, to w porządku. Nie powiem mężowi, co pani zrobiła. A teraz proszę się położyć, to zobaczę, czy krwawienie ustało.

Po kilku minutach zamknął walizeczkę i schował szydło do kieszeni.

– Zajrzę tu jutro rano.

Gdy zszedł po wąskich schodach do holu hotelowego, Adam przyskoczył do niego. Doktor Tilson musiał się opędzać od zawieruchy pytań: „No i co? Jak się czuje? Jaka była przyczyna? Czy mogę pójść na górę?”.

– Prr, stój, stój! – Tu zastosował swoją sztuczkę, swój stały żart. – Pańska żona jest chora.

– Doktorze!

– Na jedyną dobrą chorobę, jaka istnieje…

– Doktorze…

– Będzie miała dziecko.

Szybko wyminął Adama, który stał z wybałuszonymi oczami. Trzej mężczyźni siedzący przy piecu popatrzyli na Adama i roześmiali się. Jeden zauważył obojętnym tonem:

– Gdyby mnie coś takiego spotkało… no, to zaprosiłbym paru, może ze trzech znajomych na kieliszek.

Aluzja ta poszła na marne. Adam niezdarnie pognał na górę po wąskich schodach.

Uwaga Adama skupiła się na ranczo Bordoniego, położonym o kilka kilometrów na południe od King City, ściśle mówiąc, prawie na połowie drogi między San Lucas a tym miastem.

Rodzina Bordonich miała dziewięćset akrów ziemi, resztówkę pozostałą z dziesięciu tysięcy akrów nadanych pradziadowi pani Bordoni przez koronę hiszpańską. Pochodzili ze Szwajcarii, ale pani Bordoni była córką i spadkobierczynią rodziny hiszpańskiej, która w odległej przeszłości osiedliła się w dolinie Salinas. Tak jak to się zdarzało większości starych rodzin, ziemia wymknęła im się z rąk. Część utracili przez hazardową grę, część odkrajano na podatki, a pewną ilość oddarli niby kupony po to, żeby nabywać przedmioty zbytku – to konia, to diament, to piękną kobietę. Pozostałe dziewięćset akrów było ośrodkiem pierwotnego nadania Sanchezów i zarazem najlepszą jego cząstką. Grunty te siedziały okrakiem na rzece i wpełzały na podnóża wzgórz, w tym miejscu bowiem dolina zwęża się, a dalej otwiera znowu. Dawny dom Sanchezów był jeszcze zdatny do użytku. Zbudowany z niewypalanej cegły, stał w małej rozpadlinie między stokami wzgórz, miniaturowej dolince nawadnianej cennym, stale bijącym źródłem słodkiej wody. Dlatego właśnie, rzecz jasna, pierwszy Sanchez zbudował tu swoją siedzibę. Ogromne dęby ocieniały dolinkę, a ziemia wyróżniała się nieznanym w tej okolicy bogactwem i obfitością zieleni. Mury niskiego domu były grube na cztery stopy, a krągłe krokwie powiązane rzemieniami z niewyprawionych skór, zakładanymi na mokro. Skóra kurczyła się i ściągała mocno krokwie i belki poprzeczne, a rzemienie stawały się twarde jak żelazo i prawie niezniszczalne. Ta metoda budowania ma tylko jedną wadę: szczury mogą przegryzać skórę, jeżeli im na to pozwolić.

Stary dom, jakby wyrastał wprost z ziemi i był bardzo ładny. Bordoni urządził w nim oborę. Był Szwajcarem, imigrantem, i odznaczał się właściwym swojemu narodowi umiłowaniem czystości. Nie miał zaufania do grubych murów z gliny, toteż zbudował opodal dom o konstrukcji szkieletowej; natomiast z głębokich wnęk okiennych starego domu Sanchezów wystawiały łby krowy.

