Księżyc zaszedł, W niepewnym boju

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4

O jedenastej wieczorem śnieg padał ciężkimi, miękkimi płatami, całkowicie przesłaniając niebo. Ludzie z wysiłkiem brnęli przez zaspy, śnieg zasypywał drzwi domów, oblepił pomnik na rynku miejskim, zalegał na szynach z kopalni do portu. Zwały śniegu narastały, hamując koła wózków z węglem. A ponad miastem unosiły się ciemności czarniejsze niż chmury, nad miastem zawisła posępna, przygnębiająca, wzbierająca nienawiść. Ludzie szli, nie zatrzymując się na ulicach, wchodzili do domów, zatrzaskiwali drzwi. Zdawało się, że spoza wszystkich zasłon okiennych pilnują ulic, że patrolujących żołnierzy śledzą zimne, ponure oczy. W sklepach ludzie przebywali krótko, mówili, czego chcą, dostawali towar, płacili i wychodzili bez słowa, nie wymieniając nawet „dzień dobry” ze sprzedawcą.

W salonie małego pałacyku paliły się lampy, odblask świateł padał na śnieg za oknem. Sąd zebrał się na rozprawę. Lanser siedział na czołowym miejscu, mając po prawej ręce Huntera, za którym siedzieli Tonder i Loft. Przed Loftem wznosił się mały stos papierów. Z drugiej strony burmistrz Orden siedział po lewej ręce pułkownika, za nim Prackle, który gryzmolił coś w bloku. Po bokach stołu stali pełniący straż żołnierze z bagnetami na karabinach, w hełmach, nieruchomi jak drewniane figurki. Między nimi stał Aleks Morden, wysoki młody człowiek o szerokim, niskim czole, głęboko osadzonych oczach, długim, ostrym nosie, stanowczym zarysie brody, ustach zmysłowych i szerokich. Był szeroki w barach, wąski w biodrach. Dłonie rąk w kajdankach zwierały się i rozwierały. Miał na sobie czarne spodnie, niebieską koszulę rozpiętą pod szyją, ciemną marynarkę wyświeconą od noszenia.

Kapitan Loft czytał z leżącego przed nim aktu oskarżenia:

– Gdy kazano mu wrócić do pracy, odmówił, a gdy rozkaz został powtórzony, oskarżony rzucił się na kapitana Lofta z kilofem w ręce. Kapitan Bentick chciał mu przeszkodzić…

Burmistrz Orden zakaszlał, a kiedy Loft przerwał czytanie, powiedział:

– Usiądź, Aleksie. Jeden ze straży niech poda mu krzesło. – Żołnierz bez słowa odwrócił się i przyniósł krzesło.

– Zgodnie z przepisami oskarżony powinien stać – oświadczył Loft.

– Pozwólcie mu usiąść – rzekł Orden. – Tylko my tutaj będziemy o tym wiedzieli. W raporcie może pan napisać, że stał.

– To sprzeczne z przepisami fałszować raporty – upierał się Loft.

– Usiądź, Aleksie – powtórzył Orden.

I wysoki młody człowiek usiadł, składając ręce na kolanach.

– To się sprzeciwia wszelkim… – zaczął Loft.

– Niech siedzi – zadecydował pułkownik.

Loft odchrząknął i czytał dalej:

– Kapitan Bentick chciał mu przeszkodzić, wysunął się i otrzymał cios w głowę, który zmiażdżył mu czaszkę. Protokół oględzin zwłok znajduje się w aktach sprawy. Czy mam go czytać?

– Nie – uciął Lanser. – Proszę prędzej.

– Świadkami tych wydarzeń było wielu naszych żołnierzy, ich zeznania są załączone. Sąd wojskowy uważa, że oskarżony winien jest morderstwa, i wnosi o skazanie go na karę śmierci. Czy mam odczytać zeznania świadków?

Lanser westchnął.

– Nie – powiedział i zwrócił się do Aleksa: – Czy zaprzeczacie, że dokonaliście zabójstwa kapitana Benticka?

Aleks uśmiechnął się smutno.

– Uderzyłem go tylko. Nie wiem, czy go zabiłem.

– Dobrze, Aleksie – powiedział Orden i obaj popatrzyli na siebie jak przyjaciele.

– Czy chcecie przez to powiedzieć, że zabójstwa dokonał kto inny? – zapytał Loft.

– Nie wiem. Ja go tylko uderzyłem, a potem ktoś uderzył mnie.

– Czy chcecie złożyć jakieś wyjaśnienia? Nie mogę sobie co prawda wyobrazić, co mogłoby wpłynąć na zmianę wyroku, ale wysłuchamy was – rzekł pułkownik Lanser.

– Ja muszę zastrzec, że pan pułkownik nie powinien był tego mówić – wtrącił Loft – bo to wskazywałoby, że sędziowie nie są bezstronni.

