Księżyc zaszedł, W niepewnym boju

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 7

Biały sierp księżyca słabo rozświetlał ciemną, pogodną noc. Suchy i śpiewny wiatr wiał nieprzerwanie od samego bieguna ponad ośnieżonymi polami. Ziemię pokrywał śnieg, głęboki i suchy jak piasek. Domy tkwiły głęboko w ławicach śniegu. Czarne otwory okien zasłonięte były okiennicami przed zimnem. Wąskie smużki dymu unosiły się z kominów.

W mieście chodniki zamarzły w twarde, śliskie ścieżki. Ulice zapadły w milczenie, przerywane tylko krokiem przechodzących patroli. Domy czarnymi konturami odbijały od śniegu. Niewiele tylko ciepła zostawało w nich do poranka. U wejścia do kopalni żołnierze obserwowali niebo, posługując się przyrządami optycznymi i aparaturą nasłuchową, noc była bowiem dostatecznie jasna dla bombowców. W takie noce spadały na ziemię z ogłuszającym rykiem stalowe wrzeciona, pękały i rozpryskiwały się odłamki. Z nieba ziemię tej nocy widać było doskonale, choć księżyc – zdawało się – nasycał powietrze bardzo słabym światłem.

Gdzieś na przedmieściu, w dzielnicy domków z ogródkami, wył pies, skarżąc się na zimno i samotność. Podniósł nos do góry i zdawał swemu bogu długi i przesadny raport o sprawach tego świata pod kątem swego własnego losu. Był doświadczonym śpiewakiem, o wyrobionej krtani i bogatej skali dźwięków.

Sześciu ludzi patrolu, w ponurym nastroju ciężko przemierzających ulice tam i z powrotem, usłyszało psa. Jedna z opatulonych postaci powiedziała:

– Zdaje mi się, że każdą nocą ten pies coraz bardziej wyje. Trzeba by go chyba zastrzelić.

A inny odpowiedział:

– Po co? Niech wyje. Nawet przyjemnie brzmi. Miałem w domu psa, który wył. Nigdy nie udawało mi się przerwać tego wycia. Żółty pies. Nic mi wycie nie przeszkadza. Zabrali mojego psa, kiedy zabierali wszystkie inne – powiedział tępym głosem, sucho stwierdzając fakt.

– Trudno, nie można było żywić psów – dodał kapral – bo żywność była potrzebna ludziom.

– O, ja wcale nie narzekam, wiem, że tak trzeba było zrobić. Nie umiałbym tak wszystkiego obmyślać, jak to czynią nasi przywódcy. To zabawne, że niektórzy tutaj ludzie trzymają psy, a sami nie mają nawet tyle pożywienia co my. Chudzi są, to prawda, i ludzie, i psy.

– To głupcy – powiedział kapral. – Dlatego tak prędko przegrali. Nie umieją planować tak jak my!

– Zastanawiam się, czy po wojnie będziemy mieli psy – mówił żołnierz. – Sprowadzimy je pewnie z Ameryki czy skądinąd i zaczniemy je hodować. Ciekaw jestem, jakie rasy mają w Ameryce?

– Nie wiem – powiedział kapral. – Ale pewnie też jakieś zwariowane, jak wszystko u nich. – I dodał: – A może psy są w ogóle do niczego, w ogóle niepotrzebne, z wyjątkiem policyjnych?

– Może być – powiedział żołnierz. – Słyszałem, że Wódz nie lubi psów. Na ich widok swędzi go i kicha.

– Słyszy się różne rzeczy – powiedział kapral. – Słuchajcie! – Patrol zatrzymał się. Z daleka dobiegło bzyczenie samolotów. – Nadchodzą – powiedział kapral. – Na szczęście wszystkie światła są wygaszone. Minęły chyba dwa tygodnie od ostatniego nalotu, prawda?

– Dwanaście dni – sprostował żołnierz.

Żołnierze pełniący wartę przy kopalni też usłyszeli wysokie, monotonne brzęczenie samolotów.

– Wysoko lecą – zauważył sierżant.

Kapitan Loft zadarł głowę do góry, żeby dojrzeć spod hełmu niebo.

– Na wysokości ponad sześciu tysięcy metrów – ocenił. – Może tylko przelecą nad nami.

