Późne eseje 2006–2017Tekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

J.M. Co­et­zee

Póź­ne ese­je

2006–2017

prze­ło­żył Da­riusz Żu­kow­ski

Ka­rak­ter

Kra­ków 2020

Spis tre­ści

Da­niel De­foe, Ro­xa­na

Na­tha­niel Haw­thor­ne, Szkar­łat­na li­te­ra

Ford Ma­dox Ford, Do­bry żoł­nierz

Opo­wieść o za­ra­zie we­dług Phi­li­pa Ro­tha

Go­ethe, Cier­pie­nia mło­de­go Wer­te­ra

Tłu­ma­cząc Höl­der­li­na

He­in­rich von Kle­ist – dwa opo­wia­da­nia

Ro­bert Wal­ser, Wil­la Pod Gwiaz­dą Wie­czor­ną

Gu­sta­ve Flau­bert, Pa­ni Bo­va­ry

Irène Némi­ro­vsky, pi­sar­ka ży­dow­ska

Ju­an Ra­món Ji­ménez, Sre­brzy­nek i ja

An­to­nio di Be­ne­det­to, Za­ma

Lew Toł­stoj, Śmierć Iwa­na Il­ji­cza

O Zbi­gnie­wie Her­ber­cie

Mło­dy Sa­mu­el Bec­kett

Sa­mu­el Bec­kett, Watt

Sa­mu­el Bec­kett, Mol­loy

Osiem spoj­rzeń na Sa­mu­ela Bec­ket­ta

Póź­ny Pa­trick Whi­te

Pa­trick Whi­te, Wę­zeł

Po­ezja Le­sa Mur­raya

Czy­ta­jąc Ge­ral­da Mur­na­ne’a

Dzien­nik Hen­dri­ka Wit­bo­oia

No­ta bi­blio­gra­ficz­na

Przy­pi­sy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Da­niel De­foe, Ro­xa­na

Da­niel De­foe uro­dził się w 1660 ro­ku w ro­dzi­nie dy­sy­den­tów, czy­li ra­dy­kal­nych pro­te­stan­tów o orien­ta­cji kal­wiń­skiej. Po­nie­waż z mo­cy pra­wa za­rów­no dy­sy­den­tom, jak i ka­to­li­kom za­ka­za­no wstę­pu na uni­wer­sy­te­ty, wy­kształ­ce­nie ode­brał w dy­sy­denc­kiej aka­de­mii na przed­mie­ściach Lon­dy­nu. Wca­le na tym nie ucier­piał. Na uni­wer­sy­te­tach an­giel­skich źle się wów­czas dzia­ło, pod­czas gdy aka­de­mie po­dob­ne do tej, do któ­rej uczęsz­czał, otwie­ra­ły się na no­we nur­ty w fi­lo­zo­fii i na­ukach przy­rod­ni­czych. Nie obo­wią­zy­wał tam kla­sycz­ny pro­gram obej­mu­ją­cy gra­ma­ty­kę i re­to­ry­kę – wy­kła­da­no ra­czej przed­mio­ty prak­tycz­ne, na przy­kład hi­sto­rię czy geo­gra­fię, a tak­że uczo­no stu­den­tów pi­sać w ich ro­dzi­mym ję­zy­ku an­giel­skim.

Po ukoń­cze­niu stu­diów De­foe pla­no­wał roz­po­czę­cie ka­rie­ry w han­dlu, lecz je­go in­ten­syw­na, nie­kie­dy za­pal­czy­wa, dzia­łal­ność na ni­wie na­ro­do­wej nie uła­twia­ła mu pra­cy w biz­ne­sie, a mniej­szo­ścio­wy sta­tus re­li­gij­ny do­dat­ko­wo kom­pli­ko­wał spra­wy. Choć De­foe prze­zor­nie zdy­stan­so­wał się od ra­dy­kal­nie ega­li­ta­ry­stycz­nych po­glą­dów, któ­re gło­sił we wcze­snej mło­do­ści, wciąż po­zo­stał, ogól­nie rzecz bio­rąc, po­stę­pow­cem, zwłasz­cza w sfe­rze re­la­cji mię­dzy płcia­mi. Ja­ko dzien­ni­karz i pu­bli­cy­sta kry­ty­ko­wał aran­żo­wa­ne mał­żeń­stwa i na­wo­ły­wał do zmia­ny pra­wo­daw­stwa re­gu­lu­ją­ce­go tę dzie­dzi­nę ży­cia. Mał­żeń­stwo z kimś, ko­go się nie ko­cha, pi­sał, przy­po­mi­na wy­ko­ny­wa­ną w sta­ro­żyt­nym Rzy­mie ka­rę śmier­ci po­le­ga­ją­cą na tym, iż za­bój­cę przy­wią­zy­wa­no do cia­ła je­go ofia­ry i po­zo­sta­wia­no, by z wol­na do­go­ry­wał w opa­rach roz­kła­du. De­foe wspie­rał no­wo­cze­sny pro­gram kształ­ce­nia ko­biet, któ­ry po­zwa­lał im zdo­by­wać kom­pe­ten­cje nie­zbęd­ne do za­rzą­dza­nia swo­imi spra­wa­mi. Je­go wła­sne mał­żeń­stwo by­ło bar­dzo szczę­śli­we.

