Dziennik z podróży do RosjiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

A RUSSIAN JOURNAL

Copyright © John Steinbeck, 1948

All rights reserved

The photos included in this edition by arrangement

with Waverly Kaffaga, as Executrix for the Estate

of Elaine A. Steinbeck c/o McIntosh & Otis, Inc.,

353 Lexington Avenue, New York, NY 10016

Projekt okładki

Ewa Wójcik

Zdjęcie na okładce

© Robert Capa/Magnum Photos/PhotoPower

Redaktor prowadzący

Monika Kalinowska

Redakcja

Michał Załuska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978–83–8097–751–8

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02–697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Zacząć powinienem od wyjaśnienia, jak rozpoczęła się ta wyprawa i jaki był jej cel. Ja – używam tego zaimka za specjalnym przyzwoleniem Johna Gunthera – siedziałem pod koniec marca w barze hotelu Bedford na Czterdziestej Wschodniej Ulicy. Moja sztuka teatralna czterokrotnie rozpłynęła się i wyciekła mi przez palce. Siedziałem na barowym stołku, zastanawiając się co dalej, gdy do baru wszedł Robert Capa. Wyglądał na strapionego. Rozgrywka pokerowa, którą był pochłonięty przez kilka miesięcy, wreszcie dobiegła końca. Jego książka poszła do druku, a on nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić. Poczciwy barman Willy zaproponował drinka, którego potrafił przygotować najlepiej na świecie, czyli suissesse. Byliśmy przybici – nie tyle samymi informacjami, ile sposobem ich przekazywania. Newsy przestały już wówczas być newsami, nie przyciągały uwagi swoją świeżością. Nadszedł czas na opinie komentatorów. Jegomoście siedzący za swoimi biurkami w Waszyngtonie czy Nowym Jorku czytali depesze i przesiewali je przez swoje schematy widzenia świata. To, co czytamy jako wiadomości, często jest zupełnie czymś innym. Zamiast faktów dostajemy ich interpretacje, przygotowane przez pół tuzina ekspertów.

Willy podał nam jasnozielone koktajle i zaczęliśmy dyskusję – o tym, co uczciwy liberał może jeszcze zmienić na tym świecie. Gazety podawały codziennie setki wiadomości na temat Rosji1. Co myśli Stalin, co planuje sowiecki sztab generalny, jak wygląda rozmieszczenie wojsk i jak przebiegają próby z użyciem broni atomowej i kierowanych pocisków rakietowych. Wszystkie te informacje pochodziły z drugiej ręki, podawali je ludzie, którzy nigdy w Rosji nie byli. Nie wszystkie źródła są godne zaufania. Podczas tej rozmowy uświadomiliśmy sobie, że nikt nie pisze o rzeczach, które interesują nas najbardziej. Jak ubierają się Rosjanie? Co jadają na kolację? Czy urządzają przyjęcia? Jaka jest tamtejsza kuchnia? Jak uprawiają seks i jak umierają mieszkańcy Rosji? O czym rozmawiają? Czy tańczą, śpiewają, oddają się rozrywkom? Czy dzieci chodzą do szkoły? Pomyśleliśmy, że dobrze by było dowiedzieć się tego wszystkiego, sfotografować to. Sowiecka polityka jest bardzo ważna, podobnie jak nasza, ale przecież – podobnie jak u nas – tam także życie to coś o wiele bardziej złożonego. Zwykły Rosjanin ma swoje prywatne życie, o którym nic nie wiemy, ponieważ nikt o nim nie pisze.

Willy przygotował kolejne drinki i przyznał nam rację, on także poczytałby z wielkim zainteresowaniem o zwykłych Rosjanach. Podjęliśmy zatem decyzję – postanowiliśmy połączyć nasze siły i spróbować napisać prosty reportaż opatrzony zdjęciami. Bez poruszania spraw politycznych. Powzięliśmy zamiar omijania Kremla oraz terenów wojskowych i nieporuszania tematów militarnych. W miarę możliwości chcieliśmy dotrzeć do zwykłych ludzi. Trzeba przyznać, iż nie mieliśmy pojęcia, czy nam się uda – nasi przyjaciele twierdzili, że nie.

