Kancelaria

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 9

Mniej więcej raz w miesiącu, gdy Rochelle Gibson przyjeżdżała do pracy, spodziewając się, że jak zwykle będzie miała godzinę spokoju, zastawała kancelarię otwartą, kawę zaparzoną, nakarmionego psa i Figga miotającego się po biurze, podnieconego nowym pomysłem pozyskiwania klientów w sprawach o odszkodowanie. Bardzo ją to irytowało. Nie dość, że rujnowało jej chwile ciszy przed rozpoczęciem hałaśliwego dnia, to oznaczało jeszcze więcej pracy.

Ledwo przekroczyła próg, Wally przyszpilił ją serdecznym:

– O, pani Gibson, dzień dobry. – Jakby był zaskoczony, że przyszła do pracy w czwartek o siódmej trzydzieści rano.

– Dzień dobry, panie Figg – odpowiedziała ze znacznie mniejszym entuzjazmem. I o mało nie dodała: „A co pana sprowadza tak wcześnie?”, ale w porę ugryzła się w język. Wkrótce i tak się dowie o jego nowym pomyśle.

Usadowiła się przy biurku, z kawą, jogurtem i gazetą, i próbowała go ignorować.

– Wczoraj wieczorem poznałem żonę Davida – powiedział

Wally siedzący przy stole w drugim końcu pokoju. – Bardzo ładna i przyjemna. Od niej wiem, że on nie pije dużo, no, może okazjonalnie daje sobie w dzióbek, i tyle. Moim zdaniem czasami nie wytrzymuje napięcia. Znam to. Zawsze to napięcie.

Kiedy Wally pił, nie potrzebował wymówki. Chlał ostro po ciężkim dniu, a kiedy nie było zbyt dużo pracy, pił wino już do lunchu. Pił, kiedy dopadał go stres, i pił na polu golfowym. Rochelle widziała i słyszała to wszystko już wcześniej. I ona również skrupulatnie liczyła: sześćdziesiąt jeden dni bez alkoholu. To była historia życia Wally’ego – rachowanie postępów. Dni bez picia. Dni, jakie zostały do odzyskania prawa jazdy. Dni do zakończenia aktualnego rozwodu. I, co smutne, dni dzielące go od chwili, gdy uwolni się od organizacji Anonimowych Alkoholików.

– O której go odebrała? – zapytała Rochelle, nie podnosząc wzroku znad gazety.

– Po ósmej. Wyszedł na własnych nogach i nawet spytał, czy może prowadzić. Nie zgodziła się.

– Była zdenerwowana?

– Zachowywała się spokojnie. Przede wszystkim chyba jej ulżyło. Najważniejsze pytanie brzmi jednak, czy on będzie cokolwiek z tego pamiętał? A jeśli tak, to czy nas znajdzie? Czy naprawdę odszedł z dużej kancelarii i zostawił duże pieniądze? Mam wątpliwości.

Rochelle również miała wątpliwości, ale nie chciała o tym rozmawiać. Kancelaria Finleya i Figga nie była miejscem dla typowego gościa z dużej firmy z dyplomem Harvardu i szczerze mówiąc, nie chciała, żeby następny prawnik komplikował jej życie. Już przy tych dwóch miała ręce pełne roboty.

– Jednak mógłby mi się przydać – ciągnął Wally, a Rochelle wiedziała, że jego najnowszy pomysł dojrzał do realizacji. – Słyszała pani o leku, który nazywa się krayoxx, na zbijanie cholesterolu?

– Już mnie pan o to pytał.

– Powoduje ataki serca i udary, a prawda o tym dopiero wychodzi na jaw. Pierwsza fala pozwów trafiła już do sądu, ale zanim się to skończy, w grę mogą wchodzić dziesiątki tysięcy przypadków. Prawnicy od pozwów zbiorowych już się tym zajęli. Rozmawiałem wczoraj z dużą kancelarią z Fort Lauderdale. Założyli sprawę i czekają na więcej ofiar tego lekarstwa.

