Była raz wojna, Bomby poszły

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ANGLIA

Transportowiec wojskowy

Gdzieś w Anglii, 20 czerwca 1943

Na nabrzeżu siedzą tysiącami na swoim ekwipunku żołnierze. Jest wieczór i zapalają się pierwsze przyciemnione światła. Żołnierze są w hełmach, co sprawia, że wszyscy wyglądają jednakowo, niby długie rzędy grzybów. Karabiny poopierali sobie o kolana. Nie mają żadnej tożsamości, żadnej osobowości. Ludzie są elementami armii. Numery wypisane kredą na ich hełmach są niemal jak numery patentowe robotów. Ekwipunek jest ułożony porządnie: zrolowane koce, połówki namiotów i worki koszarowe. Niektórzy są uzbrojeni w karabiny systemu Springfield albo Enfield z czasów pierwszej wojny światowej, inni w garandy, a jeszcze inni w te zgrabne, zmyślne, lekkie karabinki, które każdy chciałby mieć po wojnie jako sztucery myśliwskie.

Nad nabrzeżem piętrzy się statek, wysoki i masywny jak biurowiec. Trzeba zadzierać głowę, żeby zobaczyć, gdzie kończą się iluminatory, a zaczynają otwarte pokłady. Statek jest bezimienny i pozostanie taki do końca wojny. Cel jego podróży znany jest tylko niewielu, a trasa jeszcze mniej licznym, brzemię zaś spoczywające na barkach tych, co nim dowodzą, musi być niemal nieznośne, bo kapitan, który utraci ów statek i jego ładunek, nigdy spokojnie nie zaśnie. Zapewne już teraz nie sypia w ogóle. Ładownie są zapełnione i statek czeka, by zabrać swój tonaż ludzki.

Żołnierze na nabrzeżu siedzą spokojnie. Mało słychać rozmów, żadnych śpiewów i kiedy zmierzch przechodzi w ciemność, nie sposób odróżnić jednego człowieka od drugiego. Głowy pochylają się ze znużenia. Niektórzy z tych ludzi jechali przez cały dzień, inni przez szereg dni do tego punktu wyjściowego.

Istnieje kilka sposobów noszenia kapelusza czy czapki. Człowiek może się wypowiedzieć w nasuniętym lub przekrzywionym kapeluszu, natomiast z hełmem tak nie można. Jest tylko jeden sposób noszenia hełmu. Nie da się go nałożyć inaczej. Siedzi równo na głowie, zachodząc nisko na oczy i uszy, nisko na kark. Człowiek w hełmie jest grzybem w gnieździe grzybów.

Otworzono już cztery trapy i żołnierze dźwigają się ociężale, szurając nogami, brną jeden za drugim. Są pochyleni do przodu pod ciężarem oporządzenia. Powłóczą stopami po pochyłości trapów. Znikają jeden po drugim w wielkich drzwiach w boku transportowca.

Wewnątrz sprawdzają ich kontrolerzy. Numery wypisane kredą na hełmach są porównywane z listą. Miejsca zostały przydzielone. Połowa żołnierzy będzie spała na pokładach, a druga połowa w salach balowych, w jadalniach, gdzie niegdyś siadywali zupełnie odmienni ludzie, znajdując tam nader ważne rzeczy, które teraz już nie istnieją. Niektórzy będą spali na kojach, w hamakach, na pokładzie, w korytarzach. Jutro zamienią się miejscami. Ci z pokładu przyjdą spać wewnątrz statku, a ci z wewnątrz wyjdą na pokład. Będą się tak zmieniali co noc aż do wylądowania. I aż do wylądowania nie zdejmą z siebie ubrań. To nie jest statek wycieczkowy.

Na pokładach pogrążonych w błękitnawym półmroku przez przyciemnienie świateł ludzie kładą się i zapadają w sen. Zasypiają nieomal w tej samej chwili, kiedy się usadowią. Wielu nawet nie zdejmuje hełmów. Ten dzień był męczący. Karabiny mają przy sobie, ściskają je w rękach.

Po trapach wciąż napływają na statek szeregi – pułk wojska kolorowego, setka wojskowych sióstr miłosierdzia, schludnych w swych hełmach i z plecakami. One przynajmniej dostaną kajuty, choć będzie w nich bardzo tłoczno. Po trapie numer jeden wchodzi personel dowództwa skrzydła bombowców oraz kompania żandarmerii wojskowej. Wszyscy są równie zmęczeni. Odnajdują swoje miejsca i kładą się spać.

