Była raz wojna, Bomby poszły

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bateria nabrzeżna

Gdzieś w Anglii, 8 lipca 1943

Działa kryją się w łanie żyta i czerwonych maków. Można dojrzeć sterczące wyloty luf wymierzonych w niebo. Bateria jest na południowym wybrzeżu, naprzeciw Francji. Był czas, kiedy wielkie eskadry niemieckich bombowców przelatywały nad tym niebronionym wybrzeżem i niosły ładunki bomb na Londyn i Canterbury. Ale teraz wybrzeże nie jest już niebronione.

Obserwatorzy są wszędzie na wzgórzach, skomplikowane i wyczulone stacje nasłuchowe mogą wykryć samolot z odległości wielu mil, a obserwatorami są dziewczyny. Kiedy się słyszy obcy samolot, jego położenie zostaje przetelefonowane kartografom, a kartografami też są dziewczyny. Celowniczymi są dziewczyny. Tylko kanonierzy, którzy nabijają i obracają samo działo, są mężczyznami. Ta mieszana bateria jest instytucją zadziwiającą, czymś niebywałym w dziejach wojskowości.

Koszary znajdują się nieopodal, jedne dla dziewczyn, drugie dla mężczyzn. Sala jadalna jest wspólna, świetlica jest wspólna i praca jest wspólna.

Obsługa pełni swe obowiązki przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. W pewnej odległości od działa może robić, co jej się podoba. Dziewczyny czytają i piorą swoje rzeczy, szyją i gotują. Kuchnia – na razie tymczasowa – jest zbudowana z blaszanek po nafcie napełnionych piaskiem i poukładanych jak cegły. Nowa kuchnia jest właśnie w budowie.

W okolicy panuje spokój. Działa milczą. Nagle zaczyna wyć syrena. Zamaskowane budynki wyrzygują ludzi: młodych mężczyzn i kobiety. Wylewają się oni ze środka, biegną jak szaleni. Syrena nie rozbrzmiewa jeszcze nawet trzydziestu sekund, kiedy bieg jest zakończony, działo obsadzone, cel wykryty. W podziemnym pokoju namiarowym przyrządy odnalazły swój cel. Ustaliła go dziewczyna. Cyfry zostały przekazane, obróciły się złe lufy. Na powierzchni ziemi, w betonowym bunkrze, inna dziewczyna mówi do telefonu. „Ognia” – powiada spokojnie. Wzgórzem wstrząsa eksplozja baterii. Polna trawa drży, a czerwone maki dygoczą od podmuchu. Z dołu przychodzą nowe rozkazy i dziewczyna mówi: „Ognia”.

Cały ten proces jest jak działanie maszyny, dokładny. Nie ma żadnego zbędnego ruchu ani żadnych bzdur. Te dziewczyny zdają się urodzonymi żołnierzami. I rzeczywiście są żołnierzami. Nade wszystko mają za złe, jeżeli ktoś je traktuje jak kobiety, gdy są w pobliżu dział. Ich praca jest twarda i nieustanna. Czasem alarm wzywa je do dział po trzydzieści razy w ciągu dnia i nocy. W tym czasie mogą razić dziesięć razy ogniem napastnika. Bombardowano je i ostrzeliwano, a nie zdarzyło się, żeby któraś dziewczyna się zawahała.

Dowódca jest z nich bardzo dumny. Jest fanatycznie przywiązany do swojej baterii. Mówi z lekką goryczą:

– No dobrze, a dlaczego pan nie pyta o problem moralności? Wszyscy chcą się tego dowiedzieć. Ja panu powiem. Nie ma żadnego problemu.

Opowiada o pewnych obyczajach, które zrodziły się w tej baterii – o zespole obyczajów, jakie się wytworzyły automatycznie. Mężczyźni i kobiety śpiewają razem, razem tańczą, a niech ktoś obrazi którąś z kobiet, to będzie miał całą baterię na karku. Ale kiedy dziewczyna wychodzi wieczorem, nie wybiera się z żadnym z artylerzystów, mężczyźni zaś nie zapraszają dziewczyn do kina. Między członkami baterii nie było żadnych zaręczyn ani małżeństw. Jakiś instynkt mówi im wszystkim, że wynikłyby z tego kłopoty. Te rzeczy nie są sprawą rozkazów, ale obyczaju.