Jeśli nasze plany się powiodą, myśleliśmy, to dobrze, będziemy mieć przyzwoity materiał. W przeciwnym wypadku opiszemy swoje niepowodzenie i jak do niego doszło, tak czy inaczej nie wrócimy z pustymi rękami. Umówiliśmy się na obiad z George’em Cornishem z „Herald Tribune” i opowiedzieliśmy mu o swoim pomyśle. Zaproponował pomoc, uznawszy przedsięwzięcie za interesujące.

Wspólnie ustaliliśmy kilka rzeczy. Pojedziemy, zostawiając za sobą wszelkie uprzedzenia, nie będziemy nikogo chwalić ani krytykować. Podejmiemy się wykonania uczciwej pracy reporterskiej, będziemy dokumentować wszystko, co zobaczymy i usłyszymy, będziemy unikać wyciągania wniosków w sprawach, o których nie mieliśmy wystarczającej wiedzy, oraz wściekania się na opóźnienia spowodowane biurokracją. Wiedzieliśmy, że wiele rzeczy będzie dla nas niezrozumiałych, nie wszystko nam się spodoba i nie zawsze będziemy się czuć komfortowo. To normalne podczas pobytu w obcym kraju. Uzgodniliśmy, że jeżeli będziemy cokolwiek krytykować, to wyłącznie na podstawie własnych doświadczeń.

Nasze wnioski o przyznanie wiz zostały wysłane do Moskwy. Mój został rozpatrzony pozytywnie w niedługim czasie. Udałem się do rosyjskiego konsulatu w Nowym Jorku, tam usłyszałem od konsula generalnego:

– Jesteśmy przychylni temu przedsięwzięciu; ale po co panu fotograf? Mamy ich mnóstwo w Związku Sowieckim.

Odpowiedziałem:

– Ale nie macie Capy. To nasz wspólny projekt i podejmiemy się go tylko razem.

Wydawało nam się dziwne, że z taką niechęcią wpuszczali na swój teren fotografa, natomiast nie mieli żadnych zastrzeżeń wobec mnie. Wszak zdjęcia można kontrolować za pomocą państwowej cenzury, w przeciwieństwie do umysłu obserwatora. Na podstawie doświadczeń zdobytych podczas naszej podróży możemy stwierdzić, że aparat fotograficzny budzi największą grozę spośród wszystkich współczesnych broni. Zwłaszcza osoby dotknięte przez wojnę bardzo się go obawiają, ponieważ każdy nalot bombowy zaczyna się od jakiejś fotografii. Każde zbombardowane miasto czy fabryka zostały najpierw sfotografowane z samolotu lub aparatu szpiegowskiego, toteż aparat fotograficzny budzi niepokój, a trzymający go człowiek staje się z miejsca podejrzany, każdy jego krok jest bacznie śledzony. Jeśli nie wierzycie, spróbujcie zabrać swojego kodaka w okolice Oak Ridge, Kanału Panamskiego lub gdziekolwiek w pobliże jednego z setek naszych laboratoriów doświadczalnych. W umyśle przeciętnego współczesnego człowieka obiektyw aparatu zapowiada destrukcję, i jest to skojarzenie w pełni usprawiedliwione.

W głębi duszy żaden z nas nie spodziewał się uzyskania zezwolenia na reportaż. Byliśmy równie zaskoczeni, jak wszyscy inni, kiedy dostaliśmy zielone światło. Uczciliśmy odebranie wiz w barze Willy’ego i w jego towarzystwie. Złamana noga unieruchomiła mnie na dwa miesiące, ale Capa zaczął już kompletować swój ekwipunek.

Nikt z Ameryki od lat nie fotografował Związku Sowieckiego, dlatego Capa zaopatrzył się w najlepszy sprzęt do robienia zdjęć. Naturalnie zabrał contaxa i rolleiflexa, których używał w czasie wojny, ale miał też zapasowe aparaty, na wypadek gdyby coś zginęło. Miał tyle aparatów i klisz oraz lamp błyskowych, że musiał zapłacić około trzystu dolarów za nadbagaż w samolocie.

Od chwili gdy rozeszły się wieści o naszym wyjeździe do Związku Sowieckiego, zaczęliśmy być bombardowani radami, przestrogami i ostrzeżeniami, głównie przez osoby, które same nigdy tam nie były.

