Księżyc zaszedł, W niepewnym boju

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Właśnie, ja zawsze mogę dowiedzieć się tego, na czym panu zależy. Jako burmistrz będę bardzo użyteczny – powiedział Corell.

Lanser pokiwał głową.

– Nie mam co do tego żadnych rozkazów. Jestem zdany na własny sąd. Obawiam się, że pan nigdy już nie będzie wiedział, co się tu kroi. Obawiam się, że nikt już nie będzie z panem rozmawiał, nikt nie będzie panu bliski. Myślę, że bez ochrony narażony pan będzie na nieustanne niebezpieczeństwo. Rad byłbym, gdyby pan pojechał do stolicy i tam podjął nagrodę za swą wspaniałą pracę.

– Ale moje miejsce jest tutaj, panie pułkowniku – powiedział Corell. – Ja sobie na to miejsce zapracowałem. O tym wszystkim napisałem w sprawozdaniu.

Lanser mówił dalej, jak gdyby nie słyszał Corella:

– Burmistrz Orden to więcej niż burmistrz. On jest odzwierciedleniem swego ludu. Wie, co ludzie robią i myślą, nie pytając ich, bo myśli tak jak oni. Przebywając z nim, poznam ich. On musi zostać. Taki jest mój pogląd.

– Swoją pracą zasłużyłem na lepszy wyrok niż wygnanie.

– Tak, zasłużył pan – mówił powoli Lanser. – Ale w dalszej tu swej działalności może pan przynieść tylko szkody. Jeśli jeszcze nie jest pan znienawidzony, będzie pan na pewno. Przy byle okazji pan będzie pierwszy, którego zabiją. Radziłbym panu jednak wyjechać.

– Pan pozwoli mi, oczywiście, zaczekać na odpowiedź ze stolicy w związku z moim raportem? – rzekł Corell sztywno.

– Tak, naturalnie. Zalecam powrót ze względu na własne pana bezpieczeństwo. Otwarcie mówiąc, panie Corell, nie przedstawia już pan tutaj dla nas wartości. Ale są przecież nowe plany operacyjne i są inne kraje. Uda się pan może teraz do innego miasta w innym kraju. Zdobędzie pan zaufanie na nowym polu działania. Otrzyma pan zapewne znacznie większe miasto, może jakąś metropolię, będzie pan obarczony znacznie większą odpowiedzialnością. Dam panu rekomendacje ze względu na pracę, jaką pan tu wykonał.

Oczy Corella zaświeciły wdzięcznością.

– Dziękuję panu, panie pułkowniku. Pracowałem ciężko. Może pan ma rację… Ale musi mi pan pozwolić zaczekać na odpowiedź ze stolicy.

Głos Lansera stał się napięty. Oczy się zwęziły.

– Proszę nosić hełm, nie wychodzić z domu po nocy, a nade wszystko nie pić alkoholu. Nie ufać żadnej kobiecie i żadnemu mężczyźnie. Rozumie pan?

Corell z politowaniem spojrzał na pułkownika.

– Wydaje mi się, że pan nie rozumie. Mam tu mały domek. Posługuje mi przyjemna wiejska dziewczyna. Myślę nawet, że jest ze mnie poniekąd zadowolona. A ludzie tu są cisi, spokojni. Znam ich.

– To nie są spokojni ludzie. Kiedyż wreszcie pan się o tym przekona? Ani przyjaźni ludzie. Nie może pan tego zrozumieć? Napadliśmy ten kraj, pan swoją – jak oni to nazywają – zdradą wydał miasto. – Lanser poczerwieniał, podniósł głos: – Czy nie może pan zrozumieć, że mamy tu stan wojenny?

– Ale pokonaliśmy ich! – rzekł Corell z przekorą.

Pułkownik wstał, bezradnie rozłożył ręce, Hunter zaś wyjrzał spoza rysownicy, wyciągnął rękę, żeby uchronić deskę przed spodziewanym wstrząsem, i rzekł:

– Ostrożnie, panie pułkowniku. Pociągam rysunek tuszem. Nie chciałbym wszystkiego zaczynać od nowa.