Po­nie­waż pi­sał du­żo (bez umia­ru, zda­niem je­go kry­ty­ków) na wszyst­kie te­ma­ty pod słoń­cem i (jak mo­że się wy­da­wać) z nie­fra­so­bli­wym po­śpie­chem, za­jął w hi­sto­rii li­te­ra­tu­ry szcze­gól­ną po­zy­cję: stał się mi­mo­wol­nym, przy­pad­ko­wym pio­nie­rem re­ali­zmu po­wie­ścio­we­go. Tak mó­wił o nim fran­cu­ski kry­tyk Hip­po­ly­te Ta­ine w 1863 ro­ku:

[De­foe] po­sia­da wy­obraź­nię ra­czej czło­wie­ka in­te­re­su niż ar­ty­sty – jest wy­peł­nio­na fak­ta­mi, nie­mal ni­mi za­gra­co­na. On zaś przed­sta­wia je tak, jak mu się w da­nej chwi­li na­su­wa­ją, bez aran­ża­cji czy sty­lu, ni­czym w roz­mo­wie, nie pró­bu­jąc osią­gnąć żad­nych efek­tów czy też pra­wi­dło­wo skom­po­no­wać zda­nia. Wpro­wa­dza zwro­ty tech­nicz­ne oraz po­spo­li­te wy­ra­że­nia, a w ra­zie po­trze­by po­wta­rza się, pi­sząc cza­sem to sa­mo dwa lub trzy ra­zy.

We­dług Ta­ine’a De­foe po pro­stu pre­zen­tu­je my­śli bez nada­wa­nia im ar­ty­stycz­nej for­my. Po­nie­waż w re­zul­ta­cie po­wsta­je cha­os przy­po­mi­na­ją­cy co­dzien­ne ży­cie, w pew­nym nie­spre­cy­zo­wa­nym sen­sie uzna­je­my ta­kie pi­sar­stwo za „re­al­ne” lub „praw­dzi­we”.

Wła­śnie na tym [uni­ka­niu po­zo­rów fik­cji] za­sa­dza się je­go ta­lent. Owe nie­do­sko­na­ło­ści dzia­ła­ją na je­go ko­rzyść. Nie­do­pa­trze­nia, po­wtó­rze­nia i roz­wle­kłość przy­czy­nia­ją się do bu­do­wa­nia ilu­zji, trud­no bo­wiem uznać, by ten czy ów szcze­gół, nie­istot­ny al­bo nud­ny, zo­stał wy­my­ślo­ny. Twór­ca fik­cji po­mi­nął­by ra­czej tak nie­cie­ka­wy ele­ment, a nie umie­ścił go ce­lo­wo.

Sztu­ka do­ko­nu­je wy­bo­rów, upięk­sza, przy­ku­wa na­szą uwa­gę. Bez wąt­pie­nia uni­ka­ła­by na­tło­ku nud­nych, po­spo­li­tych de­ta­li. A więc to mu­si być praw­da1.

Oce­na wy­sta­wio­na Da­nie­lo­wi De­foe przez Ta­ine’a jest su­ro­wa, lecz jej głów­ny wy­dźwięk utrzy­mu­je się do dzi­siaj. De­foe ja­ko pi­sarz nie wie­dział, co ro­bi, nie mógł więc mieć po­ję­cia o do­nio­sło­ści wła­snych czy­nów. Za­miast te­go, kie­ru­jąc się in­tu­icją, któ­rej źró­dłem, przy­znaj­my, mógł fak­tycz­nie być wro­dzo­ny ge­niusz, za­pre­zen­to­wał nam skry­ty pod licz­ny­mi ma­ska­mi ob­raz umy­słu epo­ki, czy ra­czej umy­słu pew­ne­go waż­ne­go ak­to­ra spo­łecz­ne­go, ja­kim był do­cie­kli­wy, żąd­ny no­wo­ści oby­wa­tel – męż­czy­zna lub ko­bie­ta – ze wzra­sta­ją­cej pro­te­stanc­kiej kla­sy śred­niej.

