Księżyc zaszedł, W niepewnym bojuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuły oryginałów

THE MOON IS DOWN

IN DUBIOUS BATTLE

Copyright © John Steinbeck, 1942 / THE MOON IS DOWN

Copyright © John Steinbeck, 1936 / In Dubious Battle

All rights reserved

Projekt serii

Olga Reszelska

Opracowanie graficzne okładki

Ewa Wójcik

Zdjęcie na okładce

© Fot. Sandra Cunningham/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Katarzyna Rudzka

Redakcja

Michał Załuska

Korekta

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-7961-915-3

Warszawa 2014

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

KSIĘŻYC ZASZEDŁ

Przełożyła Kazimiera Muszałówna

Patowi Covici – wspaniałemu wydawcy i wspaniałemu przyjacielowi

Rozdział 1

O dziesiątej czterdzieści pięć było już po wszystkim. Miasto zajęte, obrońcy pokonani, wojna zakończona. Najeźdźca przygotował tę kampanię równie starannie, jak inne, znacznie poważniejsze.

Tego niedzielnego ranka listonosz z policjantem udali się na ryby. Pan Corell, powszechnie szanowany właściciel dużego sklepu, pożyczył im swoją żaglówkę. Wypłynąwszy kilka mil w morze, listonosz i policjant ujrzeli mijający ich spokojnie mały, ciemny statek pełen żołnierzy. Oczywiście to była ich – jako funkcjonariuszy miejskich – sprawa, zawrócili więc natychmiast, lecz zanim zdążyli dobić do portu, miasto było już w rękach napastników. Policjant i listonosz nie zdołali nawet dostać się do ratusza, a gdy upominali się o swoje po temu prawa – zostali zatrzymani jako jeńcy i osadzeni w miejskim więzieniu.

Miejscowy garnizon – liczący dwunastu żołnierzy – znajdował się tego dnia poza miastem, bowiem pan Corell, znany właściciel sklepu, urządził dla nich zawody strzeleckie, fundując tarcze, naboje, nagrody i obiad. Działo się to w odległości sześciu mil od miasta, w górach, na malowniczej polanie leśnej stanowiącej własność pana Corella. Żołnierze – wysokie, mocne chłopaki o swobodnej postawie, bez wojskowego drylu – słyszeli samoloty i widzieli z daleka spadochrony. Wrócili pośpiesznym marszem, a gdy przybyli, najeźdźca już oskrzydlił wejście do miasta karabinami maszynowymi. Żołnierze, którzy prawie nie mieli przygotowania wojskowego, a doświadczenia w akcji obronnej wcale, otworzyli ogień ze swych karabinów. W odpowiedzi zaterkotały karabiny maszynowe. Sześciu podziurawionych kulami żołnierzy padło na miejscu, trzech odniosło ciężkie rany, a trzech uciekło z bronią w góry.

O dziesiątej trzydzieści orkiestra dęta najeźdźcy zaczęła grać na rynku piękne, sentymentalne melodie, podczas gdy mieszkańcy – z półotwartymi ustami i ze zdziwieniem w oczach – stali wokoło, przysłuchując się muzyce i przyglądając mężczyznom w szarych hełmach, z pistoletami maszynowymi przewieszonymi przez ramię.

O dziesiątej trzydzieści osiem polegli byli już pochowani, spadochrony zwinięte, a batalion zakwaterowany w magazynie pana Corella, gdzie na półkach znaleziono łóżka polowe i kołdry dla całego batalionu.

O dziesiątej czterdzieści pięć stary burmistrz Orden otrzymał formalną prośbę o udzielenie audiencji pułkownikowi najeźdźców, Lanserowi, który wyznaczył ją na godzinę jedenastą w pięciopokojowym pałacyku burmistrza.

Salon w pałacyku był wygodny i przyjemny. Złocone krzesła pokryte wytartymi obiciami stały sztywno, jak zbyt liczna służba, która nie ma nic do roboty. W marmurowym, łukowatym kominku jaśniał czerwony żar bez płomieni, a ręcznie malowany kosz z węglem postawiony był na palenisku. Na kominku, pomiędzy brzuchatymi wazami, stał duży ozdobny zegar porcelanowy z ciżbą igrających wesoło amorków. Tapety na ścianach były ciemnoczerwone w złociste wzory, a stolarka drzwi i okien biała, czysta i pięknie modelowana. Malowidła na ścianach przedstawiały przeważnie zadziwiające bohaterstwo wielkich psów, które stają w obronie dzieci znajdujących się w niezwykle niebezpiecznych sytuacjach. Żywioły wody, ognia czy trzęsienia ziemi nie mogły wyrządzić dzieciom najmniejszej szkody, gdy w pobliżu znajdował się wspaniały, potężny pies.

