Księżyc zaszedł, W niepewnym boju

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Oczy pułkownika przymykały się ze znużenia.

– Jeszcze jest jedna sprawa, ekscelencjo. Czy moglibyśmy, ja i mój sztab, zatrzymać się u pana?

Burmistrz Orden zamyślił się.

– Tu jest bardzo mało miejsca. Nietrudno znaleźć w mieście większy i wygodniejszy lokal.

Znów wszedł Józef. Niósł srebrną papierośnicę, otworzył ją i podsunął pułkownikowi. Gdy pułkownik wziął papierosa, Józef zapalił go ostentacyjnie.

Pułkownik zaciągnął się głęboko.

– Tu nie chodzi o wygody. Przekonaliśmy się, że lokując dowództwo pod dachem miejscowej władzy, zyskujemy większy spokój w mieście.

– Chce pan powiedzieć – odrzekł burmistrz Orden – że wtedy ludność domyśli się naszej współpracy?

– Właśnie tak uważam.

Burmistrz spojrzał bezradnie na doktora Wintera, lecz doktor odpowiedział mu tylko lekkim skrzywieniem ust. Orden odezwał się cicho:

– Czy wolno mi odmówić tego zaszczytu?

– Przykro mi – powiedział pułkownik – ale nie. Takie są rozkazy mego Wodza.

– Ludzie nie będą z tego zadowoleni – odparł Orden.

– Ludzie… Ciągle ludzie… Ludzie nie mają broni. Ludzie nie mają nic do gadania.

Burmistrz Orden pokiwał głową.

– Pan nie wie, panie pułkowniku.

Od drzwi dobiegł gniewny kobiecy głos, uderzenia i męski krzyk. Wpadł Józef.

– Chlusnęła wrzątkiem – powiedział. – Jest okropnie zła!

Za drzwiami rozległy się słowa komendy i rytmiczny krok. Pułkownik Lanser podniósł się ciężko.

– Czy pan zupełnie nie ma władzy nad swoją służbą? – zapytał.

Burmistrz Orden uśmiechnął się.

– Bardzo niewielką. To dobra kucharka, kiedy jest w humorze. Czy stało się komu coś złego? – zapytał.

– To był wrzątek, proszę pana – wtrącił Józef.

– Musimy jak najprędzej przystąpić do wykonywania naszych zadań – powiedział pułkownik Lanser. – Są to zadania techniczne. Pan będzie musiał poskromić swoją kucharkę.

– Nie mogę – odrzekł Orden. – Ona odejdzie.

– To jest sprawa wyższej konieczności. Jej nie wolno odejść.

– To będzie dalej oblewać wodą – zauważył doktor Winter.

Drzwi otworzyły się, stanął w nich żołnierz.

– Czy mamy aresztować tę kobietę, panie pułkowniku?

– Są jacyś poszkodowani? – spytał Lanser.

– Tak jest. Są poparzeni, a jeden ugryziony. Zatrzymaliśmy ją, panie pułkowniku.

Lanser rozejrzał się bezradnie, potem powiedział:

– Zwolnijcie ją. Opuśćcie sień i wyjdźcie z domu.

– Tak jest, panie pułkowniku – powiedział żołnierz i zamknął za sobą drzwi.

– Mógłbym ją kazać rozstrzelać – zauważył Lanser. – Mógłbym ją zamknąć.

– Wtedy nie mielibyśmy kucharki – rzekł Orden.

– Niech pan weźmie pod uwagę, że musimy sobie radzić z pańskimi ludźmi.

– Przepraszam, panie pułkowniku – wtrąciła pani – muszę pójść zobaczyć, czy żołnierze nie robią Annie krzywdy – i wyszła.

Lanser wstał.

– Mówiłem panu, że jestem ogromnie zmęczony. Muszę się przespać. Proszę, niech pan z nami współpracuje dla dobra wszystkich. – A gdy Orden nie odpowiedział, Lanser powtórzył: – Dla wspólnego dobra… Dobrze?

– To jest nieduże miasto. Nie wiem. Ludzie są zbici z tropu, a i ja także.

– Ale czy spróbuje pan współpracować z nami?

Orden potrząsnął głową.

– Nie wiem. Gdy miasto postanowi, co czynić, ja zapewne według tego będę postępować.

– Ale przecież pan jest tu władzą?

– Pan zapewne nie uwierzy – Orden uśmiechnął się – ale tak jest naprawdę: władza wywodzi się z miasta. Nie wiem jak ani dlaczego, ale tak jest. To znaczy, że nie potrafimy działać tak szybko jak wy, ale gdy kierunek zostanie ustalony, wówczas działamy wszyscy razem. W tej chwili nie mam jeszcze jasnego rozeznania w sytuacji. Jeszcze nie wiem.