Dziewczyny lubią swoją pracę i są z niej dumne. Trudno sobie wyobrazić, jak pokojówki potrafią kiedyś wrócić do wycierania kurzów pod kierunkiem zrzędzących pań domu, jak dziewczęta folwarczne potrafią wrócić do małych farm w Szkocji i w Midlands. To jest wielki, porywający okres ich życia. Bardzo są ważne te dziewczyny. Obrona kraju na tym obszarze spoczywa w ich rękach.

Tego wieczoru dyrektor miejscowego kina zarezerwował dwa rzędy krzeseł dla żołnierzy baterii, którzy nie będą na służbie. Dziewczyny mające iść do kina przebierają się ze spodni w schludne spódniczki koloru khaki i w bluzki. Spędzają sporo czasu, robiąc się na bóstwa. Siedzą w kinie pochylone do przodu z przejęcia. Film jest zwykłą szmirą pod tytułem Korespondent wojenny, nakręconą o sześć tysięcy mil od wszelkiego konfliktu, tam gdzie ludzie prawdopodobnie nigdy żadnego nie zobaczą.

Opowiada on o amerykańskim korespondencie wojennym, który dzięki swojej urodzie, sprytowi, dzielności i różnym bujdom zadaje klęskę wszystkim organom Trzeciej Rzeszy. Gestapo i armia niemiecka są gliną w jego rękach. Jest to prawdziwa chała, nie film.

A czy te dziewczyny, które były obrzucane bombami i pociskami, które zestrzeliwały wroga z nieba, po czym wracały do cerowania skarpet, drwią z tego? Bynajmniej. Siedzą jak urzeczone. Kiedy durni gestapowcy podkradają się do bohatera, one go ostrzegają krzykiem. To jest dla nich bardziej realne niż dzisiejsze popołudnie, kiedy strzelały do focke-wulfa 190. Bohater, który z jednoosobowej Dunkierki wychodzi uczesany i w nieskazitelnym ubraniu, jest prawdą, dobrem i pięknem.

Tegoż popołudnia dziewczyny były spocone, zakurzone i cuchnęły kordytem6. To było ich zajęcie – ta wojna. A po zakończeniu filmu wracają pieszo do koszar, rozmawiając w podnieceniu o blaskach hollywoodzkiej wojaczki. Wracają do swojej zwykłej pracy – do bronienia wybrzeża Anglii przed atakiem – i idąc do domu, śpiewają: „Miło by było do ciebie wrócić i zasiąść przed kominkiem...”.

6 Rodzaj materiału wybuchowego.

Alkoholiczny kozioł

Londyn, 9 lipca 1943

Nazywają go William Kozioł, ma stopień podpułkownika lotnictwa i order DSO7, jest stary i szanowany, i jak niektórzy twierdzą, niedoceniany. Ale kiedy przed dwoma laty przystał do skrzydła RAF-u, ledwie mógł dreptać na swoich długich, sękatych kopytach. Przez długi czas traktowano go jak każdego innego rekruta: poniewierano nim, lekceważono go, czasem mu wymyślano. Jednakże stopniowo zaczęły się objawiać jego walory. Przynosi wyraźne szczęście. Gdy jest w pobliżu, jego skrzydło ma sukcesy i dobre łowy. Powoli rozrosły mu się wraz z talentami i rogi, a obecnie ma na tych rogach wymalowaną jaskrawymi barwami swoją rangę oraz odznaczenia i nosi się pompatycznie, chociaż niemrawo.

Może zeżreć prawie wszystko. Żadne przyjęcie czy przegląd nie obejdzie się bez niego. Powiadają, że na którymś z przyjęć, pozostawiony samopas na chwilę, zjadł dwieście kanapek, trzy ciastka, nuty do pewnej piosenki na fortepian i flet, wypił pół wazy ponczu, a następnie wkroczył zamaszyście między tańczących, czkając z lekka i obrzucając żonę pewnego porucznika, której nazwisko przemilczymy, lubieżnym spojrzeniem.