Zaokrętowanie trwa. Nigdzie nie wolno palić. Każdy wchodzący na statek jest trzykrotnie sprawdzany dla upewnienia się, czy ma prawo tu być, a załadunek odbywa się bardzo spokojnie. Słychać jedynie szuranie zmęczonych stóp na trapach i ciche rozkazy. Stała obsada żandarmerii wojskowej zna tutaj każde posunięcie. Już nieraz miała do czynienia z problemem załadunku.

Korty tenisowe na górnym pokładzie są teraz jednym polem śpiących ludzi: ludzi, stóp i oporządzenia. Żandarmi są wszędzie: na schodkach i korytarzach, baczni, udzielają wskazówek. To zaokrętowanie musi przebiegać gładko, bo jeden drobny zator może przedłużyć załadunek o całe godziny, podobnie jak jeden samowolny kierowca, który skręcając niewłaściwie w ruchu ulicznym, może zablokować na długo całą arterię. Jednakże mimo tego powłóczenia nogami zaokrętowanie odbywa się bardzo szybko. Około północy ostatni człowiek jest już na pokładzie.

W kajucie sztabowej dowodzący oficer siedzi za długim stołem, ma przed sobą telefony. Jego adiutant, zmęczony jasnowłosy major, składa raport i przedstawia dowódcy jakieś papiery. Dowódca kiwa głową i wydaje mu rozkaz.

Na całym statku ryczą głośniki. Zaokrętowanie skończone. Trapy zsuwają się na nabrzeże. Zamykają się żelazne drzwi. Teraz nikt już poza pilotem nie może wejść na statek ani zejść z niego. Na mostku kapitańskim przechadza się powoli kapitan statku. Teraz on przejął brzemię. Owe tysiące ludzi są pod jego opieką i gdyby się zdarzył wypadek, będzie to jego wina.

Statek wciąż stoi przy nabrzeżu; z głębi niego dobywa się odgłos cichego sapania. Żołnierze są już na dobre odcięci od kraju, chociaż nie dzieli ich od niego nawet sto kroków. Kilku stoi na górnych pokładach, opierając się o reling i patrząc na nabrzeże i miasto za nim. Oleista woda marszczy się od przypływu. Już prawie pora ruszać. W mesie sztabowej, która była niegdyś salką teatralną, siedzi za stołem dowódca. Jego zmęczony jasnowłosy adiutant siada koło niego. Dzwoni telefon, dowódca podnosi słuchawkę, słucha przez chwilę i odkłada ją. Obraca się do adiutanta.

– Gotowe – powiada.

Gdzieś w Anglii, 21 czerwca 1943

Przypływ się cofa; jest już po północy. Na mostku kapitańskim, który sterczy wysoko nad budynkami nabrzeża, trwa wielki ruch. Cumy zostają odrzucone, maszyny puszczone kontrparą. Ogromny statek wypływa ostrożnie tyłem w kanał i wypełnia go prawie od brzegu do brzegu. Ale już czekają nań małe holowniki i teraz pociągają go i nakłaniają, aż wreszcie ustawia się we właściwym kierunku, one zaś uczepiają się go niby statki-oseski, gdy z wolna rusza ku morzu. Tylko żandarmi stojący na posterunkach między śpiącymi żołnierzami widzą przesuwające się, przyciemnione miasto.

Głęboko na dole statku, w izbie chorych, zaczynają dziać się rzeczy, które mogą się zdarzyć tylu ludziom. Major lekarz zdjął kurtkę i zakasał rękawy. Myje ręce w zielonym mydle, podczas gdy pielęgniarka wojskowa w kitlu do operacji stoi obok, trzymając jego biały fartuch. Jakiemuś anonimowemu żołnierzowi, który ma niebezpieczny atak ślepej kiszki, inna pielęgniarka goli włosy na brzuchu. Jaskrawe światło oblewa stół operacyjny. Major lekarz naciąga wysterylizowane rękawiczki. Pielęgniarka zakłada mu maskę na nos i usta, po czym major podchodzi szybko do żołnierza śpiącego na stole pod lampami.

Ogromny transportowiec przesuwa się obok miasta i holowniki opuszczają go – ciemne kształty rozpływające się w mroku. Na pokładach, w korytarzach i na kojach tysiące ludzi leżą pogrążone we śnie. W nikłym niebieskawym świetle widać tylko ich twarze – twarze i niewyraźne kłębowisko rąk, stóp, nóg i oporządzenia. Oficerowie i żandarmeria stoją na straży tego wielkiego snu, snu zwielokrotnionego, snu tysięcy ludzi. Żołnierze wydzielają zapach, charakterystyczny zapach wojska. Jest to woń wełny i gorzki odór zmęczenia, zapach skóry i oliwy do broni. Wojsko zawsze tak pachnie. Ludzie leżą rozciągnięci, niektórzy z rozwartymi ustami, chociaż nie chrapią. Może są zbyt wyczerpani, by chrapać, ale ich oddychanie jest czymś pulsującym, dosłyszalnym.