Przy kominku siedział stary, brodaty doktor Winter, dobroduszny, prosty lekarz, a zarazem historyk tego miasta. Nie bez podziwu obserwował swe obracające się szybko duże palce złożonych na podołku rąk. Doktor Winter był człowiekiem tak prostym, że tylko ktoś bardzo głęboki umiałby dopatrzeć się w nim głębi. Zerknął na Józefa, służącego burmistrza, żeby sprawdzić, czy i on docenia zadziwiającą sztukę kręcenia kciukami.

– O jedenastej? – spytał doktor Winter.

– Tak, proszę pana. Nota mówiła… o jedenastej – odpowiedział z roztargnieniem Józef.

– Józef czytał tę notę?

– Nie, proszę pana. Jego ekscelencja przeczytał mi ją. – To powiedziawszy, Józef ruszył w obchód, sprawdzając, czy złocone krzesełka nie ruszyły się z miejsc, jakie im były wyznaczone. Józef zwykle spoglądał na nie gniewnie, podejrzewając, że są impertynenckie, złośliwe lub po prostu zakurzone. W świecie, w którym burmistrz przewodził ludziom, Józef dowodził meblami, srebrem, zastawą stołową. Był to starszy już człowiek, chudy i poważny, a życie jego było tak skomplikowane, że tylko bardzo głęboki człowiek mógł w nim dostrzec prostotę. Nic, jego zdaniem, nie było zadziwiającego w sztuce kręcenia kciukami doktora Wintera, uważał ją zdecydowanie za irytującą. Myślał, że stało się coś bardzo ważnego, co miało związek z obcymi żołnierzami w mieście i z załogą garnizonu miasta, którego żołnierze zostali bądź zabici, bądź ciężko ranni, bądź wzięci do niewoli. Wcześniej czy później Józef musi sobie o tym wyrobić opinię. A tymczasem nie życzył sobie niczyjej lekkomyślności, żadnego kręcenia kciukami, żadnych głupstw z meblami. A właśnie doktor Winter ruszył swoje krzesło z przeznaczonego mu miejsca o kilkanaście centymetrów i Józef niecierpliwie czekał chwili, kiedy będzie mógł je przesunąć z powrotem.

– A więc o godzinie jedenastej tu będą – powiedział doktor Winter. – To ludzie ceniący czas, Józefie.

Nie słuchając, Józef odpowiedział:

– Tak, proszę pana.

– Ludzie ceniący czas… – powtórzył doktor.

– Tak, proszę pana.

– Czas i maszyny…

– Tak, proszę pana.

– Pędzą ku swemu przeznaczeniu, jakby i tak na nich nie czekało. Popychają toczący się świat własnymi ramionami…

– Racja, proszę pana – rzekł Józef, ponieważ powtarzanie: „tak, proszę pana”, zaczęło go nużyć.

Józef nie akceptował tego typu rozważań, bo nie pomagały mu one wyrobić sobie opinii o danej rzeczy czy sprawie. Gdyby później w rozmowie z kucharką Józef zauważył: „Anno, ci ludzie cenią czas”, zdanie to nie miałoby żadnego sensu. Anna zapytałaby: „Kto?”, a potem: „Dlaczego?”, wreszcie orzekłaby: „Przecież to nonsens, Józefie”. Józef już nieraz próbował przenieść uwagi doktora Wintera do kuchni i zawsze z podobnym skutkiem. Anna niezmiennie odkrywała w nich bezsens.

Doktor Winter oderwał spojrzenie od swych wirujących kciuków i przyglądał się Józefowi poprawiającemu krzesła.

– Co robi burmistrz? – zapytał.

– Ubiera się na przyjęcie pułkownika.

– I Józef mu w tym nie pomaga? Sam na pewno ubierze się źle.

– Pani pomaga panu. Pani chce, żeby zaprezentował się jak najlepiej. Ona… – Józef zaczerwienił się lekko. – Pani usuwa panu włosy z uszu, proszę pana. To łaskocze. Pan nie pozwala mi tego sobie robić.

– Oczywiście, że łaskocze – powiedział doktor Winter.

– Ale pani nalega.

Doktor Winter roześmiał się nagle. Wstał i wyciągnął ręce bliżej ognia, a wtedy Józef szybko ruszył ku jego krzesłu i przesunął je na właściwe miejsce.

– Jacy z nas dziwni ludzie – powiedział doktor Winter. – Kraj nasz upada, miasto pokonane, burmistrz ma przyjąć zaraz zdobywcę, a pani trzyma za kark opierającego się burmistrza i usiłuje oczyścić mu uszy z włosów…

– Były już zbyt włochate – zauważył Józef. – I brwi także. A wyrywanie włosków z brwi drażni ekscelencję jeszcze bardziej niż z uszu. Mówi, że to boli. Wątpię, czy nawet pani zdoła tego dokonać.