Ma nieco stetryczały wygląd, właściwy wojskowym wyższych szarż. Będąc kozłem lotniczym, odznacza się dość niezwykłymi nawykami. Jeżeli tylko zobaczy butlę z tlenem, rzuca się do niej, chcąc, by mu ją dano. Chwyta w pysk cały wentyl, a potem, kiedy przekręcicie zawór, uspokaja się z wolna, pomrukując z zadowoleniem, boki zaś rozdymają mu się tak, że o mało nie pęknie. Na chwilę przed pęknięciem wypuszcza rurkę i powoli się kurczy, ale energia, którą zaczerpnął z tlenu, sprawia, że wyskakuje w powietrze i rozpoczyna walkę na rogi z urojonymi kozłami. Lubi też glikolowy płyn do chłodzenia silników tajfunów. Potrafi stać godzinami pod zbiornikiem, zlizując krople kapiące z wylotów.

Cieszy się zaufaniem swoich ludzi. Kiedyś, gdy jego skrzydło musiało szybko zmienić bazę operacyjną, zostawiono kozła na starym miejscu, bo wówczas nie wiedziano jeszcze, jaki jest ważny. W nowej bazie ludzie byli nerwowi i rozdrażnieni, lękliwi i prawie skłonni do buntu. W końcu, kiedy się przekonano, że inaczej się nie uspokoją, musiano posłać specjalny samolot po „podpułkownika” i przewieźć go do nowej bazy. Gdy tylko przybył, wszystko się zaraz ułożyło. Tajfuny miały cztery zestrzelenia w ciągu dwudziestu czterech godzin. Z atmosfery pierzchło nerwowe napięcie, jedzenie poprawiło się, bo kucharz przestał się trapić, a liczne przypadłości żołądkowe natychmiast zniknęły.

Podpułkownik William Kozioł mieszka w małej budce za pokojem operacyjnym. Jego nazwisko i odznaczenia są wymalowane na drzwiach. Przed wystartowaniem do akcji przynosi szczęście odwiedzenie go i pogłaskanie po grzbiecie i rogach. Sam kozioł nie lata na akcje. W tajfunach nie ma dla niego miejsca, ale gdyby się dało go tam wcisnąć, zabrano by go na pewno, a wtedy Bóg wie, jaka wielka operacja mogłaby się przydarzyć.

Ten kozioł ma jeden prawdziwie zły nawyk. Uwielbia piwo, a co więcej, jest zdolny pochłaniać je w takich ilościach, że nawet łagodne, bezalkoholowe piwo angielskie może go z lekka upoić. Na przekór wyraźnym rozkazom potrafi znaleźć złych kompanów, którzy mu dadzą piwa. Podchmieliwszy sobie, jest skłonny wałęsać się i wydrwiwać różne rzeczy. Drwi z lotnictwa amerykańskiego, drwi z Labour Party, a raz nawet natrząsał się z Churchilla. Ta drwina widać tkwi w piwie, bo poncz zgoła inaczej na niego działa.

Kozioł ten nie odznacza się imponującym wyglądem. Ma wyliniałą, różowawą sierść i zimne, rybie oczy; nogi jego nie są proste, właściwie nawet nieco iksowate. Łeb nosi wysoko, a jego rogi, jaskrawo pomalowane na czerwono i niebiesko, więcej niż tuszują wszelką fizyczną dziwaczność. Pod każdym względem jest postacią wojskową. Wspaniale się prezentuje na paradach. W końcu dostanie kryptę w ministerstwie lotnictwa i we właściwym czasie zdechnie na tę żołnierską chorobę, jaką jest marskość wątroby. Zostanie pochowany ze wszystkimi honorami wojskowymi.

Tymczasem jednak podpułkownik William Kozioł, kawaler DSO, przynosi szczęście swojemu skrzydłu, a jego utrata spowodowałaby wielki niepokój, a nawet przygnębienie.

 

7 Distinguished Service Order – order za wybitne zasługi w służbie wojskowej.

Opowieści o blitzu

Londyn, 10 lipca 1943

Ludzie, którzy próbują wam opowiedzieć, jak wyglądał blitz w Londynie, zaczynają od pożarów i eksplozji, a potem prawie nieodmiennie kończą na jakimś bardzo drobnym szczególe, który utkwił im mocno w pamięci i stał się dla nich symbolem całej sprawy. Powtarza się to stale w rozmowach. Jest tak, jak gdyby umysł nie mógł objąć tej grozy, huku bomb i całej potworności i wobec tego chwytał się czegoś małego, zrozumiałego i zwyczajnego. Każdy, kto był w Londynie podczas blitzu, chce go opisać, chce utrwalić, chociażby tylko dla siebie, coś z tamtych strasznych chwil.