Rochelle przewróciła stronę gazety, jakby niczego nie słyszała.

– W każdym razie przez następne kilka dni mam zamiar szukać ofiar krayoxxu i na pewno przyda mi się pomoc. Czy pani mnie słucha, pani Gibson?

– Oczywiście.

– Ile nazwisk klientów mamy w bazie danych, zarówno czynnych, jak i przeniesionych do archiwum?

Zjadła łyżkę jogurtu i wyglądała na poirytowaną.

– Mamy około dwustu aktywnych wpisów – odpowiedziała.

Jednak w kancelarii Finleya i Figga to, że akta były uznawane za aktualne, nie musiało oznaczać, że ktoś się nimi zajmował. Częściej niż rzadziej były to po prostu zaniedbane teczki, których nikt nie kwapił się przenieść do archiwum. Wally zwykle zajmował się trzydziestoma sprawami tygodniowo – rozwodami, testamentami, nieruchomościami, uszkodzeniami ciała, prowadzeniem pod wpływem alkoholu, niewielkimi sporami przy umowach cywilnoprawnych – kolejnych mniej więcej pięćdziesięciu skrupulatnie unikał. Oscar, który chętniej brał nowych klientów i był trochę lepiej zorganizowany niż młodszy wspólnik, prowadził około stu spraw. Wliczając w to kilka, które przegrali, gdzieś schowali albo przestali na nie liczyć, suma zawsze była bliska dwóm setkom.

– A zarchiwizowane?

Łyk kawy, kolejne prychnięcie.

– Kiedy sprawdzałam ostatnim razem, komputer pokazał trzy tysiące wpisów od roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego pierwszego. Nie wiem, co jest na górze.

„Góra” była ostatecznym miejscem przeznaczenia wszystkiego – nieaktualnych podręczników prawniczych, przestarzałych komputerów, niepotrzebnego sprzętu biurowego i dziesiątek pudeł z aktami, które Oscar tam wyniósł, zanim jeszcze przyjął Wally’ego na wspólnika.

– Trzy tysiące – powiedział Wally z uśmiechem satysfakcji, jakby tak wielka liczba była dowodem na długą i pełną sukcesów karierę zawodową. – Plan jest taki, pani Gibson. Chciałbym, żeby przepisała pani list, który naszkicowałem, i wydrukowała go na papierze firmowym. Powinien dotrzeć do wszystkich naszych klientów, obecnych i byłych, czynnych i zarchiwizowanych. Do każdego nazwiska z naszej bazy danych.

Rochelle pomyślała o niezadowolonych ludziach, którzy przewinęli się przez kancelarię Finleya i Figga.

O niezapłaconych honorariach, napastliwych listach, groźbach pozwania do sądu za zaniedbania i błędy w prowadzeniu spraw. Założyła nawet teczkę pod tytułem „Groźby”. Przez lata mniej więcej pół tuzina byłych rozczarowanych klientów było na tyle złych, że przelewali swoje uczucia na papier. Kilku straszyło zasadzkami i pobiciem. Jeden wspomniał o karabinie snajperskim.

Dlaczego nie zostawić tych biednych ludzi w spokoju? Wycierpieli wystarczająco dużo, zadając się z ich kancelarią po raz pierwszy.

Nagle Wally zerwał się na równe nogi i podszedł do niej z listem. Nie miała wyboru, musiała go wziąć i przeczytać.

Szanowni Państwo, radzimy strzec się krayoxxu! Udowodniono, że ten lek na obniżenie poziomu cholesterolu, produkowany przez Varrick Laboratories, powoduje ataki serca i udary. Choć jest na rynku od sześciu lat, dopiero teraz badania naukowe wykryły śmiertelnie niebezpieczne efekty uboczne mogące wystąpić po zażyciu tego lekarstwa.

Jeśli biorą Państwo krayoxx, prosimy natychmiast go odstawić.

Kancelaria adwokacka Finleya i Figga zamierza wytoczyć proces producentowi krayoxxu. Wkrótce dołączymy do ogólnokrajowego pozwu zbiorowego w bardzo skomplikowanym procesie, który postawi Varrick przed sądem.