Zmęczony jasnowłosy adiutant krąży po pokładach jak duch. Nie ma pojęcia, kiedy w ogóle będzie mógł iść spać. On i dowódca żandarmerii dzielą odpowiedzialność za spokój w czasie przejazdu, a obydwaj są poważnymi i odpowiedzialnymi ludźmi.

Śpiących żołnierzy omija rzecz niezmiernie ważna, tak jak to często bywa z przeżyciami, które są ostatnie. Urzędników i farmerów, kupców, studentów, robotników, techników, reporterów, rybaków, którzy przestali być tym, czym byli, po to, by stać się armią, przygotowywano od dnia powołania do wojska na tę właśnie chwilę. To jest początek tej rzeczy istotnej, do jakiej się szkolili. Ich kraj, dla którego obrony zostali żołnierzami, odsuwa się w mglistą noc, a oni śpią. Zakątek ziemi, który w następnych miesiącach będzie wypełniał ich myśli, odszedł już, a oni nawet nie widzieli, jak odchodził. Spali. Nie zobaczą go przez długi czas, a niektórzy nie zobaczą go nigdy. To był moment na wzruszenie, moment, którego nie da się zastąpić, ale oni byli zanadto zmęczeni. Śpią jak dzieci, które naprawdę starały się nie zasnąć, żeby zobaczyć Świętego Mikołaja, ale nie dały rady. Będą wspominali tę chwilę, lecz w gruncie rzeczy wcale jej nie przeżyli.

Na morze zstępuje noc. Jest pochmurno i zaczyna padać drobny deszcz. Taka pogoda sprzyja żegludze, bo okręt podwodny nie dojrzy nas nawet z odległości dwustu jardów. Statek jest szarym, mglistym kształtem sunącym przez szarą mgłę i wtapiającym się w nią. W górze czuwa nad nim sterowiec marynarki wojennej, który niekiedy zbliża się tak, że widać ludzi w jego małej, podwieszonej gondoli.

Transportowiec jest teraz odcięty. Może słuchać, ale nie może mówić. Jego radiostacja nadawcza nie będzie w ogóle używana, chyba żeby został trafiony albo zaatakowany. Przez czas trwania podróży nikt nie będzie nic o nim wiedział. W mglistym morzu przed nami są okręty podwodne, spośród ludzi znajdujących się na pokładzie wielu nigdy dotąd nie widziało oceanu, samo morze jest dostatecznie mroczne i groźne bez owych czyhających stworów, a chłopca z małego miasteczka przestraszają jeszcze inne sprawy poza przyszłą walką: nowe rzeczy, nowi ludzie, nowa mowa.

 

Żołnierze zaczynają się budzić przed pobudką. Ominął ich moment rozstania. Oto do czego się budzą: niewiadome miejsce przeznaczenia, niewiadoma trasa, niewiadoma nawet następna godzina życia. Ogromny statek wrzyna się dziobem w Atlantyk.

Na pokładzie spacerowym dwa ranne ptaszki, chłopcy z gór, stoją, spoglądając w zadziwieniu na to niewiarygodne morze. Jeden powiada:

– Mówią, że jest słone aż do samego dna.

– Przecież wiesz, że nie – odpowiada drugi.

– Jak to nie? Niby dlaczego nie?

Drugi mówi tonem poufnym:

– Słuchaj, synu, chyba kapujesz, że nie ma tyle soli na całym świecie. No, tylko się zastanów.

Gdzieś w Anglii, 22 czerwca 1943

Pierwszego ranka na transportowcu panuje bałagan. Wyżywienie tysięcy ludzi stłoczonych tak ciasno jest problemem. Wydaje się dwa posiłki dziennie, co dziesięć godzin. Kolejki na śniadanie ustawiają się o siódmej i tak to trwa do dziesiątej. Kolejki na kolację zaczynają się o piątej po południu i ciągną się do dziesiątej wieczór. W tych godzinach długie, wąskie korytarze są zapchane ludźmi stojącymi w trzech rzędach z menażkami polowymi.

Pierwszego dnia system jeszcze nie działa sprawnie. Zdarzają się zatory i wybuchy rozdrażnienia. O dziesiątej rano jakiś mizerny szeregowiec wojsk chemicznych mówi płaczliwie do żandarma pilnującego, by kolejka posuwała się naprzód:

– Panie, niech pan mnie wypuści z tego ogonka. Już zjadłem trzy śniadania. Nie jestem już głodny. A jak tylko wydostanę się z jednej kolejki, zaraz mnie wpychają do drugiej.

