Kancelaria

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Inni prawnicy i widzowie nie mogli słyszeć rozmowy, ale nie odrywali wzroku od DeeAnny, szczególnie od jej długich nóg i butów. David odsunął się jeszcze trochę, zaszokowany takim sposobem wymuszania pieniędzy na sali sądowej.

Bradbury przystąpił do zadania ostatecznego ciosu. Lekko podniesionym głosem oznajmił:

– Nie wydam dzisiaj postanowienia w sprawie rozwodu, pani Nuxhall. Zapłaci pani adwokatowi, a wtedy podpiszę odpowiednie dokumenty. Czy mnie pani zrozumiała?

Ocierając łzy, DeeAnna jęknęła:

– Błagam.

– Bardzo mi przykro, ale w tych sprawach jestem nieugięty. Należy spłacać zobowiązania: alimenty, honoraria, opłaty skarbowe. To tylko trzysta dolarów. Niech je pani pożyczy od przyjaciółki.

– Próbowałam, Wysoki Sądzie, ale…

– Proszę! Ciągle to słyszę. Może pani odejść.

Kobieta obróciła się i odeszła, a Wysoki Sąd obserwował każdy jej krok. Wally także patrzył, kręcił głową zachwycony, niemal gotowy się na nią rzucić. Kiedy drzwi się zamknęły, obecni na sali znowu zaczęli oddychać. Sędzia Bradbury napił się wody i zapytał:

– Coś jeszcze?

– Tylko jedno, Wysoki Sądzie. Joannie Brenner. Bez orzekania o winie, pełna ugoda majątkowa, żadnych dzieci i, co najważniejsze, moje honorarium zostało wpłacone w całości.

– Niech ją pan tu poprosi.

***

– Nie jestem pewny, czy nadaję się na adwokata od rozwodów – wyznał David.

Byli na ulicy i posuwali się metr po metrze w korku, zostawiając za sobą Richard J. Daley Center.

– Doskonale. Byłeś w sądzie pierwszy raz, spędziłeś tam niecałą godzinę i już wiesz, w czym nie będziesz się specjalizował – prychnął Wally.

– Czy większość sędziów robi to, co właśnie zrobił Bradbury?

– Co? Masz na myśli dbanie o interesy adwokatów? Nie, większość sędziów zapomniała, jak to jest, kiedy walczy się w okopach. W chwili gdy wkładają czarną togę, zapominają. Bradbury jest inny. Pamięta, że jesteśmy tylko bandą szumowin.

– I co teraz będzie? DeeAnna dostanie rozwód?

– Wpadnie do kancelarii dzisiaj po południu z pieniędzmi i w piątek załatwimy jej rozwód. Wyjdzie za mąż w sobotę, a za pół roku znowu przyjdzie, bo znowu będzie chciała się rozwieść.

– Poddaję się. Nie jestem stworzony do pracy przy rozwodach.

– Och, to do dupy robota. Zresztą dziewięćdziesiąt procent tego, co robimy, jest do dupy. Uganiamy się za groszowymi sprawami, żeby mieć na opędzenie kosztów, i marzymy o wielkim procesie. Ale wczoraj wieczorem, Davidzie, nie marzyłem, i powiem ci dlaczego. Słyszałeś o krayoxxie? To lek na obniżenie poziomu cholesterolu.

– Nie.

– No to usłyszysz. Zabija ludzi w całym kraju, nie ma wątpliwości, że będzie fala pozwów zbiorowych o odszkodowania, i musimy szybko się do tego włączyć. Dokąd jedziesz?

– Muszę coś pilnie załatwić, bo akurat jesteśmy w śródmieściu. To zajmie sekundę.

Minutę później zaparkował nieprawidłowo przed barem Abnera.

– Byłeś tu kiedyś? – zapytał Wally’ego.

– Och, jasne. Nie ma wielu barów, których bym nie znał, Davidzie. Choć dawno tu nie zaglądałem.

– To właśnie tutaj spędziłem wczorajszy dzień i muszę zapłacić rachunek.