Potrzebne nam Państwa zaangażowanie! Jeśli Państwo lub ktokolwiek Państwu znany miał do czynienia z krayoxxem, być może są Państwo stroną w tej sprawie.

Co ważniejsze, jeżeli znają Państwo przypadek osoby, która brała krayoxx i przeszła atak serca lub udar, prosimy niezwłocznie do nas zadzwonić. Adwokat z firmy Finleya i Figga zjawi się u Państwa w ciągu godziny.

Niech się Państwo nie wahają. Prosimy dzwonić. Przewidujemy ogromne odszkodowania.

Z poważaniem Wallis T. Figg

– Czy Oscar to widział? – zapytała Rochelle.

– Jeszcze nie. Całkiem zręczne, prawda?

– To na poważnie?

– Och, bardzo na poważnie, pani Gibson. To wielka chwila.

– Kolejna kopalnia złota?

– Coś więcej niż kopalnia złota.

– I chce pan wysłać trzy tysiące listów?

– No pewnie. Pani je wydrukuje, ja podpiszę, razem zapakujemy je do kopert i jeszcze dzisiaj nadamy.

– To ponad tysiąc dolarów za same znaczki.

– Pani Gibson, każda sprawa dotycząca krayoxxu przyniesie średnio około dwustu tysięcy dolarów honorarium dla adwokata, i to szacując bardzo skromnie. Można pewnie wyciągnąć i czterysta tysięcy za jedną sprawę. Jeśli znajdziemy dziesięć ofiar tego leku, resztę łatwo policzyć.

Rochelle policzyła i jej niechęć zaczęła powoli słabnąć. Dała się ponieść marzeniom. Pamiętała o wszystkich czasopismach prawniczych i wiadomościach, które trafiały na jej biurko, czytała o tysiącu spraw, w których zapadały bezprecedensowe wyroki, a odszkodowania były ogromne. Adwokaci dostawali milionowe honoraria.

– Na pewno dostanie pani ładną premię.

– W porządku – powiedziała, odkładając gazetę.

***

Wkrótce Oscar i Wally pokłócili się o krayoxx po raz drugi. Kiedy Oscar przyjechał o dziewiątej, od razu zauważył krzątaninę przy biurku recepcji. Rochelle pracowała na komputerze. Drukarka chodziła na wysokich obrotach. Wally podpisywał jakieś pisma. Nawet AC się ożywił i wszystkiemu przyglądał.

– Co się tu dzieje? – zapytał Oscar stanowczym tonem.

– To odgłosy kapitalizmu przy pracy – wesoło odpowiedział Wally.

– A niby co, do cholery, to ma znaczyć?

– Dbamy o prawa poszkodowanych. Służymy naszym klientom. Oczyszczamy rynek z niebezpiecznych produktów. Stawiamy przed obliczem sprawiedliwości szubrawców z dużych korporacji.

– Uganiamy się za karetkami pogotowia – dodała Rochelle.

Oscar wyglądał na zniesmaczonego. Przeszedł do swojego gabinetu i trzasnął drzwiami. Nim zdjął płaszcz i odstawił parasol, Wally sterczał już przy jego biurku, jadł babeczkę i machał jakąś kartką.

– Musisz to przeczytać, Oscarze – powiedział. – To genialne.

Oscar przeczytał, a zmarszczki na jego czole pogłębiały się przy każdym akapicie. Kiedy skończył, prychnął:

 

– Daj spokój, Wally, znowu to samo. Ile takich listów chcesz wysłać?

– Trzy tysiące. Do wszystkich z naszej bazy danych.

– Co? Pomyśl o znaczkach. Pomyśl o zmarnowanym czasie. I tak w kółko. Przez następny miesiąc będziesz biegał i świergotał, że krayoxx to, krayoxx tamto, i stracisz setki godzin, uganiając się za sprawą, która nie jest tego warta, i tak dalej, i tak dalej. Już to przerabialiśmy, Wally, odpuść sobie. Zrób coś produktywnego.