– Mam nadzieję, że uda się nam współpracować. Byłoby to o tyle łatwiej dla każdego z nas. Mam nadzieję, że możemy panu zaufać. Nie chciałbym uciekać się do metod, jakie stosuje wojsko dla utrzymania porządku – powiedział Lanser, znużony.

Burmistrz Orden milczał.

– Mam nadzieję, że będziemy mogli panu zaufać – powtórzył Lanser.

Orden włożył palec w ucho i poruszał nim energicznie.

– Nie wiem.

Do salonu weszła pani, mówiąc:

– Anna jest wściekła. Poszła do sąsiadów i rozmawia z Krystyną. Krystyna też się rozzłościła.

– A Krystyna to jeszcze lepsza kucharka niż Anna – zauważył burmistrz.

Rozdział 2

Na piętrze pałacyku burmistrza sztab pułkownika Lansera urządzał swą kwaterę. Prócz pułkownika było pięciu oficerów. Był major Hunter, mały człowiek opętany liczbami, mały człowiek, który – będąc jednostką odpowiedzialną – wszystkich ludzi dzielił bądź na odpowiedzialnych, bądź nieprzystosowanych do życia. Major Hunter był inżynierem, ale – wyjąwszy okoliczności wojny – nikomu nie przyszłoby do głowy powierzać mu funkcji kierowniczych. Hunter ustawiał ludzi w szeregi jak cyfry, dodawał, odejmował i mnożył. Był raczej specem od rachunków niż matematykiem. Nic z radości, z muzyki, z mistyki matematyki wyższej nigdy nie uderzyło mu do głowy. Ludzie mogli różnić się wzrostem, wagą czy kolorem skóry, podobnie jak różni się 6 od 8, poza tym wszakże niewielkie dzieliły ich różnice. Żenił się parę razy i dotąd nie mógł zrozumieć, dlaczego wszystkie żony stawały się coraz bardziej rozdrażnione, nerwowe, nim wreszcie opuszczały go na dobre.

Kapitan Bentick był domatorem, lubił ognisko rodzinne, kochał psy, różowe bobasy i Boże Narodzenie. Był nieco za stary na kapitana, ale jakiś zastanawiający brak ambicji stawał mu na drodze do awansu. Przed wojną zachwycał się typem brytyjskiego dżentelmena z majątku ziemskiego, nosił angielskie ubrania, trzymał angielskie psy, w angielskiej fajce palił specjalną mieszankę z Londynu i abonował te angielskie czasopisma, które pielęgnowały zamiłowania ogrodnicze i nieustannie rozwodziły się nad zaletami gordon seterów. Wszystkie swe urlopy kapitan Bentick spędzał w Sussex; cieszył się, gdy w Paryżu czy Budapeszcie brano go za Anglika. Wojna wszystko to odmieniła, jednak zbyt długo palił fajkę i zbyt długo chodził z laską, by nagle i od razu je odrzucić. Kiedyś, przed pięcioma laty, zdarzyło się, że napisał i przesłał do „The Times” artykuł na temat strzyżenia trawników, i podpisał go nazwiskiem „Edmund Twitchell”. „Times” ten artykuł wydrukował.

Jeśli kapitan Bentick był za stary na kapitana, to kapitan Loft był za młody. Loft miał całkowite poczucie swego kapitaństwa. Żył i oddychał nim. Nie był ani trochę cywilem. Gnany ambicją, przeskakiwał stopnie oficerskie. Wypływał jak śmietanka na powierzchnię mleka. Zsuwał obcasy, dźwięcznie nimi stukając, jak tancerz. Znał wszystkie odmiany wojskowej dworności i starał się błyszczeć wszystkimi. Mieli przed nim respekt generałowie, bo więcej od nich wiedział o przepisach zachowania się żołnierza. Kapitan Loft myślał i wierzył, że żołnierz jest najwyższym ogniwem w rozwoju istot żywych. Jeśli w ogóle uznawał Boga, wyobrażał go sobie jako starego, wielce szanownego generała, siwego emeryta, żyjącego wspomnieniami bitew i składającego kilka razy do roku wieńce na grobach swoich poruczników. Kapitan Loft wierzył, że wszystkie kobiety szaleją za mundurem wojskowym, i nie widział powodu, żeby miało być inaczej. Przy normalnym biegu wydarzeń zostałby w czterdziestym piątym roku życia generałem brygady i oglądał siebie na zdjęciach w ilustrowanych czasopismach w towarzystwie wysokich, bladych kobiet o nieco męskim typie.

