Była raz wojna, Bomby poszły

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Obsługa naziemna

Baza bombowców w Anglii, 2 lipca 1943

Obsługa naziemna dalej pracuje przy Mary Ruth. Obsługą kieruje starszy sierżant Pierce z Oregonu. Służy w wojsku od dawna i zna się na maszynach. Mówią o nim, że jest właścicielem Mary Ruth i tylko od czasu do czasu wypożycza ją pilotowi. Jeżeli powie, że lot ma być odwołany, będzie odwołany. Wypróbowywał motory przez sporą część nocy.

Jest tam też kapral Harold. Zakładał bomby i sprawdzał, czy uzbrojenie samolotu jest w dobrym stanie. Obsługa naziemna uwija się jak stadko królików. Czas przeznaczony dla nich kurczy się. Ich praca jest nieefektowna, pozbawiona chwały i rozgłosu, ale bez nich maszyny nie mogłyby latać. Ubrani są w kombinezony i czapki baseballowe.

Strzelcy już zamontowali broń i wypróbowują podajniki. Ktoś z obsługi naziemnej poleruje nowo naprawiony nos maszyny, ścierając z niego każdą drobinę brudu, ażeby bombardier mógł dobrze widzieć swój cel.

Podjeżdża jeep z oficerami – Brownem, Queninem, Blileyem i Feerickiem. Zrzucają na ziemię stosik małych kwadratowych paczek, po jednej dla każdego człowieka. Kapitan Brown je rozdaje. Zawierają pieniądze krajów leżących w pobliżu celu, koncentraty żywności i mapy. Brown mówi:

– Gdyby nam się przytrafiło coś złego, nie idźcie w kierunku miejscowości X, bo tam ludność nie okazała się zbyt życzliwa. Idźcie na Y; tam znajdziecie pomoc.

Ludzie biorą paczuszki i wpuszczają je do kieszeni, które znajdują się poniżej kolan kombinezonów.

Słońce właśnie wzniosło się nad horyzont, a na całym niebie są ładne, różowe, puchate obłoczki. Kapitan spogląda na zegarek.

– No, chyba trzeba ruszać – powiada.

Inny Brown, strzelec ogonowy, podbiega do obsługi. Podaje dwa pierścionki, jeden z kameą i jakiś drugi.

– Zapomniałem to zostawić – mówi. – Możecie mi je włożyć pod poduszkę?

Załoga wdrapuje się na miejsca; drzwi zostają zatrzaśnięte i zaryglowane. Drzwi boczne są oczywiście otwarte i wyglądają z nich cekaemy, na razie bez ruchu, ale gotowe do natychmiastowego użytku. Z każdego zwisa w skrętach długa, zębata taśma amunicyjna.

Kapitan macha ręką ze swego wyniosłego stanowiska. Jego okienko mieści się wprost nad nazwą samolotu – Mary Ruth, Wspomnienia z Mobile. Motory zaczynają obracać się po jednym i huczą, kiedy się nagrzewają. Teraz z całego pola dolatuje wybuchowy ryk zapuszczanych silników. Zewsząd z warkotem toczą się ogromne maszyny ze swoich punktów rozproszenia na główne pasy startowe. Formują się w rząd niczym olbrzymie chrząszcze w paradzie, sunąc ku odcinkowi startowemu.

Kapitan daje znak i dwaj ludzie z obsługi naziemnej przyskakują, wyciągają klocki spod kół i odbiegają. Mary Ruth dodaje gazu i powoli wypełza przez przejście, by włączyć się do parady. Na pasie startowym pierwsza maszyna wypada naprzód, nabiera szybkości i odrywa się od ziemi, za nią następna i następna, i znowu następna, aż wreszcie cały lecący rząd maszyn rozciąga się ku północy. Eskadra znika na chwilę, ale po kilku minutach zawraca nad lotnisko, tylko że tym razem już nie rzędem. Samoloty nabrały wysokości i lecą w zwartym szyku. Z rykiem przewalają się nad polem, a ledwie przeleciały, już ukazuje się następna eskadra z innego lotniska, za nią druga i trzecia. Spotkają się w określonym punkcie, owe dywizjony z wielu lotnisk, a kiedy cała wyprawa się zbierze, ze sto ogromnych maszyn będzie leciało kluczami i kluczem kluczów, każda chroniąc siebie i inne przez takie rozmieszczenie. I ta wielka wyprawa poleci na południe jak gęsi jesienią.