Na tym transportowcu nie można traktować ludzi indywidualnie. Są po prostu elementami o wymiarach sześć stóp na trzy i na dwie, poziomo czy pionowo. Tyle przestrzeni należy przydzielić na każdą jednostkę fizyczną. Są maszynami, którym trzeba dać paliwo, ażeby się nie zatrzymały. Ich spaliny należy uprzątnąć i usunąć. Nie ma sposobu traktowania ich jak ludzkie indywidua. Drugiego i trzeciego dnia system zaczyna działać. Kolejka posuwa się gładko i o czasie, ale tego pierwszego dnia panuje bałagan.

Ludzie są teraz wypoczęci, ale nie mają miejsca, żeby się poruszać. Podczas tego rejsu nie będą mogli w ogóle zakosztować ruchu. Za dużo tu stóp. Głównym wrażeniem na transportowcu są stopy. Człowiek może usunąć innym z drogi głowę i ramiona, ale czy leży, czy siedzi, jego stopy są zawsze problemem. Zawalają przejścia, sterczą na wszystkie strony. Nie ochrania się ich, bo są najmniej wrażliwą częścią ludzkiego ciała. Ażeby gdzieś się dostać, trzeba przechodzić między stopami, potykać się o stopy.

Są stopy duże, niekształtne, i stopy małe, zgrabne; buty wyglansowane, buty z zadartymi noskami, sznurowadła poplątane i zawiązane w supły, a także w zgrabne małe kokardki. Można rozpoznać charaktery po stopach i po butach. Są stopy wiecznie zmęczone i stopy rześkie, nerwowe. Wspomnienia z transportowca to są wspomnienia o stopach. Nocą na zaciemnionym statku trzeba brnąć i torować sobie drogę wśród całych akrów stóp.

Ludzie zaczynają się denerwować. Ciężko jest siedzieć bezczynnie. Jedni zabrali z sobą kieszonkowe książeczki, inni idą po książki do okrętowej czytelni. Powieści kryminalne i opowiadania. Biorą, co mogą dostać. Ale jest wielu takich, którzy nie uważają czytania za przyjemność, i ci muszą znaleźć jakiś inny upust dla swoich zainteresowań.

Kilka miesięcy temu służba zaopatrzenia, podając artykuły dostarczone do kantyn żołnierskich, wymieniła paręset tysięcy kompletów kości do gry, wyjaśniając, że parcheesi zyskuje coraz większą popularność w armii. Ci, którzy pamiętają parcheesi jako dość beznadziejną grę, mogą w to nie uwierzyć, jeżeli sami tego nie widzieli, ale tak jest. Unowocześniono ją w pewnej mierze, ale nie ma wątpliwości, że jest popularna. Blat z kieszeniami zniknął w imię oszczędności miejsca. W parcheesi gra się teraz na wojskowym kocu.

Gra ta jest ożywiona, zdrowa, najwyraźniej przykuwająca uwagę partnerów. Niektóre turnieje parcheesi trwają wiele dni. Jeden nawet rozgrywano bez przerwy przez cały rejs. Inną grą bardzo popularną w wojsku jest cassino. Jego najpospolitszymi formami są cassino pokerowe i cassino w pięć kart. Przyjemnie jest widzieć, że nasza nowa armia wróciła do staroświeckich cnót, o których kłamali nasi pradziadowie.

Statek jest bardzo silnie uzbrojony. Z każdego punktu obserwacyjnego sterczą działa. Ten transportowiec mógłby wywalczyć sobie drogę przez znaczne siły przeciwnika. Na pokładach, prócz łodzi ratunkowych, są setki tratw gotowych do spuszczenia na morze. Te łodzie i tratwy są zaopatrzone w jedzenie, wodę, lekarstwa, a nawet przybory rybackie.

Teraz ludzie, którzy poprzedniej nocy spali na pokładach, przenoszą się do środka, a ci ze środka wychodzą na pokłady. Wieje silny wiatr. Żołnierze wyjmują swoje połówki namiotów i zaczynają budować sobie przemyślne schronienia. Jedni wznoszą pojedyncze małe budki między podporami a relingiem, inni zaś, składając razem owe połówki namiotów, potrafią sporządzić zabezpieczone od wiatru jaskinie między tratwami ratunkowymi. Sadowią się w nich i czytają lub grają w parcheesi albo cassino. Morze jest spokojne, co i dobrze, bo wielu z tych ludzi nigdy jeszcze nie było na żadnym statku. Odrobina burzliwej pogody sprawi, że dostaną choroby morskiej, co będzie dodatkowym problemem dla zatroskanej i przemęczonej załogi statku.