– Dlaczego wczoraj nie zapłaciłeś?

– Bo nie wiedziałem, co się wokół mnie dzieje, pamiętasz?

– Zaczekam w samochodzie – powiedział Wally, a potem patrzył długo i tęsknie na drzwi baru.

Pani Spence siedziała na swoim tronie, oczy miała szkliste, policzki zarumienione, przebywała w innym świecie. Abner krzątał się przy barze, mieszał koktajle, nalewał piwo, przesuwał talerze z burgerami. David podszedł do niego, gdy Abner znalazł się przy kasie, i powiedział:

– Cześć, wróciłem.

Abner uśmiechnął się i stwierdził:

– Mimo wszystko przeżyłeś.

– Och, jasne. Właśnie wyszedłem z sądu. Masz pod ręką mój rachunek?

Abner zajrzał do szuflady i wyjął niewielką kartkę.

– Umówmy się, że to sto trzydzieści dolców.

– Tylko tyle? – David wręczył mu dwa banknoty studolarowe i dodał: – Reszta dla ciebie.

– Twoja panienka tam siedzi. – Abner wskazał głową panią Spence, która zamknęła na chwilę oczy.

– Dzisiaj nie jest już taka śliczna – westchnął David.

– Mam kumpla, który robi w finansach, był tu zeszłego wieczoru. Twierdzi, że jest warta osiem miliardów.

– Z drugiej strony, jeśli się nad tym zastanowić…

– Myślę, że cię polubiła, ale musisz się śpieszyć.

– Lepiej będzie, jak zostawię ją w spokoju. Dzięki za opiekę nade mną.

– Nie ma sprawy. Zajrzyj tu od czasu do czasu.

Bardzo mało prawdopodobne, pomyślał David, gdy wymieniał z Abnerem szybki uścisk dłoni.

Rozdział 11

Jak na kierowcę bez prawa jazdy, Wally okazał się doskonałym nawigatorem. Niedaleko lotniska Midway pokazał Davidowi kilka skrętów w krótkie uliczki, wyprowadzał ich z niewiarygodnych ślepych zaułków, upierał się, żeby jechać pod prąd przez dwie przecznice, cały czas prowadząc monolog, w którym powtarzało się zdanie: „Znam to miejsce jak własną kieszeń”. Zaparkowali przy krawężniku przed rozpadającym się bliźniakiem, którego okna zasłaniała folia aluminiowa, z grillem na werandzie i ogromnym rudym kotem pilnującym frontowych drzwi.

– Kto tu mieszka? – zapytał David, przyglądając się podupadłej okolicy. Dwóch kościstych nastolatków po drugiej stronie ulicy wydawało się zafascynowanych widokiem jego lśniącego audi.

– Mieszka tu urocza kobieta, Iris Klopeck, wdowa po Percym Klopecku, który zmarł we śnie mniej więcej półtora roku temu, w wieku czterdziestu ośmiu lat. Bardzo smutne. Przyszli do mnie, bo chcieli się rozwieść, ale potem się rozmyślili. Jak sobie przypominam, on był raczej otyły, ale nie tak wielki, jak ona.

David i Wally siedzieli w samochodzie, jakby nie mieli ochoty wysiąść. Bardziej podejrzanie mogłoby wyglądać tylko dwóch agentów FBI w czarnych garniturach w czarnym sedanie.

– Więc po co tu przyjechaliśmy? – zapytał David.

– Z powodu krayoxxu, przyjacielu, krayoxxu. Chcę pogadać z Iris i dowiedzieć się, czy Percy przypadkiem brał ten lek, zanim umarł. Jeśli tak, to voila! Mamy następną ofiarę tego leku, wartą od dwóch do czterech milionów. Jakieś pytania?

Och, David miał mnóstwo pytań. Myślał gorączkowo, gdy zdał sobie sprawę, że mają cynicznie odwiedzić panią Klopeck, żeby wypytywać ją o zmarłego męża.

– Czy ona się nas spodziewa? – zapytał.

– Ja do niej nie dzwoniłem, a ty?