Orden roześmiał się sucho. Pułkownik spojrzał nań i uśmiechnął się.

– Czy macie coś na swoje usprawiedliwienie, a może chcecie złożyć wyjaśnienia? – powtórzył, zwracając się do Aleksa.

Aleks podniósł rękę, jakby w geście, który miał towarzyszyć słowom, ale uniesiona ręka pociągnęła za sobą drugą. Poczuł się zakłopotany, więc opuścił obie.

– Byłem wściekły – zaczął. – Takie mam usposobienie, że łatwo wybucham. Kapitan powiedział, że muszę pracować. Ja jestem wolnym człowiekiem. Uniosłem się i uderzyłem go. Myślę, że uderzyłem mocno. Ale nie tamtego chciałem uderzyć. – Wskazał Lofta. – Tego chciałem uderzyć, tego!

– To nieważne, kogo chcieliście uderzyć – powiedział Lanser. – Efekt byłby ten sam. Czy żałujecie tego, co zrobiliście?

– Czy żałuję? – spytał Aleks. – Nie, nie żałuję. Kazał mi brać się do roboty, rozkazywał mnie,wolnemu człowiekowi. Powiedział, że mam pracować.

– Jeśli jednak zapadnie wyrok śmierci, będziecie żałować?

Aleks zwiesił głowę, starając się udzielić uczciwej odpowiedzi.

– Nie – rzekł. – Pan chce wiedzieć, czy zrobiłbym to po raz drugi?

– Tak, to właśnie chciałbym wiedzieć.

– Nie – powiedział Aleks z namysłem – nie żałuję.

– Proszę zanotować, że oskarżony nie miał wyrzutów sumienia – polecił Lanser. – Wyrok jest ostateczny, rozumiecie? Od wyroku sądu nie ma odwołania. Sąd stwierdza, że jesteście winni, skazuje was na rozstrzelanie z natychmiastowym wykonaniem wyroku. Nie widzę racji, żeby was dłużej męczyć. Kapitanie Loft, czy może co przeoczyłem?

– Przeoczył pan mnie – odezwał się Orden. Wstał, odsunął krzesło i podszedł do Aleksa. A ten – jak to było w zwyczaju – podniósł się z szacunkiem. – Aleksie, jestem burmistrzem z wyboru.

– Wiem o tym, panie burmistrzu.

– Aleksie, ci ludzie są najeźdźcami! Zajęli nasz kraj zaskoczeniem, zdradą i przemocą.

– Panie pułkowniku – odezwał się kapitan Loft – to jest niedopuszczalne.

– Spokojnie – powiedział Lanser. – Lepiej go wysłuchać, lepiej wiedzieć, niż domyślać się, o czym szepczą potajemnie.

Orden mówił dalej, jak gdyby nikt mu nie przerywał:

– Kiedy tu weszli, ludzie byli oszołomieni, a i ja byłem oszołomiony. Nie wiedzieliśmy, co robić, co myśleć. Twój czyn był pierwszym przejawem działania. Twój własny gniew był początkiem powszechnego gniewu. Wiem, mówią w mieście, że działam w porozumieniu z tymi ludźmi. Miastu zdążę pokazać, jak jest w istocie, ale ty zginiesz. Chcę, żebyś wiedział.

Aleks opuścił głowę, lecz zaraz ją podniósł.

– Wiem, panie burmistrzu.

– Czy pluton egzekucyjny gotów? – spytał Lanser.

– Czeka pod domem.

– Kto dowodzi?

– Porucznik Tonder, panie pułkowniku.

Tonder podniósł głowę. Miał usta twarde, wstrzymał oddech.

– Czy boisz się, Aleksie? – spytał cicho Orden.

– Tak, panie burmistrzu.

– Nie mogę ci mówić, żebyś się nie bał. Ja też bałbym się i baliby się ci wszyscy tu młodzi bogowie wojny.

– Niech pan wezwie swój pluton – powiedział Lanser.

Tonder podniósł się szybko i podszedł do drzwi. Wyjrzał.

– Jest tutaj, panie pułkowniku. – Szerzej otworzył drzwi. Można było przez nie dostrzec żołnierzy w hełmach.

– Aleksie – zwrócił się Orden do skazanego – idź i wiedz, że ci ludzie nie zaznają spokoju ani chwili wytchnienia, dopóki naszej ziemi nie opuszczą lub nie padną na niej. Smutna to wiedza i niewielka dla ciebie pociecha, ale tak będzie. Nie zaznają spokoju! – Aleks mocno zacisnął powieki. Burmistrz Orden pochylił się i pocałował go w policzek. – Do widzenia, Aleksie!