Trzeba wykonać niewiarygodnie wiele czynności, żeby wyprawić te eskadry. Sztab musi dostarczyć zaopatrzenie, wywiad wyznaczyć i objaśnić cele, kadra przydzielić załogi, a mechanicy zapewnić funkcjonowanie silników.

Bombowy Bies poleciał razem z innymi, ale po krótkim czasie wraca z unieruchomionym silnikiem. Znowu nawalił. Nikt nie ma pojęcia dlaczego. Siada osowiale na ziemi.

Po odlocie bombowców personel naziemny stoi jakiś osamotniony. Obserwowali start od początku do końca i teraz będą przez całe rano wyczekiwali powrotu maszyn. Trudno określić, jakie stosunki łączą obsługę naziemną z latającą załogą, ale jest między nimi jakaś bliskość. Obsługa będzie się denerwowała i niepokoiła, dopóki maszyny nie wrócą. A gdyby Mary Ruth nie wróciła, popadną w ponury, bezmowny, żałobny nastrój. Pracowali przez całą noc. Teraz obsiadają ciągnik i jadą do hangaru, ażeby wypić kubek kawy w stołówce. Starszy sierżant Pierce mówi:

– To dobra maszyna. Nigdy nie miałem z nią kłopotu. Wróci, chyba że ją rozstrzelą na kawałki.

W koszarach jest bardzo cicho; łóżka niezaścielone, koce zwisają przez krawędzie żelaznych prycz. Pin-up girls wyglądają jakoś smętnie w swych cekinowych strojach. Rodzinne fotografie stoją na żelaznych szafkach. Tykanie zegara rozbrzmiewa przenikliwie. Ktoś wkłada pierścionki pod poduszkę Browna.

Czekanie

Baza bombowców w Anglii, 4 lipca 1943

Po odlocie maszyn lotnisko opustoszało. Obsługa naziemna idzie do baraków, żeby się trochę przespać, bo pracowała prawie przez całą noc. Sztandar zwisa bezwładnie nad budynkiem administracji. W hangarach drużyny naprawcze pracują przy uszkodzonych samolotach. Przyciągają Bombowego Biesa na ponowny przegląd, a jego załoga wraca z niesmakiem do łóżek.

Załogi mają różne małe psy. Te psy, z których większość jest nieznanego, a już co najmniej wątpliwego rodowodu, nie należą do nikogo w szczególności. Zwykle każdy jest własnością danego samolotu i załoga jest z niego bardzo dumna. Teraz te psy snują się osowiale po lotnisku. Baza bombowców jest wyzuta z życia. Ranek przemija powoli. Dywizjon ma być nad celem o dziewiątej pięćdziesiąt dwie. Wrócić ma o dwunastej czterdzieści trzy. Kiedy nadchodzi i mija dziewiąta pięćdziesiąt, myśli biegną ku samolotom. Teraz dostali się w ostrzał Flaku. Teraz może rzucił się na nich rój myśliwców. Różne rzeczy dzieją się w wyobraźni. A teraz, jeżeli wszystko poszło dobrze i nic się nie stało, wyrzutnie bomb są otwarte i maszyny przelatują nad celem. Teraz zawróciły i lecą do domu, wciąż zwartym szykiem, wspinając się coraz wyżej i wyżej, żeby uniknąć pocisków artylerii. Jest godzina dziesiąta – powinny były już ruszyć w drogę powrotną; dziesiąta dwadzieścia – powinny już widzieć ocean.