– Nie, na pewno nie.

Wally jednym pchnięciem otworzył drzwiczki auta i wysiadł. David niechętnie zrobił to samo i zdołał nawet zmarszczyć czoło, patrząc na wyrostków podziwiających jego wóz. Rudy kot nie chciał zejść z wycieraczki. Nie było słychać dzwonka, dlatego Wally po chwili zdecydował się zapukać. Pukał coraz głośniej, podczas gdy David zerkał nerwowo na ulicę. Wreszcie usłyszeli brzęk łańcucha i zgrzyt.

– Kto tam? – zapytała kobieta.

– Adwokat Wally Figg. Szukam pani Iris Klopeck.

Otworzyły się wewnętrzne drzwi, a przez szybę drzwi frontowych widać było Iris Klopeck w całej okazałości. Była tak wielka, jak mówił Wally. Miała na sobie coś, co przypominało beżowe prześcieradło z dziurami na głowę i ramiona.

– Kim jesteście? – zapytała.

– Wally Figg, Iris. Poznałem ciebie i Percy’ego, kiedy mieliście zamiar się rozwieść. Mniej więcej trzy lata temu. Przyszliście do mojej kancelarii przy Preston.

– Percy nie żyje.

– Tak, wiem. Wyrazy współczucia. Właśnie dlatego tu jestem. Chcemy porozmawiać o jego śmierci. Interesuje mnie, jakie leki brał przed śmiercią.

– A dlaczego miałoby to mieć znaczenie?

– Ponieważ wytacza się teraz mnóstwo procesów z powodu leków obniżających cholesterol, środków przeciwbólowych i antydepresantów. Niektóre z tych specyfików przyczyniły się do śmierci tysięcy ludzi. Może chodzić o mnóstwo pieniędzy.

Pani Klopeck patrzyła na nich w milczeniu.

– Dom jest w ruinie – powiedziała wreszcie.

W ogóle bym się tego nie domyślił, pomyślał David. Weszli za nią do wąskiej brudnej kuchni i usiedli przy stole. Zaparzyła rozpuszczalną kawę w trzech kuflach do piwa z różnych kompletów, a potem usiadła naprzeciwko prawników. Krzesło Davida okazało się lichym drewnianym meblem, sprawiającym wrażenie, że może się w każdej chwili złamać. Jej należało chyba do tej samej rodziny. Wyprawa do drzwi, potem powrót do kuchni i przygotowanie kawy wyraźnieją zmęczyły. Na jej gąbczastym czole błyszczały krople potu.

Wally zdołał wreszcie dojść do głosu i przedstawił Davida pani Klopeck:

– David skończył prawo na Harvardzie i właśnie dołączył do naszego zespołu.

Kobieta nie wyciągnęła ręki, podobnie zresztą jak pan Harvard. Guzik ją obchodziło, gdzie David, Wally czy kto inny kończył prawo lub studiował. Oddech miała głośny jak stara lokomotywa. W domu śmierdziało kocimi sikami i zatęchłym papierosowym dymem.

Wally ponownie złożył jej fałszywe wyrazy współczucia z powodu odejścia tak miłego człowieka jak Percy, a potem szybko przeszedł do rzeczy:

– Najważniejszy lek, o który mi chodzi, nazywa się krayoxx. To specyfik na zbicie cholesterolu. Czy Percy zażywał go przed śmiercią?

– Tak. Brał go od lat. Ja też kiedyś go łykałam, ale przestałam – odrzekła bez wahania pani Klopeck.

Wally’ego bardzo podekscytowało to, że Percy przyjmował lek, ale rozczarowała go Iris, która go odstawiła.

– Coś jest nie tak z tym krayoxxem? – zapytała.