Porucznicy Prackle i Tonder byli to gołowąsi studenci, urobieni bieżącą polityką, przekonani, że nowy system jest wynalazkiem geniusza tak wielkiego, iż nie warto nawet sprawdzać, jakie ten nowy ład przynosi w rzeczywistości wyniki. Byli to sentymentalni młodzi ludzie, skorzy zarówno do łez, jak i do wściekłości. Porucznik Prackle nosił w kopercie kieszonkowego zegarka lok włosów, zawinięty w strzępek niebieskiego jedwabiu. Włosy te zawsze wyswobadzały się i zatrzymywały kółko balansu, o godzinach mówił mu więc drugi zegarek – na ręku. Prackle był świetnym tancerzem, wesołym chłopcem, niemniej potrafił chmurzyć się i wymyślać, jak jego Wódz, potrafił jak Wódz pogrążyć się w rozmyślaniach. Nienawidził zdegenerowanej sztuki i własnoręcznie zniszczył kilka nowoczesnych płócien. Ale w kabaretach rysował czasem podobizny swych współtowarzyszy, którzy uprzejmie zapewniali go, że powinien był zostać artystą. Prackle miał kilka jasnowłosych sióstr, którymi tak się pysznił, że pewnego razu narobił niemało szumu, gdyż zdawało mu się, że ktoś im ubliżył. Siostry bardzo były tym zaniepokojone, obawiały się bowiem, że ktoś mógłby poświadczyć zaistnienie afrontu, o co nie byłoby trudno. Porucznik Prackle cały czas wolny od służbowych zajęć śnił na jawie o uwiedzeniu siostry Tondera, wesołej, hożej blondynki, ona jednak wolała zaloty starszych panów, którzy nie targali jej włosów, jak to czynił porucznik Prackle.

Porucznik Tonder był poetą, poetą gorzkim, który marzył o doskonałej idealnej miłości wzniosłych młodzieńców do biednych dziewcząt. Tonder był ciemnowłosy, romantyczny, o takim widzeniu rzeczy, na jakie stać było jego doświadczenie. Niekiedy szeptem w białych wierszach zwracał się do urojonych, ciemnowłosych kobiet. Marzył o śmierci na polu bitwy, widział opłakujących go rodziców i Wodza, który stał – nieustraszony, lecz smutny – w obecności umierającego młodzieńca. Bardzo często wyobrażał sobie własny pogrzeb w blaskach zachodzącego słońca, które ślizgało się promieniami po złamanej szabli. Kołem, w milczeniu, ze zwieszonymi głowami stali jego żołnierze, a po gęstej, mięsistej chmurze galopowały walkirie o wielkich piersiach, matki i władczynie zarazem, podczas gdy na horyzoncie biły z trzaskiem wagnerowskie pioruny. I miał nawet przygotowane słowa na godzinę śmierci.

 

Tacy byli ci sztabowcy, każdy bawił się w wojnę, jak dzieci w grę „uciekajcie, owieczki, uciekajcie”. Major Hunter myślał o wojnie jak o zadaniu matematycznym, które należało rozwiązać, aby móc wrócić na ciepłe miejsce przy kominku; kapitan Loft jak o właściwej karierze dla dobrze wychowanego młodego człowieka; porucznicy Prackle i Tonder jak o marzeniach sennych, w których nic nie było naprawdę rzeczywiste. Ich wojna była dotychczas grą – piękna broń, wspaniale przeprowadzone kampanie przeciwko nieuzbrojonym, zaskoczonym wrogom. Nie przegrali jeszcze ani jednej bitwy, niewiele doznali cierpień. Pod naciskiem okoliczności mogli okazać się tchórzami lub śmiałkami, jak każdy człowiek. Z nich wszystkich tylko pułkownik Lanser wiedział, czym naprawdę jest wojna.

Przed dwudziestoma laty pułkownik Lanser był w Belgii i Francji i usiłował nie myśleć o tym, o czym wiedział: że wojna jest zdradą i nienawiścią, partactwem kiepskich generałów, męczarnią, zabijaniem, cierpieniem i znużeniem, aż wreszcie kończy się i – nic się nie zmienia, tyle że powstają nowe troski i nienawiści. Lanser powiedział sobie, że jest żołnierzem, który ma wykonywać otrzymane rozkazy. Nie pytać, nie myśleć, lecz tylko i wyłącznie wykonywać rozkazy – oto wszystko, czego odeń żądano. Usiłował więc odsuwać od siebie niemiłe wspomnienia z tamtej wojny i pewność, że ta będzie taka sama. „Ta właśnie będzie inna – powtarzał sobie pięćdziesiąt razy dziennie – ta będzie zupełnie inna”.