Poprzedniego wieczoru załoga opowiedziała o zestrzeleniu jednej z fortec i teraz powraca to na myśl.

Mówili, że dzień był piękny jak z obrazka, duże obłoki i bardzo niebieskie niebo. Taki dzień, jaki widuje się w kraju na reklamach towarzystw lotniczych. Formacja leciała na St. Nazaire, powietrze było przezroczyste. Opowiadali, jak widzieli w dole małe miasteczka. A potem artyleria przeciwlotnicza zaczęła strzelać i kilka messerschmittów podleciało i zaczęło kropić do nich z działek. Nie zauważyli, gdzie tamta forteca na przodzie została trafiona. Możliwe, że w stery, bo nie widzieli, żeby się rozłamała.

Wszyscy zgadzają się, że to, co się stało, przebiegało bardzo wolno. Forteca zaczęła podnosić się dziobem do góry, coraz wyżej, jak gdyby chciała wspiąć się pionowo, czego, rzecz jasna, nie mogła zrobić. Potem zaczęła osuwać się z wolna tyłem, jak opadający liść; zatrzymała się na chwilę, jej dziób przekręcił się w dół i runęła ku ziemi.

Niebieskie niebo i białe obłoki sprawiały, że był to nie lada obraz. Załoga widziała, jak strzelec pokładowy usiłował się wydostać, wreszcie wyskoczył i jego spadochron się otworzył. Widzieli też, jak szamotał się strzelec z wieżyczki. Bombardier i nawigator wykwitli spadochronami z dziobu, a strzelcy środkowi za nimi. Załoga Mary Ruth wrzeszczała: „Wyskakujcie, piloci!”. Maszyna była już daleko w dole, gdy strzelec wyrwał się z wieżyczki. Myśleli, że dowódca i drugi pilot są zgubieni. Za długo zostali w samolocie, a poza tym maszyna już była tak daleko w dole, że ledwie ją widzieli. Musiała być prawie przy ziemi, kiedy wyprysnęły z niej dwa białe puszki – najpierw jeden, a potem drugi. I załoga ryknęła z ulgą. A potem samolot rąbnął o ziemię i eksplodował. Tylko strzelec ogonowy i wieżowy widzieli koniec. Donieśli o tym przez radio.

Obok hangaru numer jeden znajduje się mały kopiec ziemi porośnięty krótką, gęstą trawą. O dwunastej piętnaście ludzie zaczynają gromadzić się przy nim i wypatrywać powrotu wyprawy. Dowódca obsługi przynosi wiadomość, że już o niej meldowano, ale to tylko pogłoska. Mały piesek, który mógłby być szkockim terierem, gdyby mu uszy nie obwisały, a ogon nie był nieprawidłowo skręcony, przybiega i siada na kopcu. Wyciąga kosmaty pyszczek i składa go na wyprostowanych łapach. Oczu nie ma zamkniętych, a uszy mu drgają. Zebrała się cała obsługa naziemna i wszyscy czekają na swoje maszyny. Są to najdłużej ciągnące się chwile, jakie można sobie wyobrazić.

Nagle mały piesek podnosi głowę. Zaczyna drżeć na całym ciele. Dowódca obsługi ma lornetkę polową. Rzuca okiem na psa, po czym skierowuje szkła na południe.

– Jeszcze nic nie widać – powiada. Piesek wciąż drży i popiskuje cienko.

I oto lecą. Widać jedynie kropeczki daleko na południu. Formacja leci w szyku, ale jeden samolot wraca osobno i przed nią.

– Nie widać jego numeru? Który to jest?

Prowadzący samolot obniża się i schodzi prosto do lądowania. Z jego boków wypryskują dwie małe rakiety, jedna biała, a druga czerwona. Sanitarka – nazywają ją wózkiem na mięso – rusza na pas. W tym samolocie jest ktoś ranny.