 

– Och, tak, i to bardzo. – Wally zatarł ręce. Opowiedział o sprawie, która miała stać się ogromnie ważna, choć jeszcze nie była do końca sprecyzowana, przeciwko Varrick Laboratories jako producentowi krayoxxu. Przedstawił wybrane fakty i liczby ze wstępnych analiz, dokonanych przez adwokatów zajmujących się pozwami zbiorowymi. Cytował przede wszystkim pozew złożony w Fort Lauderdale. Przekonywał z zapałem, że czas ma istotne znaczenie i że Iris powinna natychmiast uczynić kancelarię Finleya i Figga swoim przedstawicielem procesowym.

– Ile będzie mnie to kosztowało? – chciała wiedzieć.

– Ani centa – odrzekł pośpiesznie Wally. – Pokrywamy koszty pozwu i bierzemy czterdzieści procent z odszkodowania.

Kawa smakowała jak pomyje. David miał ochotę wypluć pierwszy łyk, lecz Iris najwyraźniej się nią delektowała. Upiła długi łyk, przepłukała nim usta i dopiero wtedy połknęła.

– Czterdzieści procent to bardzo dużo – zauważyła.

– To niezwykle skomplikowany proces, Iris, przeciwko korporacji, która ma miliardy dolarów i tysiące prawników. Popatrz na to w ten sposób: teraz masz sześćdziesiąt procent niczego. Za rok lub dwa, jeśli wynajmiesz naszą firmę, możesz mieć sześćdziesiąt procent czegoś dużego.

– Jak dużego?

– To trudne pytanie, Iris, ale właśnie sobie przypomniałem, że ty zawsze zadajesz trudne pytania. I zawsze mi się to w tobie podobało. Trudne pytanie i, szczerze mówiąc, nie umiem na nie odpowiedzieć, bo nikomu nie udało się jeszcze przewidzieć, co zdecyduje ława przysięgłych. Sąd może dostrzec prawdę o krayoxxie, wystawi mandat producentowi i da ci milion dolców. Albo ława przysięgłych uwierzy w kłamstwa wciskane przez Varrick i ich prawników szubrawców, a wtedy nie dostaniesz nic. Ja ze swej strony skłaniam się ku myśleniu, że ta sprawa będzie dotyczyła mniej więcej miliona dolców, Iris, ale musisz zrozumieć, że niczego ci nie obiecuję. – Spojrzał na Davida i dodał: – Mam rację, Davidzie? Nie możemy składać żadnych obietnic w sprawie takiej jak ta. Niczego nie gwarantujemy.

– Masz rację – powiedział David z przekonaniem, jako nowy specjalista od wytaczania procesów.

Kobieta wlała w siebie jeszcze więcej pomyj i wpatrywała się w Wally’ego.

– Jakaś pomoc na pewno by mi nie zaszkodziła – powiedziała. – Jestem sama z Clintem, a on ostatnio pracuje tylko dorywczo. – Wally i David robili notatki i kiwali głowami, jakby wiedzieli, kim jest Clint. Iris nie wchodziła w szczegóły. – Żyję za tysiąc dwieście dolarów miesięcznie z opieki społecznej, więc wszystko, co uda się dostać, będzie jak z nieba.

– Coś dla ciebie wyrwiemy, Iris. Czuję to – zapewnił Wally.

– Kiedy to się może stać?

– Kolejne trudne pytanie, Iris. Zgodnie z jedną teorią, Varrick dostaną tak mocny cios od ofiar krayoxxu, że firma się podda i będzie negocjowała ogromne odszkodowania.

Większość adwokatów, i ja również, spodziewa się, że coś takiego nastąpi w ciągu dwudziestu czterech miesięcy. Inna teoria mówi, że Varrick będą się procesowały z kilkoma pozywającymi, żeby wybadać grunt w całym kraju, przekonać się, co przysięgli myślą o tym leku. Jeśli tak się stanie, uzyskanie odszkodowania może potrwać dłużej.

Nawet David, mający dyplom prawnika doskonałej uczelni i pięcioletnie doświadczenie, zaczynał wierzyć, że Wally wie, co mówi. Młodszy wspólnik ciągnął:

– Jeśli dojdzie do ugody, a my głęboko wierzymy, że tak się stanie, przypadki śmierci będą negocjowane jako pierwsze. Potem ludzie z Varrick będą rozpaczliwie chcieli dogadać się jakoś z żyjącymi ofiarami, ludźmi takimi jak ty.