– Ale na pewno będzie próbować – rzekł doktor Winter.

– Chce, żeby wyglądał jak najkorzystniej, proszę pana.

Przez szybę w drzwiach wejściowych zajrzała do środka twarz obramowana hełmem i zaraz dało się słyszeć pukanie. Wydało się nagle, że ciepłe światło jakby umknęło z pokoju, wypełniła go szarość.

Doktor Winter spojrzał na zegarek i powiedział:

– Wcześnie przychodzą. Wprowadź ich, Józefie.

Józef podszedł do drzwi i otworzył je. Wszedł żołnierz – w hełmie, w długim płaszczu, z pistoletem maszynowym przez ramię. Rzutem oka objął pokój i stanął z boku. W drzwiach ukazał się teraz oficer. Miał na sobie zwykły mundur szeregowca, jedynie na ramionach widniały dystynkcje oficerskie.

Oficer wkroczył do pokoju i spojrzał na doktora Wintera. Wyglądał jak mocno przejaskrawiony wizerunek angielskiego dżentelmena. Nieco pochyły, twarz miał czerwoną, nos długi, ale dość kształtny. Zdawał się czuć w swym uniformie równie nieszczęśliwie, jak większość brytyjskich oficerów. Stał w drzwiach, badawczo wpatrując się w doktora Wintera, wreszcie spytał:

– Czy pan burmistrz Orden?

– Nie, nie…

– Jest więc pan urzędnikiem?

– Nie, jestem miejscowym lekarzem i przyjacielem burmistrza.

– A gdzie jest burmistrz Orden? – spytał oficer.

 

– Ubiera się na przyjęcie pana. Pan jest pułkownikiem?

– Nie, jestem kapitan Bentick. – Skłonił się, na co doktor Winter lekko skinął głową. Kapitan Bentick mówił dalej, jakby nieco zawstydzony tym, co miał do powiedzenia: – Nasze przepisy wojskowe nakazują dokonać rewizji w poszukiwaniu broni, zanim wejdzie do pokoju oficer dowodzący. Nie chcemy tym nikogo dotknąć ani okazać braku szacunku. – I rzucił przez ramię: – Sierżancie!

Sierżant szybko podszedł do Józefa, obmacał jego kieszenie i powiedział:

– Nie ma nic, panie kapitanie.

– Mam nadzieję, że pan wybaczy – zwrócił się kapitan Bentick do doktora Wintera.

Sierżant podszedł do doktora i poklepał go po kieszeniach. Zatrzymał ręce na zewnętrznej kieszeni marynarki, sięgnął głębiej, wyciągnął mały, płaski futerał z czarnej skóry i wręczył go kapitanowi. Kapitan otworzył futerał, znalazł w nim kilka najprostszych narzędzi chirurgicznych – dwa skalpele, kilka igieł, kilka klamerek, igłę do zastrzyków. Zamknął futerał i oddał doktorowi Winterowi.

– Widzi pan, jestem tutejszym lekarzem – wyjaśnił doktor Winter. – Zdarzyło się raz, że musiałem nożem kuchennym operować wyrostek robaczkowy w stanie zapalnym. Od tej pory noszę ze sobą te narzędzia.

– Gdzieś tu ukryta jest broń – rzekł kapitan Bentick. Wyjął z kieszeni małą książeczkę w skórzanej oprawie i otworzył ją.

– Jest pan dobrze poinformowany – zauważył doktor Winter.

– Tak, jeden z tutejszych ludzi już od pewnego czasu z nami współpracował.

– Przypuszczam, że nie zechce mi pan powiedzieć kto.

– Wykonał swoje zadanie całkowicie. Nie sądzę, żebym mógł zaszkodzić mu ujawnieniem. Ten człowiek nazywa się Corell.

– George Corell? – zdumiał się doktor Winter. – Ależ… to chyba niemożliwe! Tyle dobrego zrobił w tym mieście. To właśnie on ufundował nagrody dla uczestników dzisiejszych zawodów strzeleckich, które odbyły się niedaleko w górach. – I ledwie to powiedział, zrozumiał, co się stało. Zaciskającymi się ustami dodał: – Teraz pojmuję, dlaczego dziś zorganizował te zawody. Tak, rozumiem… A jednak… George Corell… to brzmi nieprawdopodobnie.