Główna formacja nadlatuje nad lotnisko i każda maszyna odłącza się kolejno, aby zatoczyć koło do lądowania, ale ów pojedynczy samolot już siada, koła uderzają o ziemię i forteca ląduje na pasie startowym jak wielki chrząszcz. W chwili kiedy jej koła dotykają ziemi, rozlega się ostre, przenikliwe szczeknięcie i miga coś szarego. Mały piesek wydaje się lecieć nad ziemią. Gna przez pole ku samolotowi, który wylądował. Zna swoją maszynę.

 

Fortece lądują jedna po drugiej, a obsługa naziemna sprawdza ich numery, w miarę jak to czynią. Mary Ruth jest między nimi. Brak tylko jednego samolotu, ale ten wylądował dalej na południe, bo mu się wyczerpało paliwo. Na kopcu słychać wielkie westchnienie ulgi. Lot jest zakończony.

Dzień wspomnień

Londyn, 4 lipca 19433

Przez cały dzień trwały zabawy i imprezy dla żołnierzy przebywających na przepustkach w Londynie. Zrobiono wszystko, co można zrobić dla gościa. Dziś rano był koncert amerykańskich pieśni ludowych. Były zabawy, potańcówki, przemówienia, wycieczki do ciekawszych miejsc. Anglicy, Kanadyjczycy i inni byli serdeczniejsi niż kiedykolwiek. Orkiestry w parkach grały Gwiaździsty sztandar, Dixie i Domu, słodki mój domu. Uczyniono wszystko, co w ludzkiej mocy, a jednak jest to dziś miasto najokropniejszej tęsknoty za domem.

Mówca powiedział swoją urywaną, zwięzłą angielszczyzną: „Pozdrawiamy was znowu w tym dniu tak dla was drogim” – a myśli biegły ku swojskiemu politykowi kipiącemu entuzjazmem i whisky, wrzeszczącemu na pokrytej trójkolorowym płótnem trybunie, podczas gdy jego słuchacze marzą o zapowiedzianych arbuzach i sałatce z kartofli.

Przewodnicy zwiedzających grup mówili: „Jedziemy do zamku Tower, który w pewnym sensie jest kolebką angielskiej cywilizacji” – a oni myśleli o wyścigach tłuściochów, o gonitwach na trzech nogach4, o piskach kobiet, które ścigają się, trzymając na łyżkach jajka, o zapachu mięsa przypiekanego na ruszcie.

Orkiestra na Trafalgar Square pięknie grała dostojnego, porywającego marsza, a oni myśleli o Coney Island z kotłowiskiem wrzeszczących dzieciaków, o zapachu lodów, orzeszków ziemnych i przemoczonych ogarków cygar, o plaży, gdzie jest jedna trzecia wody, a dwie trzecie ludzi brnących między skórkami z grejpfrutów, gdzie słychać pisk i wycie jarmarcznej muzyki.

W Londynie defilowali żołnierze maszerujący niczym umundurowane maszyny, olbrzymie chłopy wyprostowane jak ich karabiny, miarowo machające rękami – a w kraju rycerze czegoś tam człapią nie w krok za swoją wielką chorągwią, z teatralnymi mieczami sterczącymi dziwacznie na ramionach, z oklapłymi strusimi piórami na kapeluszach, w mundurach wyciągniętych z naftaliny – rycerze, którzy jeszcze wczoraj byli rzeźnikami, urzędnikami i kasjerami w miejscowym banku, ale teraz przemienili się w rycerzy.