– Ależ słuch o was zaginie, jak tylko przekroczycie granicę! – powiedziała z przerażeniem pewna starsza pani.

– Zna pani kogoś, kto tam zaginął? – zapytaliśmy z reporterską ciekawością.

– Nie – odparła. – Nie osobiście, ale przecież mnóstwo osób przepadło tam bez wieści.

– Być może, nic nam o tym nie wiadomo. Czy mogłaby nam pani podać nazwisko przynajmniej jednej z nich? Zna pani kogoś, kto zna kogoś, kto zaginął? – dopytywaliśmy.

– Setki osób zaginęło – powtórzyła w odpowiedzi.

W nocnym klubie Stork mężczyzna o ironicznym wyrazie twarzy, który dwa lata wcześniej opisywał szczegółowo plan inwazji na Normandię, marszcząc znacząco brwi, zwrócił się do nas ze słowami:

– Musicie mieć dobre układy z Kremlem, że pozwalają wam lecieć. Pewnie was kupili.

– Nie, o ile nam wiadomo, nie kupili nas. Po prostu chcemy zrobić reportaż.

Popatrzył na nas spod zmrużonych powiek. Wiedział swoje. Człowiek, który dwa lata wcześniej czytał w myślach Eisenhowera, teraz znał na wylot umysł Stalina.

Pewien staruszek pokiwał głową i oświadczył:

– Wsadzą was do więzienia i będą torturować, ot co. Będą was głodzić i wykręcać wam ręce, dopóki nie powiecie im wszystkiego, co chcą z was wyciągnąć.

– Po co mieliby to robić? W jakim celu?

– Oni wszystkich torturują. Parę dni temu czytałem taką książkę…

Dość znany przedsiębiorca przekazał nam następującą radę:

– Jedziecie do Moskwy, co? Zabierzcie ze sobą kilka bombek i zrzućcie na te czerwone świnie.

Nie szczędzono nam dobrych rad. Zostaliśmy uświadomieni o konieczności zabrania ze sobą produktów spożywczych, które uchronią nas przed niechybną śmiercią głodową, a także o tajnych sposobach komunikacji i przemycania dobytku. Najtrudniejsze okazało się wytłumaczenie, że jedziemy tam tylko po to, aby zrobić reportaż o zwykłych mieszkańcach Rosji – opisać, jacy są, jak się zachowują, ubierają, o czym rozmawiają rolnicy, jak sobie radzą ze zniszczeniami wojennymi. Było to bardzo trudne do wytłumaczenia. Odkryliśmy, że tysiące ludzi cierpi na coś w rodzaju ostrej moskwofobii – stanu, którego objawami były wiara w każdy absurd i ignorowanie faktów. Oczywiście, w swoim czasie uświadomiliśmy sobie, że Rosjanie cierpią na odmianę tej samej choroby, waszyngtonofobię. W naszych oczach Rosjanie mieli rogi i ogony. W Rosji panowała analogiczna skłonność do demonizowania Amerykanów.

 

– Rosjanie kąpią się razem bez ubrań, mężczyźni i kobiety – poinformował nas pewien taksówkarz.

– Tak?

– Jasna sprawa – zapewnił. – Straszne tam zepsucie.

Dalsza wymiana zdań ujawniła, że czytał gdzieś opis fińskiej sauny, który z jakiegoś powodu wzbudził w nim złość właśnie na Rosjan.

Wysłuchawszy wszystkich tych informacji, doszliśmy do wniosku, że świat opisywany przez sir Johna Mandeville’a bynajmniej nie odszedł do lamusa, historie pełne dwugłowych mężczyzn i latających węży trwały w najlepsze. Podczas naszej nieobecności do kraju zawitały latające spodki, co tylko utwierdziło nas w naszych podejrzeniach. Dziś odnosimy wrażenie, że najbardziej niebezpieczną tendencją ludzkiego umysłu jest pokusa dawania wiary plotkom, wypierająca jakiekolwiek próby poznania faktów.

Wyruszyliśmy do Związku Sowieckiego wyposażeni w pokaźną ilość plotek, bodaj największą, jaką udało się kiedykolwiek zgromadzić w jednym miejscu. Nalegamy, aby nazywać je po imieniu. Nie są niczym więcej.