Bordoni nie miał dzieci i kiedy jego żona zmarła w kwiecie wieku, męża nawiedziła przemożna tęsknota za dawną alpejską przeszłością. Chciał sprzedać ranczo i wrócić do kraju. Adam Trask nie spieszył się z kupnem, a Bordoni żądał wysokiej ceny i stosował metodę sprzedaży, która polegała na udawaniu, że nie dba się o to, czy się sprzeda, czy nie. Wiedział na długo przed Adamem, że ten kupi jego ziemię.

Adam zamierzał pozostać tam, gdzie osiądzie, i chciał, by pozostały tam również jego nienarodzone jeszcze dzieci. Obawiał się, że może kupić jakąś farmę, a potem zobaczyć inną, która mu się bardziej spodoba, przez cały czas zaś ciągnęło go do rancza Sanchezów. Wraz z pojawieniem się Cathy rozpostarło się przed nim życie długie i przyjemne. Jednakże formalnie zachował wszelkie środki ostrożności. Przemierzył powozem, konno i pieszo każdą piędź ziemi. Przeprowadził wiercenia podglebia, żeby zbadać, pomacać i powąchać ziemię z głębszych warstw. Wypytał się o pomniejsze dzikie rośliny pleniące się na polach, brzegach rzeki i wzgórzach. W wilgotnych miejscach przyklękał i oglądał odciśnięte w błocie tropy zwierząt: kuguara i jelenia, kojota i żbika, skunksa i szopa, łasicy i królika – wszystkie zasnute siatką tropów przepiórek. Błąkał się pośród wierzb, sykomorów i pnączy dzikiej jeżyny w łożysku rzeki, klepał pnie dębów wirginijskich i zwykłych, drzew madronio, wawrzynów i toyonów.

Bordoni obserwował go spod przymrużonych powiek i nalewał do kieliszków czerwone wino wyciśnięte z gron rosnących w małej winnicy, którą założył na stoku wzgórza. Lubił lekko sobie podchmielić każdego popołudnia. A Adam, który nigdy nie kosztował wina, rozsmakował się w nim.

Ciągle wypytywał Cathy o zdanie na temat ranczo. Czy jej się podoba? Czy czułaby się tam dobrze? I nawet nie słuchał jej odpowiedzi. Sądził, że żona podziela jego entuzjazm. W holu hotelowym w King City gwarzył z mężczyznami, którzy zbierali się tam wokół pieca i czytywali gazety przysyłane z San Francisco.

– Zastanawiam się nad wodą – powiedział pewnego wieczoru. – Ciekaw jestem, jak głęboko trzeba by wiercić, żeby zrobić studnię.

Jeden z ranczerów skrzyżował nogi w spodniach z diagonalu.

– Powinieneś się pan wybrać do Sama Hamiltona – powiedział. – Ten zna się na wodzie lepiej niż ktokolwiek w tych stronach. To taki wodny czarodziej, a i wiertacz studzien też. On panu powie. Wywiercił połowę studzien w tej części doliny.

Jego towarzysz zachichotał.

– Hamilton nie bez powodu zajmuje się wodą. Sam nie ma nawet marnej kropelki na swoim gruncie.

– Gdzie go można znaleźć? – zapytał Adam.

– Coś panu powiem. Wybieram się do niego, żeby mi zrobił parę kątowników. Jeżeli pan chcesz, możemy się zabrać razem. Spodoba się panu ten Hamilton. Fajny chłop.

– Prawdziwy geniusz dowcipu – dodał jego towarzysz.

Pojechali na ranczo Hamiltona bryczką Ludwika Lippo – Ludwik i Adam Trask. Żelazne kabłąki grzechotały w skrzynce, a udziec jeleni zawinięty w mokre płótno workowe, żeby go utrzymać w chłodzie, podskakiwał na żelastwie. W owych czasach zwyczaj nakazywał zabierać ze sobą jako podarek solidny kawał jedzenia, kiedy się do kogoś jechało, trzeba było bowiem zostać na obiedzie, jeżeli nie chciało się obrazić gospodarza. Jednakże paru gości mogło wywrócić całotygodniowy plan wyżywienia, jeżeli nie uzupełnili tego, co sami uszczknęli. Wystarczyła ćwiartka wieprza czy zadek wołowy. Ludwik urżnął udziec jeleni, a Adam zaopatrzył się we flaszkę whiskey.