Gościnna ludność Londynu przygotowała ciastka z owocami, krem bakaliowy, herbatę z biszkoptami, dżem pomarańczowy, dżin z sokiem limonowym, whisky z wodą i piwo – a im w głowie hot dogi z musztardą kapiącą z drugiego końca i ściekającą do rękawa, hamburgery z surową cebulą, wymykającą się spomiędzy połówek okrągłej bułeczki, prażona kukurydza, ociekająca masłem, zapach dobrej whisky, baryłki piwa stojące na krzyżakach, czekoladowe ciastka i jajka z ostrymi przyprawami, ale nade wszystko hamburgery z cebulą – i co do tego weźmiemy: piccalilli5, kiszone ogórki czy majonez, czy wszystko naraz?

Chłodne dziewczyny tańczą dobrze, są miłe i życzliwe. Pracują ciężko w fabrykach zbrojeniowych i nie jest im łatwo tak ładnie odprasować sobie sukienkę. Pomadkę do ust trudno dostać, a perfum jest resztka w buteleczce. Są schludne, ładne i miłe. A w kraju chciwe pocałunki na tylnej ławce autobusu i oganianie się od moskitów na rozgrzanym, obrośniętym winem ganku. I ryczy w knajpach grająca szafa, jej zaś basowe tony dudnią w powietrzu. Kiedy coś powiesz, dziewczyny znają właściwą odpowiedź. Żadna z tych rzeczy osobno nie ma znaczenia, ale razem składają się w całość.

To jest dzień tęsknoty za domem, a Gwiazdka będzie jeszcze gorsza. Żadne wspaniałości, żaden przepych, żadne zainteresowanie nie może uśmierzyć tęsknoty. Żadne przedstawienie nie jest tak dobre jak dwuczęściówka w Odeonie, żadne jedzenie tak smaczne jak sandwicz o północy w barze Joego, nikt na świecie tak ładny jak ta blondynka Margie, która pracuje w kwiaciarni.

Kiedy wrócą do domu, będą przez długi czas zanudzali innych opowieściami o Londynie. Będą wspominali egzotyczne przygody i osobliwe potrawy. Piccadilli i Savoy, White Tower, bar Normandie i tamten lokal w Soho będą się przelewały w ich rozmowach. Będą entuzjastycznie porównywali swoje spostrzeżenia ze spostrzeżeniami innych żołnierzy, którzy także tu byli. Chłodne dziewczyny urosną do wymiarów romantycznej przygody. Smętne bibki przemienią się we wspomnieniu w bachiczne orgie. Przypomną sobie rzeczy, o których nawet nie wiedzieli, że je oglądają, katedrę Świętego Pawła na tle ołowianego nieba i wiszące nad nią balony zaporowe. Dworzec Waterloo, worki z piaskiem, którymi są wysoko obłożone kościoły zbudowane przez Wrena, zaciekłe wycie syren i zdradzieckie naloty.

Ale dziś, dnia czwartego lipca tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego roku, chodzą w oparach tęsknoty, nie widząc nic, nie słysząc nic poza twarzami i głosami swoich.

3 Dzień amerykańskiego święta narodowego.

4 Rodzaj amerykańskiej zabawy, w której wiąże się prawą nogę jednego zawodnika z lewą nogą drugiego. Tak połączone pary zawodników ścigają się ze sobą.

5 Piccalilli – przyprawa z siekanych jarzyn i ostrych korzeni.

Ludzie z Dovru

Dover, 6 lipca 1943

Dover ze swoim zamkiem na wzgórzu i małymi, krętymi uliczkami, z dużymi, brzydkimi hotelami i swą tajemną, groźną, ofensywną siłą, jest najbliżej nieprzyjaciela. Pełno tu wspomnień o Wellingtonie i Napoleonie, o tym momencie, gdy Napoleon przybył do Calais i patrząc przez kanał na Anglię, wiedział, że tylko ten wąski pas wody wstrzymuje jego podbój świata. Później zaś ludzie z Dunkierki zwlekli się znużonymi stopami z małych stateczków i pobrnęli przez ulice Dovru.