Żołnierze wzięli Aleksa pod ramiona – młody człowiek miał mocno zaciśnięte oczy – i skierowali go ku drzwiom. Pluton zrobił w tył zwrot i odmaszerował. Słychać było ich kroki na schodach, potem na dole, opuścili dom i weszli w śnieg, który stłumił ich kroki.

Ludzie siedzieli przy stole w milczeniu. Orden spojrzał w okno i dojrzał maleńki krążek szyby oczyszczany czyjąś ręką z zamrożonego śniegu. Patrzył jak zafascynowany w przecierające się oko szyby. Szybko odwrócił twarz. Zwrócił się do pułkownika:

– Mam nadzieję, że pan wie, co robi.

– A więc, kapitanie, na rynku? – zapytał pułkownik Lanser Lofta, zbierającego swoje papiery.

– Tak jest, na rynku. Egzekucja musi być publiczna.

– Mam nadzieję, że pan wie – powtórzył Orden.

– Człowieku – powiedział pułkownik – wiem czy nie wiem, muszę tak postępować!

Zapadło milczenie. Wszyscy nasłuchiwali. Przez chwilę. Z oddali dobiegła salwa. Lanser głęboko westchnął. Orden położył dłoń na czole i nabrał powietrza w płuca. Ktoś krzyknął za domem. Odłamki stłuczonej szyby spadły na podłogę, a porucznik Prackle skulił się. Chwycił się ręką za ramię i spojrzał na nie.

– A więc zaczyna się! – zawołał Lanser, zrywając się z krzesła. – Jest pan ciężko ranny, poruczniku?

– Moje ramię – jęknął Prackle.

Lanser objął komendę.

– Kapitanie Loft, na śniegu będą ślady. W każdym domu trzeba szukać broni. Każdego człowieka, u którego znajdzie się broń, brać na zakładnika. A pan – zwrócił się do burmistrza Ordena – będzie w areszcie domowym. I, proszę to zrozumieć, poślemy na rozstrzelanie pięciu, dziesięciu, stu za jednego.

– Oto człowiek z pewnymi wspomnieniami… – rzekł spokojnie Orden.

Lanser przerwał w pół rozkazu. Spojrzał na burmistrza; przez chwilę rozumieli się wzajemnie. Potem Lanser wyprostował się.

– Człowiek bez wspomnień – rzekł ostrym głosem. I zaraz rozkazywał dalej: – Macie odebrać miastu wszelką broń. Przyprowadzić każdego, kto stawi opór. Prędko, zanim śnieg zasypie ślady.

Oficerowie chwycili hełmy, odbezpieczyli pistolety i wyszli. Orden stanął przy stłuczonym oknie. Powiedział ze smutkiem:

 

– Słodki, chłodny zapach śniegu…

Rozdział 5

Przemijały dni i tygodnie, mijały miesiące. Śnieg padał i topniał, wreszcie spadł i został. Ciemne budynki miasteczka ubrały się w białe okrycia. Tunele, przekopane w zwałach śniegu, wiodły do bram domów. Do portu zawijały puste barki i odbijały z ciężkim ładunkiem, ale węgiel niechętnie opuszczał kopalnie. Wytrawni górnicy popełniali błędy, byli niezręczni, powolni. Psuły się maszyny, naprawy trwały długo. Ludzie pokonanego kraju zacięli się w milczeniu, w skrytym, zaciekłym pragnieniu zemsty. Ludzie, którzy zdradzili, którzy pomogli najeźdźcom – a wielu z nich wierzyło, że działają w imię lepszego ładu i stylu życia – spostrzegli nagle, że ich sytuacja stała się niepewna, że ci, których znali, patrzą na nich zimno i przestali z nimi rozmawiać.

Śmierć krążyła w powietrzu, czekała. Zdarzały się wypadki na linii kolejowej, biegnącej przez góry i łączącej miasteczko z krajem. Lawiny spadały na szosy i tory kolejowe. Trzeba było przed wypuszczeniem pociągu sprawdzać tory. W odwecie stawiano ludzi pod mur. Nic to jednak nie zmieniało. Od czasu do czasu młodzi uciekali, płynęli do Anglii. Anglicy bombardowali kopalnie węgla, wyrządzali szkody, zabijali przyjaciół i wrogów. Ale i to nie zmieniało sytuacji. Wraz z zimą postępowała lodowata nienawiść, nienawiść milcząca, nienawiść posępna, nienawiść czyhająca. Żywność była racjonowana, przydzielana posłusznym, odmawiana krnąbrnym, wszyscy więc przyjmowali postawę obojętnej powolności. Jednak pewnym grupom nie sposób było zmniejszać przydziałów – głodny górnik nie może urabiać węgla, nie może dźwigać i nosić. Nienawiść zapadła głęboko w duszach ludzi, na pozór niedostrzegalna.