Wypiliśmy po ostatnim koktajlu suissesse w barze Bedford – z Willym, który został pełnoprawnym partnerem w przygotowaniach do naszej wyprawy. Jego drinki były z każdym dniem coraz lepsze. Wyraził żal, że nie leci z nami. My także chcieliśmy, żeby nam towarzyszył. Po wypiciu wyśmienitych drinków byliśmy wreszcie gotowi do drogi. Na koniec Willy podarował nam jedną z najlepszych rad, jakie usłyszeliśmy.

– Stojąc za barem, człowiek uczy się słuchać i nie mówić zbyt wiele – powiedział.

Przez kilka następnych miesięcy często myśleliśmy o Willym i jego koktajlach.

Tak to się zaczęło.

Capa wrócił z około czterema tysiącami negatywów, ja przywiozłem kilkaset stron notatek. Zastanawialiśmy się, w jaki sposób opisać tę podróż, i po wielu dyskusjach zdecydowaliśmy się na zapis chronologiczny, dzień po dniu, zdarzenie po zdarzeniu, bez podziałów. Opiszemy, co widzieliśmy i słyszeliśmy. Takie odejście od tendencji nowoczesnego dziennikarstwa wydało nam się odświeżającym pomysłem.

Opisaliśmy nasze doświadczenia. Nie uzurpujemy sobie praw do twierdzenia, że poznaliśmy jedyną i najprawdziwszą prawdę. Nasza opowieść jest jedną z wielu na temat Rosji.

1 Autor używa zamiennie nazw Soviet Union oraz Russia (przyp. tłum.).

Rozdział 2

Ze Sztokholmu wysłaliśmy telegram do Josepha Newmana, naczelnego moskiewskiej redakcji „Herald Tribune”, z przewidywaną datą i godziną przybycia, po czym zadowoleni odpoczywaliśmy, w przekonaniu, że na miejscu będzie czekał na nas samochód i pokój hotelowy. Nasza podróż do Moskwy składała się z kilku etapów, z międzylądowaniami w Sztokholmie, Helsinkach i Leningradzie. Musieliśmy lecieć z Helsinek sowieckimi liniami lotniczymi, ponieważ żaden z zagranicznych przewoźników nie miał prawa latać do Rosji. Przelecieliśmy nad Bałtykiem i Zatoką Fińską do Helsinek lśniącym nieskalaną czystością szwedzkim samolotem. Bardzo ładna szwedzka stewardesa poczęstowała nas bardzo smacznymi szwedzkimi przekąskami.

Po bezproblemowej, wygodnej podróży wylądowaliśmy na nowiutkim helsińskim lotnisku, które dopiero niedawno zostało oddane do użytku. Gmach był duży i efektowny. Usiedliśmy przy restauracyjnym stoliku w oczekiwaniu na sowiecki samolot. Po około dwóch godzinach pojawiła się lecąca nisko nad ziemią stara maszyna typu C-47. Pokryta jeszcze warstwą brązowej wojskowej farby. Tylne koło eksplodowało w zderzeniu z płytą lotniska i samolot zaczął podskakiwać na sflaczałej oponie jak konik polny. To był jedyny wypadek, jakiego byliśmy świadkami podczas całej wyprawy, ale w tamtym momencie nie dodało nam to animuszu. Zaniedbana maszyna z odpryskującą brązową powłoką stanowiła niepokojący kontrast z błyszczącymi samolotami szwedzkich i fińskich linii lotniczych.

Kiedy wreszcie dotelepała się pod budynek, ze środka wysiadła grupa amerykańskich handlarzy futer, powracających z sowieckich targów. Cicha i przygnębiona gromadka. Podobno samolot przez całą drogę z Moskwy utrzymywał wysokość około stu metrów nad ziemią. Jeden z sowieckich członków załogi zszedł na dół, kopnął uszkodzoną oponę i wszedł na halę lotniska. Wkrótce się dowiedzieliśmy, że nie wystartujemy tego popołudnia. Musieliśmy przenocować w Helsinkach.

Capa zebrał dziesięć sztuk swojego bagażu i stał nad nimi jak kwoka nad kurczętami. Upewnił się, że wszystkie jego rzeczy zostaną umieszczone w zamkniętym pomieszczeniu, i raz po raz upominał obsługę lotniska, aby dobrze ich pilnowała. Straciwszy je z oczu, nie mógł się uspokoić ani na chwilę. Zazwyczaj wesoły i zrelaksowany, Capa zamieniał się w obsesyjnego tyrana, gdy chodziło o jego sprzęt fotograficzny.