Jed­ną z cech, któ­ry­mi De­foe iry­to­wał oto­cze­nie, by­ła je­go pew­ność sie­bie. Uwa­żał, że nie ma wy­zwań, któ­rym nie po­tra­fił­by spro­stać. W cza­sach ob­fi­tu­ją­cych w lu­dzi wy­bit­ne­go in­te­lek­tu (je­go współ­cze­snym był Isa­ac New­ton) De­foe sta­no­wił do­sko­na­łe ucie­le­śnie­nie in­ne­go ro­dza­ju in­te­li­gen­cji – prak­tycz­nej, na­kie­ro­wa­nej na kon­kret­ne ce­le. Oto nie­peł­na li­sta rze­czy, któ­ry­mi zaj­mo­wał się pod­czas swych sie­dem­dzie­się­ciu lat na świe­cie:

Na róż­nych eta­pach ży­cia i z róż­nym po­wo­dze­niem han­dlo­wał wi­nem i spi­ry­tu­alia­mi, koń­mi pod wierzch, tka­ni­ną lnia­ną, weł­ną i wy­ro­ba­mi poń­czosz­ni­czy­mi, ziar­nem, ty­to­niem i drew­nem, se­rem, mio­dem oraz owo­ca­mi mo­rza. Zaj­mo­wał się in­we­sto­wa­niem w ry­bo­łów­stwo i pro­wa­dził fa­bry­kę ce­gieł oraz da­chó­wek. Uto­pił pie­nią­dze w dwóch nie­uda­nych przed­się­wzię­ciach: ho­dow­li cy­wet na po­trze­by prze­my­słu per­fu­me­ryj­ne­go i kon­struk­cji dzwo­nu do nur­ko­wa­nia w ce­lu po­szu­ki­wa­nia za­to­pio­nych w mo­rzu skar­bów. Dwu­krot­nie, po kom­plet­nym ban­kruc­twie, tra­fił do wię­zie­nia.

Rów­no­le­gle roz­wi­jał ka­rie­rę dzien­ni­kar­ską. Re­da­go­wał cza­so­pi­smo pu­bli­cy­stycz­ne „Re­view”, któ­re w la­tach 1704–1713 uka­zy­wa­ło się trzy ra­zy w ty­go­dniu. Spe­cja­li­zo­wa­ło się w spra­wach za­gra­nicz­nych oraz pro­gno­zach eko­no­micz­nych, a pu­bli­ko­wa­ne przez De­foe prze­ni­kli­we, bły­sko­tli­we tek­sty nie mia­ły so­bie rów­nych w tam­tych cza­sach. Ca­ły, skła­da­ją­cy się z dwu­dzie­stu dwóch gru­bych to­mów, na­kład wzno­wio­no dla po­trzeb aka­de­mic­kich w 1938 ro­ku.

W 1703 ro­ku De­foe zo­stał oskar­żo­ny i uzna­ny win­nym prze­stęp­stwa, któ­re dziś na­zwa­li­by­śmy mo­wą nie­na­wi­ści. Na­pi­sał bo­wiem bro­szu­rę, w któ­rej twier­dził, na­śla­du­jąc ton fa­na­tycz­ne­go ka­zno­dziei Ko­ścio­ła an­gli­kań­skie­go, że naj­lep­szym spo­so­bem na krnąbr­nych dy­sy­den­tów by­ło­by ukrzy­żo­wa­nie. Prze­sie­dział pięć mie­się­cy w wię­zie­niu, a na ko­niec zo­stał pu­blicz­nie za­ku­ty w dy­by.

Ko­lej­ne rzą­dy za­trud­nia­ły go w cha­rak­te­rze, jak byś­my dziś po­wie­dzie­li, ofi­ce­ra wy­wia­du, choć wów­czas ta­ką oso­bę na­zy­wa­no szpie­giem. W ra­mach te­go za­ję­cia prze­mie­rzał kraj wzdłuż i wszerz, ba­da­jąc opi­nię pu­blicz­ną, a swo­je spo­strze­że­nia prze­ka­zy­wał lon­dyń­skim mo­co­daw­com. W ten spo­sób zbu­do­wał siat­kę in­for­ma­to­rów na usłu­gach Whi­te­hall.