Stało się więc tak, że zwycięzcy zostali okrążeni, że żołnierze batalionu żyli samotnie wśród milczących wrogów, a żaden z nich ani na chwilę nie mógł wyrzec się czujności. Jeśli to uczynił – znikał, a zaspy kryły ciało. Jeśli się upił – ginął. Żołnierze batalionu mogli śpiewać tylko sami, mogli tańczyć tylko z sobą, więc stopniowo zanikał taniec, a śpiewem wyrażali jedynie tęsknotę za krajem. Mówili o przyjaciołach i krewnych, którzy ich kochali, a tęsknili za ciepłem i miłością, gdyż człowiek może być żołnierzem tylko określoną liczbę godzin w dniu, dni w miesiącu i miesięcy w roku, potem zaś chce być znów człowiekiem, chce dziewcząt, napojów, muzyki, śpiewu, beztroski, a gdy jest to mu całkowicie odebrane, staje się tym bardziej nieodparcie kuszące.

Ludzie batalionu myśleli więc wciąż o swojej ojczyźnie. Obmierzło im to miejsce, które podbili. Nie rozmawiali z miejscowymi, miejscowi nie rozmawiali z nimi. W sercach zwycięzców zjawił się i stopniowo narastał strach, że to wszystko nigdy się nie skończy, że nigdy nie zaznają wytchnienia, nie wrócą do kraju, strach, że pewnego dnia załamią się i będą tropieni w górach jak króliki, zwyciężeni trwali bowiem w nienawiści. Widok świateł w mieście, zasłyszany śmiech przyciągały z nieodpartą siłą patrolujących żołnierzy. Ledwie jednak podchodzili bliżej, milkł śmiech, znikało ciepło, ludzie stawali się zimni i pokorni. Przyciągał żołnierzy zapach gorących potraw, wydzielający się z małych restauracyjek, wchodzili więc do środka i zamawiali gorące dania. Dostawali przesolone i przepieprzone.

Żołnierze łapczywie czytali i słuchali nowin z ojczyzny i z innych podbitych krajów. Te wiadomości były zawsze pomyślne i przez krótką chwilę wierzyli w nie, ale zaraz potem nie dawali im wiary. I każdy z nich nosił w sercu grozę. „Jeśli na kraj nasz spadnie nieszczęście, nie powiedzą nam, a potem będzie za późno. Ludzie tutaj nie będą nas oszczędzać. Wybiją nas wszystkich”. I przypominali sobie historię swoich armii, cofających się przez Belgię, wypędzonych z Rosji. A bardziej oczytani wspominali gorączkowy, tragiczny odwrót spod Moskwy, kiedy to chłopi kłuli widłami, a na śniegu gęsto leżały trupy.

Wiedzieli, że gdyby tylko załamali się, byli mniej czujni czy choćby zaspali – tak samo byłoby i tu, więc sen nie przynosił im wypoczynku, a dnie spokoju. Zadawali pytania, na które oficerowie nie mogli odpowiedzieć. Im też nie mówiono. I oni także nie wierzyli wiadomościom z kraju.

Nadszedł więc czas, że zwycięzcy bali się zwyciężonych, nerwy mieli napięte, po nocach strzelali do cieni. Żyli wśród posępnego, zimnego milczenia. Nadszedł tydzień, w którym zwariowało trzech żołnierzy, krzyczeli i płakali dzień i noc, aż trzeba ich było odesłać do kraju. Być może w obłąkanie uciekliby i inni, gdyby nie słuchy, że obłąkanych czekała w kraju miłosierna śmierć, a miłosierna śmierć to rzecz straszna, nawet do pomyślenia. Strach chwytał więc ludzi na kwaterze i odejmował im humor, strach szedł z nimi na patrol i czynił ich bezlitosnymi.

Zbliżał się koniec roku, wydłużały się noce. Mrok zapadał o trzeciej po południu, jaśniało dopiero o dziewiątej. Na śniegu nie lśniły wesołe światła okien, zasłanianych przed nalotami. Jednak ilekroć nadlatywały angielskie bombowce, zawsze w pobliżu kopalń pojawiało się światło. Warty kładły niekiedy strzałem człowieka z latarnią, a raz nawet kobietę z lampą błyskową. I wszystko na nic, zabijanie nic nie zmieniało.

Oficerowie byli odbiciem żołnierzy, tylko bardziej od nich opanowani, dzięki staranniejszemu wyćwiczeniu i większej odpowiedzialności. Więc takie same obawy kryli głębiej, te same tęsknoty szczelniej zamykali w sercach. Żyli pod zdwojonym napięciem, bo zwyciężeni czyhali na ich błędy i potknięcia, a żołnierze upatrywali chwil słabości. Stan napięcia ich nerwów i umysłów sięgał granicy wytrzymałości. I tak oto zwycięzcy znaleźli się w straszliwym oblężeniu duchowym i wszyscy wiedzieli, zdobywcy i podbici, co nastąpi, jeżeli pojawi się pierwsza rysa.