– Nie jest ich dużo – stwierdził sierżant. – Chyba nie więcej niż trzy. Czy mam dać znać baterii?

– Nie, sprawdźcie tylko, czy jest w pogotowiu, a potem zatelefonujcie do pułkownika Lansera. Nie, nie telefonujcie, bo może nie do nas lecą. Są już prawie nad nami, a jeszcze nie zaczęły nurkować.

– Zdaje mi się, że krążą nad nami. Chyba tylko dwa samoloty – powiedział sierżant.

Ludzie w mieszkaniach także usłyszeli samoloty, skulili się w łóżkach i nasłuchiwali. W pałacyku burmistrza wysoki, monotonny dźwięk obudził pułkownika Lansera, który obrócił się na plecy i szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w ciemny sufit. Wstrzymał oddech, żeby lepiej słyszeć, ale wtedy serce biło mu tak głośno, że słyszał gorzej niż przy swobodnym oddychaniu. Burmistrz Orden słuchał właśnie szumu samolotów we śnie, śnił o nich, więc poruszył się i westchnął, śpiąc dalej.

Wysoko nad miastem zataczały koła dwa bombowce, dwa samoloty o barwie błotnistej mazi. Piloci odcięli dopływ paliwa, leciały teraz cicho, wciąż krążąc. Z ich brzuchów wypadać poczęły drobne przedmioty, setkami, jeden po drugim. Początkowo spadały w dół, jak kamienie, ale zaraz potem otwierały się spadochroniki i powoli, bezgłośnie opadały wraz z pakuneczkami na ziemię. Silniki samolotów znów zahuczały pełnym warkotem, nabrały wysokości i znów umilkły, zataczając koła i wypuszczając ładunek drobnych przedmiotów. Wreszcie zawróciły i odpłynęły w tym samym kierunku, skąd nadleciały.

Maleńkie spadochrony unosiły w powietrzu, podobne do puszków ostów. Wiatr je rozwiewał i osadzał na ziemi jak nasiona tej rośliny; niósł je tak wolniutko i składał na ziemi tak delikatnie, że dwudziestopięciocentymetrowe pakunki cicho siadały na śniegu, a wokół nich układały się spadochrony, znacząc śnieg ciemnymi punktami. Lądowały na polach, w lesie, na zboczach wzgórz, zwieszały się z gałęzi drzew. Niektóre spadały na dachy domów, a jeden utknął w śnieżnej koronie na głowie posągu świętego Alberta Misjonarza.

Jeden spadochronik opadł na ulicę, tuż przed idącym patrolem.

– Uwaga! To bomba zegarowa! – krzyknął kapral.

– Trochę za małe jak na bombę – zauważył żołnierz.

– W każdym razie nie podchodzić blisko. – Sierżant wyjął latarkę i oświetlił przedmiot. Był to spadochronik nie większy od chustki do nosa, barwy bladoniebieskiej, z uwieszonym pakunkiem owiniętym w niebieski papier. – Nie dotykać – powiedział sierżant. – Harry, idź do kopalni i sprowadź tu kapitana. Tę diabelską rzecz będziemy mieć tymczasem na oku.

O późnym brzasku ludzie, wyszedłszy z domów, spostrzegli niebieskie plamy na śniegu. Podchodzili do nich, podnosili je, odwijali papier i czytali wydrukowany tekst. Znalazłszy wyczekiwany dar, stawali się nagle tajemniczy, chowali pod ubraniem długie rurki, szli do wiadomych sobie skrytek chowali je tam.

O darze z nieba dowiedziały się dzieci. Przetrząsały okolice w poszukiwaniu tych straszliwych wielkanocnych petard. Gdy dostrzegły niebieski kolor, biegły do celu, otwierały paczkę, chowały rurkę, a w domu tajemnicę przekazywały rodzicom. Zdarzało się niekiedy, że ludzie opętani strachem zwracali owe rurki władzy wojskowej, ale były to nieliczne przypadki. W mieście krążyli żołnierze, polując na zrzuty, nie byli jednak ani tak szybcy, ani tak sprawni jak dzieci.

W salonie pałacyku burmistrza stół i krzesła stały na środku, tak jak je ustawiono w dniu sądu nad Aleksem Mordenem. Pokój nie miał już tego wdzięku, co dawniej. Ściany, spod których usunięto krzesła, były puste. Stół, zarzucony papierami, zamienił salon w pokój biurowy. Zegar na kominku wybił godzinę dziewiątą. Dzień był jeszcze ciemny, niebo zachmurzone, wraz ze świtem nadciągały bowiem ciężkie śniegowe chmury.