– Muszę coś panu powiedzieć – zaczął Ludwik. – Pan Hamilton będzie kontent, ale jego żona nie pochwali. Na pańskim miejscu zostawiłbym flaszkę pod siedzeniem, a dopiero gdy zajedziemy pod warsztat, możesz pan ją wyciągnąć. Zawsze tak robimy.

– Nie pozwala się napić mężowi?

– Mała jest niczym ptaszek, ale poglądy ma sztywne jak stal. Lepiej zostaw pan tę flaszkę pod siedzeniem.

Zboczyli z głównego traktu i koleiną wypłukaną przez zimowe deszcze wjechali między żłobione bruzdami, wyschnięte wzgórza. Konie napierały na chomąta, a bryczka chwiała się i kołysała. Ostatni rok nie był łaskawy dla wzgórz, toteż już w czerwcu wyschły zupełnie, a przez krótką spieczoną trawę sterczały kamienie. Dziki owies wyrósł zaledwie na sześć cali nad ziemię, jak gdyby świadom, że jeśli nie wysieje się szybko, nie zdoła się wysiać w ogóle.

– Nie bardzo pociągająca okolica – stwierdził Adam.

– Pociągająca? Panie Trask, to jest taka okolica, że może złamać i zmarnować człowieka. Pociągająca! Pan Hamilton ma spory kawał ziemi, a mógłby na nim z głodu zdechnąć z tyloma dziećmi. Ranczo ich nie żywi. Hamilton zajmuje się rozmaitymi robotami, a jego chłopaki też już zaczynają trochę zarabiać. To pierwszorzędna rodzina.

Adam zapatrzył się na rząd ciemnych jadłoszynów, które wyglądały z parowu.

– Dlaczego, u licha, osiedlił się na takim gruncie?

Ludwik Lippo, jak zresztą każdy, lubił wyjaśniać różne rzeczy, zwłaszcza obcemu, jeżeli nie było przy tym nikogo miejscowego, kto mógłby mu zaprzeczyć.

– Ja panu powiem – rzekł. – Weź pan na przykład mnie. Mój ojciec był Włochem. Przyjechał tutaj po tych zaburzeniach w kraju, przywiózł trochę pieniędzy. Moje ranczo nie jest wielkie, ale ładne. Ojciec je kupił. Sam sobie wybrał. A weźmy pana – nie wiem, co pan masz w kieszeni, i nie mam zamiaru pytać, ale powiadają, że pan chce kupić stare ranczo Sanchezów, a Bordoni nigdy nie oddał niczego za darmo. Musisz pan mieć nabitą kabzę, bo inaczej nawet byś pan się o to nie dowiadywał.

– Nie narzekam – odparł Adam skromnie.

– Opowiem panu wszystko po kolei. Kiedy państwo Hamiltonowie przyjechali do doliny, nie mieli nawet nocnika, żeby się odlać. Musieli wziąć, co zostało – rządowe grunty, których nikt nie chciał. Na dwudziestu pięciu akrach takiej ziemi krowa nie wyżyje nawet w dobry rok, a w złe lata podobno i kojoty się stamtąd wynoszą. Ludzie mówią, że nie mają pojęcia, jak Hamiltonowie wytrzymali. Ale, rzecz jasna, pan Hamilton od razu zakasał rękawy – no i dzięki temu wyżyli. Pracował jako najemnik, póki nie zbudował sobie młockarni.

– Musiał się ostro wziąć do roboty. Od wszystkich o nim słyszę.

– Wziął się, a jakże. Wychował dziewięcioro dzieci. Założę się, że nie ma odłożonego nawet pół dolara. Bo i z czego?

Jeden bok bryczki podskoczył, przetoczył się przez duży krągły kamień i opadł. Konie były ciemne od potu i spienione pod chomątami i tylnikami.