– Ja jestem żyjącą ofiarą? – zapytała pani Klopeck, zbita z tropu.

– Tymczasem. Wyniki badań naukowych nie są jeszcze znane, ale istnieje spora szansa na udowodnienie, że krayoxx jest odpowiedzialny za uszkodzenie serca u bardzo wielu osób, które przedtem były zupełnie zdrowe.

Jak ktokolwiek mógł spojrzeć na Iris Klopeck i pomyśleć, że jest zdrowa, stanowiło zagadkę, przynajmniej dla Davida.

– Litości – jęknęła Iris i jej oczy zaszły łzami. – Brakuje mi jeszcze tylko problemów z sercem.

– Tym proszę się teraz nie martwić – rzekł Wally bez cienia przekonania. – Twoim przypadkiem zajmiemy się później. Najważniejsze jest umieszczenie Percy’ego na liście. Jesteś wdową po nim i jego główną spadkobierczynią, dlatego powinnaś wynająć mnie jako adwokata i działać w jego imieniu. – Z pomiętej marynarki wyjął kartkę i rozłożył ją przed Iris. – To pełnomocnictwo procesowe. Już kiedyś takie podpisywałaś w związku z rozwodem, gdy razem z Percym przyszliście do mojej kancelarii.

– Nie przypominam sobie, żebym coś podpisywała – obruszyła się Iris.

– Mamy je w kartotece. Musisz podpisać nowe, zanim będę mógł wystąpić z twoimi roszczeniami wobec Varrick Laboratories.

– Jesteś pewny, że to zgodne z prawem i tak dalej? – zapytała z wahaniem.

Davida uderzyło to, że potencjalny klient pyta adwokata, czy dokument jest „zgodny z prawem”. Z drugiej strony Wally nie sprawiał wrażenia człowieka ściśle przestrzegającego etyki zawodowej. Jej pytanie w ogóle nie zbiło go z tropu.

– Wszyscy nasi klienci w sprawie krayoxxu podpisują coś takiego – skłamał Wally, bo Iris była pierwszą taką klientką. Mieli na widoku jeszcze inne osoby, ale żadna z nich właściwie niczego jeszcze nie podpisała.

Iris przeczytała upoważnienie i złożyła podpis.

Kiedy Wally wepchnął kartkę do kieszeni, powiedział:

– A teraz posłuchaj, Iris. Potrzebna mi twoja pomoc. Chciałbym, żebyś rozejrzała się za ofiarami krayoxxu. Wśród przyjaciół, członków rodziny, sąsiadów, bo każdy mógł doznać uszczerbku na zdrowiu z powodu tego leku. Nasza kancelaria oferuje nagrodę za wskazanie takiej osoby. Pięćset dolarów za przypadek śmierci i dwieście za przypadek utraty zdrowia. W gotówce.

Oczy Iris nagle stały się suche. Zwęziły się, a potem w kącikach jej ust pojawił się niewyraźny uśmiech. Już myślała o innych.

Davidowi udało się profesjonalnie zmarszczyć czoło, gdy zapisywał jakieś brednie w notesie i próbował objąć rozumem wszystko, co właśnie usłyszał. Czy to etyczne? Łapówka w gotówce za więcej spraw?

– Czy wiesz może przypadkiem o kimś innym, kto brał krayoxx i zmarł? – zapytał Wally.

Iris już chciała coś powiedzieć, ale ugryzła się w język. Było jasne, że zna takiego kogoś.

– Pięćset dolców, co? – upewniła się, przenosząc spojrzenie z Wally’ego na Davida i z powrotem.

– Umowa stoi. Kto to?

– Dwie przecznice dalej, jeden facet. Grał z Percym w pokera, wykitował w zeszłym roku pod prysznicem, dwa miesiące po tym, jak umarł mój Percy. Wiem na pewno, że brał krayoxx.

Wally wpatrywał się w nią oszołomiony.

– Jak się nazywał?