W zbiorowym marszu, w tłumie, w rozgrywce piłkarskiej, a także na wojnie kontury wydarzeń stają się mgliste i niewyraźne; zdarzenia rzeczywiste zdają się nierzeczywistymi, mgła przesłania umysł. Napięcie i podniecenie, znużenie, ruch – to wszystko razem zapada w jakieś wielkie widziadło senne, tak że gdy jest już po wszystkim, niełatwo przypomnieć sobie, jak to było, kiedy zabijało się człowieka czy kazało mu się iść na śmierć. A gdy inni, których tam nie było, opowiadają, jak sprawy się miały, mówi się niepewnie: „Tak, chyba tak właśnie było…”.

Sztab zajął trzy pokoje na piętrze pałacyku burmistrza. W sypialniach rozstawiono łóżka polowe, złożono koce i ekwipunek, a w pokoju, znajdującym się akurat nad salonem na parterze, urządzono swego rodzaju pokój klubowy, wstawiono kilka krzeseł i stół. Tu oficerowie pisali i czytali listy, rozmawiali, pili kawę, robili plany dnia, wypoczywali. Na ścianach między oknami wisiały obrazy przedstawiające krowy, jeziora i małe wiejskie domki, a z okien otwierał się widok na miasto aż po wybrzeże, na port, gdzie cumowano okręty, na doki, do których wpływały puste barki węglowe i z ładunkiem wychodziły w morze. Można było sięgnąć okiem daleko za miasto, do linii wybrzeża, i widzieć łodzie rybackie zakotwiczone w zatoce, zwinięte żagle, i uchwycić zapach suszonej na wybrzeżu ryby.

Pośrodku pokoju stał duży stół, siedział przy nim major Hunter. Postawił rysownicę na kolanach, oparł się o stół i rysował za pomocą przykładnicy i ekierki szkic nowej bocznicy kolejowej. Rysownica chwiała się, jej przechyły niecierpliwiły majora. Zawołał przez ramię:

– Prackle! – i po chwili: – Poruczniku Prackle!

Drzwi od sypialni otworzyły się, stanął w nich porucznik z twarzą pokrytą mydłem do golenia. W ręce trzymał pędzel.

– Słucham – powiedział.

Major Hunter szarpnął rysownicą.

– Czy trójnóg pod ten rajzbret został już odpakowany?

– Nie wiem, panie majorze. Nie zaglądałem do bagażu.

– To proszę zaraz zajrzeć, dobrze? Już i tak trudno mi pracować przy tym świetle. Muszę jeszcze raz rysować, zanim wezmę się do tuszu.

– Tylko skończę się golić i poszukam – powiedział Prackle.

– Ta bocznica jest ważniejsza od pańskiej urody. Niech pan zobaczy, czy nie ma tam płóciennej torby, podobnej do worka na kije golfowe – rzekł Hunter z rozdrażnieniem.

Prackle znikł w sypialni. Drzwi z prawej strony otworzyły się i wszedł kapitan Loft. Był w hełmie, miał na sobie lornetkę polową, broń u boku i mnóstwo różnych futeralików skórzanych. Ledwie wszedł, zaczął wszystko z siebie zdejmować.

– Wiecie – powiedział – ten Bentick zwariował. Szedł na służbę po ulicy w czapce.

Loft położył na stole lornetkę, zdjął hełm, torbę z maską gazową. Mały stosik ekwipunku rósł na stole.

– Niech pan tego tutaj nie składa. Muszę mieć przecież miejsce do roboty. Dlaczego miałby nie chodzić w czapce? Nie mieliśmy dotąd żadnych kłopotów. Drażnią mnie te metalowe rzeczy. Są ciężkie, nie pozwalają dobrze widzieć – powiedział Hunter.

– Nie należy odzwyczajać się od hełmu – odrzekł Loft. – To źle wpływa na tutejszych ludzi. Musimy utrzymać wojskowy rygor. Stan gotowości – i nigdy od tego nie odstępować. Jeśli nie chcemy prowokować wypadków, musimy tego przestrzegać.

– Co pana skłania do takich opinii? – zapytał Hunter.

Loft wyprostował się, ściągnął wargi, przybrał wyraz pewności siebie. Prędzej czy później każdy chciał dać mu w łeb za tę jego pewność siebie.

– To nie są moje myśli. Ja tylko parafrazuję Podręcznik X-12, rozdział o zachowaniu się wojska w krajach okupowanych. Jest bardzo starannie i szczegółowo opracowany. – Zaczął mówić z naciskiem: – Wy… – i poprawił zaraz na: – Wszyscy powinni czytać X-12 bardzo dokładnie.

– Zastanawiam się, czy człowiek, który to napisał, był kiedykolwiek w okupowanym kraju – powiedział Hunter. – Ci tutejsi ludzie są raczej nieszkodliwi, wydają się poczciwi i posłuszni.