– Chętnie z nim porozmawiam – rzekł Adam.

– Ano, panie łaskawy, doczekał się przynajmniej jednego pięknego żniwa: ma dobre dzieci i wychował je na ludzi. Wszystkie dają sobie radę, może z wyjątkiem Joego. Joe, to jest najmłodszy, ma podobno iść do szkół, ale reszta pierwszorzędnie sobie radzi. Pan Hamilton może być dumny. Dom stoi zaraz po drugiej stronie tego wzniesienia. Niech pan aby nie zapomni i nie wyciągnie whiskey, bo ona tak na pana spojrzy, że pan się z miejsca nie ruszy.

Wyschnięta ziemia pękała, nagrzana słońcem, a świerszcze ćwierkały.

– To naprawdę jest kraj zapomniany przez Boga – powiedział Ludwik.

– Aż mi się nieprzyjemnie robi, gdy na to patrzę.

– Niby dlaczego?

– Bo sam mam dość, żeby nie musieć żyć na takiej ziemi.

 

– Ja też, a wcale mi nie jest nieprzyjemnie. Nawet cholernie się cieszę.

Kiedy bryczka wjechała na szczyt wzniesienia, Adam zobaczył zabudowania, stanowiące siedzibę Hamiltonów: dom z licznymi przybudówkami, oborę, warsztat i szopę na wozy. Było to miejsce wyschnięte i przeżarte słońcem – nigdzie dużych drzew, tylko mały, ręcznie polewany ogródek.

Ludwik obrócił się do Adama, a w jego głosie zabrzmiała jakby lekka nuta wrogości.

– Chcę panu jasno powiedzieć parę rzeczy, panie Trask. Są tacy, którzy widząc po raz pierwszy Samuela Hamiltona, mogą pomyśleć, że on gada na wiatr. Bo nie mówi tak jak inni. To Irlandczyk. Głowę ma pełną planów – ze sto na dzień. I ciągle żyje nadzieją. Chryste Panie, przecież musi, żeby wytrzymać na tej ziemi! Ale niech pan jedno pamięta: to jest człowiek robotny, dobry kowal, a niektóre pomysły jakoś mu wychodzą. Słyszałem też, jak gadał o tym, co ma się stać, no i później tak się stało.

Adama zaniepokoiła ta nuta groźby.

– Nie jestem taki, co by traktował z góry innego człowieka. – Wyczuł, że Ludwik nagle zobaczył w nim obcego i wroga.

– Ja tylko chciałem, żebyś pan to dobrze zrozumiał. Są tacy, co przyjeżdżają tu ze Wschodu i uważają, że jeżeli człowiek nie ma kupy pieniędzy, to jest nic niewart.

– Do głowy by mi nie przyszło…

– Pan Hamilton może i nie odłożył sobie nawet pół dolara, ale to swój człowiek, trudno lepszego znaleźć. A dochował się najzacniejszej rodziny, jaką pan może spotkać. Chciałem tylko, żebyś pan o tym pamiętał.

Adam już miał powiedzieć coś więcej w swojej obronie, ale odparł tylko:

– Będę pamiętał. Dziękuję, że mi pan powiedział.

Ludwik znowu obrócił się do przodu.

– O, stoi tam. Widzi pan? Przed warsztatem. Musiał już nas dosłyszeć.

– Czy on ma brodę? – zapytał Adam, wytężając wzrok.

– A jakże, piękną brodę. Szybko mu bieleje.

Przejechali obok domu i dostrzegli wyglądającą na nich z okna panią Hamilton, po czym zatrzymali się przed warsztatem, gdzie Samuel stał, oczekując ich.