Anna weszła do salonu z pokoju burmistrza. Zatrzymała się przy stole, spojrzała na leżące na nim papiery. Wszedł kapitan Loft. Widząc Annę, zatrzymał się w drzwiach.

– Co tu robicie? – zapytał.

– Słucham pana? – odpowiedziała kwaśno Anna.

– Pytałem, co tu robicie.

– Chciałam sprzątać, proszę pana.

– Proszę to zostawić w spokoju i wyjść.

– Dobrze, proszę pana. – Ale została, póki się nie obrócił, po czym dopiero opuściła pokój.

Stojąc w progu, zwrócony twarzą ku schodom, kapitan Loft powiedział:

– Tak, proszę to wnieść tutaj. – Do pokoju wszedł żołnierz z karabinem przewieszonym przez ramię, w rękach trzymał kilkanaście niebieskich pakuneczków, z których zwieszały się na sznurkach kawałki niebieskiej tkaniny. – Połóżcie to na stole – mówił dalej Loft. Żołnierz ostrożnie złożył pakunki. – A teraz idźcie do pułkownika Lansera i zameldujcie, że jestem tutaj z tymi… rzeczami. – Żołnierz zrobił w tył zwrot i opuścił pokój.

Loft podszedł do stołu, wziął w rękę jedną paczuszkę. Patrzył na nią z niesmakiem. Podniósł do góry niebieską tkaninę, potrzymał nad głową i puścił. Tkanina rozwinęła się i spadochron opadł na podłogę. Znów wziął w ręce pakuneczek, oglądał go badawczo.

Pułkownik Lanser szybkim krokiem wszedł do pokoju, a za nim major Hunter. Hunter trzymał w ręce kwadrat żółtego papieru.

– Dzień dobry, kapitanie – powiedział Lanser. Podszedł do stołu i usiadł. Patrzył chwilę na stosik rurkowatych pakunków, wziął jeden do ręki. – Niech pan siada, Hunter! Czy już pan to badał?

Hunter wysunął krzesło spod stołu i usiadł. Patrzył na żółty papier trzymany w ręce.

– Niezupełnie. Mamy dziś w trzech miejscach zerwane tory kolejowe, wszystkie w zasięgu dziesięciu kilometrów.

– Niech pan to obejrzy i powie, co to jest – powiedział Lanser.

Hunter wziął jedną z paczuszek, zerwał opakowanie. Wewnątrz rurki leżał mały pakuneczek. Hunter wyjął nóż, otworzył rurkę. Kapitan Loft zaglądał mu przez ramię. Następnie Hunter powąchał zawartość rurki, roztarł w palcach odrobinę proszku i powiedział:

– Co za naiwność, przecież to zwyczajny dynamit! Nie wiem, jaki tam jest procent nitrogliceryny, muszę to sprawdzić. – Spojrzał na końcówkę rurki. – Ma prawidłową nasadkę, rtęć piorunującą i zapalnik z jednominutowym opóźnieniem, przypuszczam. – Odrzucił rurkę na stół. – To bardzo tanie i bardzo proste – powiedział.

Pułkownik spojrzał na Lofta.

– Jak pan myśli, ile tego zrzucono?

– Nie wiem. Znaleźliśmy około pięćdziesięciu pakunków i około dziewięćdziesięciu samych spadochroników. Nie rozumiem, dlaczego ludzie zostawiają spadochroniki na miejscu, a zabierają tylko rurki. Ale zapewne nie wszystko jeszcze znaleźliśmy.

 

– Mniejsza z tym. – Lanser machnął ręką. – Mogą zrzucać tyle, ile się im podoba. Nie jesteśmy w stanie temu przeszkodzić ani użyć tego przeciwko nim. Nie podbili żadnego terytorium.

– Możemy zmieść ich z powierzchni ziemi – powiedział Loft z okrucieństwem.

Hunter przyglądał się miedzianej czapeczce, wystającej z jednej z laseczek.

– Tak, możemy – potwierdził Lanser. – Czy pan zwrócił uwagę na opakowanie, Hunter?