W pałacyku burmistrza, z pokojów na piętrze znikł komfort. Okna szczelnie zasłonięto czarnym papierem, w pokojach leżały stosy co cenniejszego ekwipunku – instrumenty i wyposażenie, których nie wolno było narażać na ryzyko, lunety, maski i hełmy. W tych pokojach nie przestrzegano już tak surowo dyscypliny, jak gdyby oficerowie wiedzieli, że w jakimś miejscu świata musi być nieco swobody, jeśli cała ta machina ma nie runąć. Na stole stały dwie lampy gazowe, które rzucały twarde, jaskrawe światło i tworzyły na ścianach wielkie cienie, a ich syczenie wypełniało pokój monotonnym dźwiękiem.

Major Hunter pracował. Rysownica była teraz stale w pogotowiu, gdyż bomby niszczyły jego budowle niemal równie szybko, jak nanosił je na rysunek. Nie przejmował się tym zbytnio, albowiem dla majora Huntera budować znaczyło żyć, a tutaj miał więcej do budowania, niż zdołał zaprojektować czy wykonać. Siedział przy rysownicy, tyłem do lampy, przykładnica jeździła po desce, ołówek był w ruchu.

Porucznik Prackle, wciąż z ręką na temblaku, siedział przy stole, czytając jakieś ilustrowane czasopismo. Przy tym samym stole Tonder pisał list. Pióro mocno ściskał w palcach, od czasu do czasu odrywał wzrok od papieru i patrzył w sufit, szukając odpowiednich słów.

Prackle przewrócił stronę czasopisma i powiedział:

– Mógłbym zamknąć oczy i widzieć każdy sklep na tej ulicy. – Hunter nie odrywał się od pracy, Tonder pisał. Prackle mówił dalej: – Na tyłach tego domu jest restauracyjka. Nie widać jej na fotografii. Nazywa się Burden.

– Znam ją. Podawali tam smaczne ostrygi – odpowiedział Hunter, nie zmieniając pozycji.

– Tak, podawali. Wszystko tam było smaczne. Wszystko, co podali, smakowało wyśmienicie. A ich kawa…

Tonder spojrzał znad listu.

– Teraz już nie podają ani ostryg, ani kawy.

– Tego nie wiem – rzekł Prackle. – Ale podawali i będą podawać. Była tam jedna kelnerka. – Opisał jej figurę ręką w powietrzu, uzupełniając słowami: – O, tak i tak. Blondynka. Miała przedziwne oczy, chciałem powiedzieć ma, zawsze wilgotne, jakby dopiero co śmiała się czy płakała. – Spojrzał w sufit i ciągnął dalej: – Chodziłem z nią. Była bardzo miła. Dziwię się teraz, że nie przebywałem z nią częściej. Ciekawe, czy wciąż jeszcze tam pracuje.

– Prawdopodobnie już nie. Raczej w fabryce – rzekł posępnie Tonder.

Prackle roześmiał się.

– Dziewcząt chyba na kartki nie przydzielają.

– Dlaczego nie? – spytał Tonder.

– Pan przecież nie dba o dziewczyny, prawda? – spytał żartobliwie Prackle.

– Owszem, ale tylko tyle, żeby brać to, co chcę – odparł Tonder. – Ale nie pozwoliłbym, żeby mi się wkręcały w całe życie.

– A mnie się zdaje, że one ani chwili nie dają panu spokoju – powiedział uszczypliwie Prackle.

– Nie cierpię tych wstrętnych lamp – spróbował zmienić temat Tonder. – Majorze, kiedy wreszcie ruszy prądnica?

Major Hunter odwrócił powoli wzrok od rysownicy i powiedział:

– Powinni naprawić lada chwila. Dostałem wreszcie fachowców. Jak naprawią, dam więcej żołnierzy do jej ochrony.

– Czy sprawcę złapano? – spytał Prackle.

Hunter odparł z goryczą:

– Kazałem zatrzymać całą piątkę. To pewnie któryś z nich. – Mówił dalej z namysłem: – Tak łatwo uszkodzić prądnicę, jeżeli się wie jak. Wystarczy tknąć, a zepsuje się sama. – Po chwili dodał: – Światło powinno być lada chwila.

Prackle wciąż oglądał obrazki w czasopiśmie.

– Chciałbym wiedzieć, kiedy nas wreszcie zluzują, kiedy wrócimy do kraju, choć na krótko? Majorze, nie pojechałby pan do domu odpocząć?

Hunter bezradnie spojrzał nań znad rysownicy.

– O, na pewno. – Zebrał się w sobie. – Budowałem tę bocznicę już cztery razy. Nie wiem, dlaczego bomby zawsze w nią trafiają, i to właśnie w ten odcinek toru. Za każdym razem muszę zmienić trasę z powodu wyrw. Nie ma czasu na ich zasypywanie, zresztą ziemia jest zamarznięta, twarda. Za dużo byłoby roboty.