– Na przykład co?

– Na przykład posiedź w jakimś szpitalu na ostrym dyżurze i poczekaj na prawdziwą sprawę. Nie muszę ci mówić, jak się znajduje dobrych klientów.

– Mam dosyć tego gówna, Oscarze. Chcę wreszcie zarobić pieniądze. Zajmijmy się dla odmiany dużym procesem.

– Moja żona bierze ten lek od dwóch lat i jest nim zachwycona.

– Powiedziałeś jej, żeby przestała, bo on zabija ludzi?

– Oczywiście, że nie.

Mówili coraz głośniej, więc Rochelle podeszła i po cichu zamknęła drzwi gabinetu. Wracała do biurka, kiedy nagle otworzyły się frontowe drzwi i stanął w nich David Zinc, rześki i trzeźwy, z szerokim uśmiechem, w idealnym garniturze, kaszmirowym płaszczu, z dwoma bardzo wypchanymi teczkami.

– Proszę, proszę, czy to nie pan Harvard? – powitała go.

– Wróciłem.

– Dziwię się, że w ogóle pan nas znalazł.

– Nie było łatwo. Gdzie jest mój gabinet?

– Chwileczkę, zastanówmy się, dobrze? Chyba nie mamy żadnego wolnego pokoju. Może powinniśmy zapytać o to obu szefów? – Wskazała głową drzwi, za którymi słychać było podniesione głosy.

– A więc tu są?

– Tak, zwykle zaczynają dzień od małej sprzeczki.

– Rozumiem.

– Niech pan posłucha, Harvardzie, jest pan pewny, że wie, co robi? To inny świat. Spada pan bardzo nisko, zostawia wygodne życie w korporacji dla trzeciej ligi. Tu może sobie pan poparzyć palce i na pewno nie zarobi pan dużych pieniędzy.

– Pracę w wielkiej firmie już zaliczyłem, pani Gibson, i prędzej skoczę z mostu, niż tam wrócę. Niech mi pani wskaże trochę miejsca, gdzie będę mógł rozłożyć swoje klamoty, a jakoś się w tym połapię.

Nagle drzwi gabinetu Oscara się otworzyły i obaj wspólnicy zamarli na widok Davida stojącego przed biurkiem Rochelle. Wally uśmiechnął się i powiedział:

– Dzień dobry, Davidzie. Wyglądasz zaskakująco zdrowo.

– Dziękuję. Chciałbym przeprosić za moje wczorajsze zachowanie. – Gdy mówił, skinął głową całej trójce.

– Spotkaliście mnie w chwili, gdy kończyłem pewien smutny epizod, niemniej był to bardzo ważny dzień w moim życiu. Rzuciłem etat w dużej firmie i oto jestem, gotowy do pracy.

– Jaką pracę ma pan na myśli? – zainteresował się Oscar.

David wzruszył lekko ramionami, jakby nie miał pojęcia, o co Oscarowi chodzi.

– Przez ostatnie pięć lat tyrałem w lochu, zajmując się ubezpieczeniami i papierami wartościowymi, z naciskiem na księgi rachunkowe firm, które były drugie albo trzecie w łańcuchu odsprzedaży części zamiennych do samochodów, głównie w ramach zagranicznych wielonarodowych korporacji, które nie chcą płacić podatków. Jeśli nie macie pojęcia, o czym mówię, nie przejmujcie się. Nikt tego nie wie. Oznacza to, że nasza niewielka grupa idiotów, harujących po piętnaście godzin dziennie w pokojach bez okien, odwalała papierkową robotę, i tylko papierkową robotę. Nigdy nie byłem na sali sądowej, szczerze mówiąc, nawet nie widziałem budynku sądu od środka, nigdy nie spotkałem sędziego w todze, nigdy też nie zaproponowałem pomocy osobie, która potrzebowała adwokata z prawdziwego zdarzenia. Odpowiadając na pańskie pytanie, panie Finley, jestem tu, żeby coś robić. Niech mnie pan traktuje jak nowicjusza tuż po studiach prawniczych, który nie potrafi odróżnić jajka od kury. Ale szybko się uczę.