– Jeszcze nie, nie miałem czasu.

– To jest diabelski pomysł. Opakowanie jest niebieskie, łatwo wpada w oko. Pod zewnętrznym opakowaniem jest mały pakuneczek, w nim kawałek czekolady. Każdy będzie się za tym uganiał. Założyłbym się, że nasi żołnierze będą podkradać tę czekoladę. A dzieci będą szaleć za tym.

Wszedł żołnierz, położył przed pułkownikiem kwadrat żółtego papieru i wycofał się. Lanser spojrzał na papier i roześmiał się ochryple.

– Znów coś dla pana, Hunter. Znów w dwóch miejscach zerwany tor.

Hunter oderwał oczy od miedzianej czapeczki i zapytał:

– Jaki zasięg mają te zrzuty? Czy wszędzie je puszczają?

Lanser zamyślił się.

– Nie, i to jest najdziwniejsze. Rozmawiałem już ze stolicą. To jedyne miejsce, na które je zrzucono.

– Czym pan to sobie tłumaczy? – spytał Hunter.

– Cóż, niełatwo odpowiedzieć. Mogli tu zrobić punkt doświadczalny. Jeśli okaże się skuteczne tutaj, będą to stosować wszędzie. Jeśli zawiedzie, zrezygnują.

– Co pan z tym zrobi? – pytał dalej Hunter.

– Dostałem już rozkaz: znaleźć i zniszczyć wszystkie, całkowicie, żeby odechciało im się zrzucać gdzie indziej.

– Nie wiem, jak zdołam naprawić zerwane w pięciu miejscach tory – powiedział Hunter żałośnie. – Nie starczy mi nawet szyn.

– Będzie pan musiał wydostać je ze starych bocznic.

– To będzie piekielne torowisko – odpowiedział Hunter.

– Trudno, ale będzie.

Major Hunter rzucił na stos otworzoną rurkę.

– Musimy natychmiast z tym skończyć, panie pułkowniku! – wybuchnął Loft. – Musimy zatrzymać i karać wszystkich, którzy podnoszą te diabelstwa, zanim użyją ich przeciwko nam. Musimy zająć się tym natychmiast, aby ludzie nie pomyśleli, że jesteśmy słabi.

Lanser uśmiechnął się.

– Spokojnie, kapitanie Loft. Musimy najpierw dokładnie to zbadać, a potem będziemy myśleć o przeciwdziałaniu. – Wziął ze stosu nową paczuszkę i odwinął ją. Wyjął z niej kawałek czekolady, spróbował i powiedział: – To naprawdę diabelska historia! Zupełnie smaczna czekolada. Sam nie mogę się jej oprzeć. Nagroda pocieszenia! – Wziął w palce dynamit. – Co pan o tym naprawdę myśli, Hunter?

– To, co już panu mówiłem. Tanie i wybitnie efektowne w działaniu, naturalnie w niewielkim promieniu, dynamit z nakrętką i zapalnikiem o jednominutowym opóźnieniu. Doskonałe dla kogoś, kto wie, jak się z tym obchodzić, do niczego dla tych, którzy nie wiedzą.

Lanser studiował napisy na zewnętrznej stronie opakowania.

– Czy pan to czytał?

– Tylko rzuciłem okiem – powiedział Hunter.

– A ja przeczytałem, i proszę, niech pan uważnie słucha: „Do ludzi nieugiętych. Schowajcie to. Będzie wam później potrzebne. Dar od waszych przyjaciół dla was, a wasz – dla okupantów. Nie usiłujcie robić tym wielkich rzeczy”. – Zaczął wyrywkowo cytować pozycje instrukcji. – O, wskazówka co do torów kolejowych. „Zakładajcie nocą”… i „Zrywajcie przewody”. A teraz instrukcja głosi: „Szyny. Umieszczać laseczkę pod szynami, tuż przy złączach, przymocować ją ściśle do części łączącej… Obłożyć mocno szlamem lub ubitym śniegiem. Od chwili uruchomienia zapalnika liczyć powoli do sześćdziesięciu, nim nastąpi wybuch”. – Spojrzał na Huntera, który rzekł po prostu:

– Tak to działa.