Adam ujrzał rosłego mężczyznę, brodatego niczym patriarcha, o siwiejących włosach, które poruszały się na wietrze jak puch ostu. Policzki powyżej brody miał rumiane, tam gdzie słońce opaliło jego irlandzką skórę. Ubrany był w czystą niebieską koszulę, drelichy i skórzany fartuch. Rękawy miał zakasane, a muskularne przedramiona także czyste. Jedynie dłonie miał usmolone od pracy w kuźni. Obrzuciwszy go szybkim spojrzeniem, Adam znowu popatrzył na oczy jasnobłękitne i pełne młodzieńczej radości. Wokoło nich rozchodziły się promieniście zmarszczki powstałe od częstego śmiechu.

– Ludwik! – zawołał Hamilton. – Cieszę się, że cię widzę. Nawet wśród rozkoszy naszego małego raju miło jest zobaczyć przyjaciół.

Uśmiechnął się do Adama, a Ludwik powiedział:

– Przywiozłem pana Adama Traska. Przyjechał ze Wschodu, żeby się tu osiedlić.

– Rad jestem – rzekł Samuel. – Uścisnę panu dłoń innym razem. Nie chciałbym panu uwalać rąk tymi moimi kowalskimi cęgami.

– Przywiozłem trochę kabłąków. Zrobisz mi parę kątowników? Rozleciało mi się korytko strzygacza przy żniwiarce.

– Jasne, że zrobię. Wysiadajcie, wysiadajcie. Postawimy konie w cieniu.

– Na tyle bryczki mam kawałek jelenia, a pan Trask też przywiózł małą niespodziankę.

Samuel zerknął w stronę domu.

– Może wyjmiemy tę „małą niespodziankę”, jak odstawimy bryczkę za szopę.

Adam zauważył śpiewną przeciągłość jego mowy, a jednak nie mógł wykryć żadnego słowa wypowiadanego z cudzoziemska, wyjąwszy może twarde „t” i podniebieniowe „l”.

– Ludwiku, może wyłożysz konie? Zaniosę mięso do domu. Liza się ucieszy. Bardzo lubi duszoną pieczeń z jelenia.

– Młodzi są w domu?

– A nie, nie ma ich. Jerzy i Will przyjechali na niedzielę, więc wszyscy razem wybrali się wczoraj wieczorem na tańce do szkoły w Peach Tree, w Kanionie Dzikiego Konia. Wrócą całą gromadą, kiedy się ściemni. Przez to nie mamy sofy. Opowiem wam później. Dostaną za swoje od Lizy. Tom to zrobił. Zaraz wszystko opowiem.

– Roześmiał się i ruszył ku domowi, niosąc zawinięty w worek udziec jeleni. – Jeżeli chcecie, możecie zabrać „małą niespodziankę” do warsztatu, tylko żeby słońce na tym nie błysnęło.

Usłyszeli, jak wołał, zbliżywszy się do domu:

– Lizo! Nigdy byś nie zgadła! Ludwik Lippo przywiózł kawał jelenia większy od ciebie.

Ludwik zajechał za szopę. Adam pomógł mu wyprząc konie i po podciągnięciu szlei uwiązać je na kantarach w cieniu.

– On mówił serio, żeby słońce nie błysnęło na butelce – powiedział Ludwik.

– Ona musi być prawdziwym biczem bożym?

– Tycia jest jak ptaszek, ale zakuta w stal.

– „Wyłożyć konie” – zastanawiał się Adam głośno. – Zdaje się, że gdzieś słyszałem albo czytałem takie wyrażenie.

Samuel odnalazł ich w warsztacie.

– Liza będzie uradowana, jeżeli zostaniecie na obiedzie.

– Przecież się nas nie spodziewała – zaprotestował Adam.

– Cicho, człowieku. Zrobi dodatkowo trochę klusek do pieczeni. To dla nas przyjemność gościć was tutaj. Daj mi te swoje kabłąki, Ludwiku, i pokaż, co z nich ma być.

Rozniecił wiórami ogień w czarnym wnętrzu kuźni, rozdmuchał go miechem, a potem dorzucił trochę mokrego koksu, aż się dobrze rozżarzyło.