Do­głęb­na zna­jo­mość spraw kra­jo­wych po­zwo­li­ła mu na­pi­sać trzy­to­mo­wą pra­cę, któ­rą wy­dał, gdy od­szedł z rzą­do­wej po­sa­dy i roz­po­czął ka­rie­rę za­wo­do­we­go pi­sa­rza. (Choć nie szedł jej ścież­ką ja­ko pierw­szy, bez wąt­pie­nia na­le­żał do pio­nie­rów). A To­ur thro­ugh the Who­le Is­land of Gre­at Bri­ta­in jest za­rów­no prze­wod­ni­kiem tu­ry­stycz­nym, jak i ana­li­zą bry­tyj­skie­go spo­łe­czeń­stwa oraz per­spek­tyw go­spo­dar­czych kra­ju. W tam­tych cza­sach nie po­wsta­ło żad­ne rów­nie fa­cho­we kom­pen­dium.

Póź­niej, po­cząw­szy od 1719 ro­ku, zbli­ża­ją­cy się do sześć­dzie­siąt­ki De­foe na­pi­sał i wy­dał ko­lej­no po so­bie kil­ka ksią­żek, któ­rych kon­wen­cja za­sa­dza się na tym, że awan­tur­ni­cy i prze­stęp­cy sa­mi opo­wia­da­ją o swych przy­go­dach. Książ­ki te nada­ły kształt współ­cze­snej po­wie­ści, a pierw­sza z nich, za­ty­tu­ło­wa­na Przy­pad­ki Ro­bin­so­na Cru­soe, za­wład­nę­ła wy­obraź­nią pu­blicz­no­ści i oka­za­ła się wiel­kim suk­ce­sem ko­mer­cyj­nym.

 

Tę se­rię utwo­rów pro­za­tor­skich wień­czy wy­da­na w 1724 ro­ku po­wieść pod ty­tu­łem Ro­xa­na, czy­li szczę­śli­wa ko­chan­ka, któ­ra no­si wszel­kie zna­mio­na rze­mieśl­ni­cze­go po­śpie­chu. Za­wie­ra po­wtó­rze­nia (moż­na by ją bez szko­dy skró­cić o jed­ną trze­cią), nie zo­sta­ła pod­da­na re­dak­cji (przy­by­cie bo­ha­ter­ki do Har­wich po trud­nej po­dró­ży ze Sta­re­go Kon­ty­nen­tu opi­sa­no dwu­krot­nie, na dwa róż­ne spo­so­by), na­to­miast frag­men­ty, w któ­rych Ro­xa­na wy­ra­ża skru­chę z po­wo­du grzesz­ne­go ży­cia, po­dej­rza­nie przy­po­mi­na­ją wrzut­ki do­da­ne wy­łącz­nie na uży­tek cen­zu­ry.

Ro­xa­na (pseu­do­nim za­stę­pu­ją­cy „praw­dzi­we” imię, któ­re­go nie po­zna­je­my) to pięk­na, in­te­li­gent­na ko­bie­ta, wy­ko­rzy­stu­ją­ca swój wy­gląd (od­por­ny, jak się zda­je, na upływ cza­su, gdyż w wie­ku pięć­dzie­się­ciu lat bo­ha­ter­ka na­wet bez ma­ki­ja­żu wciąż jest po­cią­ga­ją­ca), aby zy­skać to, cze­go po­żą­da naj­bar­dziej: nie­za­leż­ność ma­te­rial­ną. W trak­cie swo­je­go buj­ne­go ży­cia ero­tycz­ne­go by­ła dwu­krot­nie za­męż­na, przez pe­wien czas ży­ła w qu­asi-mał­żeń­stwie i mia­ła dwa zna­czą­ce ro­man­se – je­den we Fran­cji, dru­gi w An­glii. O an­giel­skim ko­chan­ku mó­wi nie­wie­le – zda­ni je­ste­śmy na wła­sne do­my­sły, że naj­praw­do­po­dob­niej był pa­nu­ją­cym mo­nar­chą. (To, rzecz ja­sna, sztucz­ka pi­sar­ska: ma­my my­śleć, że gdy­by hi­sto­ria by­ła zmy­ślo­na, au­tor na pew­no nie prze­mil­czał­by tak so­czy­ste­go epi­zo­du, a więc mu­si być „praw­dzi­wa”).

Z wy­jąt­kiem pierw­sze­go mę­ża, któ­re­go po­ślu­bi­ła za mło­du, a któ­ry po­rzu­cił ją bez gro­sza i z pię­cior­giem dzie­ci do wy­kar­mie­nia, męż­czyź­ni w ży­ciu Ro­xa­ny głę­bo­ko się do niej przy­wią­zu­ją, a wręcz sta­ją się jej nie­wol­ni­ka­mi. By do­wieść swe­go od­da­nia, jej fran­cu­ski ko­cha­nek zry­wa re­la­cje ze wszyst­ki­mi po­zo­sta­ły­mi kon­ku­bi­na­mi. In­ni ko­chan­ko­wie ob­sy­pu­ją ją klej­no­ta­mi i pie­niędz­mi.