Drzwi z lewej strony otworzyły się i wszedł burmistrz Orden. Małym palcem dłubał w uchu. Był w urzędowym stroju z łańcuchem wokół szyi. Miał białe sumiaste wąsy i nieco mniejsze od nich krzaczaste brwi. Białe włosy były świeżo wyszczotkowane i tylko niektóre pojedyncze włoski usiłowały odzyskać swobodę i powstać. Pełnił on stanowisko burmistrza od tak dawna, że stał się w tym mieście niejako ideą, a zarazem jedynym wcieleniem burmistrza. Nawet dorośli na widok pisanego czy drukowanego słowa „burmistrz” widzieli w wyobraźni burmistrza Ordena. On i jego urząd stanowili jedno. Urząd przydawał mu godności, on urzędowi zaś ciepła.

Spoza jego pleców wynurzyła się dama – drobna, pomarszczona i sroga. Czuła się twórcą tego człowieka, jego sylwetki zewnętrznej, wymyśliła go niejako i była pewna, że mogłaby to zrobić znacznie lepiej, gdyby tylko dane jej było zacząć po raz drugi. Zaledwie raz, może dwa razy w życiu zdołała wszystko w nim zrozumieć, ale tę jego cząstkę, którą udało jej się poznać, znała dobrze, ze wszystkimi jej zawiłościami. Żadna jego dolegliwość czy chętka, żadne niedbalstwo czy małostkowość nie umykały jej uwagi. Ale nie dosięgała jej żadna jego myśl, marzenie, tęsknota. Mimo to wiele razy w swym życiu widziała gwiazdy.

Wysunęła się zza burmistrza, ujęła jego rękę i wyciągnęła palec z podrażnionego ucha. Rękę przysunęła mu do boku. A wszystko to uczyniła w sposób, w jaki wyjmuje się dziecku kciuk z buzi.

– Nie wierzę – powiedziała – żeby ci to tak dokuczało, jak twierdzisz. – I zwracając się do doktora Wintera: – Nie daje mi wyskubać brwi…

– To boli – powiedział burmistrz Orden.

– Doskonale, jeśli chcesz tak wyglądać, nic na to nie poradzę. – Poprawiła mu zupełnie zresztą porządnie zawiązany krawat. – Cieszę się, że pan tu jest, doktorze – powiedziała. – Jak pan myśli, ilu ich tu przyjdzie? – W tym momencie spojrzała przed siebie i spostrzegła kapitana Benticka. – Och, pan pułkownik…

– Nie, proszę pani, ja tylko przeprowadzam czynności wstępne – odrzekł kapitan Bentick. – Sierżancie!

Sierżant, który zajęty był właśnie przewracaniem poduszek, zaglądaniem za obrazy, szybko podszedł do burmistrza Ordena, przebiegł palcami po jego kieszeniach.

– Pan wybaczy, takie są przepisy… – wyjaśnił kapitan Bentick. Zajrzał znów do notesu w skórzanej oprawie. – Ekscelencjo, zdaje się, że tu u pana jest broń? Chyba dwie sztuki.

– Broń? Ma pan chyba na myśli broń myśliwską? – rzekł burmistrz Orden. – Owszem, mam strzelbę i dubeltówkę. – I dodał pobłażliwie: – Widzi pan, nieczęsto już teraz poluję. Wciąż się wybieram, a gdy przychodzi sezon, nie jadę. Nie sprawia mi to już takiej przyjemności jak dawniej.

– Gdzie jest broń, ekscelencjo? – zapytał nagląco kapitan Bentick.

Burmistrz potarł policzek, usiłując sobie przypomnieć.

– Zdaje mi się… – Zwrócił się do żony: – Czy nie czasem w szafie w sypialni, razem z laskami?

– Tak, i dlatego każdy szew ubrań tam wiszących pachnie oliwą – odrzekła pani. – Chciałabym, żebyś umieścił je gdzie indziej.

– Sierżancie! – zawołał kapitan Bentick i sierżant pośpieszył do sypialni. – Przepraszam, to niemiły obowiązek – usprawiedliwiał się kapitan.

Sierżant wrócił, niosąc dubeltówkę i zgrabną krótką strzelbę myśliwską na rzemieniu. Oparł je o framugę drzwi wejściowych.

– To wszystko – powiedział kapitan Bentick. – Dziękuję panu, ekscelencjo. Dziękuję pani. – Odwrócił się i skłonił lekko doktorowi Winterowi. – Dziękuję panu, doktorze. Pułkownik Lanser będzie tu za chwilę. Do widzenia. – I wyszedł frontowymi drzwiami, a za nim sierżant ze strzelbami w lewej ręce i pistoletem maszynowym przewieszonym przez prawe ramię.

– Przez chwilę myślałam, że to pułkownik. Robił wrażenie raczej przyjemnego człowieka – powiedziała pani.