Lanser spojrzał nań i powiedział:

– Przepraszam – po czym mówił dalej tonem instruktora: – Porażka to tylko chwila. Porażka nie jest trwała. My też ponosiliśmy porażki, a teraz atakujemy. Porażka nic nie znaczy. Czy pan i tego nie rozumie? Czy wie pan, o czym oni rozmawiają szeptem przy zamkniętych drzwiach?

– Nie, ale się domyślam. Czy pan się zląkł, panie pułkowniku? – rzekł Corell z naciskiem. – Czyżby komendant tego okupowanego miasta dał się zastraszyć?

Lanser usiadł ciężko i powiedział:

– Kto wie, może… – I dodał z niesmakiem: – Zmęczony jestem ludźmi, którzy nigdy w życiu nie byli na wojnie, a wszystko o niej wiedzą… – Podparł dłonią podbródek. – Przypominam sobie drobną starą kobietę w Brukseli… Twarz pełna słodyczy, białe włosy. Miała zaledwie metr pięćdziesiąt wzrostu. Delikatne ręce staruszki, pod skórą widoczne prawie czarne żyły. Jej czarny szal, jej niebieskobiałe włosy… Śpiewała nam często nasze narodowe pieśni drżącym, słabym głosem. Zawsze wiedziała, gdzie można dostać papierosy czy dziewczynę. – Opuścił rękę, drgnął, jak gdyby budząc się z półsnu. – Nie wiedzieliśmy, że jej syn był rozstrzelany. Zamordowała dwunastu naszych żołnierzy długą czarną szpilką od kapelusza, nim ją wreszcie zastrzeliliśmy. Mam tę szpilkę w domu. Na czarnej główce siedzi czerwono-niebieski ptaszek.

– Ale została rozstrzelana? – spytał z naciskiem Corell.

– Oczywiście.

– I skrytobójstwa ustały?

– Nie, nie przestali zabijać. A kiedy wycofaliśmy się już ostatecznie, ludzie odcinali drogę maruderom, jednych palili, innym wyłuskiwali oczy, jeszcze innych nawet krzyżowali.

– Nie należy mówić o takich sprawach! – powiedział bardzo głośno Corell.

– Nie są też przyjemne we wspomnieniach – odpowiedział Lanser.

– Nie powinien pan być dowódcą, skoro tak się pan boi!

– Ja, widzi pan, wiem, jak trzeba walczyć – odpowiedział cicho Lanser. – Gdyby pan wiedział, nie popełniałby pan głupich błędów.

– Czy pan w ten sam sposób rozmawia ze swymi młodymi oficerami?

Lanser zaprzeczył głową.

– Nie, nie uwierzyliby.

– Więc dlaczego mnie pan to mówi?

– Ponieważ, panie Corell, pańska praca jest skończona. Pamiętam, pewnego razu… – Przerwał mu odgłos szybkich kroków na schodach. Drzwi otworzyły się gwałtownie. Zajrzał wartownik, spoza niego wyskoczył kapitan Loft. Loft sztywny, chłodny, służbisty.

– Mamy wypadek, panie pułkowniku.

– Wypadek?

– Melduję, że kapitan Bentick został zabity.

– Bentick…?

Dał się słyszeć tupot stóp na schodach. Weszli dwaj noszowi. Na noszach spoczywała postać przykryta kocami.

– Jest pan pewien, że nie żyje? – spytał Lanser.

– Zupełnie pewien – odpowiedział sztywno Loft.

Do pokoju weszli obaj porucznicy, z półotwartymi ustami, jak gdyby nieco przestraszeni.

– Postawcie go tu – powiedział Lanser i wskazał ścianę pod oknami. Gdy noszowi odeszli, przyklęknął, podniósł róg koca i szybko go opuścił. Klęcząc, spojrzał na Lofta. – Kto to zrobił?

– Górnik – odrzekł Loft.

– Dlaczego?

– Byłem tam, panie pułkowniku.

– No więc niech pan melduje! Niech pan składa raport, do diabła, człowieku!

Loft wyprężył się i powiedział przepisowo:

– Luzowałem właśnie kapitana Benticka, zgodnie z rozkazem pana pułkownika. Kapitan Bentick miał już opuścić służbę i udać się na kwaterę, kiedy doszło do zatargu między mną a jakimś opornym górnikiem, który chciał rzucić robotę. Wykrzykiwał, że jest wolnym człowiekiem. Kazałem mu wziąć się do roboty, wtedy rzucił się na mnie z kilofem. Kapitan Bentick chciał mu przeszkodzić… – Nieznacznym ruchem ręki wskazał ciało.