– Powiedziałeś, że gotówką, prawda? Pięć stów. Chciałabym je najpierw zobaczyć, panie Figg, zanim powiem, kto był następną ofiarą. Naprawdę potrzebuję pieniędzy.

Wally zaniemówił na chwilę, ale szybko wymyślił przekonujące kłamstwo.

– Cóż, zwykle musimy najpierw podjąć pieniądze z konta, na którym trzymamy fundusze na dany proces, żeby księgowa się nie czepiała, rozumiesz?

Iris skrzyżowała potężne ramiona na piersi, wyprostowała plecy, zmrużyła oczy i powiedziała:

– W porządku. Idź, podejmij pieniądze z konta i mi je przynieś. Wtedy podam ci nazwisko.

Wally sięgnął do portfela.

– Nie jestem pewny, czy mam tyle gotówki przy sobie. Davidzie, ile masz kasy?

David odruchowo wyjął portfel. Iris przyglądała się podejrzliwie, jak dwaj prawnicy szukają pieniędzy. Wally miał trzy banknoty dwudziestodolarowe, jeden pięciodolarowy i patrzył z nadzieją na Davida, który znalazł dwieście dolarów w różnych nominałach. Gdyby nie zatrzymał się w barze Abnera, żeby zapłacić rachunek, do pełnej nagrody dla Iris za wskazanie ofiary leku brakowałoby im tylko piętnastu dolarów.

– Zawsze myślałam, że adwokaci mają mnóstwo pieniędzy – prychnęła Iris.

– Trzymamy je w banku – wyjaśnił Wally, nie chcąc pogodzić się z porażką. – Wygląda na to, że mamy dwieście osiemdziesiąt pięć dolarów. Resztę przywiozę ci jutro.

Iris pokręciła głową.

– Daj spokój, Iris – przekonywał Wally. – Jesteś teraz naszą klientką. Gramy w jednej drużynie. Mówimy tu o ogromnym odszkodowaniu, a ty nie ufasz nam w sprawie dwustu dolarów?

– Zgodzę się na skrypt dłużny – powiedziała.

W tym momencie David wolałby nie ustępować, okazać resztki dumy, zabrać gotówkę ze stołu i wyjść. Ale Davidowi brakowało doświadczenia w takich sprawach, wiedział tylko, że nie powinien się wtrącać. Wally był przecież starym wyjadaczem. Szybko napisał rewers na kartce wyrwanej z notesu, podpisał go i przesunął po stole. Iris przeczytała dokument, nie spodobał jej się, więc oddała go Davidowi.

– Ty też podpisz – rzuciła.

Po raz pierwszy od chwili wielkiej ucieczki David Zinc zwątpił w swoją mądrość życiową. Mniej więcej czterdzieści osiem godzin temu pracował nad skomplikowaną zmianą kwalifikacji prawnej wysoko oprocentowanych obligacji sprzedawanych przez rząd Indii, interes opiewał na mniej więcej piętnaście miliardów dolarów, a teraz, w nowym życiu „ulicznego” adwokata pozwalał się terroryzować dwustukilowej babie, która domagała się jego podpisu na bezwartościowym kawałku papieru.

Zawahał się, wciągnął głęboko powietrze, rzucił Wally’emu bezgranicznie zdumione spojrzenie i napisał swoje nazwisko.

Nieciekawa okolica prezentowała się zdecydowanie gorzej, im bardziej się w nią zagłębiali. „Dwie przecznice dalej”, o których wspomniała Iris, w rzeczywistości okazało się co najmniej pięcioma przecznicami, a w chwili gdy znaleźli dom i przed nim zaparkowali, David poważnie niepokoił się o ich bezpieczeństwo.