Pokładów nie można zmywać, bo ludzie nie mają gdzie się usunąć na ten czas. Na takim statku wiele jest delikatnych problemów. Jeżeli spotka się inny okręt, ludzie nie powinni się tłoczyć po jednej stronie, bo to by zbytnio obciążyło tę burtę i mogłoby nawet być niebezpieczne. Naszym ładunkiem są ludzie i trzeba go przemieszczać ostrożnie.

Co dzień odbywają się ćwiczenia. Dzwonią na alarm, a ludzie po pierwszym dniu rozgardiaszu idą spokojnie na swoje miejsca. Wiele jest zagadnień, które trzeba rozwiązać na transportowcu wojskowym.

Gdzieś w Anglii, 23 czerwca 1943

Transportowiec wojskowy jest dziwną społecznością i reaguje jak społeczność. Jednak stanowi wyjątek o tyle, że jest odcięty od świata i stale grozi mu atak albo zniszczenie. Bez względu na to, jak beztroscy wydają się żołnierze, ten drugi fakt nigdy nie schodzi im całkowicie z myśli. Wszędzie w oceanie może znajdować się łódź podwodna i w każdej chwili może przyjść eksplozja, która pośle na dno ogromny statek.

Toteż artylerzyści nie spoczywają ani na moment, a przyrządy podsłuchowe są stale czynne i obsadzone. Przez cały czas nasłuchuje się połową świadomości, a w nocy drobne odgłosy nabierają wielkiej wagi. Co jakiś czas przestrzeliwuje się działa, żeby sprawdzić, czy są w nienagannym stanie. Oficer artylerii okrętowej nie ma chwili wytchnienia. Na mostku kapitan sypia rzadko i pija kawę na stojąco.

Mózg ludzki ciekawie reaguje pod takim napięciem. Swoje obawy przemienia w realne fakty, następnie zaś te fakty rozpowszechnia. W ten sposób transportowiec staje się gniazdem plotek, które się niosą od dziobu do rufy, ale najciekawsze jest to, że na wszystkich transportowcach owe plotki są jednakowe. Kształtuje się w nich jakiś uogólniony obraz. Pogłoska rodzi się, jest powtarzana i wszyscy, może z wyjątkiem stałej załogi statku, wierzą w nią przez kilka godzin, dopóki nie pojawi się nowa w jej miejsce. Może byłoby dobrze zanotować kilka z owych pogłosek, tak żeby po ich usłyszeniu można je było rozpoznać jako to, czym są w istocie: folklorem wojskowego transportowca.

Na każdym statku bez wyjątku słyszy się następujące rzeczy; co więcej, wierzy się w nie na każdym:

1. Dziś rano wypatrzył nas okręt podwodny. Nie mógł nas dopaść, ale porozumiał się przez radio ze swymi kolegami i teraz całe ich stado zbiera się przed nami, by nas przychwycić i zatopić. Ta pogłoska rzekomo pochodzi od radiooperatora, który słyszał, jak okręt podwodny rozmawiał ze swoimi braćmi. Stado otoczy nas dziś wieczorem. Wszystkie takie wieści jakoby pochodzą od odpowiedzialnego oficera.

2. Dziś rano wynurzył się na powierzchnię okręt podwodny, nie wiedząc, że jesteśmy w pobliżu. Wszystkie nasze działa były wycelowane, gotowe rozwalić okręt na wodzie, bo dosłyszeliśmy go w naszych przyrządach podsłuchowych. Zobaczył nas w chwili, kiedy się wynurzał, i w sam czas zdążył podać sygnał, że jest nasz. Nie wyjaśnia się, jak to się stało, że nas nie usłyszał w swoich przyrządach podsłuchowych, a jeżeli ktoś zadaje to pytanie, tłumaczą mu, że jego przyrządy prawdopodobnie były uszkodzone.

3. Jakaś straszliwa, niewiadoma rzecz zdarzyła się wśród oficerów (ta pogłoska krąży wyłącznie między szeregowcami). Nie wymienia się popełnionego przestępstwa, ale wiadomo, że pewna liczba oficerów została zaaresztowana i pójdzie pod sąd wojenny. Ta plotka może po prostu być pobożnym życzeniem.

4. Zarówno kantyny oficerskie, jak i żołnierskie sprzedają wodę sodową w brązowych butelkach. Żołnierze wiedzą doskonale, że w ich butelkach jest woda, ale statek obiega plotka, że brązowe butelki w saloniku oficerskim zawierają piwo. Z tego się rodzi pewne niezadowolenie, dopóki ludzie nie zapomną o nim pod wpływem nowej plotki.