Zwa­żyw­szy na to, jak waż­ny dla po­wie­ści jest sek­su­al­ny po­wab Ro­xa­ny, wy­da­je się za­ska­ku­ją­ce, że nie­mal ni­cze­go nie do­wia­du­je­my się o jej psy­cho­lo­gii ero­tycz­nej. Czy przy­jem­ność sek­su­al­na jest dla niej waż­na, czy mo­że trak­tu­je seks wy­łącz­nie ja­ko śro­dek do osią­gnię­cia ce­lu? Mil­czy na ten te­mat. Czy po­win­ni­śmy za­ło­żyć, że spra­wy ero­tycz­ne w ogó­le jej nie po­cią­ga­ją, czy też brak jej swe­go ro­dza­ju nar­cy­zmu, któ­ry po­zwo­lił­by roz­ko­szo­wać się wzbu­dza­nym przez sie­bie po­żą­da­niem? A mo­że po pro­stu przez skrom­ność nie chce po­ru­szać te­go te­ma­tu?

Z mil­cze­nia Ro­xa­ny nie moż­na jed­nak wy­snuć wnio­sku, że De­foe, jej twór­ca, jest zbyt prze­zor­ny lub pru­de­ryj­ny, by zgłę­biać me­cha­ni­zmy po­żą­da­nia sek­su­al­ne­go. Wy­star­czy przy­wo­łać ob­szer­nie opi­sa­ną, skom­pli­ko­wa­ną grę ero­tycz­ną mię­dzy Ro­xa­ną, jej dru­gim mę­żem (czy też pseu­do­mę­żem) a słu­żą­cą Amy, pod­czas któ­rej obie ko­bie­ty po­bu­dza­ją się wza­jem­nie i pro­wo­ku­ją, aż do­cho­dzi do sto­sun­ku.

Epi­zod ten za­po­cząt­ko­wu­je roz­wa­ża­nia na te­mat psy­cho­lo­gii uwo­dze­nia – czy do­kład­niej by­cia uwo­dzo­nym – któ­re po­wra­ca­ją w róż­nych frag­men­tach książ­ki. Sło­wo klucz: „nie­od­par­ty”. Gdy Ro­xa­na po raz pierw­szy ule­ga fran­cu­skie­mu ko­chan­ko­wi, uśmie­rza wła­sny nie­po­kój my­ślą, że uwie­dze­nie by­ło „nie­od­par­te” i spra­wie­dli­wy Bóg nie uka­rze jej za coś, „cze­go nie by­łam w sta­nie unik­nąć”. W przy­pad­ku mo­nar­chy tak­że, jak twier­dzi, za nic nie po­no­si od­po­wie­dzial­no­ści, uwo­dził ją bo­wiem „tak nie­od­par­cie, […] że nie mo­głam się te­mu oprzeć”2.

Po­dob­nie jak wcze­śniej­sza po­wieść Moll Flan­ders (1722), Ro­xa­na stwa­rza po­zo­ry wy­zna­nia – hi­sto­rii o błę­dach prze­szło­ści snu­tej przez skru­szo­ną ko­bie­tę. Nie dzi­wi więc, że bo­ha­ter­ka przed­sta­wia swo­je licz­ne ro­man­se ra­czej ja­ko upad­ki mo­ral­ne niż oso­bi­ste trium­fy. Twier­dzi, że choć nie chcia­ła się pod­dać – mu­sia­ła, gdyż uwo­dzi­ciel był nie­od­par­ty. A prze­cież nie moż­na wi­nić czło­wie­ka za ule­ga­nie si­le, któ­rej nie spo­sób się prze­ciw­sta­wić.

Ale praw­da jest ta­ka, że uwo­dze­niu ero­tycz­ne­mu za­wsze moż­na się oprzeć – to wła­śnie od­róż­nia je od gwał­tu. Moż­na ko­goś zmu­sić, by dzia­łał wbrew so­bie, lecz nie moż­na go do te­go prze­ko­nać, je­śli na­praw­dę nie chce cze­goś zro­bić. Tak w skró­cie brzmi od­po­wiedź Ary­sto­te­le­sa na py­ta­nie, dla­cze­go cza­sa­mi po­stę­pu­je­my wbrew wła­snym in­te­re­som. W ta­kich sy­tu­acjach, twier­dzi on, w rze­czy­wi­sto­ści nie wie­my, co jest dla nas do­bre, a w każ­dym ra­zie nie jest to wie­dza głę­bo­ko w nas ugrun­to­wa­na. (Dla­te­go wła­śnie, we­dług Ary­sto­te­le­sa, nie wy­star­czy tyl­ko po­stę­po­wać zgod­nie z za­sa­da­mi mo­ral­no­ści, by za­słu­żyć so­bie na mia­no do­bre­go czło­wie­ka)3.