– No, Ludwiku. Pomachajże teraz skrzydłem nad moim ogniem. Tylko powoli, bracie, powoli a równo. – Położył kawałki żelaza na rozżarzonym koksie. – Panie Trask, Liza zawsze gotowała dla dziewięciorga zgłodniałych dzieciaków. Nic jej nie zaskoczy. – Przeniósł cęgami żelazo w silniej rozpalone miejsce i zaśmiał się. – To ostatnie cofnę jako święte kłamstwo. Moja żona zawsze szemrze jak okrągłe kamienie w przybrzeżnych falach. I przestrzegam was obu przed wymawianiem słowa „sofa”. Jest to dla Lizy słowo gniewu i zmartwienia.

– Coś pan już o tym wspominał – zauważył Adam.

– Gdyby pan znał mojego syna Toma, zrozumiałby pan to lepiej. Ludwik go zna.

– Jasne, że znam.

– Mój Tom to istne półdiablę – ciągnął Samuel. – Zawsze więcej nakłada na talerz, niż może zjeść. Zawsze więcej sieje, niż może zebrać. Zanadto się cieszy, zanadto się martwi. Są tacy ludzie. Liza uważa, że ja jestem taki. Nie wiem, co czeka Toma. Może wielkość, a może stryczek – no cóż, Hamiltonów już nieraz wieszano. Kiedyś panu o tym opowiem.

– A ta sofa? – podsunął uprzejmie Adam.

– A, słusznie. Ja rzeczywiście, tak właśnie twierdzi Liza, nie lepiej umiem pilnować swoich słów niż krnąbrnych owiec. Otóż urządzili tańce w szkole i chłopcy – Jerzy, Tom, Will i Joe – postanowili iść wszyscy razem. No i oczywiście zaprosili dziewczęta. Jerzy, Will i Joe, biedne, prostoduszne chłopaki, zaprosili po jednej znajomej pannie, ale Tom – ten, jak zwykle, nabrał sobie za wiele. Zaprosił dwie siostry Williams, Jennie i Belle. Ile chcesz otworów do śrub, Ludwiku?

– Po pięć.

– Dobra. Otóż muszę panu powiedzieć, panie Trask, że mój Tom odznacza się całym egotyzmem i miłością własną chłopaka, który się ma za brzydkiego. Na ogół nie dba o siebie, ale niech tylko przyjdzie jakaś uroczystość, zaraz się ustroi w girlandy niczym słup na święto majowe, a ukrasi się jak wiosenne kwiaty. I to mu zabiera całkiem sporo czasu. Zauważyliście, że wozownia stoi pusta? Jerzy, Will i Joe wyjechali wcześnie i nie tak pięknie jak Tom. Jerzy wziął bryczkę, Will powozik, a Joe małą dwukółkę. – Błękitne oczy Samuela zabłysły z satysfakcji.

– No i wtedy wyszedł Tom, pyszny niczym rzymski cezar, a tu okazało się, że jedyną pozostałą rzeczą na kołach jest powózka pod siano, a na tym nie można zabrać nawet jednej siostry Williams. Źle to było czy dobrze, ale Liza akurat odprawiała drzemkę. Tom przysiadł na schodach i rozmyślał. Zauważyłem, że idzie do stajni, wyprowadza dwa konie i odczepia orczyki od powózki. Wywlókł z domu sofę i przeciągnął pod nią łańcuch – pod tą piękną półokrągłą sofą z końskiego włosia, którą Liza uwielbia. Podarowałem ją jej, żeby sobie odpoczywała, kiedy miał się narodzić Jerzy. No i po raz ostatni widziałem teraz tę sofę, gdy Tom, rozwalony na niej, wyjeżdżał na wzgórze, w drodze po obie siostrzyczki Williams. Boże kochany, przecież kiedy wróci, od tarcia po ziemi ta sofa będzie zestrugana na opłatek. – Samuel odłożył cęgi i wziął się pod boki, żeby się lepiej naśmiać. – A Lizie z nozdrzy zieje dym z siarki! Biedny Tom!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?