5. Dziób statku jest słaby i tylko załatany. Podczas ostatniego rejsu przeciął go na dwoje niszczyciel, po czym statek załatali i posłali znowu na morze. Wszystko będzie w porządku, dopóki nie wpadniemy w burzę, bo wtedy statek najprawdopodobniej rozleci się na kawałki. Ponieważ ludzi nie wpuszcza się na forpik, gdyż są tam obsługi dział, więc nie mogą sprawdzić i przekonać się, czy to prawda, czy nie.

6. Wczorajszej nocy radio niemieckie oznajmiło, że ten statek został zatopiony. Niemcy często to robią, polując na informacje. Chociaż rodzice, żony i przyjaciele nie wiedzą dokładnie, na którym statku jesteśmy, to jednak dowiedzą się, że nas zaatakowano, i będą szaleli z niepokoju, a nie ma sposobu, by donieść im, że wszystko w porządku, bo nie wolno wysyłać żadnych wiadomości. Żołnierze chodzą po statku, zamartwiając się myślą o zmartwieniu swych bliskich.

7. Na statku wybuchła jakaś epidemia. Oficerowie zatajają to, żeby uniknąć paniki. Zmarłych wyrzuca się potajemnie nocą za burtę.

W miarę jak mijają dni, a ludzie stają się coraz bardziej nerwowi, partie parcheesi zaś coraz rzadsze, ponieważ pieniądze – nerw gry – przeszły już w kilka chudych i chciwych rąk, plotki przybierają na sile. Gdzieś pośrodku oceanu duży samolot patrolujący nadlatuje blisko i krąży opiekuńczo i od razu wyskakuje pogłoska, iż dał sygnał kapitanowi, żeby zmienić kurs. Coś straszliwego dzieje się gdzieś, więc zmieniamy nasz port przeznaczenia.

Ponieważ, tak czy owak, zmieniamy kurs co trzydzieści sekund, nie można poznać po szlaku statku, dokąd zmierzamy. Wobec tego plotki trwają. Byłoby interesujące, gdyby oficerowie wywiesili listę plotek, które mogą usłyszeć ludzie na pokładzie. Z pewnością wyeliminowałoby to wiele obaw i ciekawe byłoby przekonać się, czy wtedy narosłaby nowa lista świeżych, nieużywanych plotek.

Gdzieś w Anglii, 24 czerwca 1943

Na statku znajduje się mała jednostka wojskowej służby oświatowej – dziewczyny i mężczyźni, którzy mają dostarczać rozrywki żołnierzom, gdziekolwiek ci zostaną posłani. Nie są to wielkie nazwiska, którym towarzyszą fanfary reklamy i które mają stałe kontrakty radiowe. Są to dziewczęta umiejące śpiewać i tańczyć, i ładnie wyglądać, oraz mężczyźni, którzy potrafią pokazywać sztuki magiczne, pantomimiści i opowiadacze kawałów. Mają niewiele rekwizytów i nie korzystają z żadnych sztuczek ze światłem i kolorem, które przydają świetności teatrowi. Ale jest w nich coś bardzo dzielnego. Teatr to jedyna instytucja na świecie, która umiera od czterech tysięcy lat, a wciąż się nie daje. Wymaga on ludzi twardych i pełnych poświęcenia, ażeby się utrzymać przy życiu. Akordeon jest największym rekwizytem, jaki ta trupa wozi ze sobą. Stroje wieczorowe, zgniecione w walizkach, trzeba odprasowywać i dbać, żeby ładnie wyglądały. Duch musi być znakomity. To jest naprawdę trudne aktorstwo.

Teatr mieści się w jednej z największych sal jadalnych statku. Żołnierze siedzą ściśnięci na ławach, stoją na stołach, leżą w drzwiach. Sceną jest małe podium w końcu sali. Dzisiaj głośnik się zepsuł, ale kiedy działa, wówczas huczy i zniekształca głos. Konferansjer podnosi się i staje naprzeciw stłoczonej publiczności. Opowiada jakiś kawał, ale ta publiczność składa się z ludzi pochodzących z różnych stron kraju, a każda jest wrażliwa na swoją własną odmianę humoru. Konferansjer opowiada kawał nowojorski. Rozlegają się śmiechy, ale nie wszędzie. Ludzie z Dakoty Południowej i z Oklahomy nie rozumieją tego kawału. Śmieją się poniewczasie, po prostu dlatego, że mają chęć się pośmiać. Konferansjer próbuje innego kawału i tym razem gra na pewniaka. Jest to kawał wojskowy, o żandarmerii. Tym razem to skutkuje. Każdy lubi kawały o żandarmach.