– Nie, to tylko ochrona pułkownika – rzekł sarkastycznie doktor Winter.

– Ciekawam, ilu oficerów przyjdzie? – myślała głośno pani. – Spojrzała na Józefa i stwierdziła, że stoi pod oknem i bezczelnie podsłuchuje. Kiwnęła nań głową, zmarszczyła brwi – i Józef wrócił do swych drobnych zajęć, jakie wykonywał przed chwilą. Zaczął znów odkurzać meble. A pani powtórzyła: – Ilu ich przyjdzie, jak myślicie?

Doktor Winter z rozdrażnieniem przysunął krzesło i usiadł.

– Nie wiem – powiedział.

– Wróćmy więc – pani znów zmarszczyła czoło, niezadowolona z Józefa – do tego tematu. Czy powinniśmy przyjąć ich herbatą, czy może kieliszkiem wina? Muszę wiedzieć, ilu ich będzie.

Doktor Winter pokiwał głową i uśmiechnął się.

– Nie wiem. Tyle lat minęło od czasu, kiedy sami bywaliśmy zwycięzcami czy zwyciężonymi… Nie wiem więc, jak należy postąpić.

Burmistrz Orden znów wsadził palec do swędzącego ucha.

– Nie myślę, żeby należało ich czymkolwiek przyjmować. Nie sądzę, żeby się to podobało ludziom. Nie chcę pić z nimi wina. Nie wiem, dlaczego miałbym to robić.

Pani zwróciła się więc do doktora:

– Czy w dawnych czasach ludzie, mam na myśli wodzów, nie wymieniali uprzejmości, nie spełniali lampki wina?

Doktor Winter potakująco kiwnął głową.

– Owszem, tak właśnie postępowali. – Znów pokiwał głową. – Może jednak wszystko było wtedy inaczej. Królowie i książęta bawili się w wojny, jak dziś Anglicy w polowania. Gdy myśliwi ubijają lisa, zbierają się na śniadanie. Jednak rację ma zapewne burmistrz Orden. Ludziom nie podobałoby się, gdyby pił wino z najeźdźcą.

– Ludzie – powiedziała pani – są właśnie na rynku i słuchają muzyki. Tak mi mówiła Anna. Skoro tak postępują, dlaczego i my nie mielibyśmy zachować się w sposób cywilizowany?

Przez chwilę burmistrz nie spuszczał z niej oka.

– Myślę, że za twoim zezwoleniem wina nie będzie. – Mówił nieco ostrym głosem. – Ludzie zostali zaskoczeni, są w pomieszaniu, w rozterce. Żyli w pokoju tak długo, że jeszcze nie całkiem uwierzyli w wojnę. Przekonają się o tym wkrótce i wtedy nie będą wcale zmieszani, niepewni. Wybrali mnie, żebym jasno widział i oceniał. Tego ranka zamordowano sześciu naszych chłopców. Myślę, że nie urządzimy myśliwskiego śniadania. Lud nie prowadzi wojen dla zabawy.

Pani lekko skłoniła głowę. Wiele, bardzo wiele lat upłynęło od chwili, kiedy mąż jej został burmistrzem. Nauczyła się nie utożsamiać osoby burmistrza ze swoim mężem.

Burmistrz Orden spojrzał na zegarek i gdy wszedł Józef z małą filiżanką czarnej kawy, wziął ją machinalnie.

– Dziękuję – powiedział i pił małymi łykami. – Muszę mieć jasne rozeznanie – zwrócił się do doktora Wintera. – Chciałbym… Czy nie wie pan, ilu ludzi ma najeźdźca?

– Niewielu – odrzekł doktor. – Chyba nie więcej niż dwustu pięćdziesięciu. Ale wszyscy mają karabiny maszynowe.

Burmistrz pociągnął łyk kawy.

– A jak jest z resztą naszego kraju?

Doktor podniósł ramiona i zaraz je opuścił.

– Czy nigdzie nie było oporu? – pytał dalej burmistrz Orden, nie żywiąc zresztą jakiejś nadziei.

Doktor znów podniósł ramiona.

– Nie wiem. Druty telegraficzne zostały zerwane lub opanowane przez najeźdźcę. Nie mamy żadnych wiadomości.

– A nasi chłopcy, nasi żołnierze?

– Nie wiem – powiedział doktor.

– Słyszałem – wtrącił Józef – to znaczy Anna słyszała, że sześciu naszych żołnierzy zabito, a trzech raniono i wzięto do niewoli.

– Ale było ich przecież dwunastu?

– Anna słyszała, że trzem udało się zbiec.

Burmistrz obrócił się do niego gwałtownie.

– Którzy uciekli? – zapytał.