Lanser wciąż klęczał, przytakując z wolna głową.

– Bentick był ciekawym typem – powiedział. – Kochał Anglików, kochał wszystko, co robili. Nie wydaje mi się, żeby zbytnio lubił się bić… Czy zatrzymaliście górnika?

– Tak, panie pułkowniku – odpowiedział Loft.

Lanser, wstając powoli, mówił jakby do siebie:

– A więc znów od początku. Rozstrzelamy tego człowieka i zyskamy dwudziestu nowych wrogów. Tylko tego możemy być pewni, tylko tego.

– Co pan mówi, panie pułkowniku? – spytał Prackle.

– Nic, nic. Tylko głośno myślałem – odpowiedział Lanser. Zwrócił się do Lofta: – Pójdzie pan do burmistrza Ordena i powie, że muszę się z nim natychmiast widzieć. W bardzo ważnej sprawie.

Major Hunter spojrzał w górę, wysuszył starannie piórko i włożył je do wyściełanego welwetem pudełka.

Rozdział 3

Ludzie w mieście snuli się po ulicach milcząco i posępnie. Z oczu znikł już częściowo cień niedowierzania, ale jeszcze się w nich nie pojawił błysk gniewu. W szybach węglowych górnicy popychali załadowane wózki ociężale i w milczeniu. Drobni kupcy stali za ladami i obsługiwali klientów bez słowa. Ludzie porozumiewali się monosylabami, każdy myślał o wojnie, o sobie, o przeszłości i o tym, jak się to wszystko nagle zmieniło.

W salonie pałacyku burmistrza Ordena żarzył się węgiel na kominku i paliły się światła, dzień był bowiem szary, a powietrze mroźne. Sam pokój był przemeblowany: kryte tkaniną krzesła i małe stoliki odsunięto pod ściany, a w drzwiach Józef i Anna walczyli z dużym, czworokątnym stołem, usiłując przepchnąć go z pokoju stołowego do salonu. Stół leżał w drzwiach na boku. Józef ciągnął go, stojąc już w salonie, z tyłu widać było czerwoną twarz Anny. Józef manewrował nogami od stołu i wołał:

– Nie pchaj, Anno! No, teraz!

– Przecież właśnie popycham! – odkrzyknęła Anna, rozzłoszczona, z zaczerwienionym nosem i przekrwionymi oczyma. Anna zawsze była niecierpliwa, skora do gniewu, a ci żołnierze, ta cała okupacja nie wpłynęły na złagodzenie jej usposobienia. A teraz to, co od lat uważano za przejaw jej niemiłego usposobienia, stało się nagle wyrazem jej patriotycznych uczuć. Od chwili kiedy chlusnęła wrzątkiem na żołnierzy, zyskała pewien rozgłos jako bojowniczka wolności. Chlusnęłaby, oczywiście, na każdego, kto by się jej naprzykrzał w sieni, ale tak się właśnie zdarzyło, że dzięki temu została bohaterką. Odkąd zaś zły humor przyczynił się do jej sukcesów, Anna zmierzała ku nowym, wpędzając się umyślnie w coraz większe ataki złości.

– Niech Anna tak nie szarpie – ostrzegał Józef. Stół leżał niewzruszenie, zaklinowany w drzwiach. – Trzeba spokojnie.

– Jestem spokojna – odpowiedziała Anna.

Józef odsunął się od stołu i badał sytuację. Anna skrzyżowała ręce i patrzyła na Józefa. Józef sprawdził nogę, czy nie została obruszona.

 

– Nie można pchać – orzekł. – Nie można tak mocno pchać. – I sam przesunął stół przez drzwi, Anna zaś poszła za nim z założonymi na piersiach rękami. – Teraz postawmy go – powiedział Józef. I wreszcie Anna pomogła postawić stół na cztery nogi i przesunąć go na środek pokoju.