Wynagrodzenie powinno być kolejnym tematem, ale obaj wspólnicy żywili ogromną niechęć do rozmawiania o pieniądzach przy Rochelle. Stała ona bowiem na stanowisku, że ktokolwiek, kto zostanie przyjęty do firmy, prawnik czy nie, powinien zarabiać mniej od niej.

– Mamy trochę miejsca na górze – powiedział Wally.

– Może być na górze.

– To rupieciarnia – ostrzegł Oscar.

– Mnie to nie przeszkadza. – David wziął obie teczki, gotowy natychmiast się wprowadzić.

– Nie byłam tam od lat – wtrąciła Rochelle, przewracając oczami, niezadowolona z powiększenia się kancelarii.

Wąskie drzwi obok kuchni prowadziły do schodów. David ruszył za Wallym, a pochód zamykał Oscar. Wally był bardzo podekscytowany tym, że będzie miał kogoś do pomocy przy sprawie krayoxxu. Oscar myślał tylko o pensji, potrąceniach od podatku, odliczeniach z tytułu walki z bezrobociem i, niech Bóg broni, ubezpieczeniu zdrowotnym. Kancelaria Finleya i Figga oferowała niewiele, jeśli chodzi o indywidualne ubezpieczenie emerytalne, emerytalny plan 401(k), żadnej renty i na pewno żadnego ubezpieczenia zdrowotnego lub dentystycznego. Rochelle biadoliła od lat, że została zmuszona do wykupienia prywatnej polisy, którą musieli zresztą wykupić również obaj wspólnicy. Jeśli jednak David oczekuje ubezpieczenia zdrowotnego, to co wtedy?

Wchodząc po schodach, Oscar czuł na barkach ciężar zwiększenia kosztów. Więcej wydatków na kancelarię oznaczało mniejszą pensję dla niego. Odejście na emeryturę wydało mu się jeszcze bardziej odległą mrzonką.

Rupieciarnia zasługiwała na to określenie: była ciemna, zakurzona, pełna pajęczyn, starych mebli i pudeł z aktami.

– Podoba mi się tutaj – powiedział David, kiedy Wally zapalił światło.

Musi być obłąkany, pomyślał Oscar.

Stało tam tylko biurko i kilka krzeseł. David widział jednak potencjał. I były tam dwa okna. Słoneczne światło stałoby się miłym dodatkiem do jego życia. Kiedy zapadnie zmrok, będzie przecież w domu razem z Helen, zajmując się prokreacją.

Oscar usunął wielką pajęczynę i powiedział:

– Niech pan posłucha, Davidzie, możemy zaproponować panu niewielką pensję, ale swoje honoraria będzie pan musiał wypracowywać sam. To nie będzie łatwe, przynajmniej na początku.

Na początku? Oscar szamotał się od trzydziestu lat, żeby zapracować na liche pieniądze.

– Jakie są warunki? – zapytał David.

Oscar popatrzył na Wally’ego, a Wally przeniósł wzrok na ścianę. Nie zatrudniali nowego pracownika od piętnastu lat ani nawet nie brali pod uwagę takiej możliwości. Pojawienie się Davida było dla nich sporym zaskoczeniem.

Jako starszy wspólnik Oscar czuł się zmuszony do przejęcia inicjatywy.

– Możemy płacić panu tysiąc dolarów miesięcznie i zatrzyma pan połowę wypracowanych honorariów. Po sześciu miesiącach renegocjujemy umowę.

– Na początku będzie ciężko, mamy dużą konkurencję w tej okolicy – dodał Wally.

– Możemy przekazać panu kilka spaw – rzekł Oscar.

– Dostanie pan sprawę pozwu dotyczącego krayoxxu – sprecyzował Wally takim tonem, jakby już wzięli za to ogromne honorarium.

– Pozwu w sprawie czego? – zapytał David.

– Nieważne – mruknął Oscar, marszcząc czoło.