Lanser znów wyrywał z tekstu poszczególne zdania i słowa:

– „Mosty – tylko osłabiać, nie wysadzać” A tu: „Słupy przewodów elektrycznych i telefonicznych”… i tu: „Przepusty, ciężarówki”. – Położył na stole niebieską instrukcję. – A więc tak…

– Musimy coś zrobić! – powiedział z gniewem Loft. – Musi być jakiś sposób zapanowania nad nimi! Co mówili w głównej kwaterze?

Lanser zagryzł wargi, bawił się rurką trzymaną w palcach.

– Mogłem był powiedzieć panu, co usłyszę, zanim mi powiedzieli. Dostałem rozkaz: „Stosować miny pułapki i zatruwać czekoladę”. Milczał chwilę, potem dodał: – Hunter, jestem dobrym, lojalnym żołnierzem, ale czasem, kiedy dowiaduję się o pomysłach kwatery głównej, wolałbym być cywilem, starym, kalekim cywilem. Im się zdaje, że mamy do czynienia z durniami. Nie chcę przez to powiedzieć, że to jest wyznacznikiem ich inteligencji.

Hunter nieco ubawiony spytał:

– Naprawdę?

– Nie, tak nie myślę – powiedział nieco ostrzej Lanser. – Ale co dalej? Ktoś podniesie taki zrzucik i zostanie rozerwany na kawałki przez naszą minę pułapkę. Dziecko zje czekoladę i umrze otrute strychniną. I co dalej? – Spojrzał na swoje ręce. – Potem będą sprawdzać nasze pułapki tyczką, czekoladę będą próbować na kotach. Do licha, majorze, to są inteligentni ludzie. Dwa razy nie dadzą się złapać na głupi kawał.

Loft odchrząknął.

– Panie pułkowniku, to są słowa defetysty. Musimy coś zrobić. Jak pan sądzi, dlaczego zrzuty miały miejsce tylko tu?

– W grę wchodzą dwie możliwości: bądź wybrano to miasto przypadkowo, bądź istnieje jakaś droga porozumienia między miastem a światem zewnętrznym – odpowiedział Lanser. – Wiemy przecież, że kilku młodych ludzi stąd uciekło.

– Musimy coś robić, panie pułkowniku! – powtórzył tępo Loft.

– Loft, zaczynam myśleć, że powinienem polecić pana sztabowi głównemu – zwrócił się do niego ostro Lanser. – Chce pan działać, choć jeszcze nie zdaje sobie pan sprawy z całości zagadnienia. Zgoła inaczej przedstawia się dziś sprawa krajów podbitych. Jeszcze do niedawna można było odebrać ludziom broń i trzymać ich w zupełnej niewiedzy. Teraz słuchają radia, a my nie jesteśmy w stanie temu przeszkodzić. Ba, nie umiemy nawet wykryć ich radioodbiorników.

Jakiś żołnierz zajrzał do pokoju przez uchylone drzwi.

– Pan Corell prosi o przyjęcie, panie pułkowniku.

– Niech poczeka – polecił Lanser i mówił dalej do Lofta: – Czytają ulotki, broń zrzucają im z nieba. Tym razem dynamit, kapitanie, wkrótce może granaty, truciznę…

– Dotychczas nie zrzucali trucizn – rzekł z niepokojem Loft.

– Nie, ale zrzucą. Czy pan może sobie wyobrazić, co stanie się z psychiką żołnierzy, nawet z pana psychiką, jeśli ludzie będą mieć na przykład takie maleńkie zabawki, lotki, którymi dla rozrywki rzucamy do tarczy, jeśli ostrza tych strzałek będą powleczone cyjankiem? Jeśli będą mieli pod ręką te śmiercionośne zabawki, które lecą niedosłyszalnie, a które przeszyją mundur bez odgłosu? A jak zareagowaliby żołnierze, gdyby dowiedzieli się, że ludzie mają arszenik? Czy mogliby spokojnie jeść albo pić?

– Czy pan pisze historię kampanii wroga, panie pułkowniku? – zapytał sucho Hunter.

– Nie, staram się ją tylko przewidzieć i uprzedzić.

– Panie pułkowniku, siedzimy tu i rozmyślamy, zamiast szukać dynamitu. Jeśli ludzie zawiązali jakąś organizację, musimy ją wykryć i wyrwać z korzeniami – powiedział Loft.