I wreszcie Hitler wstąpił na wzgórze nad Calais i popatrzył na urwiska po drugiej stronie, i znowu tylko ten wąski pas wody powstrzymał podbój świata. Jest to bardzo niewielki kawałek wody. W pogodne dni widać wzgórza wokół Calais, a przez lornetkę można zobaczyć tamtejszą wieżę zegarową. Kiedy w Calais działa dają ognia, widzi się błysk, z zamku zaś można dojrzeć przez teleskop same działa, a nawet czołgi ustawiające się w rozwiniętym szyku na plaży.

Dover czuje, że jest bardzo blisko nieprzyjaciela. Trzy minuty szybkim samolotem, trzy kwadranse szybkim statkiem. Prawie co dzień przedziera się jakiś samolot, by zrzucić bombę albo postrzelać do balonów wiszących w powietrzu nad miastem, a co kilka dni Niemcy wymierzają w Dover swoje ciężkie działa i posyłają na małe, stare miasto kilka pocisków o wielkiej sile wybuchowej. Wtedy zostaje trafiony jakiś budynek, który się wali, i czasem ginie kilka osób. Jest to bezmyślne, niepotrzebne, nie służy żadnym celom wojskowym, morskim czy psychologicznym. Zupełnie jakby Niemcy złościli się na to wąskie pasmo wody, które ich pokonało.

Jest w ludziach z Dovru coś, co może być kluczem do zbliżającej się klęski Niemiec. Są oni niepoprawnie, bezwzględnie niewzruszeni. Niemiec razem ze swoim mundurem i pompatycznością, ze swymi groźbami i planami nie robi na tych ludziach żadnego wrażenia. Człowiek z Dovru dostał może trochę większe cięgi niż inni, nie wskutek wielkich nalotów, ale codziennego bombardowania i ostrzału, a jednak wcale się tym nie przejmuje.

Niemcy są dla niego jak pogoda. Narzeka na nich, a potem szybko wraca do swoich zajęć. Nic na świecie nie jest tak ważne jak jego ogród, a w innych czasach koszyki do łowienia homarów. Pogoda i Niemcy są pod tym względem podobni – stanowią niedogodność i czasem robią zamieszanie. Przypatrując się budynkowi rozwalonemu przez wielki pocisk, powiada: „Szkop był paskudny wczorajszej nocy”, tak jakby mówił o wichurze.

Odbywa się to tak: na wzgórzu pod Calais widać w nocy błysk. Natychmiast syreny w Dovrze ogłaszają alarm. Po błysku trzeba odliczyć mniej więcej pięćdziesiąt dziewięć sekund do eksplozji. Granat może upaść prawie wszędzie. Rozlega się płaski trzask, który odbija się grzmotem od urwisk, i w powietrze wylatuje chmura gruzu. Ludzie spoglądają na zegarki. Następny będzie za dwadzieścia minut. I dokładnie w tym czasie widać znowu błysk na francuskim brzegu i znów się odlicza sekundy. Trwa to czasami całą noc. W godzinę po ostatnim pocisku następuje odwołanie alarmu. To nie znaczy, że już jest po wszystkim. Szkopy niekiedy posyłają jeszcze jeden granat w nadziei, że zabije kilku ludzi więcej.

Rano widzi się rozwalone domy; zabici zostali już odkopani. Mała grupka mężczyzn usuwa gruz z ulicy, aby zrobić przejazd. Policjant pilnuje, żeby ludzie zanadto się nie zbliżali, z obawy, by nie spadła jakaś cegła. Dom jest prawdopodobnie rozbity i będzie niezdatny do zamieszkania aż do końca wojny, a inne domy dokoła są uszkodzone. Okna zostały wyrwane przez podmuch, a szkła także nie będzie do zakończenia wojny. Ludzie już naklejają papier na powybijane okna. Wszędzie poodpadał tynk w domach. Trwają generalne porządki. Z drzwi dobywają się kłęby zamiatanego tynku. Kobiety na klęczkach, z wiadrami wody, szorują podłogi. Mówią, że wybuch bliskiego pocisku przeczyszcza kominy. Podmuch eksplozji wtłacza sadzę z komina do pokojów.