Wszedł Prackle z twarzą jeszcze częściowo pokrytą mydłem. Niósł brązową płócienną rurę; za nim ukazał się Tonder.

– Czy o to panu chodziło? – spytał Prackle.

– Tak. Niech pan to rozpakuje z łaski swojej i rozstawi.

Prackle i Tonder zabrali się do roboty, rozłożyli trójnóg, wypróbowali i postawili obok Huntera. Major przyśrubował deskę do trójnogu, sprawdził umocowanie i wreszcie, pochrząkując, usadowił się przed nią.

– Czy wie pan, że ma pan mydło na twarzy, poruczniku? – spytał kapitan Loft.

– Tak, panie kapitanie – odpowiedział Prackle. – Właśnie się goliłem, kiedy pan major poprosił mnie o trójnóg.

– No więc niech je pan lepiej zmyje – powiedział Loft. – Gdyby tak pułkownik pana zobaczył…

– O, pułkownik nie miałby mi tego za złe. Nie przywiązuje wagi do takich drobnostek.

Tonder patrzył przez ramię Huntera na rysunek.

– Pułkownik może nie zwróciłby panu uwagi, jednak to nie jest w porządku – rzekł Loft.

Prackle wyjął chusteczkę i starł mydło z policzków. Tonder wskazał palcem na mały przedmiot, narysowany przez Huntera w dolnym rogu rysownicy.

– Ten most podoba mi się. Ale gdzie, u licha, będziemy budować taki most?

Hunter spojrzał na rysunek, potem odwrócił się do Tondera,

– Co? Takiego mostu wcale nie będziemy budować. Właściwy rysunek bocznicy jest wyżej, u góry rysownicy.

– Po co więc pan narysował ten most?

Hunter zdawał się nieco zmieszany.

– Bo widzi pan, na podwórzu mego domu mam model kolejki szynowej. Zamierzałem przerzucić dla niej most nad strumykiem. Doprowadziłem szyny do brzegu, ale nie zdążyłem zbudować mostu. Pomyślałem, że mogę go zaprojektować i kazać zbudować w czasie swej nieobecności.

Porucznik Prackle wyjął z kieszeni kartkę, rozłożył i wpatrzył się w nią. Była to fotografia dziewczyny – same nogi, strój i rzęsy – kwitnącej blondynki w czarnych ażurowych pończochach i krótkim staniku. Owa blondynka zerkała sponad czarnej koronki wachlarza. Porucznik Prackle trzymał ją przed sobą i mówił:

– Coś pięknego, prawda?

Porucznik Tonder spojrzał na obrazek krytycznie.

– Nie podoba mi się.

– Co się w niej panu nie podoba?

– Nie podoba mi się w ogóle – powiedział Tonder. – I na co panu to zdjęcie?

– Podoba mi się i założyłbym się, że panu też.

– Mnie nie.

– Chce pan powiedzieć, że nie poszedłby pan z nią na randkę, gdyby to było możliwe? – zapytał Prackle.

– Nie – odrzekł Tonder.

– Oszalał pan! – Prackle podszedł do jednej z zasłon okiennych. – Zaraz ją tu powieszę, żeby pan mógł się jej przyglądać i marzyć… – I przypiął zdjęcie szpilką.

Kapitan Loft, zbierając swój ekwipunek, rzekł:

– Nie wydaje mi się, żeby to tutaj pasowało, poruczniku. Niech pan to lepiej zabierze. To nie zrobiłoby dobrego wrażenia na ludziach.

Hunter spojrzał znad deski.

– Co nie zrobiłoby? – Popatrzył na fotografię. – Kto to jest? – zapytał.

– To jedna aktorka.

Hunter przyjrzał się jej badawczo.

– Czy pan ją zna?

– Przecież to dziwka – zauważył Tonder.

– Aha, to pan ją zna? – powiedział Hunter.

– Skąd pan wie, że to dziwka? – Prackle zaczepnie wpatrywał się w Tondera.

– Wygląda jak dziwka – powiedział Tonder.

– Czy pan ją zna?

– Nie i nie mam zamiaru.

– Skąd więc pan wie… – zaczął mówić Prackle, ale Loft wpadł mu w słowo:

– Niech pan stąd zabiera swój obrazek. Ten pokój ma charakter służbowy. Jak pan chce, może go pan zawiesić sobie nad łóżkiem. – Prackle spojrzał nań mściwie i już szykował się do odpowiedzi, gdy kapitan Loft rzekł: – To jest rozkaz, panie poruczniku! – i nieszczęśliwy Prackle złożył swoją kartkę z obrazkiem i wsunął do kieszeni. Spróbował weselszym tonem zmienić temat rozmowy, mówiąc:

– Są tu w mieście ładne dziewczęta, a jak tylko się zadomowimy i wszystko pójdzie gładko, muszę się z paroma zapoznać.