Helsinki zrobiły na nas wrażenie smutnego, nieprzyjemnego miejsca. Choć zniszczenia wojenne nie były wielkie, miasto wyglądało na wymarłe. W hotelach panowała atmosfera żałoby, w restauracjach cisza, zespół na rynku grał ponure melodie. Żołnierze na ulicach wyglądali jak chłopskie dzieci, byli tacy młodzi i bladzi. Helsinkom brakowało życia i radości, jakby skapitulowały po dwóch wojnach i sześciu latach walk. Nie wiedzieliśmy, czy sytuacja gospodarcza miała na to wpływ.

Spotkaliśmy się w centrum z Atwoodem i Hillem, dziennikarzami „Herald Tribune”, którzy pracowali nad materiałem o sytuacji społeczno-ekonomicznej krajów za tak zwaną żelazną kurtyną. Mieszkali we dwóch w jednym pokoju hotelowym, pełnym raportów, broszur, ankiet i zdjęć, i mieli jedną jedyną butelkę szkockiej, którą oszczędzali na jakąś bliżej nieokreśloną specjalną okazję. Whisky nie przetrwała zbyt długo, my okazaliśmy się tą specjalną okazją. Capa rozegrał jakąś smętną partyjkę remika, a potem poszliśmy spać.

Nazajutrz o dziesiątej rano byliśmy z powrotem na lotnisku. Opona tylnego koła samolotu została już zmieniona, ale nadal trwały jakieś prace nad drugim silnikiem.

Przez następne dwa miesiące lataliśmy bardzo wieloma sowieckimi samolotami pasażerskimi, wszystkie były do siebie podobne: odrapane, brązowe C-47, pozostałości amerykańskiej pomocy wojskowej. Istnieją nowsze maszyny, wyprodukowane w Związku Sowieckim, podobne do C-47, z trójkołowym podwoziem, ale nie lataliśmy nimi. Czterdziestki siódemki mają zniszczone dywany i tapicerkę, jednak silniki są utrzymywane w doskonałym stanie, a piloci sprawiają wrażenie bardzo dobrych. Załogi są większe niż nasze, nie wiemy, jak wygląda podział obowiązków, ponieważ nie mieliśmy możności wejścia do kokpitu. Za każdym razem, kiedy mieliśmy okazję tam zerknąć, w środku było sześć lub siedem osób, w tym stewardesa. Nie rozgryźliśmy, jakie są obowiązki stewardesy. Wydaje się unikać pasażerów, nie serwuje jedzenia. Pasażerowie doskonale radzą sobie sami, podróżując z zatrważającą ilością prowiantu.

W żadnym z samolotów, którymi lecieliśmy, nie działały wentylatory, nie było więc dopływu świeżego powietrza ani sposobu na wywietrzenie zapachów jedzenia, a czasami wymiocin. Powiedziano nam, że stare amerykańskie maszyny będą używane do czasu zastąpienia ich przez nowe, sowieckie.

Niektóre zwyczaje mogą się wydawać nieco dziwne Amerykanom przywykłym do naszych linii lotniczych. Brak pasów bezpieczeństwa. Zakaz palenia tylko na czas lotu, natychmiast po wylądowaniu pasażerowie zapalają papierosy. Nie lata się nocą – jeśli samolot nie ma szans na dotarcie do celu przed zachodem słońca, ląduje i czeka do rana. Samoloty latają dużo niżej niż nasze, chyba że jest burza. Nie stanowi to zagrożenia, ponieważ Rosja jest zupełnie płaska. Piloci nie mają najmniejszego problemu ze znalezieniem miejsca do awaryjnego lądowania.

Również sposób załadunku samolotu wydał nam się osobliwy. Po zajęciu miejsc przez pasażerów bagaże układano jeden na drugim w przejściu między siedzeniami.