– Posłuchajcie, panowie. – David się uśmiechnął. Był o wiele bardziej wyluzowany niż oni. – Przez ostatnie pięć lat miałem bardzo dobrą pensję. Sporo wydawałem, ale całkiem dużo zostało w banku. Nie martwcie się mną. Zgadzam się na te warunki. – Wyciągnął rękę i wymienił uścisk dłoni najpierw z Oscarem, a potem z Wallym.

Rozdział 10

Przez następną godzinę David zajmował się porządkami. Wytarł kurz z biurka i krzeseł. Znalazł w kuchni stary odkurzacz i odkurzył drewnianą podłogę. Zapełnił śmieciami trzy worki, które wystawił na małą werandę z tyłu domu. Od czasu do czasu przystawał i podziwiał okna i światło słoneczne, czego nie mógł robić u Rogana Rothberga. Bo prawdę mówiąc, w ładny dzień widok na jezioro Michigan zapierał dech w piersi, ale już w pierwszym roku pracy w firmie nauczył się, że czas spędzony na gapieniu się z Trust Tower był czasem, za który nie płacono. Nowo zatrudnieni absolwenci zajmowali boksy podobne do bunkrów, gdzie tkwili godzinami, z upływem dni zapominając o słońcu i marzeniach na jawie. Teraz David nie mógł odejść od okien. Widok, co musiał przyznać, nie przykuwał wzroku. Patrząc w dół, dostrzegał salon masażu, a dalej było skrzyżowanie Preston, Beech i Trzydziestej Ósmej, miejsce, gdzie wziął kawał blachy, żeby przepędzić Gholstona. Za skrzyżowaniem znajdowało się osiedle domów mieszkalnych przerobionych na biura, sklepy i warsztaty.

Nie było za bardzo na co patrzeć, ale Davidowi i tak się podobało. To, co widział, stanowiło dowód na to, że w jego życiu zaszła zmiana, że podjął nowe wyzwanie. Oznaczało wolność.

Wally zaglądał do niego co kilka minut, żeby sprawdzić, jak mu idzie, i wkrótce stało się jasne, że coś zaprząta jego myśli. Wreszcie po godzinie zagaił:

– Słuchaj, Davidzie, za godzinę powinienem być w sądzie. Sprawa rozwodowa. Wątpię, czy kiedykolwiek uczestniczyłeś w czymś takim, więc pomyślałem, że może wezmę cię ze sobą i przedstawię sędziemu.

Sprzątanie stało się monotonnym zajęciem, więc David odpowiedział:

– To chodźmy.

Kiedy wychodzili tylnymi drzwiami, Wally spytał:

– Czy to twój audi SUV?

– Mój.

– Możemy nim pojechać. Poprowadzisz, a ja będę mówił.

– Jasne.

Kiedy wjeżdżali na Preston, Wally zaczął:

– Posłuchaj, Davidzie, muszę ci się przyznać, że rok temu zabrali mi prawko za jazdę po pijanemu. Boże, powiedziałem to. Wierzę w uczciwość.

– W porządku. Ty widziałeś mnie bardzo pijanego.

– W rzeczy samej. Ale wiem od twojej ślicznej żony, że niewiele pijesz. Ja natomiast mam nieciekawe doświadczenia. Jestem trzeźwy od sześćdziesięciu dwóch dni. I każdy dzień to wyzwanie. Zgłosiłem się do Anonimowych Alkoholików i kilka razy byłem na odwyku. Co jeszcze chcesz wiedzieć?

– Nie ja poruszyłem ten temat.

– Oscar każdego wieczoru sporo wypija. Możesz mi wierzyć, że mając taką żonę, bardzo tego potrzebuje, ale ma nad tym kontrolę. Niektórzy ludzie już tacy są, rozumiesz. Mogą poprzestać na dwóch czy trzech, nie pić przez kilka dni, nawet tygodni, i nie mają z tym problemu. Inni nie mogą przestać, dopóki nie padną na twarz, tak jak ty wczoraj.