– Niech pan lepiej przestudiuje X-12 – powiedział Loft. – Jest tam rozdział o sprawach seksualnych. – I wyszedł, zabierając swój płaszcz, lornetkę i ekwipunek.

– Mądrze pomyślane. W ten sposób wózki z węglem wprost z kopalni podjeżdżać będą pod statki – zauważył porucznik Tonder, wciąż przyglądając się rysunkowi na rajzbrecie.

Hunter z ociąganiem oderwał się od pracy.

– Musimy się śpieszyć, by jak najprędzej zacząć z tym węglem. To ogromna robota. Czuję niemal wdzięczność, że tutejsi ludzie są tak spokojni i rozsądni.

Loft znów wszedł do pokoju, już bez ekwipunku. Stanął przy oknie i spoglądając w kierunku portu i kopalni, powiedział:

– Ludzie są spokojni i rozsądni, ponieważ my jesteśmy rozsądni i spokojni. Co do tego możemy być pewni. Dlatego też wciąż wracam, wciąż mówię o zachowaniu regulaminu, który tak szczegółowo został dla nas opracowany.

Drzwi otworzyły się i wszedł pułkownik Lanser. Oficerowie powitali go służbiście, choć bez zbytniej sztywności.

– Kapitanie Loft, zechce pan zejść i zastąpić Benticka – powiedział Lanser, zdjąwszy płaszcz. – Jakoś niedobrze się czuje, mówi, że ma zawroty głowy.

– Tak jest, panie pułkowniku – odrzekł Loft. – Czy wolno mi zauważyć, że właśnie przed chwilą wróciłem ze służby?

Lanser zlustrował go badawczo.

– Mam nadzieję, że mimo to nie ma pan zastrzeżeń?

– Żadnych, panie pułkowniku. Wspomniałem o tym tylko ze względu na mój rejestr służby.

Lanser odprężył się i zaśmiał.

– Lubi pan mieć pochwały w raportach, prawda?

– To nikomu nie szkodzi, panie pułkowniku.

– A kiedy trochę się tego nazbiera, wówczas zjawi się na pańskiej piersi nowy medal.

– To są kamienie milowe w karierze wojskowej, panie pułkowniku.

– Tak, zapewne – westchnął Lanser. – Ale to nie o nich będzie pan wspominać, kapitanie.

– Słucham? – zapytał Loft.

– Zrozumie pan to później, może wtedy będzie pan wiedział, co miałem na myśli.

Kapitan Loft pośpiesznie wkładał na siebie ekwipunek.

– Tak jest, panie pułkowniku – zameldował i wyszedł. Drewniane schody zadudniły pod jego energicznymi krokami; pułkownik Lanser przysłuchiwał się temu nie bez rozbawienia.

– Oto urodzony żołnierz – powiedział spokojnie.

Hunter oderwał wzrok od rysownicy, podniósł ołówek do góry i rzucił:

– Urodzony osioł!

– Nie – odrzekł Lanser – On jest żołnierzem, w podobny sposób jak niektórzy ludzie są politykami. Na pewno wkrótce dostanie się do sztabu głównego. Na wojnę zacznie spoglądać z góry, dzięki temu będzie w niej dalej rozkochany.

– Kiedy, zdaniem pana, panie pułkowniku, skończy się ta wojna? – zapytał porucznik Prackle.

– Skończy? Skończy? Co pan ma na myśli?

– To znaczy jak prędko odniesiemy ostateczne zwycięstwo – wyjaśnił porucznik Prackle.

Lanser pokiwał głową.

– O, tego nie wiem. Wciąż jeszcze na świecie mamy wrogów.

– Ale ich pokonamy?

– Tak pan myśli? – spytał Lanser.

 

– Nie pokonamy wszystkich?

– Tak, ależ tak, my zawsze zwyciężamy.

Prackle rzekł z ożywieniem:

– Więc gdyby około Bożego Narodzenia było już spokojnie, czy będą przyznawane jakieś urlopy, panie pułkowniku?

– Nie wiem – powiedział Lanser. – Dyspozycje w tych sprawach muszą nadejść z kraju. Chciałby pan być w domu na Boże Narodzenie?

– Chciałbym pojechać.

– Kto wie, może pan pojedzie.

– Ten okupowany kraj zostanie przy nas i po skończonej wojnie, prawda, panie pułkowniku? – spytał porucznik Tonder.

– Nie wiem – odrzekł pułkownik. – Dlaczego pan o to pyta?

– Bo to bardzo piękny kraj, mili ludzie. Nasi, przynajmniej niektórzy, mogliby się tu nawet osiedlić.