Ro­xa­na nie pró­bu­je uda­wać, że głę­bo­ko i szcze­rze wie­rzy w cno­tę sta­now­czo­ści, mi­mo że od cza­su do cza­su uża­la się nad jej utra­tą. Wprost prze­ciw­nie, nie ma nic prze­ciw­ko nie­zde­cy­do­wa­niu i am­bi­wa­len­cji – pra­gnie oprzeć się uwo­dze­niu, lecz jed­no­cze­śnie chcia­ła­by, aby jej opór zo­stał prze­ła­ma­ny. Jest za­ra­zem do­sko­na­le świa­do­ma tych me­cha­ni­zmów wła­sne­go ro­zu­mo­wa­nia i wy­ko­rzy­stu­je je, by unik­nąć cię­ża­ru wi­ny. Mó­wi do Amy o jed­nym ze swych pre­ten­den­tów: „O ile bar­dzo bę­dzie na­le­gał – ule­gnę po­wo­do­wa­na oko­licz­no­ścia­mi. Chcia­ła­bym jed­nak, że­by mnie o to nie pro­sił” (s. 41). Mię­dzy wier­sza­mi da­je do zro­zu­mie­nia, że by­cie uwo­dzo­ną wy­da­je się jej bar­dziej in­te­re­su­ją­ce (an­ga­żu­ją­ce, pod­nie­ca­ją­ce, ero­tycz­ne – a w per­spek­ty­wie bar­dziej uwo­dzi­ciel­skie) niż otwar­te, nie­dwu­znacz­ne od­da­nie się męż­czyź­nie, na­to­miast pre­lu­dium do ak­tu sek­su­al­ne­go mo­że wy­wo­ły­wać więk­sze po­żą­da­nie i speł­nie­nie niż sam akt. Uwo­dze­nie, myśl o uwo­dze­niu, wy­cze­ki­wa­nie uwo­dze­nia, wy­obra­żo­ne do­świad­cze­nie by­cia uwo­dzo­ną oka­zu­je się bar­dzo uwo­dzi­ciel­skie, wręcz nie­od­par­te.

Grzech i je­go prze­bie­głe ma­chi­na­cje to głów­ny wą­tek psy­cho­lo­gii mo­ral­nej pro­te­stan­ty­zmu i jed­na z wie­lu dzie­dzin, o któ­rych De­foe wie­dział bar­dzo wie­le. Na pew­no do­brze znał naj­czę­ściej po­wta­rza­ną przez grzesz­ni­ków wy­mów­kę, że za­śle­pi­ła ich na­mięt­ność („nie­od­par­ta” na­mięt­ność), któ­ra wy­my­ka się kon­tro­li ro­zu­mu, po­nie­waż ko­rze­nia­mi tkwi w na­szej zwie­rzę­cej na­tu­rze. Zda­wał też so­bie spra­wę z wa­dy te­go ar­gu­men­tu: sko­ro nie od­da­je­my się wszyst­kim na­szym na­mięt­no­ściom, ja­kiś we­wnętrz­ny głos mu­si nam pod­po­wia­dać, kie­dy so­bie po­fol­go­wać, a kie­dy sta­wić opór – kie­dy uwo­dze­nie mo­że­my uznać za nie­od­par­te, a kie­dy po­win­ni­śmy mu się sprze­ci­wić. To głos, któ­ry na­le­ży do nas, a nie do na­szej zwie­rzę­cej czę­ści.

Ła­two uznać po­sta­wę Ro­xa­ny za wy­god­nic­ką uciecz­kę w me­cha­nizm psy­cho­lo­gicz­ny uspra­wie­dli­wia­ją­cy jej upad­ki („ja­kaś si­ła we mnie ka­za­ła mi to zro­bić”). Trud­niej jed­nak za­mieść pod dy­wan ar­gu­ment eko­no­micz­ny, któ­ry wy­su­wa na swo­ją obro­nę – że ko­bie­ta po­rzu­co­na i po­zba­wio­na środ­ków do ży­cia przez mę­ża mo­że al­bo zna­leźć mę­skich pro­tek­to­rów, al­bo się pro­sty­tu­ować. I że w ów­cze­snej An­glii nie mia­ła żad­nych in­nych moż­li­wo­ści.