Tego pierwszego dnia najbardziej zaniepokoił nas wygląd samolotu. Prezentował się jak niezdatny do użytku, wielki, odrapany gruchot. Jednak silniki były w doskonałym stanie technicznym i mieliśmy wspaniałego pilota, niepotrzebnie się więc denerwowaliśmy. Fakt, że nasze samoloty mają nowiutką, błyszczącą karoserię, nie wpływa przecież na jakość lotu. Znałem kiedyś pewnego mężczyznę, którego żona twierdziła, że samochód lepiej jeździ, kiedy jest umyty – chyba stosujemy tę logikę w odniesieniu do wielu innych spraw. Najważniejsze, aby samolot wzbił się w powietrze i dotarł bezpiecznie do celu. Rosjanie potrafią tego dokonać tak samo dobrze jak wszyscy inni.

Mieliśmy niewielu współpasażerów. Do Moskwy lecieli z nami sympatyczny islandzki dyplomata z żoną i dzieckiem, kurier z francuskiej ambasady ze swoim pakunkiem oraz czterech niezidentyfikowanych mężczyzn, którzy nie odezwali się ani słowem przez całą podróż. Nie wiemy, kim byli.

Capa, który zna wszystkie języki świata poza rosyjskim, poczuł się jak ryba wyjęta z wody. W każdym języku mówi z niewłaściwym akcentem. Po hiszpańsku z węgierskim, po francusku z hiszpańskim, po niemiecku z francuskim, akcent, w jakim mówi po angielsku, nie został jak dotąd zidentyfikowany. Rosyjskiego nie zna wcale, choć po miesiącu nauczył się kilku słów, które wymawiał z akcentem określanym jako uzbecki.

Wystartowaliśmy o jedenastej i polecieliśmy w stronę Leningradu. Z góry wyraźnie zobaczyliśmy blizny po długiej wojnie: okopy, pooraną ziemię, leje po bombach powoli porastające trawą. Im bliżej Leningradu, tym głębsze blizny i więcej okopów. Wiejski krajobraz oszpecony czarnymi, zwęglonymi ścianami spalonych domów. Niektóre rejony – te, w których toczyły się najzacieklejsze walki – wyglądały jak powierzchnia Księżyca. W okolicach Leningradu zniszczenia były największe, a okopy i fortyfikacje ze stanowiskami strzelniczymi wszędzie rzucały się w oczy.

Odczuwaliśmy niepokój związany z oczekiwaniem na kontrolę celną w Leningradzie. Trzynaście sztuk bagażu, tysiące lamp błyskowych i kabli, setki klisz i niezliczona ilość aparatów fotograficznych – sprawdzanie mogło potrwać wiele dni. Spodziewaliśmy się dokładnego przeszukania, ponieważ wieźliśmy ogromną ilość nowiutkiego sprzętu.

Nareszcie dotarliśmy do Leningradu. Przedmieścia były w ruinie, ale centrum miasta wydawało się prawie nietknięte. Samolot lekko przysiadł na płycie lotniska i wjechał na pas. Oprócz warsztatów i hangarów na lotnisku nie było żadnego budynku. Dwóch młodych żołnierzy uzbrojonych w duże karabiny i lśniące bagnety podeszło i stanęło obok naszego samolotu. Następnie na pokład weszli celnicy. Ich dowódca, drobny, uprzejmy człowieczek, odsłonił w uśmiechu błyszczące metalowe zęby. Znał jedno słowo po angielsku – yes. My znaliśmy jedno słowo po rosyjsku – da. Kiedy on mówił „yes”, my odpowiadaliśmy „da”, i wracaliśmy do punktu wyjścia. Po sprawdzeniu paszportów i pieniędzy wystąpił problem z bagażami. Musiały zostać otwarte i przeszukane w samolocie, nie można ich było wynieść na zewnątrz. Celnik był bardzo uprzejmy, bardzo miły i niesłychanie dokładny. Otwieraliśmy po kolei każdą z toreb, a on oglądał każdą rzecz z osobna. Nie szukał niczego szczególnego, po prostu był ciekaw. Czule gładził błyszczący sprzęt fotograficzny. Podnosił do góry każdą kliszę, ale nie miał do niczego żadnych zastrzeżeń. Po prostu interesowały go zagraniczne przedmioty. Odnieśliśmy przy tym wrażenie, że dysponuje nieograniczoną ilością czasu. Na koniec podziękował, tak nam się przynajmniej wydawało.