– Tak, musimy ją wyrwać z korzeniami, z całą, przypuszczam, bezwzględnością. Pan się tym zajmie, Loft. Niech pan weźmie Prackle’a. Szkoda, że mamy tak mało młodszych oficerów. Śmierć Tondera była tak niepotrzebna. Nie mógł zostawić kobiet w spokoju?

– Nie podoba mi się ostatnio postępowanie Prackle’a, panie pułkowniku – zauważył Loft.

– Cóż on takiego robi?

– Nic takiego, ale jest niezrównoważony i ponury.

– Tak, znam to. Mówiłem o tym często i dużo. Byłbym dziś generałem, gdybym tak wiele o tym nie mówił. Wychowaliśmy naszych młodych ludzi w przeświadczeniu zwycięstwa, i trzeba przyznać, że w zwycięstwie są wspaniali. Ale nie wiedzą, jak znieść klęskę. Mówiliśmy im, że są odważniejsi i dzielniejsi od młodych ludzi w innych krajach. Doznali wstrząsu, gdy przekonali się, że nie są ani trochę śmielsi i dzielniejsi od innych.

– Co pan rozumie, mówiąc „klęska”? – spytał cierpko Loft. – Przecież nie zostaliśmy pokonani. – Lanser długą chwilę patrzył nań zimnym wzrokiem, bez słowa. Wreszcie oczy Lofta ugięły się. – Panie pułkowniku… – powiedział.

– Dziękuję panu – rzekł Lanser.

– Pan nie od wszystkich tego wymaga, panie pułkowniku.

– Bo inni nie myślą o tym, nie są rygorystami. Gdy pan te słowa opuszcza, to jest obraźliwe.

– Tak jest, panie pułkowniku.

– Teraz niech pan idzie, niech pan stara się trzymać Prackle’a w ryzach. Proszę zacząć poszukiwania. Nie chcę żadnej strzelaniny, chyba że miałby miejsce publiczny akt oporu. Rozumie pan?

– Tak jest, panie pułkowniku – odpowiedział Loft, zasalutował służbiście i wyszedł.

Hunter spojrzał na Lansera z rozbawieniem.

– Nie był pan dla niego za surowy?

– Musiałem, on jest przestraszony. Znam ten gatunek ludzi. Gdy ulega strachowi, musi być trzymany w dyscyplinie, w przeciwnym razie straci panowanie nad sobą. Polega on na dyscyplinie, tak jak inni na uczuciach. Tymczasem niech się pan zbiera do swoich szyn. Może pan z całą pewnością oczekiwać, że tej nocy będą je wysadzać.

Hunter wstał.

– Tak jest. Czy rozkazy ze stolicy już nadeszły?

– Tak.

– Czy są…?

– Domyśla się pan jakie – przerwał mu Lanser. – Wie pan, jak mogą brzmieć. Aresztować przywódców, rozstrzelać przywódców, brać zakładników, rozstrzelać zakładników, brać jeszcze więcej zakładników, rozstrzelać ich… – Mówił głosem podnieconym, ale teraz ściszył go prawie do szeptu: – Nienawiść wzmaga się, a wzajemne urazy są coraz głębsze i głębsze…

Hunter zawahał się.

– Czy już skazali kogoś z listy zakładników? – spytał, wskazując ręką w kierunku sypialni burmistrza.

Lanser przecząco pokręcił głową.

– Nie, jeszcze nie. Przecież dopiero co zostali aresztowani.

– Pułkowniku, czy pan pozwoli udzielić sobie rady… – powiedział cicho Hunter. – Może pan jest przemęczony, pułkowniku? Czy mógłbym, wie pan, złożyć raport, że jest pan przemęczony?

Lanser zakrył ręką oczy, ale po chwili wyprostował ramiona, twarz miał znów twardą.

– Nie jestem cywilem, Hunter. Mamy za mało oficerów, wie pan o tym. Niech się pan zabiera do pracy, majorze. A ja muszę zobaczyć się z Corellem.

Hunter uśmiechnął się. Podszedł do drzwi, otworzył je i powiedział do kogoś za drzwiami:

– Tak, jest tutaj. – I przez ramię zwrócił się do Lansera: – To Prackle. Chciałby z panem pomówić.

– Niech go pan da.

Wszedł Prackle, posępny, oficjalny.