– Nareszcie – rzekła. – Gdyby jego ekscelencja nie dał mi osobistego polecenia, nie robiłabym tego. Jakim prawem każą nam przenosić stoły?

– Jakim prawem w ogóle tu wleźli? – dorzucił Józef.

– Nijakim – odpowiedziała Anna.

– Nijakim – powtórzył Józef. – Oczywiście, nie mają nijakiego prawa, ale robią, co chcą, bo mają karabiny i spadochrony.

– Nie mają prawa w ogóle – powiedziała Anna. – I na co im ten stół tutaj? To przecież nie jest stołowy pokój…

Józef przysuwał krzesła do stołu i ustawiał je starannie.

– Oni tu zrobią sąd. Będą sądzić Aleksandra Mordena – powiedział.

– Męża Molly Morden?

– Tak, męża Molly Morden.

– Za to, że zdzielił tamtego kilofem?

– Tak, za to.

– Ale to jest bardzo przyzwoity człowiek. Nie mają prawa go sądzić. Ofiarował Molly na urodziny piękną czerwoną suknię. Nie mają prawa go sądzić.

– Jednak zabił człowieka.

– No więc zabił. Ale tamten chciał Aleksa wodzić za nos. Aleks nie lubi, żeby mu rozkazywano. Aleks był w swoim czasie radnym, tak jak jego ojciec. A Molly Morden robi doskonałe ciastka – powiedziała Anna z uznaniem – chociaż lukier jest nieco za twardy. Co zrobią Aleksowi?

– Rozstrzelają go – powiedział Józef ponuro.

– Nie mogą tego zrobić.

– Niech Anna podaje krzesła. Tak, mogą to zrobić. Na pewno to zrobią.

Anna wyprostowanym palcem przejechała mu koło nosa.

– Niech sobie Józef zapamięta moje słowa – powiedziała z gniewem. – Jeśli zrobią krzywdę Aleksowi, ludzie tego nie zniosą. Ludzie lubią Aleksa. Czy wyrządził komu co złego? Niech Józef powie.

– Nie, nigdy.

– Widzi Józef. Jeśli skrzywdzą Aleksa, ludzie dostaną szału, a i ja się wścieknę. Dłużej nie zniosę tego.

– A co Anna zrobi?

– Sama własnoręcznie zabiję kilku.

– Wtedy Annę rozstrzelają – rzekł Józef.

– Niech rozstrzelają. Mówię Józefowi, za daleko to wszystko zaszło, kręcą się tu i tam całymi nocami, strzelają do ludzi.

Józef wciąż ustawiał krzesła i nagle z miną konspiratora szepnął cicho:

– Anno!

Znieruchomiała na moment, zaskoczona jego tonem, a następnie podeszła do niego.

– Czy dotrzymasz tajemnicy? – zapytał Józef.

Anna spojrzała na niego ze zdziwieniem; Józef nigdy dotąd nic nie trzymał w tajemnicy.

– Pewnie! O co chodzi?

– Więc William Deal i Walter Doggel uciekli tej nocy.

– Uciekli? Dokąd?

– Do Anglii, łodzią.

Anna westchnęła z ulgą, jakby stało się to, co przewidywała.

– Czy wszyscy o tym wiedzą?

– No, nie wszyscy – odpowiedział Józef. – To jest, wszyscy z wyjątkiem… – I szybkim ruchem skierował kciuk ku sufitowi.

– Kiedy to się stało? Dlaczego nic o tym nie słyszałam?

– Bo Anna była czym innym zajęta. – Twarz i głos Józefa wyrażały teraz chłód. – Czy Anna zna tego Corella?

– No chyba.

Józef przysunął się do niej.

– Nie wydaje mi się, żeby długo pożył.

– Co Józefowi przyszło do głowy?

– To, o czym ludzie mówią.

– Aaach… – Anna westchnęła z napięcia.

I oto Józef miał wreszcie własny sąd o rzeczy.

– Ludzie – powiedział – naradzają się. Nie podoba im się ten podbój. Będą się tu dziać różne rzeczy. Trzeba, Anno, mieć oczy szeroko otwarte. Znajdzie się coś niecoś do roboty i dla Anny.

– A co na to ekscelencja? Co zamierza robić? Jakie zajmie stanowisko? – zapytała Anna.