– To szkło – mówi ktoś. – Z rana to odgłos zamiatanego, potłuczonego szkła, taki zły, płaski brzęk. To jest coś, co pamiętam lepiej niż wszystko inne, ten nieustanny dźwięk szkła zamiatanego na chodnikach. Kilka dni temu mój pies stłukł szybę i żona zmiatała szkło, a po mnie przeleciał zimny dreszcz. Minęła chwila, nim zdałem sobie sprawę z przyczyny.

Idziesz na obiad do małej restauracji. Naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy, jest zrujnowany budynek – poszarpany, rozwalony kamienny dom. Twój towarzysz mówi:

– Któregoś wieczoru umówiłem się w tym lokalu na kolację z jedną panią. Miała się tutaj ze mną spotkać. Przyszedłem przed czasem i wtedy bomba trafiła ten dom. – Wskazuje ruinę. – Wybiegłem na ulicę. Widać było wszystko wyraźnie; pożary oświetlały całe miasto. Ściana frontowa zwaliła się na jezdnię. Z kupy leżących kamieni sterczał przód taksówki. Kiedy wyszedłem na dwór, zobaczyłem u swoich stóp odrzucony bladoniebieski pantofelek wieczorowy. Jego nosek był skierowany prosto na mnie.

Inny pokazuje mur; budynku nie ma, ale na tej ścianie widać pięć kominków, jeden prosto nad drugim. Wskazuje nam najwyższy.

– To była bomba o wielkiej sile wybuchowej – mówi. – Chodzę tędy do pracy. Wie pan, przez sześć miesięcy wisiała przed tym kominkiem para długich pończoch. Musiały być czymś przypięte. Wisiały tam przez całe miesiące, tak jak je zostawiono, żeby wyschły.

– Przechodziłem koło Hyde Parku – opowiada inny – kiedy zaczął się wielki nalot. Położyłem się w rynsztoku. Zawsze to robiłem, kiedy nie było blisko schronu. Zobaczyłem, jak wielkie drzewo, takie jak któreś z tych, wyskoczyło w powietrze i przewaliło się na bok niedaleko ode mnie, o tam, gdzie jest to zagłębienie w ziemi. I wtedy spadł obok mnie do rynsztoka wróbel. Był już nieżywy. Ptaki łatwo giną od podmuchu. Nie wiedzieć czemu podniosłem tego wróbla i długo go trzymałem. Nie było na nim krwi ani niczego takiego. Zabrałem go do domu. Zabawna rzecz; musiałem go zaraz wyrzucić.

Jednej nocy, kiedy wyły i huczały bomby, pewien uchodźca – który był przepędzany z miejsca na miejsce i w każdym zaznał udręki, aż wreszcie dotarł do Londynu – nie mógł już tego wytrzymać. Poderżnął sobie gardło i wyskoczył z piętra. Dziewczyna, która tej nocy jeździła sanitarką, mówi:

– Pamiętam, jaka byłam na niego zła. Teraz to trochę rozumiem, ale tamtej nocy byłam na niego wściekła. Bo tylu wtedy oberwało, a nie mogło temu zapobiec. Krzyczałam na niego, życzyłam mu, żeby umarł, i tak się stało.

– Ludzie ratują takie dziwne rzeczy. Jeden starszy pan stracił cały swój dom w pożarze. Wyratował stary fotel bujany. Taszczył go wszędzie ze sobą, nie chciał zostawić ani na chwilę. Cała jego rodzina zginęła, a on uczepił się tego fotela. Nie siadał na nim. Siadał obok na ziemi, ale nie dawał go sobie odebrać.

Dwaj reporterzy przesiedzieli naloty w hotelu Savoy, grając w szachy i pokrzepiając się. Kiedy bomby zaczynały padać bliżej, włazili pod stół.

– Jeden albo drugi z nas zawsze wtedy sięgał ręką na blat i szachrował odrobinę – mówi reporter.

Setki historyjek, a każda kończąca się jakimś małym zdarzeniem, prostym drobiazgiem, który zostaje w pamięci.