Ro­xa­na bez wąt­pie­nia wy­ol­brzy­mia tra­gizm swo­jej sy­tu­acji. Moż­na so­bie wy­obra­zić al­ter­na­tyw­ną opo­wieść, w któ­rej tak uta­len­to­wa­na mło­da da­ma szczę­śli­wym tra­fem zo­sta­je przy­ję­ta do do­mu bo­ga­te­go kup­ca w ro­li gu­wer­nant­ki uczą­cej dzie­ci fran­cu­skie­go. Lecz hi­sto­ria wy­my­ślo­na przez De­foe da­je mu pre­tekst, by na­wo­ły­wać do zmia­ny za­pi­sów pra­wa mał­żeń­skie­go, któ­re po­rzu­co­nej żo­nie nie po­zwa­la­ło uzy­skać roz­wo­du i po­wtór­nie wyjść za mąż, oraz – sze­rzej – do wpro­wa­dze­nia rów­no­ści praw­nej oboj­ga stron w mał­żeń­stwie. Gor­li­wie po­pie­ra też ta­ką for­mę edu­ka­cji dziew­cząt, któ­ra za­gwa­ran­to­wa­ła­by im ży­cio­wą nie­za­leż­ność. W obu tych spra­wach wy­da­je się nie­prze­jed­na­ny. Je­go ar­gu­men­ty naj­moc­niej wy­brzmie­wa­ją, kie­dy Ro­xa­na wy­gła­sza zja­dli­wą fi­li­pi­kę prze­ciw in­sty­tu­cji mał­żeń­stwa po tym, jak ho­len­der­ski ku­piec, z któ­rym się prze­spa­ła, ma czel­ność pro­sić ją o rę­kę. Wy­cho­dząc za nie­go, mó­wi, stra­ci wol­ność, ma­ją­tek i nie­za­leż­ność, za­mie­nia­jąc się w nie­wol­ni­cę na resz­tę swo­ich dni. „Je­stem bar­dziej przy­wią­za­na do ma­jąt­ku niż do cno­ty” (s. 120).

Pie­nią­dze od­gry­wa­ją klu­czo­wą ro­lę w ca­łej pro­zie De­foe, jed­nak w Ro­xa­nie zaj­mu­ją miej­sce szcze­gól­ne. Naj­bar­dziej po­dzi­wia­ną przez nią za­le­tą męż­czy­zny jest gło­wa do in­te­re­sów. W ewen­tu­al­nym mę­żu upa­tru­je so­lid­no­ści fi­nan­so­wej. Przy­wią­zy­wa­nie wa­gi do tak fun­da­men­tal­nie bur­żu­azyj­nych war­to­ści mo­że się wy­da­wać dziw­ne u ko­bie­ty, któ­rej naj­więk­szym ma­rze­niem jest zo­stać luk­su­so­wą utrzy­man­ką. Pod ma­ską wy­twor­no­ści kry­je się jed­nak roz­waż­na, wręcz chci­wa ciu­łacz­ka. Swo­bod­nie wy­da­je pie­nią­dze, lecz każ­dy jej wy­da­tek to in­we­sty­cja ob­li­czo­na na przy­szły zwrot. Licz­ne otrzy­ma­ne od męż­czyzn „pre­zen­ty” za­my­ka w że­la­znej skrzy­ni. Jej ko­chan­ko­wie nie ma­ją po­ję­cia o tej ro­sną­cej for­tu­nie. To jej naj­więk­szy se­kret.

Prze­no­sząc się z kra­ju do kra­ju, do cze­go zmu­sza­ją ją oko­licz­no­ści, Ro­xa­na sta­je przed pro­ble­mem trans­fe­ru ka­pi­ta­łu. Po­dró­żo­wa­nie ze spo­rą ilo­ścią bi­żu­te­rii i srebr­nej za­sta­wy jest zbyt ry­zy­kow­ne, a ja­ko ko­bie­ta nie ma dość kom­pe­ten­cji ani zna­jo­mo­ści, by prze­kształ­cić swój ma­ją­tek w da­ją­ce się ła­two i bez­piecz­nie prze­wo­zić we­ksle. Ho­len­der­skim kup­cem, któ­re­go roz­wa­ża ja­ko kan­dy­da­ta na mę­ża, in­te­re­su­je się wła­śnie z po­wo­du zręcz­no­ści, z ja­ką po­słu­gu­je się fi­nan­so­wy­mi na­rzę­dzia­mi no­wej ku­piec­kiej epo­ki. Gdy osia­da w Lon­dy­nie, sa­ma po­bie­ra lek­cje z za­rzą­dza­nia fi­nan­sa­mi i do­ko­nu­je za­sad­ni­cze­go sko­ku od gro­ma­dze­nia skar­bów do ka­pi­ta­li­za­cji ma­jąt­ku.