– Czy pan już sobie coś upatrzył? – rzucił żartobliwie Lanser.

– Och – rzekł Tonder – są tutaj piękne farmy. Gdyby tak połączyć w jeden majątek cztery, pięć farm, warto by tu osiąść.

– Pan zapewne nie ma rodzinnego majątku? – spytał Lanser.

– Nie, już go nie mam. Wszystko pochłonęła inflacja.

Lanser poczuł się nagle zmęczony tą rozmową z dziećmi.

– Cóż, tymczasem wciąż jeszcze mamy wojnę – powiedział. – Musimy tu wydobywać węgiel. Myślicie, że możemy czekać, aż się skończy wojna, aby tworzyć tu takie majątki? Rozkazy w takich sprawach przychodzą z góry. Kapitan Loft mógłby was o tym pouczyć. – Zmienił ton i ciągnął dalej: – Hunter, wszystkie potrzebne urządzenia nadejdą jutro. W tym tygodniu może pan ruszyć z budową toru kolejowego.

Ktoś zapukał, wartownik wsunął głowę przez drzwi i oznajmił:

– Pan Corell pragnie z panem mówić, panie pułkowniku.

– Niech wejdzie – powiedział Lanser. I zwracając się do oficerów, dodał: – To człowiek, który dla nas przygotował teren do okupacji. Możemy mieć z nim trochę kłopotów.

– A czy dobrze spełnił swoje zadanie? – zapytał Tonder.

– Doskonale. I oczywiście nie jest dziś mile widziany przez tutejszych ludzi. Zastanawiam się, jak będzie widziany przez naszych.

– Zasługuje chyba na zaufanie – zauważył Tonder.

– Na pewno – zgodził się Lanser. – I niech się panu nie zdaje, że nie będzie domagał się dowodów tego zaufania.

Corell, zacierając ręce, wszedł do pokoju. Promieniał życzliwością i przyjaźnią. Miał na sobie to samo czarne codzienne ubranie człowieka interesu, tylko na głowie jaśniała plama białego bandaża, umocowanego przylepcem na krzyż. Postąpił na środek pokoju i powiedział:

– Dzień dobry, panie pułkowniku! Powinienem był złożyć panu wizytę od razu wczoraj, zaraz po wypadku w kuchni, ale domyślałem się, że był pan bardzo zajęty.

– Dzień dobry – odrzekł pułkownik i dodał, wskazując kolistym ruchem ręki: – Oto mój sztab, panie Corell.

– Dzielni chłopcy – powiedział Corell. – Świetnie spełnili zadanie. Co prawda, postarałem się je ułatwić.

Hunter przyjrzał się rysunkowi, wyjął piórko, umaczał je w tuszu i zaczął nim pociągać linie narysowane ołówkiem.

– Sprawił się pan doskonale – zwrócił się Lanser do Corella. – Wolałbym co prawda, żeby nie doszło do śmierci tych sześciu ludzi. Wolałbym, żeby ci żołnierze nie wrócili tak nie w porę.

Corell rozłożył ręce i powiedział:

– Sześciu ludzi to bardzo nieznaczna strata, jak na takie miasto i kopalnie węgla.

– Nie cofam się przed zabijaniem ludzi – rzekł Lanser z powagą – jeśli to niezbędne i załatwia sprawę ostatecznie. Czasem jednak lepiej tego unikać.

– Czy mógłbym, panie pułkowniku, pomówić tylko z panem? – spytał Corell, spoglądając znacząco na poruczników.

– Naturalnie, skoro pan sobie tego życzy. Poruczniku Prackle i Tonder, przejdźcie panowie do swego pokoju – powiedział Lanser i dodał, zwracając się do Corella: – Major Hunter ma pilną robotę, a kiedy jest zajęty, na nic nie zwraca uwagi. – Hunter wyjrzał zza rysownicy i uśmiechnął się. Młodzi porucznicy opuścili pokój. Lanser rzekł do Corella: – No więc jesteśmy sami. Proszę, niech pan siada.

– Dziękuję, panie pułkowniku – powiedział Corell, siadając przy stole.

Lanser spojrzał na bandaż. Powiedział wprost:

– Więc już usiłowali pana zabić?

Corell pomacał bandaż palcami.

– O tym pan mówi? Nie, to tylko kamień. Dziś rano oderwał się od skały w górach.

– Jest pan pewien, że nie był w pana rzucony?

– Ależ co pan sobie wyobraża? – oburzył się Corell. – To nie są dzicy ludzie. Nie mieli wojny od stu lat. Zapomnieli o wojnie.