Wkrótce powstał kolejny problem, tym razem z podstemplowaniem naszych dokumentów. Celnik wyjął z kieszeni munduru gumową pieczątkę owiniętą gazetą i rozpakował ją.

Okazało się, że to wszystko, co posiada. Brakowało poduszeczki do tuszu. Najwyraźniej jednak nigdy jej nie miał, ponieważ wypracował sobie przemyślną strategię. Sięgnął do drugiej kieszeni po ołówek, polizał pieczątkę, po czym pomazał ją ołówkiem i przyłożył do papieru – i nic. Spróbował jeszcze raz – dalej nic. Na papierze nie pozostał najmniejszy ślad. Pomogliśmy mu. Wyjęliśmy swoje pióra i pomazaliśmy pieczątkę palcami umoczonymi w atramencie. Wreszcie dostaliśmy piękny stempelek. Celnik zawinął pieczęć w gazetę, schował z powrotem do kieszeni, przyjaźnie uścisnął nam dłonie i wysiadł z samolotu. Zapakowaliśmy torby i ułożyliśmy je w stertę na jednym z siedzeń.

Pod otwarte drzwi samolotu podjechał samochód ciężarowy, a w nim sto pięćdziesiąt nowiutkich mikroskopów zapakowanych w skrzynki. Na pokład weszła kobieta, szczupła i wysoka, o szerokiej słowiańskiej twarzy. Nigdy nie widziałem takiej siłaczki. Wnosiła ciężkie pudła do kabiny pilota, a kiedy tam już nie było miejsca, zaczęła je ustawiać w przejściu między siedzeniami. Była ubrana w niebieski kombinezon, trampki i chustkę. Miała wyraźnie zarysowane mięśnie ramion i – podobnie jak nasz celnik – uśmiech z nierdzewnej stali, który wyglądał bardziej jak część maszynerii niż ludzkie zęby.

 

Kontrole celne to osobliwe pogwałcenie intymności, są niemiłe w każdych okolicznościach. Chyba jednak spodziewaliśmy się większych przykrości. Być może dlatego, że do pewnego stopnia uwierzyliśmy naszym ekspertom, którzy nigdy tu nie byli, i przygotowaliśmy się na obelgi i złe traktowanie. Nic takiego nie miało miejsca.

Wypełniony bagażami samolot wzbił się w powietrze i poszybował w kierunku Moskwy nad niezmierzonymi równinami, pełnymi lasów, gospodarstw rolnych, małych, jednobarwnych wiosek i żółtych snopów słomy. Lecieliśmy dosyć nisko, dopóki na naszej drodze nie pojawiła się chmura, wtedy pilot musiał zwiększyć wysokość. Deszcz zabębnił o szyby.

Nasza stewardesa była postawną blondynką o dużych piersiach i macierzyńskim wyglądzie, wydawało się, że jej jedynym obowiązkiem jest noszenie butelek różowej oranżady do kabiny pilotów przez labirynt skrzynek z mikroskopami. Zaniosła tam też bochenek czarnego chleba.

Zaczął nam doskwierać głód, nie jedliśmy śniadania i nie mieliśmy widoków na kolejny posiłek. Gdybyśmy mogli porozumieć się z obsługą, błagalibyśmy o kromkę chleba, ale nie umieliśmy zrobić nawet tego.

Około czwartej zniżyliśmy lot, wynurzając się z wielkiej deszczowej chmury, i zobaczyliśmy po lewej stronie olbrzymie miasto z przecinającą je rzeką. Moskiewskie lotnisko było ogromne. Część lądowiska pokryta asfaltem, a część porośnięta długą trawą. Wokół stały setki, dosłownie setki, samolotów, stare amerykańskie C-47 oraz mnóstwo nowych sowieckich maszyn o trójkołowych podwoziach i lśniących aluminiowych wykończeniach.

Zbliżając się do potężnego, imponującego budynku, wypatrywaliśmy przez szybę znajomych twarzy, kogoś, kto by na nas czekał. Padał deszcz. Wysiedliśmy i pozbieraliśmy bagaże w strumieniach deszczu. Odczuwaliśmy dojmującą samotność. Nikt na nas nie czekał. Nie zobaczyliśmy ani jednej znajomej twarzy. Nie mogliśmy nikogo spytać o drogę, nie mieliśmy rosyjskich pieniędzy. Nie wiedzieliśmy, dokąd się udać.