– Tego nikt nie wie – odrzekł Józef. – On nic nie mówi.

– Nie będzie chyba przeciwko nam?

– Nic nie mówi – powtórzył Józef.

Klamka u drzwi opadła i powoli wszedł burmistrz Orden. Wyglądał jak człowiek bardzo zmęczony i stary. Za nim ukazał się doktor Winter.

– W porządku, Józefie. Dziękuję, Anno. Tak jest dobrze – powiedział Orden.

Wyszli oboje; Józef jeszcze tylko zerknął za siebie, nim zamknął drzwi.

Burmistrz Orden podszedł do kominka i odwrócił się, żeby ogrzać plecy. Doktor Winter wysunął krzesło, stojące na głównym miejscu przy stole, i na nim usiadł.

– Zastanawiam się, jak długo jeszcze zdołam się utrzymać na tym stanowisku? – powiedział Orden. – Nasi ludzie nie bardzo mi już dowierzają, wróg też. Nie wiem, czy to dobre.

– Też nie wiem – odpowiedział Winter. – Może pan chyba polegać na sobie. Nie zwątpił pan przecież w swój rozum?

– Zwątpić? Nie. Jestem tu burmistrzem. Nie rozumiem wielu rzeczy. – Wskazał ręką stół. – Nie wiem, dlaczego upierają się, żeby sąd odbywał się właśnie tu. Mają sądzić Aleksa Mordena za zabójstwo. Pamięta pan Aleksa? Ma taką miłą, ładną żonę, Molly.

– Przypominam sobie – odparł Winter. – Uczyła w szkole powszechnej. Tak, pamiętam. Ładna jest, nie chciała nosić okularów, choć było to konieczne. Więc to Aleks zabił oficera? Nikt temu nie zaprzecza?

– Nie, nikt temu nie zaprzecza. Ale dlaczego robią proces sądowy? Dlaczego po prostu go nie rozstrzelają? Tu nie chodzi o wątpliwość czy niesprawiedliwość. Nie! Dlaczego uważają za konieczne wytoczenie procesu, i to… w moim domu? – powiedział burmistrz Orden z goryczą.

– Przypuszczam, że na pokaz. Jest w tym pewna myśl: jeśli przestrzega się ustalonych form postępowania, wówczas sprawa wydaje się załatwiona właściwie. Ludziom wystarcza niekiedy zachowanie form. My mieliśmy armię, to znaczy – żołnierzy z karabinami, ale to przecież nie była armia. Najeźdźcy chcą przeprowadzić sprawę Mordena przez sąd, mają bowiem nadzieję przekonać ludzi, że wszystko będzie załatwione sprawiedliwie. Aleks przecież zabił kapitana.

– Tak, wiem – rzekł Orden.

– Jeśli wyrok zapadnie tu, w pańskim domu – mówił dalej Winter – gdzie ludzie spodziewają się sprawiedliwości… – Przerwał, gdyż otworzyły się drzwi z prawej strony i weszła młoda kobieta. Mogła mieć około trzydziestu lat, była ładna. W ręce trzymała okulary. Miała na sobie zwykłą codzienną sukienkę. Była bardzo podniecona. Powiedziała szybko:

– Anna mi mówiła, żeby wejść bez pukania.

– Naturalnie – odpowiedział burmistrz. – Pani jest Molly Morden.

– Tak. Mówiono mi, że Aleks będzie sądzony i rozstrzelany. – Orden spuścił na chwilę wzrok, a Molly ciągnęła dalej: – Mówią, że pan będzie go sądził i że to pana słowa wyślą go na śmierć.

Orden spojrzał na nią zdumiony.

– Co to znaczy? Kto to powiedział?

– Ludzie w mieście. – Opanowała się i pytała na pół z prośbą, na pół z żądaniem: – Pan przecież tego nie zrobi, prawda, panie burmistrzu?

– Skąd ludzie wiedzą to, czego ja nie wiem? – zapytał.

– To wielka tajemnica – wtrącił doktor Winter. – Tajemnica, która niepokoiła wszystkich władców świata: „Jak się to dzieje, że ludzie wiedzą”, niepokoi teraz naszych najeźdźców. Opowiadano mi, jak starannie cenzurują wiadomości i jak prawda zwycięża wszelkie kontrole. Tak, to wielka tajemnica.