– Cóż, żył pan między nimi – rzekł pułkownik. – Powinien pan ich znać. – Stanął obok Corella. – Skoro rzeczywiście nic tu panu nie grozi, w takim razie ludzie ci są naprawdę zupełnie inni od wszystkich na świecie. Przed laty brałem udział w zajmowaniu innych krajów. Dwadzieścia lat temu byłem w Belgii i Francji. – Potrząsnął głową, jak gdyby chciał zrzucić niemiłe wspomnienia, i powiedział szorstko: – Zrobił pan tu dobrą robotę. Dziękuję panu. Wspomniałem o pańskiej pracy w raporcie.

– Dziękuję, panie pułkowniku. Zrobiłem wszystko, co mogłem.

– Tak. A teraz co możemy dla pana uczynić? – odezwał się Lanser z lekkim wyrazem znużenia. – Czy chciałby pan wrócić do stolicy? Możemy wsadzić pana na barkę węglową, jeśli zależy panu na czasie, lub na kontrtorpedowiec, jeśli może pan czekać.

– Ależ ja nie chcę wracać – powiedział Corell. – Zostanę tu.

Lanser zamyślił się.

– Pan wie, nie mam tu zbyt wielu ludzi, nie mogę panu zapewnić odpowiedniej ochrony.

– Ale ja nie chcę ochrony. Mówiłem panu, że ci ludzie nie uciekną się do gwałtu.

Lanser popatrzył na bandaż. Hunter wychylił się zza rysownicy i zauważył:

– Niech pan lepiej zacznie nosić hełm – po czym znów zabrał się do pracy.

Teraz Corell wychylił się z krzesła ku pułkownikowi.

– Chciałem pomówić z panem osobiście, panie pułkowniku, w swojej sprawie. Myślałem, że może przydałbym się tu w administracji cywilnej…

Lanser zrobił zwrot na obcasach i podszedł do okna, wyjrzał przez nie, potem odwrócił się i powiedział spokojnie:

– Co pan przez to rozumie?

– Cóż, musi pan tu przecież mieć władzę cywilną, której może pan w pełni zaufać. Myślałem więc, że może burmistrz Orden powinien odejść i gdybym ja miał przejąć ten urząd, to wówczas współpraca władzy cywilnej z wojskową ułożyłaby się gładko.

Oczy Lansera jak gdyby rozszerzyły się i rozjaśniały. Podszedł do Corella, mówiąc:

– Czy w swoim raporcie dla władz w stolicy wspomniał pan o tym?

– Tak, naturalnie, dając analizę sytuacji.

Lanser przerwał mu:

– Czy mówił pan o tym z kimś w mieście od czasu naszego tu przybycia, oczywiście poza burmistrzem?

– Nie. Widzi pan, tutejsi ludzie są wciąż oszołomieni. Nie spodziewali się tego, co się stało. – Zachichotał. – Nie, panie pułkowniku, nie spodziewali się tego, z pewnością.

– Właściwie więc nie wie pan, co teraz myślą? – nalegał Lanser.

– Mówiłem panu, są oszołomieni, chodzą jak we śnie.

– I nie wie pan też, co o panu myślą?

– Dlaczego? Mam wielu przyjaciół. Znam tu każdego.

– Czy tego ranka kupowano coś u pana?

– Nie, w interesie oczywiście zastój. Nikt dziś nic nie kupuje.

Lanser odprężył się nagle. Wziął krzesło, usiadł i skrzyżował nogi.

– Pańska praca jest trudna, wymaga odwagi – powiedział spokojnie. – Należy się panu wysoka nagroda.

– Dziękuję, panie pułkowniku.

– Przyjdzie czas, kiedy ich nienawiść do pana wybuchnie.

– Potrafię to znieść, panie pułkowniku. To są wrogowie.

Teraz Lanser zawahał się, nim odpowiedział. Po chwili rzekł miękko:

– Nie będzie pan miał nawet naszego szacunku czy uznania.

Corell poderwał się wzburzony.

– To jest przeciwne temu, co głosi Wódz! – wykrzyknął. – Wódz mówi, że wszystkie rodzaje służby są jednakowo godne szacunku.

Lanser mówił dalej spokojnie:

– Miejmy nadzieję, że Wódz wie lepiej. Miejmy nadzieję, że umie on czytać myśli żołnierzy. – I niemal współczująco dodał: – Powinien pan być sowicie nagrodzony. – Chwilę siedział w milczeniu, potem zebrał się w sobie i powiedział: – Teraz przejdźmy do ścisłych rozwiązań. Przybyłem tu na rozkaz. Powierzono mi określone zadanie… zdobywać węgiel. Aby je spełnić, muszę utrzymać porządek i dyscyplinę, a żeby to osiągnąć, muszę wiedzieć, co się dzieje w umysłach tutejszych ludzi. Muszę uprzedzić wszelki bunt. Czy pan to rozumie?