 

Z kolei przedstawia tancerkę akrobatyczną, ładną dziewczynę o długich nogach i wymuszonym uśmiechu, który wyrabiają sobie akrobaci, żeby ukryć fakt, że ich mięśnie aż krzyczą z napięcia. Statek kołysze się powoli z boku na bok. Cała praca dziewczyny polega na utrzymaniu idealnej równowagi. Próbuje kilka razy każdą część swego numeru i ciągle traci równowagę, ale próbuje ze skupieniem dalej, aż wreszcie udaje się jej w przerwie między kołysaniem statku i dziewczyna wykręca należycie nogi przez należyte dwie sekundy. Żołnierze są jej życzliwi. Rozumieją te trudności. Chcą, żeby jej się udało, a kiedy się udaje, biją brawa. Wszystko to jest bardzo serio. Dziewczyna schodzi ze sceny wśród radosnych oklasków.

Po niej występuje pieśniarka. Bez głośnika prawie jej nie słychać, bo jej głos, chociaż miły, nie ma mocy. Przymusza się do donośniejszego śpiewu i traci całą słodycz, ale jest ładna, młoda i powabna.

Następnie zjawia się dziewczyna z akordeonem. Prosi, żeby jej mówić, co ma zaśpiewać. Ma to być wspólne śpiewanie i ludzie domagają się starych piosenek: Jesienny księżyc, Nasze pastwiska, Gdy śmieją się irlandzkie oczy. Żołnierze wyrykują słowa na różne tony. Ta wojna nie ma jeszcze swojej piosenki. Dotąd nic się nie pojawiło. Przedstawienie trwa – pantomimista odgrywa badanie lekarskie poborowego i robi to tak prawdziwie, że publiczność wyje. Magik w tradycyjnym fraku manipuluje kolorowymi jedwabiami.

Żaden z tych występów nie daje stuprocentowej iluzji. Publiczność pomaga jak może, bo chce, żeby przedstawienie wypadło dobrze. I z tych drobnych występów, które nie są całkiem przekonujące, oraz tej wielkiej publiczności, która dosłownie pragnie być przekonana, wychodzi coś pełnego, dobrego, tak że kiedy przedstawienie się kończy, można powiedzieć, że było udane.

Jeden z aktorów żyje w lęku. Od chwili odpłynięcia nie zmrużył oka. Boi się oceanu i okrętów podwodnych. Dotąd leżał w swojej koi, nasłuchując eksplozji, która go zabije. Musi być bardzo dzielny, bo wykonuje swój numer, chociaż jest przerażony. Głupio byłoby powiedzieć, że nie powinien się bać. Boi się i to jest coś, nad czym nie może zapanować, ale wykonuje swój numer, a to jest coś, nad czym zapanować potrafi.

W czarnym mroku na pokładzie porozkładali się kolorowi żołnierze. Siedzą spokojnie. Potężny bas cicho nuci jeden takt z hymnu Gdy kroczą święci. Jakiś głos mówi:

– Zaśpiewaj to, bracie!

Bas znowu podejmuje pieśń, a kilka głosów przyłącza się do niego. Gdy hymn dochodzi do czwartego taktu, śpiewa już cały chór. Głosy wybijają rytm, wyczuwając się wzajemnie. Zaczynają się tworzyć akordy. Nie można dojrzeć nikogo. Te grzmiące głosy dobywają się z ciemności. Ludzie śpiewają wyciągnięci na wznak. Pieśń potężnie nabrzmiewa powagą. To jest pieśń wojenna. To mogłaby być pieśń tej wojny. Nie żadne sentymentalne ględzenie o światłach, co znowu zabłysną, czy o słowikach.

Ciemny pokład kołysze się od dźwięków. Jeden chór kończy, a drugi zaczyna hymn o świętych. Powtarza się to cztery razy, a za piątym głosy przycichają, przechodząc w nucenie, i wreszcie pokład milknie. Statek kołysze się i metal zgrzyta o metal. Znowu panuje cisza. Tę ciszę przerywa jedynie szum maszyn, chlustanie wody i jęk wiatru między żelaznym olinowaniem.

Nie mamy jeszcze śpiewającej armii ani żadnych piosenek dla śpiewającej armii. Sztuczne wzruszenia i tęsknoty nie chwytają, bo żołnierze czują instynktownie, że są sztuczne. Nikt dotąd nie stworzył melodii i słów do prawdziwej tęsknoty za domem, prawdziwej okropności, prawdziwego okrucieństwa wojny.

Gdzieś w Anglii, 25 czerwca 1943

Zbliżamy się do lądu. Dziś rano zjawiły się ptaki, a duży hydroplan okrążył statek, po czym odleciał, żeby o nas oznajmić. Nie było żadnych przygód i jeżeli na mostku kapitańskim otrzymano meldunek o nieprzyjacielu, my nic o tym nie wiemy. Z mostka przeniknęła wieść, że dzisiaj będziemy lądować. Żołnierze stoją rzędem przy relingu i każdą nisko wiszącą chmurę okrzykują jako ziemię. Teraz, kiedy jesteśmy już blisko i szlak, którym podpływamy do lądu, zwęża się, niebezpieczeństwo rośnie. Statek bezustannie zbacza i skręca. Te wody są najniebezpieczniejsze ze wszystkich.