Dziewczyna spojrzała w górę, bo w pokoju nagle poszarzało. Zdawała się przestraszona.

– To chmura – powiedziała. – Na drodze leży śnieg i jest jeszcze wcześnie.

Doktor Winter przysunął się do okna i zerknąwszy w niebo, powiedział:

– Tak, ogromna chmura. Ale może przejdzie bokiem.

Burmistrz Orden zaświecił lampę. Dała tylko mały krąg światła. Zaraz ją zgasił, mówiąc:

– Zapalona lampa przy świetle dziennym to smutny widok.

Molly przysunęła się bliżej.

– Aleks nie jest z natury zły. Jest prędki, ma żywy temperament, ale nigdy dotąd nie złamał prawa. Jest człowiekiem szanowanym.

Orden położył rękę na ramieniu kobiety i rzekł:

– Znam Aleksa od dziecka. Znałem jego ojca i dziadka. Jego dziadek chodził na niedźwiedzie za dawnych czasów. Wiedziała pani o tym?

Molly jakby go nie słuchała.

– Pan nie skaże Aleksa, prawda?

– Nie. Jakże mógłbym go skazać?

– Ludzie mówią, że pan to zrobi, żeby utrzymać spokój i porządek.

Burmistrz Orden stanął za krzesłem i mocno chwycił rękami oparcie.

– Czy ludzie chcą, żeby był spokój i porządek, Molly?

– Ja nie wiem. Oni chcą być wolni.

– Dobrze, ale czy ludzie wiedzą, jak należy postępować? Jakich użyć sposobów przeciwko uzbrojonemu wrogowi?

– Nie – odparła Molly – nie sądzę, żeby wiedzieli.

– Jest pani rozsądną dziewczyną, Molly. A czy pani sama… wie?

– Nie, panie burmistrzu, ale zdaje mi się, że ludzie będą się czuli pokonani, dopóki będą cierpliwi i ustępliwi. Chcą pokazać tym żołnierzom, że nie zostali pokonani.

– Nie było możliwości walki. Iść na karabiny maszynowe to nie walka – powiedział doktor Winter.

– Gdy będzie pani wiedziała, jak ludzie chcą postępować, powie mi pani? – spytał Orden.

Spojrzała nań podejrzliwie.

– Tak.

– Ale myśli pani „nie”. Pani mi nie ufa!

– A co będzie z Aleksem? – spytała.

– Nie wydam wyroku skazującego. Aleks nie popełnił żadnej zbrodni przeciwko naszemu narodowi – powiedział burmistrz.

Molly zawahała się.

– A tamci? Zabiją Aleksa?

– Drogie dziecko, moje drogie dziecko… – odrzekł Orden, patrząc na nią.

Nie drgnęła.

– Dziękuję panu. – Orden zbliżył się do niej, ona jednak powiedziała cicho: – Niech mnie pan nie dotyka, proszę. Niech pan nie dotyka. – Ręka burmistrza opadła. Molly chwilę stała w milczeniu, potem odwróciła się i wyszła z pokoju.

Ledwie zamknęła drzwi, wszedł Józef.

– Przepraszam, panie burmistrzu. Pułkownik chciałby z panem mówić. Powiedziałem, że jest pan zajęty. Wiedziałem, że ona tu była. I pani też chce pana widzieć.

– Niech Józef prosi panią – powiedział Orden.

Józef zniknął i w tej samej chwili weszła pani.

– Nie wiem już, doprawdy, jak prowadzić ten dom – zaczęła. – Więcej tu ludzi, niż dom może ich pomieścić. Anna złości się bez przerwy.

– Cicho… – powiedział burmistrz.

Pani spojrzała nań zdumiona.

– Nie wiem, co…

– Spokojnie, Saro. Chcę, żebyś poszła do domu Aleksa Mordena. Rozumiesz? Chcę, żebyś została tam przy Molly, bo jesteś jej potrzebna. Nic nie mów, po prostu bądź z nią.

– Mam sto spraw… – zaczęła.

– Saro, chcę, żebyś była z Molly Morden. Nie zostawiaj jej samej. Idź już.