– Panie pułkowniku, chciałem…

– Niech pan siada – powiedział Lanser. – Niech pan siada i chwileczkę odpocznie. Jest pan dobrym żołnierzem, poruczniku.

Sztywność Prackle’a zmiękła. Usiadł przy stole, położył na nim łokcie.

– Ja chciałem…

– Niech pan przez chwilę nic nie mówi – przerwał mu Lanser. – Wiem, o co panu chodzi. Nie myślał pan, że tak się sprawy potoczą, prawda? Myślał pan, że będzie raczej przyjemnie?

– Nienawidzą nas – powiedział Prackle. – Nienawidzą nas tak strasznie!

– Ciekaw jestem, czy zgadnę, o czym pan myśli. – Lanser uśmiechnął się. – Z młodych ludzi robimy dobrych żołnierzy, ale młodym ludziom potrzebne są młode kobiety. Prawda?

– Tak, prawda.

– A więc – mówił Lanser serdecznie – ona pana nienawidzi?

Prackle spojrzał na niego zdumiony.

– Nie wiem, panie pułkowniku. Czasem myślę, że ona się tylko martwi.

– A pan czuje się nieszczęśliwy?

– Nie podoba mi się tu wcale.

– Oczywiście, pan myślał, że będzie tu wesoło, prawda? Porucznik Tonder przestał panować nad sobą. Wyszedł i dostał nożem. Mógłbym odesłać pana do kraju. Czy chce pan wyjechać, wiedząc, że jest pan nam tutaj bardzo potrzebny?

– Nie, panie pułkowniku, nie chciałbym – powiedział Prackle, nieco zażenowany.

– W porządku. Teraz coś panu powiem, i mam nadzieję, że pan mnie dobrze zrozumie. Pan nie jest tu mężczyzną, pan jest żołnierzem. Pańskie wygody, pragnienia nie mają żadnego znaczenia i, poruczniku, nawet pańskie życie nie ma wielkiego znaczenia. Jeśli pan przeżyje, pozostaną panu wspomnienia. To prawie wszystko, co można zyskać. A tymczasem musi pan przyjmować rozkazy i wykonywać je. Rozkazy te będą przeważnie nieprzyjemne, ale to nie pana sprawa. Nie będę panu kłamał, poruczniku. Powinni byli przygotować pana i na takie okoliczności, a nie na usłane kwiatami ulice. Należało wzmacniać pańską duszę prawdą, a nie sycić ją kłamstwem. – Mówił teraz twardym głosem. – Ale pan przyjął na siebie obowiązki, czyż nie? Spełni je pan czy też woli pan zrzucić je z siebie? Nie możemy tu zajmować się pańskim sumieniem.

 

Prackle wstał.

– Dziękuję, panie pułkowniku.

– A dziewczyna… – mówił dalej Lanser – dziewczyna… Poruczniku, może pan ją zgwałcić czy zaopiekować się nią lub z nią ożenić, to wszystko nie ma znaczenia, jeśli tylko będzie pan gotów zabić ją, gdy przyjdzie taki rozkaz.

– Tak jest, panie pułkowniku. Dziękuję, panie pułkowniku.

– Zapewniam pana, lepiej jest wiedzieć. Zapewniam pana o tym. Niech pan teraz idzie, poruczniku, a jeśli Corell wciąż jeszcze czeka, niech mi go pan przyśle. – Lanser odprowadził wzrokiem wychodzącego porucznika.

Wszedł Corell, ale jakże zmieniony. Lewą rękę miał w gipsie. Nie był to już jowialny, przyjacielski, uśmiechnięty Corell. Twarz była ostra i gorzka, oczy zezujące, opuszczone, jak kaprawe oczka zdechłej świni.

– Powinienem był stawić się wcześniej, panie pułkowniku, ale powstrzymała mnie pańska niechęć do współpracy ze mną.

– O ile pamiętam, do tej pory czekał pan na odpowiedź w związku ze swoim raportem? – zauważył Lanser.

– Czekałem na coś więcej. Pan odmówił mi stanowiska we władzach. Powiedział pan, że jestem bez wartości. Nie chciał pan zrozumieć, że byłem w tym mieście na długo przed panem. Utrzymał pan dawnego burmistrza wbrew moim radom.

– Bez niego byłoby tu jeszcze więcej niepokoju – odpowiedział Lanser.