– Nie wiem, proszę pana. Anna tego nie słyszała.

Pani, sprawdziwszy palcem kurz na stole, powiedziała:

– Józefie, kiedy już przyjdą, niech Józef stoi przy dzwonku. Być może będziemy czegoś potrzebowali. I niech Józef włoży na siebie inną kurtkę, tę z guzami. – Przez chwilę się zastanawiała. – I Józefie, jak Józef zrobi to, co mówiłam, proszę zaraz opuścić pokój. Robi to bardzo złe wrażenie, gdy Józef stoi bezczynnie i przysłuchuje się wszystkiemu. To prowincjonalny obyczaj.

– Tak, proszę pani – powiedział Józef.

– Nie będziemy podawać wina, Józefie, ale niech Józef ma pod ręką papierosy w tej małej srebrnej papierośnicy. I proszę nie zapalać zapałki o podeszwę. Trzeba ją potrzeć o pudełko.

– Dobrze, proszę pani.

Burmistrz Orden odpiął marynarkę, wyjął zegarek, spojrzał nań, schował zegarek i zapiął marynarkę – o jeden guzik za wysoko. Pani szybko podeszła i zapięła guziki jak należy.

– Która godzina? – zapytał doktor Winter.

– Za pięć jedenasta.

– To ludzie z poczuciem czasu – powiedział doktor. – Będą tu punktualnie. Czy chce pan, żebym sobie poszedł?

Burmistrz Orden spojrzał nań zdumiony.

– Odejść? Nie, nie, niech pan zostanie. – Roześmiał się miękko. – Mam lekkiego stracha – wyjaśnił. – To znaczy może nie stracha, ale jestem zdenerwowany. – I dodał bezradnie: – Od bardzo dawna nie byliśmy zwyciężeni… – Przerwał, nasłuchując. Z oddali dobiegały dźwięki orkiestry. Grano marsza. Wszyscy zwrócili głowy w tym kierunku.

– Zbliżają się – powiedziała pani. – Mam nadzieję, że nie będą usiłowali wtłoczyć się tu wszyscy. To nie jest duży pokój.

– Wolałaby pani zapewne salę lustrzaną w Wersalu? – spytał ironicznie doktor.

Pani zagryzła wargi i obiegła wzrokiem pokój, w myślach sadzając już zwycięzców.

– To bardzo mały pokój – rzekła.

Muzyka zaczęła cichnąć. Dało się słyszeć delikatne pukanie do drzwi.

– Któż to może być, Józefie? Ale ktokolwiek puka, niech Józef powie, żeby przyszedł później. Jesteśmy bardzo zajęci.

Pukanie powtórzyło się. Józef podszedł do drzwi, uchylił je trochę i zaraz nieco szerzej. W otworze pojawiła się szara postać w hełmie, w rękawicach.

– Z rozkazu pułkownika Lansera – powiedziała postać. – Pułkownik Lanser prosi ekscelencję o audiencję. – Józef otworzył drzwi na rozcież. Postać w hełmie wkroczyła do pokoju, zlustrowała go wzrokiem i stanęła z boku, anonsując: – Pułkownik Lanser!

Druga postać w hełmie wkroczyła do pokoju, o randze mówiły tylko pagony. Za nią wszedł niski człowiek, w codziennym czarnym ubraniu. Pułkownik był w średnim wieku, szpakowaty, krzepki, jakby zmęczony. Miał kwadratowe ramiona żołnierza, w oczach jego nie było jednak tego pustego, jałowego wyrazu, właściwego zwykłym żołnierzom. Niższy od niego człowiek w cywilu był łysy, o różowych policzkach, maleńkich czarnych oczkach i wydatnych ustach.

 

Pułkownik Lanser zdjął hełm i skłonił się przed burmistrzem.

– Wasza ekscelencjo. – Skłonił się przed jego małżonką. – Pani. – Po czym rzekł: – Sierżancie, proszę zamknąć drzwi. – Ale szybszy był Józef, który popatrzył na żołnierza z wyrazem lekkiego triumfu.

Lanser pytającym wzrokiem spojrzał na doktora.

– To jest doktor Winter – powiedział burmistrz Orden.

– Urzędnik? – spytał pułkownik.

– Lekarz i – że tak powiem – historyk naszego miasta.

Lanser skłonił się lekko.

– Doktorze Winter, nie chcę być zarozumiały, ale do pańskich zapisków historycznych dorzucimy, być może, stroniczkę…

– Doktor Winter uśmiechnął się.

– Wiele stron, zapewne…

Pułkownik, kierując wzrok na towarzyszącego mu cywila, powiedział:

– Myślę, że panowie znacie pana Corella?