Choć po­wieść cier­pi z po­wo­du dłu­żyzn i po­wtó­rzeń, w ostat­niej jed­nej pią­tej tek­stu ane­micz­ny dra­mat bu­dzi się do ży­cia. Wsku­tek nie­praw­do­po­dob­ne­go zbie­gu oko­licz­no­ści naj­star­sze dziec­ko Ro­xa­ny z pierw­sze­go mał­żeń­stwa od­naj­du­je mat­kę, któ­ra po­rzu­ci­ła je wie­le lat wcze­śniej. Na­głe po­ja­wie­nie się cór­ki na sce­nie – do­słow­ny po­wrót te­go, co wy­par­te – sta­wia Ro­xa­nę w wy­bit­nie trud­nej sy­tu­acji. Dziew­czy­na od­kry­ła se­kret­ną prze­szłość mat­ki – kur­ty­za­ny. Jej upu­blicz­nie­nie zruj­nu­je szczę­śli­we mał­żeń­stwo Ro­xa­ny z Ho­len­drem. Co gor­sza, cór­ka do­ma­ga się od Ro­xa­ny ofi­cjal­ne­go uzna­nia, za­dość­uczy­nie­nia za wy­rzą­dzo­ne szko­dy i po­wro­tu do ro­li mat­ki, któ­rej się nie­gdyś wy­rze­kła. Ro­xa­na nie chce speł­nić tych żą­dań – nie znisz­czy so­bie ży­cia dla ewi­dent­nie nie­zrów­no­wa­żo­nej ob­cej dziew­czy­ny. Po­nad­to nie mo­że speł­nić tych żą­dań – za­czy­na­my od­kry­wać, że jed­ną z fun­da­men­tal­nych cech jej psy­cho­lo­gicz­ne­go upo­sa­że­nia jest ozię­błość, któ­rą ży­cie opar­te na ego­istycz­nych kal­ku­la­cjach jesz­cze po­głę­bi­ło. Ro­xa­na, nie­zdol­na do ja­kich­kol­wiek ser­decz­nych uczuć, nie po­tra­fi ni­cze­go ofia­ro­wać.

Po­wieść koń­czy się mo­ral­nym i for­mal­nym cha­osem: nar­ra­tor, któ­ry do­tąd sta­ran­nie i dro­bia­zgo­wo od­no­to­wy­wał za­cho­dzą­ce w ży­ciu bo­ha­ter­ki wy­da­rze­nia, za­czy­na tra­cić pa­no­wa­nie nie tyl­ko nad jej ży­ciem, lecz tak­że nad sa­mą nar­ra­cją. Amy, to­wa­rzysz­ka Ro­xa­ny, któ­ra by­ła jej tak bli­ska, że nie­mal za­mie­ni­ła się w jej al­ter ego, pro­po­nu­je za­mor­do­wa­nie cór­ki. Nie wia­do­mo do­kład­nie, czy Ro­xa­na na to po­zwa­la, czy się sprze­ci­wia, to­też za­czy­na­my wąt­pić w jej praw­do­mów­ność. Wy­da­je się, że mor­der­stwo zo­sta­je do­ko­na­ne – nie wie­my, jak, gdzie ani kie­dy, po­nie­waż sa­ma Ro­xa­na nie chce te­go wie­dzieć.

De­foe w trak­cie pi­sa­nia nie znał żad­nych wcze­śniej­szych przy­kła­dów tak roz­bu­do­wa­nych utwo­rów pro­za­tor­skich – w to­ku pra­cy na bie­żą­co wy­my­ślał nie tyl­ko fa­bu­łę, lecz tak­że for­mę opo­wie­ści. Choć nie spo­sób te­go do­wieść, wszyst­ko wska­zu­je, że pi­sał po­śpiesz­nie, pra­wie nie prze­glą­da­jąc tek­stu. Błę­dem by­ło­by stwier­dzić, że stwo­rzył ostat­nie sześć­dzie­siąt czy sie­dem­dzie­siąt stron Ro­xa­ny w sta­nie unie­sie­nia – był na to twór­cą zbyt trzeź­wo my­ślą­cym, in­te­li­gent­nym i pro­fe­sjo­nal­nym – ale na pew­no na­pi­sał je nie­ocze­ki­wa­nie do­brze, znacz­nie po­nad mia­rę, na ja­ką on sam i je­mu współ­cze­śni sza­co­wa­li je­go umie­jęt­no­ści.