– Pamiętam oczy ludzi idących rano do pracy – mówi jakiś mężczyzna. – Było w tych oczach zmęczenie, którego nie mogę zapomnieć. Przekraczało to wszelkie zmęczenie, jakie można sobie wyobrazić; było jakimś rozpaczliwym wyczerpaniem, po którym nigdy się nie da odpocząć. Oczy tych ludzi zdawały się zapadnięte głęboko w twarzach, a ich głosy dobiegały jakby z wielkiego oddalenia. I pamiętam, jak podczas nalotu zobaczyłem niewidomego, który stał na krawężniku i postukiwał laską, czekając, żeby ktoś przeprowadził go przez ulicę między pojazdami. Nie było żadnych pojazdów, w powietrzu pełno ognia, ale on tam stał i stukał laską, dopóki ktoś się nie zjawił i nie zabrał go do schronu.

We wszystkich tych historyjkach jest coś zwykłego, jakaś pospolita rzecz czy zdarzenie na tle bombardowania, które pozostawia niezatarty obraz.

– Jedna stara kobieta sprzedawała małe, mizerne gałązki lawendy. Miasto kołysało się pod bombami, od płonących budynków było widno jak w dzień. Powietrze było jednym potężnym, ogłuszającym hukiem. A w małej przerwie w tym huku rozległ się jej głos, piskliwy głos: „Lawenda! – wołała. – Kupujcie lawendę na szczęście!”.

Samo bombardowanie zaciera się i roztapia. Te małe obrazki pozostają tak wyraziste, jak wówczas, gdy były świeże.

Lili Marleen

Londyn, 12 lipca 1943

Oto jest historia piosenki. Nosi ona tytuł Lili Marleen, a jej twórcami byli w Niemczech w roku 1938 Norbert Schultze i Hans Leip. Następnie próbowali ją opublikować, ale została odrzucona przez jakieś dwa tuziny wydawców. W końcu zainteresowała się nią pewna śpiewaczka, Lale Andersen, która uczyniła z niej przebój. Lale Andersen ma chrapliwy głos i jest w tak zwanym typie Hildegardy.

Lili Marleen jest bardzo prostą piosenką. Refren jej brzmi:

Tam przed koszarami,

Gdzie stoją latarnie,

Czekałem na Lili Marleen...

Taka to była zwykła piosenka. Mówiła dalej o Marleen, która z początku lubiła naszywki, a potem odznaki oficerskie. Marleen poznawała coraz to więcej ludzi, aż wreszcie spotkała generała, czego pragnęła przez cały czas. My także mamy piosenkę z bardzo podobnym odcieniem żartobliwego cynizmu.

W końcu Lale nagrała piosenkę na płytę, ale i ta nie była zbyt popularna. Jednakże pewnego wieczoru niemiecka radiostacja w Belgradzie, która nadawała programy dla Afrika Korps Rommla, stwierdziła, że po jakimś małym bombardowaniu nie pozostało jej wiele płyt, ale wśród nielicznych nieuszkodzonych znajduje się piosenka Lili Marleen. Została nadana do Afryki i następnego rana nucił ją cały Afrika Korps i zaczęły napływać listy z żądaniami, żeby ją znowu zagrano.

Historia jej popularności w Afryce dotarła do Berlina i pani Göring, która niegdyś była śpiewaczką operową, zaśpiewała piosenkę o niestałej Lili Marleen bardzo wyborowej grupie hitlerowców, jeżeli coś takiego w ogóle istnieje. Piosenka natychmiast zyskała popularność i odtąd była stale nadawana przez radio niemieckie, dopóki nie przejadła się trochę samemu Göringowi. Powiadają, że ponieważ niestałość jest tematem niezbyt przyjemnym dla uszu niektórych wysoko postawionych hitlerowców, więc zasugerowano, żeby piosenkę po cichu udławić. Tymczasem jednak Lili Marleen wymknęła im się z rąk. Lale Andersen była już znana jako „kochanka żołnierza”. Stała się pin-up girl. Jej chrapliwy głos dobywał się z przenośnych patefonów na pustyni.

Do tej pory Lili była wyłącznie problemem niemieckim, ale teraz ósma armia brytyjska zaczęła brać jeńców i między łupami zdobyła Lili Marleen. I oto ta piosenka poniosła się przez całą ósmą armię. Nucili ją Australijczycy i dorabiali do niej nowe słowa. Władze wahały się i zastanawiały, czy byłoby słuszne zezwolić, aby niemiecka piosenka o dziewczynie nieposiadającej żadnych nieskazitelnych cnót została ulubioną pieśnią wojska brytyjskiego; w tym czasie bowiem przeniknęła już do pierwszej armii, a Amerykanie zaczęli na niej eksperymentować harmonię i grać ją z off-beatem. Władzom nic a nic by nie dało, gdyby się wypowiedziały przeciwko piosence.