– George’a Corella? Oczywiście, znam go – powiedział burmistrz. – Jak się pan miewa, George?

Doktor wpadł mu w słowo:

– George Corell, ekscelencjo, nasz przyjaciel George Corell wydał miasto najeźdźcom. Nasz dobroczyńca George Corell wysłał dziś naszych żołnierzy w góry. Nasz gość, który często zasiadał u naszego stołu, przygotował spis broni palnej znajdującej się w mieście. Nasz przyjaciel George Corell!

– Pracowałem w imię tego, w co wierzyłem – odezwał się kwaśno Corell. – Pełniłem zaszczytną służbę.

Dolna warga Ordena opadła nieco, rozchylając usta. Burmistrz był porażony zdumieniem. Bezradnie wodził oczami od Wintera do Corella.

– To nie może być prawda – powiedział. – George, to nieprawda! Pan zasiadał przy moim stole, piliśmy razem wino. Pan pomagał mi w urządzaniu szpitala. To nieprawda! – Patrzył twardym wzrokiem w Corella. Corell zaś – wyzywająco, wrogo. Zapanowało długie milczenie. Stopniowo twarz burmistrza przybierała chłodny, oficjalny wyraz, cała postać sztywniała. Zwrócił się do pułkownika Lansera ze słowami: – Nie życzę sobie rozmawiać w obecności tego pana.

– Mam prawo tu być. Jestem żołnierzem, jak inni. Tyle że nie noszę munduru – powiedział Corell.

– Nie życzę sobie rozmawiać w obecności tego pana – powtórzył burmistrz.

– Zechce pan nas teraz opuścić, panie Corell – polecił pułkownik Lanser.

– Mam prawo tu być!

– Zechce pan nas teraz opuścić, panie Corell – powtórzył ostro Lanser. – Kto z nas dwóch jest starszy rangą?

– Nie ja, panie pułkowniku – odrzekł Corell.

– Proszę więc wyjść, panie Corell.

Corell spojrzał ze złością na burmistrza, odwrócił się i szybko wyszedł. Doktor Winter zaśmiał się cicho i powiedział:

– Oto wcale interesujący fragment do moich zapisków historycznych.

Pułkownik spojrzał nań ostro, bez słowa.

W tej samej chwili otworzyły się drzwi z prawej strony i ukazała się w nich rozzłoszczona twarz Anny, Anny o włosach barwy słomy i zaczerwienionych oczach.

– W sionce przy kuchni są żołnierze, proszę pani.

– Oni nie wejdą – uspokoił pułkownik Lanser. – Są na służbie.

– Anno, jeśli masz coś do powiedzenia, załatw to przez Józefa – powiedziała pani lodowatym tonem.

– Nie wiedziałam. Oni już próbowali dostać się do kuchni. Zwąchali kawę.

– Anno!

– Dobrze, proszę pani. – Anna wycofała się.

Pułkownik spytał:

– Czy mogę usiąść? – i dodał wyjaśniająco: – Nie spaliśmy od dawna.

Burmistrz jak gdyby sam budził się ze snu.

– Proszę – powiedział. – Oczywiście, niech pan siada.

Pułkownik spojrzał na panią domu. Usiadła, po czym i on – wyraźnie znużony – osunął się na krzesło. Burmistrz Orden stał wciąż jakby w półśnie.

– Chcemy ułożyć tu stosunki jak najlepiej – zaczął pułkownik. – Widzi pan, wszystko jest raczej sprawą interesu niż czymkolwiek innym. Potrzebne są nam tutejsze kopalnie węgla i ryby. Będziemy się starali nie wywoływać starć swoim postępowaniem.

– Nie mam żadnych wiadomości – powiedział burmistrz. – Co się dzieje w całym kraju?

– Podbiliśmy go. Kampania przygotowana była bardzo starannie.

– Kraj bronił się?

– Tak, ale opór był szaleństwem. Podobnie jak tu uśmierzyliśmy go w jednej chwili. Spowodował tylko rozlew krwi.

– Ale opór był? – Orden upierał się przy swoim.

Pułkownik spojrzał nań ze współczuciem.

– Tak, był, niewielki. Stawianie oporu było głupotą i nonsensem.

Doktor Winter podzielił niepokój burmistrza:

– Dobrze, głupotą. Ale stawiali opór?

– Tylko nieliczni i ci zginęli – odrzekł pułkownik Lanser. – Cały naród zachował spokój.

– Ludzie nie zdają sobie jeszcze sprawy z tego, co się stało – powiedział doktor Winter.