Maleńki dom wdowy Cozart przypominał fortecę – nieduży budynek z cegły na wąskiej działce, ogrodzony dwuipółmetrowym płotem z drucianej siatki. Od Iris dowiedzieli się, że Herb Cozart prowadził wojnę z czarnymi nastoletnimi łobuzami włóczącymi się po okolicy. Po całych dniach przesiadywał na werandzie od frontu ze strzelbą w rękach, rzucał gniewne spojrzenia i wyzywał chuliganów, jeśli za bardzo się zbliżyli. Kiedy umarł, ktoś przywiązał balony na całej długości płotu, ktoś inny wrzucił sznur petard na trawnik przed domem i odpalił go w środku nocy. Zgodnie z tym, co mówiła Iris, pani Cozart zamierzała się przeprowadzić.

David zgasił silnik, spojrzał na ulicę i sapnął:

– O rany.

Wally zamarł, popatrzył w tym samym kierunku i stwierdził:

– To może być interesujące.

Pięciu czarnych nastolatków, wszyscy ubrani w odpowiednie raperskie łachy, zauważyło już lśniące audi i przyglądało mu się z odległości niecałych pięćdziesięciu metrów.

– Chyba zostanę w wozie – powiedział David. – Przecież sobie poradzisz.

– Dobry pomysł. Szybko się z tym uwinę. – Wally wyskoczył z teczką z samochodu. Iris uprzedziła telefonicznie o jego wizycie, dlatego pani Cozart stała już na werandzie.

Gang zbliżał się powoli do audi. David zamknął drzwiczki i pomyślał, że fajnie byłoby mieć jakiś pistolet, po prostu dla ochrony. Coś, czym mógłby przekonać chłopaków, żeby poszli bawić się gdzie indziej. Jednak uzbrojony był tylko w telefon komórkowy, więc przytknął go do ucha i udawał, że jest pogrążony w rozmowie, gdy młodzieńcy podchodzili coraz bliżej. Otoczyli samochód, gadając bez przerwy, choć David nie rozumiał z tego ani słowa. Mijały minuty, a on w każdej chwili spodziewał się cegły, która rozbije szybę. Przegrupowali się przed zderzakiem z przodu i oparli od niechcenia o maskę, jakby wóz należał do nich i wykorzystywali go jako miejsce odpoczynku. Kołysali nim delikatnie, uważając, by go nie zarysować i nie uszkodzić. Potem jeden z nich zapalił skręta i puścił go w obieg.

David pomyślał, że mógłby zapuścić silnik i odjechać, ale to przysporzyłoby mu problemów, z których jednym byłoby zostawienie Wally’ego własnemu losowi. Pomyślał o opuszczeniu szyby i wciągnięciu chłopaków w przyjacielską pogawędkę, ale nie wyglądali na nastawionych szczególnie przyjacielsko.

Kątem oka spostrzegł, że drzwi domu pani Cozart otworzyły się i Wally wypadł przez nie jak burza. Sięgnął do teczki, wyjął z niej wielki czarny rewolwer i krzyknął:

– FBI! Won od tego pieprzonego samochodu!

Chłopcy chyba się wystraszyli, bo zamarli, być może bojąc się, że nie będą dość szybcy, dlatego Wally wycelował w niebo i wystrzelił, co zabrzmiało jak salwa z armaty. Cała piątka natychmiast, rozproszyła się i zniknęła.

Wally schował broń do teczki i zatrzasnął drzwi auta.

 

– Spadajmy stąd – rzucił.

David już wciskał pedał gazu.

– Łobuzy – wściekał się Wally.

– Zawsze nosisz przy sobie broń? – zapytał David.

– Mam pozwolenie. Tak, zawsze mam przy sobie broń. W tym interesie może się okazać przydatna.

– Czy większość adwokatów ma broń?

– Nie obchodzi mnie, co robi większość adwokatów, jasne? Moja praca nie polega na ochranianiu większości adwokatów. Dwa razy napadnięto mnie w tym mieście, więc nie chcę, żeby znów mnie to spotkało.

David skręcił i przyśpieszył, gdy mknęli przez osiedle.

Wally ciągnął:

– Ta wariatka chciała pieniędzy. Iris rzecz jasna zadzwoniła do niej i uprzedziła, że przyjedziemy, i oczywiście powiedziała pani Cozart o nagrodzie za wskazanie nazwiska, ale ponieważ ta stara baba jest kompletnie stuknięta, usłyszała tylko o pięciuset dolarach.