Wymknęła się z ręki. Ósma armia sprawiała się dobrze w polu, więc zadecydowano, że trzeba uznać Lili Marleen za jeńca wojennego, co stałoby się i tak, bez względu na poglądy władz. Obecnie Lili przenika głęboko do amerykańskich sił zbrojnych w Afryce. Urząd Informacji Wojennej zainteresował się tym problemem i postanowił zachować melodię, ale dać do niej nowe słowa, wymierzone przeciwko Niemcom. Trzeba zaczekać, by się przekonać, czy to się uda. Lili Marleen jest międzynarodowa. Można podejrzewać, że wynurzy się pod murami koszar młoda i piękna, i niezłomnie niestała.

Z taką piosenką nie można nic zrobić poza zostawieniem jej w spokoju. Pieśni wojenne wcale nie muszą mówić o wojnie. Właściwie czynią to rzadko. Podczas poprzedniej wojny Madelon i Tipperary nie miały z nią nic wspólnego. Wielka australijska piosenka z obecnej wojny, Matylda tańczy walca, dotyczy kradzenia owiec. Należy się spodziewać, że pewne ugrupowania w Ameryce zaatakują Lili po pierwsze na tej podstawie, że jest obywatelką państwa nieprzyjacielskiego, a po drugie, że nie jest lepsza, niż jest. Takie ataki nie będą zbyt skuteczne. Lili jest nieśmiertelna. Jej proste pragnienie poznania generała trudno uznać za wyłączność niemiecką. Politykę można opanować i unarodowić, ale piosenki mają sposoby przeskakiwania granic.

I byłoby zabawnie, gdyby po całym tym hałasie i heilowaniu, po wszystkich tych marszach i głoszeniu własnej doktryny jedynym wkładem hitlerowców do spraw świata stała się Lili Marleen.

Wojenne rozmowy

Londyn, 13 lipca 1943

Ciekawie jest obserwować, że im bliżej strefy wojennej, tym mniej się słyszy o wyższej strategii. Więcej dyskutuje się na temat taktyki i ogólnego obrazu w sobotni wieczór w Stork Clubie niż w całym europejskim teatrze wojennym. Może być, że do pewnego stopnia wynika to z braku generałów mogących dać strategom towarzyskie oparcie. Jeżeli o to idzie, więcej jest generałów w porze obiadowej w waszyngtońskim hotelu Carlton niż w całej reszcie świata.

Ten zawężony punkt widzenia może być sprawą geografii. W Anglii ludzie nie rozchwytują chciwie gazet, a im bliżej wybrzeża, gdzie stale jest w toku jakaś akcja, tym bardziej się kurczą rozmowy o wojnie, aż wreszcie zanikają prawie zupełnie. Z kolei jest rzeczą interesującą, jak całkowicie niknie cywilna drapieżność u żołnierza czy marynarza będącego blisko akcji albo w akcji.

W betonowym bunkrze nad miejscem cumowania kutrów torpedowych zbierają się przy piwie młodzi ludzie. Są bardzo młodzi, lecz w twarzach mają dojrzałość, która wynika stąd, że nazbyt często stawiali życie na jedną kartę. Dla niektórych z tych młodzieńców kości padały dotychczas pomyślnie, ale za wielu ich przyjaciół przegrało, aby ci mogli uznawać swoje szczęście w grze za pewnik. Owe małe okręciki nie są zbyt silnie uzbrojone do obrony, ale w wyrzutniach torped noszą straszliwe ciosy. Są jedynymi na świecie zapaśnikami wagi lekkiej, którzy mogą zadać uderzenie wagi ciężkiej. Dla własnego bezpieczeństwa mają tylko szybkość oraz inteligencję swoich załóg.

Dzisiejszego wieczoru mają przedsięwziąć to, co między sobą nazywają „coś”. „Coś” jest większe od „bitki”, lecz nieco mniejsze od „tej rzeczy”. „Coś” może być atakiem na konwój niemiecki przemykający potajemnie nocą przez kanał, ale ciężkozbrojny i silnie strzeżony, a co więcej, płynący tak blisko lądu, że prawie przez cały czas jest pod osłoną nabrzeżnych dział. A te małe okręciki mają się rzucić nań pod ogniem, skręcać i kluczyć w smugach pocisków świetlnych, wreszcie wypuścić torpedy w największy okręt, jaki wypatrzą, potem zaś gnać do domu.