Powoli chwytała sens tego, co mówił.

– Dobrze, idę. Kiedy to się skończy?

– Nie wiem. Przyślę po ciebie Annę.

Pocałowała go lekko w policzek i wyszła. Orden podszedł do drzwi.

– Józefie, mogę teraz przyjąć pułkownika.

Wszedł Lanser. Miał na sobie świeżo odprasowany mundur, u boku wisiał mały ozdobny sztylet.

– Dzień dobry, ekscelencjo. Chciałbym pomówić z panem prywatnie. – Spojrzał na doktora Wintera. – Chciałbym mówić tylko z panem.

Winter ruszył powoli w kierunku drzwi; nim wyszedł, Orden zawołał:

– Doktorze!

Winter odwrócił się.

– Słucham?

– Przyjdzie pan dziś wieczorem?

– Ma pan coś dla mnie do roboty?

– Nie, nie, tylko nie lubię być sam.

– Będę – powiedział doktor.

– I, doktorze, czy z Molly wszystko w porządku?

– Och, myślę, że tak. Jest bliska rozstroju nerwowego, przypuszczam. Trafił ją dotkliwy cios. Ale ona jest z dobrego, mocnego tworzywa. Ona jest z Kenderly, wie pan?

– Zapomniałem – powiedział Orden. – Tak, prawda, ona jest z Kenderly.

Lanser czekał w postawie pełnej uprzejmości. Zbadał okiem drzwi, spojrzał na stół i ustawione wokół krzesła.

– Nie muszę panu mówić, jak przykra jest dla mnie ta cała sprawa – powiedział. – Pragnąłbym, żeby nigdy nie miała miejsca. – Burmistrz Orden skłonił się lekko, a Lanser mówił dalej: – Mam dla pana wiele sympatii i szacunku, ale muszę wykonać powierzone mi zadanie. Pan zdaje sobie z tego sprawę. – Orden nie odpowiadał. Patrzył Lanserowi prosto w oczy. – My tu nie decydujemy sami ani według własnego uznania. – W przerwach między tymi sentencjami Lanser czekał na odpowiedź. Odpowiedzi jednak nie było. – Musimy stosować się do zasad ustalonych przez rząd. Ten człowiek zabił oficera.

– Dlaczego więc nie kazał go pan rozstrzelać? – odezwał się wreszcie Orden. – Mógł pan to uczynić.

 

Lanser przecząco pokręcił głową.

– Gdybym się nawet zgadzał z panem, nie miałoby to praktycznego znaczenia. Pan wie, równie dobrze jak ja, że celem kary w znacznej mierze jest odstraszyć potencjalnych przestępców. Skoro więc kara wymierzona jest niejako i w innych, poza tym, który ma być bezpośrednio ukarany, wyrok musi być publicznie ogłoszony i wykonany. Musi być nawet udramatyzowany. – Wsunął palec za pas i poruszył swym małym sztyletem.

Orden odwrócił się i spojrzał przez okno na ciemne niebo.

– Śnieg spadnie tej nocy – zauważył.

– Burmistrzu Orden, pan wie, rozkazy, jakie otrzymujemy, są nieubłagane. Musimy dostarczać węgiel. Jeśli pańscy ludzie nie będą przestrzegać ładu i spokoju, będziemy musieli ten ład zaprowadzić siłą. – Głos pułkownika nabrał ostrości. – Będziemy stawiać ludzi pod mur, jeśli zajdzie tego konieczność. Skoro więc pan chce ratować ich przed nieszczęściem, musi pan nam pomóc w utrzymaniu porządku. A teraz nasz rząd uważa za słuszne i celowe, aby kara była wymierzona przez miejscowe władze. To się przyczyni do utrzymania spokoju.

– A więc ludzie wiedzieli – powiedział cicho Orden. – O to chodzi. – I dodał głośniej: – A więc żąda pan, abym to ja wydał wyrok śmierci na Aleksandra Mordena po przeprowadzeniu tutaj przewodu sądowego?

– Tak, w ten sposób zapobiegnie pan większemu rozlewowi krwi na przyszłość.

Orden podszedł do stołu, wysunął krzesło stojące na głównym miejscu i usiadł na nim. I nagle wydało mu się, że jest sędzią, a Lanser oskarżonym. Zabębnił palcami po stole.