– Można mieć co do tego różne zdania – rzekł Corell. – Ten człowiek stoi na czele buntujących się ludzi.

– Nonsens – odparł Lanser. – Ten człowiek nie ma z tym nic wspólnego.

Corell zdrową ręką wyjął z kieszeni notes i otworzył go.

– Zapomina pan, panie pułkowniku, że miałem tu własne źródła informacji, że byłem tu znacznie wcześniej niż pan. Mogę panu zameldować, że burmistrz Orden miał styczność ze wszystkim, co się tu działo. Tej nocy, kiedy Tonder został zamordowany, burmistrz był w tym samym domu, w którym popełniono morderstwo. Dziewczyna po ucieczce w góry zatrzymała się u jego krewnych. Śledziłem ją, ale mi uszła. Ilekroć wymykali się stąd mężczyźni, Orden o tym wiedział i pomagał im. A nawet mam poważne podejrzenia, że maczał on palce w sprawie tych spadochronów.

– Ale dowieść pan tego nie może? – powiedział niecierpliwie Lanser.

– Nie, dowieść nie mogę. O faktach, które wymieniłem na początku, wiem na pewno, co do ostatniego – tylko podejrzewam. Może teraz wreszcie zechce mnie pan wysłuchać?

– Jakie są pańskie sugestie? – zapytał Lanser.

– Te sugestie, panie pułkowniku, to znacznie więcej niż sugestie. Orden musi zostać teraz zakładnikiem, a jego życie uzależnione od zupełnego tu spokoju. Jego życie zależeć będzie od każdego zapalnika w każdej laseczce dynamitu. – Znów sięgnął do kieszeni, wyciągnął małą książeczkę, Otworzył ją i położył przed pułkownikiem. – Oto, panie pułkowniku, odpowiedź głównej kwatery na mój raport. Niech pan zechce zauważyć, że przyznany mi tu został pewien zakres władzy.

Lanser spojrzał na książeczkę i powiedział spokojnie:

– A więc, rzeczywiście, załatwiał to pan z zupełnym pominięciem mojej osoby? – Patrzył na Corella z nieukrywanym niesmakiem. – Słyszałem, że doznał pan obrażeń. Jak to się stało?

– Tej nocy, której zamordowano naszego porucznika, zrobiono na mnie zasadzkę. Uratował mnie patrol. Tej samej nocy paru mieszkańców uciekło moją łodzią. A teraz, panie pułkowniku, nalegam mocniej niż przed chwilą. Burmistrz Orden musi być zakładnikiem!

– Jest tutaj, nie uciekł. Mamy go w rękach. Czy może być jeszcze bardziej zakładnikiem, niż jest obecnie?

Nagle w oddali rozległ się huk eksplozji, obaj spojrzeli w kierunku, skąd dobiegł.

– Jeszcze jeden, panie pułkowniku – rzekł Corell. – Pan wie doskonale, że jeśli to się im uda, będziemy mieli dynamit w każdym z okupowanych krajów.

– Co więc pan radzi?

– To, co powiedziałem. Orden musi być wzięty dla uspokojenia buntowników.

– A jeśli będą buntować się dalej i rozstrzelamy burmistrza?

– Wtedy następnym będzie mały doktor. Bo chociaż nie zajmuje żadnego oficjalnego stanowiska, jest drugim po burmistrzu autorytetem w mieście.

– Przecież nie pełni żadnego urzędu?

– Cieszy się zaufaniem ludzi.

– A gdy rozstrzelamy i jego?

– Wtedy my zdobędziemy autorytet. Wtedy opór zostanie złamany. Gdy zabijemy przywódców, rebelia będzie stłumiona.

– Pan w to wierzy? – zapytał Lanser kpiąco.

– Tak musi być.

Lanser powoli skinął głową i zawołał:

– Warta! – Drzwi otworzyły się, w progu pojawił się żołnierz. – Sierżancie, zarządzam aresztowanie burmistrza Ordena i zarządzam aresztowanie doktora Wintera. Proszę dopilnować, żeby Orden był pod strażą, i sprowadzić tu doktora Wintera.

Żołnierz zasalutował.

– Tak jest, panie pułkowniku.

Lanser spojrzał na Corella i powiedział:

– Pan wie, mam nadzieję, co pan robi. Mam nadzieję, że pan wie, co robi.