– Właśnie zaczynają sobie zdawać sprawę – odrzekł pułkownik Lanser. – Nie będą robić głupstw. – Odchrząknął, głos jego stał się żywszy: – Teraz, panie burmistrzu, muszę powrócić do naszej sprawy. Jestem naprawdę ogromnie znużony, lecz zanim się położę, musimy porozmawiać. – Wyprostował się na krześle. – Jestem raczej inżynierem niż żołnierzem. Rzecz cała sprowadza się do robót raczej inżynieryjnych niż do podboju. Węgiel musi być dobywany z pokładów i wysyłany statkami. Mamy własnych techników, ale miejscowi ludzie muszą nadal pracować w kopalniach. To jasne, prawda? Nie będziemy postępowali ostro i zbyt surowo.

– Tak, dosyć jasne – odpowiedział Orden. – Ale przypuśćmy, że nie będą chcieli pracować w kopalni?

– Mam nadzieję, że będą chcieli, skoro muszą – powiedział pułkownik. – My musimy mieć węgiel.

– A jeśli nie zechcą?

– To są spokojni ludzie, lubią porządek, będą woleli uniknąć kłopotów i niepokojów. Prawda, panie burmistrzu? – zapytał pułkownik.

Orden bawił się swym burmistrzowskim łańcuchem.

– Nie wiem, panie pułkowniku. Są spokojni, zachowują prawa. Ale nie wiem, jacy będą pod waszymi rządami. To jest, widzi pan, teren od dawna nie niepokojony. Budujemy swój system rządzenia od ponad czterystu lat.

– Wiemy o tym – powiedział śpiesznie pułkownik – dlatego dotychczasowy zarząd tego miasta utrzymamy. Pan będzie nadal burmistrzem, pan będzie wydawać zarządzenia, pan będzie karać i nagradzać. W ten sposób unikniemy niepokojów czy zamieszek.

Burmistrz Orden spojrzał na doktora Wintera.

– Co pan o tym myśli, doktorze?

– Nie wiem. Ciekawe, co z tego wyniknie. Przewidywałbym raczej kłopoty. Nasz lud może się okazać niechętny.

Burmistrz Orden powiedział:

– Ja też nie wiem. – Zwrócił się do pułkownika: – Widzi pan, pochodzę z tego ludu, a jednak nie wiem, jak się zachowają. Może pan wie? Ale, być może, zachowają się zupełnie inaczej, niż pan się spodziewa czy… jak nam się zdaje. Są narody, które godzą się na wyznaczonych przywódców i są im posłuszni. Mnie jednak wybrał lud. Ludzie zrobili mnie burmistrzem, ludzie mogą mnie odwołać. I może uczynią to, jeśli dojdą do wniosku, że stoję po pańskiej stronie. Nie wiem.

– Odda im pan prawdziwą przysługę, jeśli utrzyma pan spokój – odparł pułkownik.

– Przysługę?

– Tak, przysługę. To pański obowiązek uchronić ich przed złem. Jeśli zachowają się buntowniczo, znajdą się w niebezpieczeństwie. Widzi pan, ja muszę mieć węgiel. Nasi przywódcy nie mówią mi, jak mam go zdobyć, wydają po prostu rozkaz dostarczenia go. A pan jest od tego, żeby osłaniać swój lud. Pan musi więc sprawić, żeby węgiel wydobywali, w ten sposób zapewni im pan bezpieczeństwo.

– Ale przypuśćmy, że im nie będzie już chodzić o bezpieczeństwo? – spytał burmistrz Orden.

– Dlatego pan musi za nich myśleć.

– Nasi ludzie nie lubią, żeby inni za nich myśleli. Są może inni niż naród, do którego pan należy. Nie wiem o nich wszystkiego, ale tego jestem pewien – powiedział Orden z wyczuwalną dumą.

W tym momencie wszedł z pośpiechem Józef, stanął przy drzwiach i silnie wychylił się do przodu, postawą tą zdradzając gwałtowną potrzebę oznajmienia czegoś.

– Co się stało, Józefie? Proszę podać srebrną papierośnicę – powiedziała pani.

– Przepraszam panią… – zaczął Józef. – Przepraszam ekscelencjo!

– Czego Józef sobie życzy? – spytał burmistrz.

– To w sprawie Anny. Anna się denerwuje.

– Annę drażnią żołnierze, którzy stoją przed kuchnią.

– Czy dają powód do niepokoju? – spytał pułkownik.

– Przez szybę w drzwiach zaglądają do kuchni, przyglądają się Annie. Anna tego nie cierpi.

– Oni tam są z rozkazu. Nie robią przecież nic złego – zauważył pułkownik.

– Tak, ale Anna nie znosi, żeby się jej przyglądać – wyjaśnił Józef.

– Józefie – powiedziała pani – proszę powiedzieć Annie, żeby starała się zachować spokój.