Żołnierze czytają małą broszurę, którą im rozdano, pouczającą ich, jak współżyć z Anglikami. Broszurka ta wyjaśnia różnice językowe. Mówi, że w Anglii closet nie jest miejscem, gdzie wiesza się ubrania, że słowa bloody należy unikać, że blaszanka na śmieci nazywa się tu inaczej, i przestrzega, iż Anglicy używają licznych zwykłych słów w znaczeniu innym, niż my im przydajemy. Wielu naszych uważa, że to ogromnie komiczne, i chodzą, gadając dziwacznym żargonem, który w ich mniemaniu jest akcentem brytyjskim.

Lekki opar spowija horyzont i wypadają z niego nasze spitfire’y, krążąc jak gniewne pszczoły. Przelatują tak blisko, że słyszymy zaciekły świst ich skrzydeł. Przez dłuższy czas krążą wokoło nas, po czym odlatują, a na ich miejsce zjawiają się inne.

Po południu ukazuje się we mgle ziemia, a w miarę jak się zbliżamy, także i schludne domki, schludny kraj, uładzony i stary. Ludzie spoglądają nań z zadziwieniem. Dla większości jest to pierwszy obcy kraj, jaki widzą, a każdy powiada, że przypomina mu jakieś znane miejsca. Jeden mówi, że wygląda jak Kalifornia na wiosnę wilgotnego roku. Inny rozpoznaje w nim Vermont. Ludzie tłoczą się przy iluminatorach i relingu.

Transportowiec wpływa do portu i rzuca kotwicę. Zewsząd otaczają go statki oraz jednostki marynarki wojennej. Ludzie popłyną do brzegu na barkach, ale jeszcze nie zaraz, bo wyokrętowanie jest, o ile to możliwe, bardziej skomplikowane niż zaokrętowanie. Żołnierze mogą łatwo się pogubić albo wmieszać w niewłaściwe oddziały.

Zapada noc i w kabinie sztabowej zbierają się oficerowie, czekając na przydział transportu dla swoich ludzi. Trwa to sporą część nocy. W określonym czasie każda jednostka musi się znaleźć w określonym miejscu, gdzie będzie czekała barka, aby ją zabrać. Pociągi mają czekać na lądzie. Podróż przebiegła doskonale. Żadnych przygód, chorób ani ataku. Po oficerach statku widać, że są przemęczeni. Niewiele spali. Po kilku rejsach trzeba ich zmienić. Odpowiedzialność jest za duża, żeby człowiek mógł ją nieść na swoich barkach przez dłuższy czas.

Rano podpływają do transportowca barki i ocierają się o jego kadłub. Otwierają się wielkie żelazne drzwi, żołnierze wychodzą i zajmują miejsca na pokładach tych małych stateczków. Wysoko w górze iluminatory są zapchane wyglądającymi twarzami. To ci, co mają wysiąść później. Stateczek odpływa, dymiąc w zatoce, wśród holowników, niszczycieli i zakotwiczonych frachtowców. Żołnierze są onieśmieleni nowym miejscem. Przypatrują się sceptycznie nowej ziemi, jak zwykle ktoś, kto nie jest pewien siebie. Mały stateczek podpływa do nabrzeża, które tu w tajemniczy sposób stało się molem, co oczywiście brzmi komicznie.

I właśnie w chwili kiedy barka do niego przybija, dzieje się coś zdumiewającego. Wymaszerowuje orkiestra kobziarzy w szkockich kiltach, z kobzami i bębnami, krocząc w rozkołysanym szkockim marszu. Ostry pisk kobz przeszywa powietrze. To najbardziej wojskowa, najbardziej bojowa muzyka na świecie. Nasi cisną się do relingu. Orkiestra zbliża się z warkotem bębnów, z piskiem piszczałek i kiedy staje naprzeciw, żołnierze wybuchają potężnym wiwatem. Może im się i nie podobają owe chrapliwe dźwięki – trzeba czasu, ażeby je polubić – ale przenika w nich coś z żelaza tej muzyki. Kobziarze zawracają i odmaszerowują. Dobrze, że przyszli. Nasi ludzie czują się jakoś głęboko zaszczyceni. Ta muzyka ich poruszyła. To jest zupełnie inna wojna niż tamta z obozów ćwiczebnych i dysput strategicznych w kantynach.