Nagle rozbłysło światło. Tonder automatycznie wyciągnął rękę i zgasił obie lampy. Syczenie ustało.

– Chwała Bogu i za to – powiedział Tonder. – Ten syk działa mi na nerwy. Mam wrażenie, że słyszę szepty. – Złożył napisany list. – To dziwne, coraz mniej listów przychodzi. W ostatnich dwóch tygodniach dostałem tylko jeden.

– Może nikt do pana nie pisze? – zauważył Prackle.

– Może – powiedział Tonder. Zwrócił się do majora: – Gdyby stało się coś w domu, myślę… coś złego, czyjaś śmierć czy coś z tym rodzaju, czy pozwolono by nas zawiadomić? Jak pan myśli?

– Bo ja wiem… – odrzekł Hunter.

– Och – mówił dalej Tonder – jakżebym chciał wydostać się z tej zapomnianej przez Boga dziury.

– Zdaje mi się, że zamyślał pan osiedlić się tu po wojnie? – wtrącił Prackle i dodał, naśladując głos Tondera: – „Połączyć cztery, pięć farm w jeden ładny majątek, rodzaj siedziby rodowej”. Czy nie tak? Stać się po trosze lordem tej doliny, co? Mili, przyjemni ludzie, piękne łąki, zwierzyna i małe dzieci. Takie były pańskie rojenia, Tonder?

W miarę jak Prackle mówił, Tonder coraz niżej opuszczał głowę. Nagle chwycił się rękami za skronie i powiedział ze wzburzeniem:

– Niech pan zamilknie. Niech pan nic nie mówi. Ci ludzie! Ci straszni ludzie! Ci zimni ludzie! Oni nawet nie spojrzą na człowieka! – Zadrżał. – Nic nie mówią. Odpowiadają jak martwi. O, oni są posłuszni, ci straszliwi ludzie. A ich dziewczyny są jak ścięte lodem.

Dało się słyszeć lekkie pukanie do drzwi. Wszedł Józef z koszem węgla. W milczeniu przeszedł przez pokój, postawił kosz ostrożnie, bez hałasu, zawrócił i szedł ku drzwiom.

– Józefie! – rzucił głośno Prackle. Józef zwrócił się do niego – bez słowa, bez spojrzenia, lekko się tylko skłonił. Prackle dalej zaś mówił głośno: – Józefie, macie tu może trochę wina czy wódki?

Józef zaprzeczył głową.

Tonder zerwał się od stołu z twarzą pełną wściekłości i krzyknął:

– Odpowiadaj, ty świnio! Odpowiadaj słowami!

Józef nie podniósł oczu. Powiedział bezdźwięcznie:

– Nie, proszę pana, nie ma u nas wina.

– Ani wódki?! – krzyczał z furią Tonder.

– Wódki też nie ma, proszę pana – powiedział monotonnie Józef, stojąc bez ruchu i wciąż patrząc w podłogę.

– Czego chcesz? – spytał Tonder.

– Chciałbym wyjść, proszę pana.

– A więc idź do diabła!

Józef odwrócił się i milcząc, opuścił pokój, Tonder zaś wyciągnął chustkę z kieszeni i obtarł nią twarz. Hunter spojrzał na niego i zauważył:

– Nie powinien pan był dać mu okazji do tak łatwego zwycięstwa.

Tonder usiadł, objął rękami skronie i powiedział złamanym głosem:

– Chcę mieć dziewczynę. Chcę pojechać do domu. Chcę dziewczyny. Jest tu, w tym mieście, dziewczyna, ładna dziewczyna. Wciąż ją spotykam. Ma jasne włosy. Mieszka obok składu starego żelaza. Chcę tej dziewczyny.

– Niech pan się weźmie w garść – odezwał się Prackle. – Niech pan panuje nad nerwami.

 

W tej samej chwili zgasło światło, pokój objęła ciemność. Hunter zaczął coś mówić, podczas gdy ktoś inny pocierał zapałką o pudełko, żeby zapalić lampy.

– Zdawało mi się, że zatrzymałem wszystkich. A teraz okazuje się, że jeszcze ktoś został. Ale nie mogę tam przecież tkwić cały czas, obsadziłem pewnych ludzi.

Tonder zapalił lampę, potem drugą. Hunter spojrzał nań surowo i rzekł:

– Poruczniku, niech pan mówi wtedy, kiedy pan ma coś do powiedzenia. Takich słów jak przed chwilą nie powinien słyszeć wróg. Co za radość mieliby ci ludzie, gdyby wiedzieli, jak zszargane ma pan nerwy. Niech pan im nie daje po temu okazji.