W bunkrze młodzi ludzie rozmawiają z jakąś bujną wesołością. Nigdy nie słyszy się tam dyskusji o nieprzyjacielu. W milczącym porozumieniu – czy może dlatego, że już za dużo tej wojny – nie mówią o wojnie. Nieprzyjaciel to szkop albo szwab, a wymawia się go jak coś bezcielesnego i nieokreślonego. Szkop jest problemem nawigacyjnym, zadaniem, niebezpieczeństwem, ale i czymś prawie równie bezosobowym jak każde inne wielkie i niebezpieczne zadanie. Ludzie ci żyją w napięciu. Doświadczają go od tak dawna, iż zapewne nawet nie zdają sobie z niego sprawy. To nie jest strach, ale coś, co można wyczuć, jakaś banieczka, która rośnie i rośnie w człowieku. Rozdyma się i naciska na płuca, tak że trochę brakuje tchu. Siedzenie bezczynnie jest niedobre. Wywołuje wrażenie, że wszystko jest bardzo zabawne. To jest właściwy moment na opowiedzenie jakiejś pieprznej historii, która nie byłaby tak odpowiednia kiedy indziej. Teraz przyjmą ją rykiem śmiechu.

W bunkrze jest mały barek, gdzie dziewczyna z morskiej służby pomocniczej podaje cienkie piwo, które nikomu nie smakuje. Piwo nie jest dobre, ale każdy wypija po szklance, a trudno je przełknąć, bo ta wielka banieczka w środku zabiera tyle miejsca.

 

Na ścianie wisi zegar i jego wskazówki posuwają się wolno, o wiele za wolno, ku godzinie operacji. Czekanie jest najstraszniejsze. Napływają komunikaty o stanie pogody. Jest wiatr, ale może nie dość silny, żeby odwołać „coś”. Mają wypłynąć całe tuziny tych małych okręcików. Jest to operacja międzysojusznicza. Są kutry holenderskie, polskie i angielskie. Polacy są wspaniałymi wojownikami. To jest robota dla nich. Kiedy te małe motorówki zaatakowały Scharnhorst, który przemykał przez kanał, jakiś polski marynarz stanął podobno na dziobie swego kutra torpedowego i zaczął najspokojniej strzelać z karabinu do wielkiego stalowego pancernika. Holendrzy odznaczają się spokojną, zimną odwagą, a Brytyjczycy udają jak zwykle, że wybierają się na coś w rodzaju garden party.

Na dziesięć minut przed czasem ludzie zaczynają naciągać ubrania, skomplikowane kurty oraz spodnie z impregnowanego materiału, które się zawiązuje obciśle w kostkach. Szyję owija się ręcznikiem i na nim ciasno dopina kurtę. Na małych okręcikach jest mokro. Zielona woda chlusta ustawicznie przez dziób, a nie bardzo jest gdzie się schronić.

Podczas akcji będą prawdopodobnie mieli hełmy na głowach, ale to jest tylko przypuszczenie.

Teraz już stoją, wywatowani i wypchani, ręce odstają im trochę od boków z powodu grubości ubrania. Dowódcą tej grupy jest młody człowiek o wielkiej dojrzałości. Ma lat dwadzieścia dwa i przeszedł z niszczyciela na te małe kutry torpedowe. Duża wskazówka zegara dociera do godziny startu. Dowódca pyta, prawie niedbale, w chwili gdy wskazówka znajduje się na minucie:

– Gotowi?

Wszyscy młodzi ludzie wymaszerowują ciężko przez drzwi i po stopniach schodzą do ukrytych pieczar, w których leżą owe małe, kąśliwe ryby. Rozlega się warkot, kiedy zapuszczają silnik po silniku. Teraz banieczka w żołądku pęka i znowu można oddychać. Wszystko jest jak należy. Noc dobra, mglista, z małą widocznością. Kutry wycofują się jeden po drugim ze swoich stoisk i ustawiają rzędem. Mały sygnalizator świetlny dowódcy daje znak, potężne motory zaczynają huczeć, kutry podrywają się naprzód, ich biały kilwater rozpływa się w kształt litery V. Zielona woda chlusta przez dziób. Załoga kuli się, zaparta mocno przeciwko wiatrowi i falom. Nikt nie wspomniał o wojnie.