– Podpisała plenipotencję?

– Nie. Domagała się gotówki, co było głupotą, bo Iris powinna wiedzieć, że ogołociła nas z pieniędzy.

– Dokąd jedziemy teraz?

– Do kancelarii. Nie powiedziała mi nawet, jak nazywał się jej mąż, więc będziemy musieli trochę poszperać, żeby się tego dowiedzieć. Może byś się tym zajął, gdy dotrzemy do biura?

– Ale on nie jest naszym klientem.

– Nie, on nie żyje. A ponieważ jego żona to wariatka, naprawdę, mówię ci, tej kobiecie pomieszało się w głowie, moglibyśmy załatwić sądowne przydzielenie jej opiekuna, który zgodziłby się na wszczęcie procesu w sprawie jej męża. Jak nie kijem go, to pałką, Davidzie. Nauczysz się.

– Och, już się uczę. Czy strzelanie z broni w granicach miasta nie jest łamaniem prawa?

– Proszę, proszę, więc jednak czegoś cię na tym Harvardzie nauczyli. Tak, to prawda, podobnie jak wpakowanie drugiej osobie kulki w głowę. To się nazywa morderstwo i w Chicago dochodzi do czegoś takiego na pewno raz dziennie. A ponieważ popełnianych jest tak dużo morderstw, policja jest przepracowana i nie ma czasu na zajmowanie się strzałami w powietrze. Chciałbyś na mnie donieść czy coś w tym rodzaju?

– Nie, jestem po prostu ciekawy. Czy Oscar też nosi broń?

– Raczej wątpię, ale trzyma rewolwer w szufladzie biurka. Pewnego razu ktoś bardzo wzburzony, a trzeba ci wiedzieć, że przeprowadzał jego rozwód, napadł na niego w kancelarii. Chodziło o prosty rozwód bez orzekania o winie, żadnych problemów, ale Oscar z jakiegoś powodu przegrał tę sprawę.

– Jak można przegrać sprawę, która spełnia wszystkie wymogi formalne?

– Nie wiem, ale nie pytaj o to Oscara, dobrze? To nadal drażliwy temat. W każdym razie powiedział, że będą musieli wypełnić od nowa wszystkie papiery i przejść przez cały proces jeszcze raz, a wtedy ten ktoś się wściekł i stłukł Oscara na kwaśne jabłko.

– Oscar wygląda na faceta, który nie da sobie w kaszę dmuchać. Klient musiał być niezłym drabem.

– A kto powiedział, że to był mężczyzna?

– Kobieta?

– Aha. Wielka i bardzo rozzłoszczona kobieta, niemniej kobieta. Rzuciła w niego kubkiem z kawą, ceramicznym, nie papierowym, i trafiła go między oczy. Potem złapała jego parasol i zaczęła go okładać. Czternaście szwów. Nazywała się Vallie Pennebaker. Nigdy jej nie zapomnę.

– Kto to przerwał?

– Weszła Rochelle… Oscar przysięga, że się nie śpieszyła… odciągnęła Vallie i ją uspokoiła. Potem wezwała gliniarzy, którzy zabrali Vallie. Postawiono jej zarzut napaści przy użyciu niebezpiecznego narzędzia. Odpowiedziała procesem za niedopełnienie obowiązków i błędy w prowadzeniu sprawy. Zajęło to dwa lata i prawdopodobnie potrzebne było pięć tysięcy dolców, żeby wszystko jakoś załatwić. Więc teraz Oscar trzyma w biurku gnata.

Co powiedzieliby na to u Rogana Rothberga? Prawnicy noszący broń. Prawnicy podający się za agentów FBI i strzelający w powietrze. Prawnicy pobici do krwi przez niezadowolonych klientów.

Niewiele brakowało, a David zapytałby Wally’ego, czyjego też zaatakował jakiś klient, ale ugryzł się w język. Wydawało mu się, że zna odpowiedź.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?