Tonder usiadł. Światło ostrym blaskiem padało mu na twarz, syczenie niosło się po całym pokoju.

– Otóż to, wróg jest wszędzie. Każdy mężczyzna, każda kobieta, nawet dziecko. Wróg jest wszędzie. Blade twarze nasłuchujące za zasłonami okien. Pobiliśmy ich, zwyciężyliśmy wszędzie, a oni czekają, są posłuszni i czekają. Pół świata należy do nas. Czy…wszędzie jest tak samo, majorze?

– Nie wiem – odpowiedział Hunter.

– Właśnie – mówił Tonder. – Nie wiem. Według komunikatów wszystko trzymamy w rękach. Zwyciężone kraje wiwatują na cześć naszych żołnierzy, witają z radością nowy ład. – Głos mu się zmienił, złagodniał i stawał się coraz cichszy. – A co mówią komunikaty o nas? Czy też głoszą, że jesteśmy tu radośnie widziani, kochani, że kwiaty ścielą na naszej drodze? Och, ci straszliwi ludzie zaczajeni w śniegu!

– Lżej panu teraz, jak pan zrzucił ciężar z piersi? – zapytał Hunter.

Prackle uderzył w stół zdrową ręką zaciśniętą w pięść.

– Nie wolno mu tak mówić! Takie myśli niech zatrzyma dla siebie! Jest żołnierzem, prawda? To niech się zachowuje jak żołnierz! – wykrzykiwał.

Drzwi otworzyły się cicho, wszedł kapitan Loft, ze śniegiem na ramionach i hełmie. Nos miał zmarznięty, czerwony, kołnierz płaszcza wysoko postawiony. Zdjął hełm, śnieg posypał się na podłogę. Otrzepał ramiona.

– Co za robota! – powiedział.

– Jakieś nowe kłopoty? – spytał Hunter.

– Same kłopoty. Widzę, że znów załatwili pańską prądnicę. Myślę, że i ja znalazłem na nich sposób.

– Więc co to za kłopoty? – pytał Hunter.

– Och, jak zawsze, powolne tempo i uszkodzona wywrotka. Na szczęście widziałem, jak psuł. Zabiłem go na miejscu. Zdaje mi się, że wymyśliłem na nich sposób, majorze. Już to sobie przemyślałem. Wyznaczę każdemu górnikowi, ile ma wydobyć węgla. Nie mogę ich głodzić, bo nie będą w stanie pracować. Ale teraz mam sposób: nie będzie węgla, nie dostaną żywności dla rodzin. Każemy ludziom jeść w kopalni, aby nie dzielili się w domu. To powinno ich wyleczyć. Będą pracować albo ich dzieci będą głodować. Właśnie im to dziś powiedziałem.

– Co oni na to?

Oczy Lofta zwęziły się z wściekłości.

– Co oni na to? A czy oni kiedy mówią? Nic, ani słowa! Ale zobaczymy, czy teraz będzie węgiel! – Zdjął płaszcz, strzepnął. Spojrzał na drzwi wejściowe, spostrzegł, że były lekko uchylone. Ruszył milcząco i cicho do drzwi, otworzył je szarpnięciem szeroko i zamknął. – Zdawało mi się, że domknąłem drzwi.

– Na pewno je pan zamknął – powiedział Hunter.

Prackle wciąż jeszcze przewracał strony czasopisma. Powiedział normalnym już głosem: – Oto olbrzymie działa, jakie mamy na wschodzie. Nie widziałem ich jeszcze. A pan widział je, kapitanie?

– Tak, widziałem je w akcji. Cudowne! Nic im się nie oprze.

– Kapitanie, czy pan często dostaje wiadomości z domu? – spytał Tonder.

– Dość często – odpowiedział Loft.

– Wszystkie są pomyślne?

– Wspaniałe: Armie nasze wszędzie prą naprzód.

– Czy Brytyjczycy są już pokonani?

– Biorą w skórę w każdej bitwie.

– Ale biją się dalej?

– Trochę nalotów, to wszystko.

– A Rosjanie?

– Tam jest już po wszystkim.

– Ale biją się dalej? – rzekł Tonder z naciskiem.

– Staczają tylko drobne potyczki, nic więcej.

– Więc właściwie już wygraliśmy wojnę, prawda, kapitanie?

– Tak, wygraliśmy.

– Pan wierzy w to, kapitanie? – spytał Tonder, przyglądając mu się bacznie.

– Znów zaczyna od początku! – zawołał Prackle.

Loft spojrzał spode łba na Tondera.

– Nie wiem, o co panu chodzi?

– Chodzi mi o to, czy już prędko pojedziemy do kraju.

– No, reorganizacja zabierze trochę czasu – powiedział Hunter. – Nowy ład nie da się wprowadzić w życie od razu, jednego dnia, prawda?

– A może i w ciągu całego naszego życia? – zauważył Tonder.