I jeszcze jedno trzeba uprzątnąć. Jakiś mężczyzna stoi w ogródku przed domem. Spadający kawałek belki złamał mu krzak róży. Pączek, który miał się rozwinąć, więdnie na ziemi. Mężczyzna schyla się i podejmuje go. Dotyka go palcami, podnosi do nozdrzy i wącha. Ściąga belkę z krzaka i patrzy, czy ten nie zdoła wypuścić nowych pędów, po czym prostuje się, obraca i spogląda na wybrzeże francuskie, gdzie pięciuset ludzi i wielka rura ze stali, potężne materiały wybuchowe, mapy i plany, formuły matematyczne, telefony i wykrzykiwane rozkazy sprzysięgły się, żeby złamać czyjś krzak róży. Ulicą przechodzi sąsiad.

– Szwab był cholernie paskudny tej nocy – mówi mężczyzna. – Złamał mi tę żółtą. A właśnie miała zakwitnąć.

– Trudno – mówi sąsiad. – Popatrzmy na nią. – Klękają obok róży. – Jest złamana, ale nie rozłupana. Chyba tu wypuści. – Wskazuje grubym palcem guz na łodydze. – Czasem – powiada – po takim wstrząsie są ładniejsze niż kiedykolwiek.

Po drugiej stronie kanału za widocznym stąd wzgórzem tamci czyszczą ogromną lufę, studiują mapy i piszą sprawozdania, kipiąc od Geopolitik.

Trałowiec

Londyn, 7 lipca 1943

Dzień po dniu wypływają na morze trałowce. Małe stateczki, które w czasach pokoju łowiły śledzie i sztokfisze. Teraz łowią grubsze ryby. Są wyposażone w dziwne nowe wędki. Załogi składają się prawie wyłącznie z byłych rybaków i wielorybników, a oficerowie pochodzą z tego samego twardego plemienia. Przypadła im w udziale praca nieromantyczna i pozbawiona rozgłosu, którą trzeba wykonać, i to bardzo gruntownie. Niebezpieczeństwo czyha tu bez sztandarów i wystrzałów. Załogi poławiaczy min otrzymują bardzo niewiele odznaczeń.

Zwykle wypływają z portu jeden za drugim – trzy statki mają wyławiać miny, a dwa stawiać boje z chorągiewkami wytyczającymi rozminowany szlak. Znalazłszy się na obszarze, który ma być oczyszczony, trzy statki ustawiają się szeregiem i płyną obok siebie w dokładnie ustalonej odległości jeden od drugiego. Przestrzeń między nimi jest strefą zasięgu ich przyrządów. Małe okręciki poszukują dwóch rodzajów zwykle zakładanych min: min magnetycznych, które eksplodują, kiedy nad nimi przepływa okręt z samowytworzonym polem magnetycznym, oraz tych drugich, których wybuch jest powodowany przez wibrację maszyn statku. Trałowce są zaopatrzone w przyrządy do wywoływania eksplozji obu rodzajów min w bezpiecznej odległości od nich samych. Trzy statki płynące równolegle posuwają się z wolna po obszarze, który trzeba oczyścić z min, a za nimi podążają w pewnych odstępach okręty z bojami i wykładają chorągiewki. Po zakończeniu trasy zawracają i płyną wzdłuż poprzedniego kursu, lecz nieco obok, a okręty rozstawiające boje zbierają chorągiewki i umieszczają je z kolei na zewnętrznej linii nowego.