– Pan i pański rząd nic nie rozumiecie. W całym świecie tylko wasz rząd i wasz naród ponoszą klęskę za klęską od stuleci, ponieważ wy zupełnie nie rozumiecie ludzi. – Przerwał na chwilę. – Wasze zasady nie będą tu mieć zastosowania. Jestem burmistrzem. Nie mam prawa wydawać wyroków śmierci. Nie ma nikogo w tym mieście obdarzonego takim prawem. Gdybym to uczynił, złamałbym prawo, podobnie jak pan.

– Ja złamałem prawo? – zdziwił się Lanser.

– Zabiliście sześciu ludzi, zajmując miasto. Według naszych praw wy jesteście mordercami, wszyscy. Po cóż się pan wdaje w nonsensowne rozważania o prawie, pułkowniku? Nie ma stosunków prawnych między nami i wami. Jest wojna. Czyżby pan nie wiedział, że będziecie musieli zniszczyć nas wszystkich albo my zabijemy każdego z was? Naruszyliście prawo, wchodząc na naszą ziemię, i teraz działają już inne prawa. Nie wie pan o tym?

– Czy mogę usiąść? – spytał Lanser.

– Dlaczego pan pyta? To kolejne kłamstwo. Mógłby pan kazać mi stać, gdyby się tak panu podobało.

– Nie. Powiem panu prawdę bez względu na to, czy mi pan uwierzy, czy nie. Osobiście mam szacunek dla pana i pańskiego urzędu i – położył rękę na czole – widzi pan, to, co ja w głębi sobie myślę, ja, człowiek w pewnym wieku, o pewnych przeżyciach i wspomnieniach, nie ma żadnego znaczenia. Mógłbym zgadzać się z panem, ale to nie zmieniłoby niczego. W tym militarnym i politycznym wzorcu, w obrębie którego działam, są pewne tendencje i działania, które są niezmienne.

– I te właśnie tendencje i działania okazywały się w doświadczeniu niesłuszne w każdym poszczególnym przypadku od początku świata – odparł Orden.

Lanser roześmiał się gorzko.

– Ja, człowiek z pewnymi wspomnieniami, mógłbym nawet dodać, że jedną z tendencji wojskowego umysłu i wzorca jest niezdolność nauczenia się czegokolwiek poza zabijaniem, co stanowi właśnie istotę wojny. Nie jestem jednak człowiekiem zależnym tylko od wspomnień. Górnik musi być publicznie rozstrzelany, ponieważ teoria głosi, że inni powstrzymają się wtedy od zabijania naszych ludzi.

– Nie mamy w takim razie sobie nic do powiedzenia – powiedział Orden.

– Przeciwnie, mamy. Chcemy, żeby pan nam pomógł.

Orden siedział chwilę bez słowa, potem rzekł:

– Powiem panu, co ja bym zrobił. Ilu ludzi obsługiwało karabiny maszynowe, od których zginęli nasi żołnierze?

– Och, nie więcej niż dwudziestu.

– Dobrze. Jeśli pan każe ich rozstrzelać, ja skażę Mordena.

– Pan nie mówi tego poważnie! – zawołał Lanser.

– Zupełnie poważnie.

– Nie mogę tego zrobić, pan przecież wie.

– Wiem – powiedział Orden. – A ja nie mogę zrobić tego, czego pan ode mnie żąda.

– No tak, wiedziałem. Trudno, Corell musi zostać burmistrzem – rzekł Lanser i zerkając na Ordena, zapytał: – Będzie pan obecny na przewodzie?

– Tak, będę. Aleks nie będzie się czuł tak samotny.

Lanser znów spojrzał nań i uśmiechnął smutno.

– Wzięliśmy na siebie ciężki trud, prawda?

– Tak – powiedział Orden. – Jedyny na świecie niemożliwy do spełnienia wysiłek, jedyną rzecz, której nie da się osiągnąć.

– Mianowicie?

– Złamać ludzkiego ducha. – Orden pochylił głowę nad stołem. Powiedział, nie podnosząc oczu: – Już pada śnieg. Nie czekał nocy. Lubię słodki, chłodny zapach śniegu.