– Zabrońcie mu mówić, on znów zaczyna swoje od początku! – wykrzyknął Prackle.

Loft podszedł do Tondera.

– Nie podoba mi się ton, jakim pan zadaje pytania. Nie podoba mi się ton pańskich wątpliwości.

Hunter spojrzał znad rysownicy.

– Nie tak ostro, Loft – odezwał się. – On jest zmęczony. Wszyscy jesteśmy zmęczeni.

– Ja też jestem zmęczony – odparł Loft – ale nie pozwalam sobie na zdradzieckie zwątpienia.

– Nie drażnijcie go – mówił Hunter. – Gdzie jest teraz pułkownik, nie wiecie?

– Pisze raport. Domaga się posiłków – odpowiedział Loft. – Mamy tu znacznie więcej roboty, niż przypuszczaliśmy.

– I dadzą mu posiłki? – zapytał z ożywieniem Prackle.

– Tego nie mogę wiedzieć.

– Posiłki… – Tonder uśmiechnął się. – A może zluzują nas? Może pojedziemy do kraju, choć na krótko? – I mówił dalej, wciąż się uśmiechając. – Może znów będę szedł ulicą, a ludzie będą mnie pozdrawiać, będą mówić: „O, idzie żołnierz” i będą mi radzi. Wszędzie znajdę przyjaciół, nie będę się bał, że ktoś z tyłu za mną idzie.

– Znów zaczyna! – powiedział Prackle. – Nie pozwólmy, żeby się rozkleił!

– Mamy teraz dosyć kłopotów i bez tego, żeby oficerowie dostawali pomieszania zmysłów – wtrącił z niesmakiem Loft.

Ale Tonder mówił dalej:

– Pan naprawdę myśli, że przyjdą nas zluzować, kapitanie?

– Wcale tego nie powiedziałem.

– Ale powiedział pan, że to możliwe!

– Powiedziałem, że nie wiem. Niech pan posłucha, poruczniku: podbiliśmy pół świata. Musimy go urządzić. Pan o tym wie.

– A druga połowa? – zapytał Tonder.

– Jeszcze przez jakiś czas będą się bić, ale bezskutecznie.

– W takim razie musimy nadal być rozproszeni, musimy być wszędzie.

– Przez pewien czas – rzekł Loft.

– Och, niech on zamilknie! – powiedział nerwowo Prackle. – Każcie mu skończyć!

Tonder wyciągnął z kieszeni chustkę, wytarł nos i zaczął mówić jakby był pijany. Śmiał się z zażenowaniem.

– Miałem zabawny sen, zdaje mi się, że to był sen. A może to była myśl? Myśl albo sen…

– Niech pan go powstrzyma, kapitanie – powiedział Prackle.

Tonder ciągnął dalej:

– Kapitanie, czy to miasto, w którym jesteśmy, zostało podbite?

– Oczywiście – powiedział Loft.

Nuta histerii wkradła się w śmiech Tondera.

– Oni pokonani, a my w strachu, oni pokonani, a my jesteśmy oblężeni. – Jego śmiech brzmiał przenikliwie. – Miałem sen albo myśl… szedłem po śniegu, czarne cienie za mną, w szczelinach drzwi widziałem twarze, zimne twarze za firankami okien. Miałem sen, a może myśl…

– Każcie mu przestać! – znów wtrącił Prackle.

– Śniło mi się, że Wódz oszalał! – mówił Tonder.

Loft i Hunter roześmieli się jednocześnie, a Loft powiedział:

– Wrogowie dobrze wiedzą, jaki z niego szaleniec. Muszę napisać o tym do domu. Wydrukują to gazety. Wrogowie mieli okazję się przekonać, jakie jest to jego szaleństwo!

Tonder, śmiejąc się, mówił dalej:

– Zwycięstwo po zwycięstwie, brniemy coraz głębiej. – Zachłysnął się śmiechem, odkaszlnął w chustkę. – A może Wódz oszalał naprawdę? Muchy zwyciężają lep. Muchy okupują dwustumilowy lep. – Śmiał się coraz bardziej histerycznie.

Prackle pochylił się ku niemu, grożąc zdrową ręką.

– Dosyć! Przestań! Kłamiesz!

Loft zorientował się wreszcie, że śmiech Tondera jest histeryczny. Podszedł i uderzył go w twarz.

– Niech pan przestanie, poruczniku! – Ale Tonder śmiał się dalej, Loft znów uderzył go w twarz. – Proszę przestać, poruczniku! Czy pan mnie słyszy?

Śmiech urwał się nagle, w pokoju było znów cicho, tylko lampy syczały nieprzerwanie. Tonder w osłupieniu spojrzał na rękę, pomacał nią twarz i znów popatrzył na rękę. Głowa opadła mu nisko nad stołem.