Wszystkie okręty są uzbrojone przeciwko samolotom. Artylerzyści stoją na swoich posterunkach i bezustannie obserwują niebo, a radiooperator słucha nadbrzeżnych przyrządów namiarowych. Nie ryzykują przy spotkaniu z samolotami. Jeżeli jakiś nadleci w pobliże, skierowują nań działka, dopóki go nie rozpoznają. I nawet własne samoloty nie nadlatują za blisko. Ci ludzie bowiem byli tak często bombardowani i ostrzeliwani z powietrza, że otworzą ogień, jeżeli będzie jakakolwiek wątpliwość. Z wody sterczą maszty wielu statków zatopionych na początku wojny, kiedy samoloty niemieckie grasowały nad kanałem niemal bezkarnie. Teraz już tego nie robią.

 

Głos radiooperatora dobiega przez tubę na mały pomost.

– Nieprzyjacielski samolot w pobliżu – powiada, a po chwili ogłasza: – Alarm bojowy!

Artylerzyści obracają działka, a załoga staje obok z oczami utkwionymi w niebo. Z wybrzeża angielskiego wypryskują gniewnie tajfuny, szybkie, zabójcze maszyny, które latają nisko nad wodą. W oddali nieprzyjacielski samolot jest ledwie kropeczką. Zawraca i ucieka ku brzegom Francji. Radiooperator woła:

– Koniec alarmu! – i załoga oddycha z ulgą.

Z małego mostku kapitan kieruje stawianiem kolorowych chorągiewek, podczas gdy jego zastępca sprawdza odległość między statkami. Jeżeli okręt z bojami zanadto się przybliży, może pod nim wybuchnąć mina. Dystans sprawdza się przyrządami co kilka sekund. Mała flotylla posuwa się bardzo wolno, bo kiedy przejdzie i wytyczy szlak wolny od min, statki z zaopatrzeniem muszą mieć na nim zapewnione bezpieczeństwo.

Nagle okręt z bojami otrzymuje potężne uderzenie, morze dokoła rozpłaszcza się i wstrząsa, a potem sto jardów w przodzie wylatuje z hukiem w powietrze słup wody i błota. Zdaje się długo wisieć w górze, a kiedy opada, okręt jest już prawie przy nim.

Na oceanie widać ogromną, brudną plamę z dennego błota i czarnej, kleistej substancji pochodzącej z materiału wybuchowego. Załoga rzuca się do burty i niespokojnie obserwuje wodę.

– Nie ma ryb – powiadają. – Co się z nimi stało? Powinno być kilka zabitych przez wybuch.

Zlikwidowali jedną z najstraszniejszych broni na świecie, a troszczą się o ryby.

Kapitan bardzo starannie zaznacza na mapie dokładne miejsce, gdzie eksplodowano minę. Robi kilka pomiarów w odniesieniu do lądu, żeby ustalić tę pozycję. Inna mina wybucha po drugiej stronie szlaku. Zastępca dowódcy bierze sygnalizator świetlny i nadaje pytanie: „Są ryby?”, na co przychodzi odpowiedź: „Ryb nie ma”.

Dzień jest długi i żmudny, wciąż poławianie, zawracanie, znów poławianie, a kiedy się pracę zakończy, jest ona zakończona tylko do wieczora, bo tejże nocy stawiacze min mogą się zakraść od francuskiego wybrzeża i znowu usiać cały obszar owym paskudztwem albo też może nadlecieć nisko w ciemnościach samolot i zrzucić miny na spadochronach. Praca poławiaczy min nie ma końca.

Jest już późno, gdy zawracają do domu, a ciemno, kiedy małe okręciki wpływają jeden za drugim do portu i przycumowują do nabrzeża. Wtedy kapitan i jego zastępca mogą odetchnąć. Napięcie znika z ich twarzy. Bez względu na to, jak długie i spokojne było poławianie, niebezpieczeństwo nigdy nie znika. Artylerzyści czyszczą i przykrywają pokrowcami działka i ruszają na swoje kwatery. Oficerowie schodzą do maleńkiej mesy. Zrzucają futrzane buty i sadowią się w fotelach. Kapitan wraca do przerwanej roboty, którą się trudni od tygodni. Sporządza piękny, dokładny model... trałowca.