Z Helsinek wysłaliśmy telegram do Joe Newmana z informacją, że przylecimy dzień później. Ale Joe Newmana nie było. Nie było nikogo. Jacyś niezwykle krzepcy tragarze chwycili nasz dobytek, zanieśli w stronę drzwi wyjściowych i czekali na zapłatę, a my nie mieliśmy czym zapłacić. Nie umieliśmy nawet odczytać, dokąd jadą mijające nas autobusy, poza tym były tak zatłoczone i tyle ludzi czekało, żeby do nich wsiąść, że nie było mowy, abyśmy się zmieścili do któregokolwiek z nich ze swoimi trzynastoma sztukami bagażu. Tymczasem niezwykle krzepcy tragarze czekali na swoje pieniądze. Byliśmy głodni, zmoknięci, wystraszeni i czuliśmy się całkiem osamotnieni.

Wówczas zjawił się kurier z francuskiej ambasady. Pożyczył nam pieniądze na napiwki dla tragarzy, następnie zapakował nasze torby do samochodu, który po niego przyjechał. Bardzo miły człowiek. Uratował nam życie, ponieważ byliśmy bliscy popełnienia samobójstwa. Jeżeli kiedyś to przeczyta, pragniemy mu jeszcze raz podziękować. Zawiózł nas do hotelu Metropol, w którym podobno zatrzymał się Joe Newman.

Nie mam pojęcia, dlaczego lotniska są umiejscowione tak daleko od miast, do których podobno przynależą, ale to fakt, i Moskwa nie jest pod tym względem wyjątkiem. Lotnisko od miasta dzieli wiele, wiele kilometrów, mijaliśmy lasy iglaste oraz niekończące się pola ziemniaków i kapusty. Niektóre drogi były gładkie, a niektóre mocno wyboiste. Francuski kurier przewidział wszystko. Wysłał kierowcę po jedzenie, tak więc w drodze do Moskwy zjedliśmy pierożki, małe pulpety i szynkę. Zanim dotarliśmy do hotelu Metropol, czuliśmy się o wiele lepiej.

Metropol był dość okazały – marmurowe schody, czerwone dywany i pozłacana winda, która czasem działała. Poza tym recepcjonistka mówiła po angielsku. Zapytaliśmy o nasze pokoje. Nie znała naszych nazwisk, nikt nie robił na nie rezerwacji. Nie mieliśmy żadnych pokoi.

Uratowali nas Alexander Kendrick z „Chicago Sun” i jego żona. Zapytaliśmy, gdzie się podział Joe Newman.

– Ach, Joe! Nie ma go od tygodnia. Pojechał do Leningradu na targi futer.

Zatem nie czytał telegramów, nic nie zostało przygotowane, nie było dla nas pokoi. Oczekiwanie, że dostaniemy pokoje bez wcześniejszej rezerwacji, byłoby niedorzecznością. Sądziliśmy, iż Joe nawiązał kontakt z jakąś sowiecką agencją, która się wszystkim zajęła. Ponieważ jednak go nie było i nie dostał od nas wiadomości, Rosjanie nic nie wiedzieli o naszym przybyciu. Kendrickowie zaprosili nas do swojego pokoju, poczęstowali wędzonym łososiem i wódką. Dzięki nim poczuliśmy się jak mile widziani goście.

Nie byliśmy już samotni i zagubieni. Postanowiliśmy zamieszkać w pokoju Newmana, aby go ukarać. Używaliśmy jego ręczników, mydła i papieru toaletowego. Wypiliśmy butelkę jego whisky. Spaliśmy na jego kanapie i w jego łóżku. Uznaliśmy, że przynajmniej tyle może zrobić, by nam wynagrodzić nasze cierpienie. Uzgodniliśmy, że fakt, iż nie wiedział o naszym przylocie, ani trochę go nie usprawiedliwiał. Zasługiwał na karę. Zatem wypiliśmy następną butelkę jego szkockiej whisky. Wtedy jeszcze nie zdawaliśmy sobie sprawy, jaka to zbrodnia. Wśród amerykańskich dziennikarzy w Moskwie istnieje pewien rodzaj nieuczciwej rywalizacji, ale my przekroczyliśmy wszelkie granice. Nie wypija się koledze whisky.