– Dzięki, Wally. A tak przy okazji, dokąd jedziemy?

– Daley Center w śródmieściu, West Washington numer pięćdziesiąt. Od pewnego czasu jakoś sobie radzę. Rzucałem już cztery czy pięć razy, wiesz?

– Skąd miałbym wiedzieć?

– W każdym razie wystarczy tego chlania.

– Co jest nie tak z żoną Oscara?

Wally gwizdnął i zapatrzył się w boczne okno.

– To twarda sztuka, człowieku. Jedna z tych, które wychowały się w ładniejszej dzielnicy miasta. Jej ojciec ubierał się do pracy w garnitur i krawat, a nie w kombinezon robociarza, więc dorastała w przekonaniu, że jest lepsza od większości ludzi. Okropny babsztyl. Największy błąd popełniła, wychodząc za Oscara, bo wydawało jej się, że on jest adwokatem, rozumiesz? A adwokaci zarabiają mnóstwo kasy, prawda? Niezupełnie. Oscar nigdy nie zarobił tyle, żeby ją usatysfakcjonować, więc ona tłucze go jak worek treningowy, domagając się więcej pieniędzy. Brzydzę się tą babą. Nie spotkasz jej, bo nie chce przychodzić do naszej kancelarii, co z kolei bardzo mi odpowiada.

– Dlaczego się nie rozwiodą?

– Pytam go o to od lat. Ja nie mam żadnych problemów z rozwodami. Przechodziłem przez to już cztery razy.

– Cztery razy?

– Aha, i za każdym razem warto było zadać sobie ten trud. Jak to mówią: rozwód z rozsądku jest taki drogi, bo jest wart tych pieniędzy. – Wally roześmiał się z tego starego jak świat powiedzenia.

– A teraz jesteś żonaty? – zapytał David.

– Nie, znowu szukam – odpowiedział Wally i uśmiechnął się zadowolony z siebie, jakby teraz żadna kobieta nie była bezpieczna. David zaś nie potrafił wyobrazić sobie mniej atrakcyjnego mężczyzny podrywającego kobiety w barach i na imprezach. Tak więc w niecały kwadrans dowiedział się, że Wally jest alkoholikiem, który odstawił picie, miał cztery żony, kilka razy trafił na odwyk i przynajmniej raz zabrano mu prawo jazdy za prowadzenie po pijaku. David postanowił nie zadawać mu więcej pytań.

Jedząc śniadanie z Helen, pobuszował trochę w internecie i dowiedział się, że: 1. Dziesięć lat temu kancelaria Finleya i Figga miała proces wytoczony przez byłą sekretarkę za molestowanie seksualne; 2. Przy jakiejś okazji stanowa izba adwokacka udzieliła Oscarowi nagany za żądanie zbyt dużego wynagrodzenia od klienta za sprawę rozwodową; 3. Przy dwóch wcześniejszych okazjach ta sama stanowa izba adwokacka udzieliła Wally’emu nagany za „rażące nagabywanie” klientów, którzy byli ofiarami wypadków samochodowych, włączając w to paskudną aferę, kiedy Wally ubrany w fartuch lekarski zakradł się do sali szpitalnej do rannej nastolatki, która zmarła cztery godziny później; 4. Co najmniej czterech byłych klientów pozwało kancelarię za niedopełnienie obowiązków i błędy, choć nie było jasne, czy dostali jakieś odszkodowania; i 5. Firmę wymieniono w zgryźliwym artykule napisanym przez jakiegoś profesora od etyki prawa, który brzydził się reklamami adwokatów. I to wszystko tylko podczas śniadania.

 

Helen była zaniepokojona, ale David przyjął twardą, cyniczną postawę i dowodził, że takie budzące wątpliwości zachowania nie są obce rzezimieszkom, za jakich uznawał doskonałych prawników od Rogana Rothberga. Wystarczyło, że wspomniał o sprawie rzeki Strick, żeby przyjęła jego argumenty. Strick w Wisconsin została zatruta przez okrytą złą sławą firmę chemiczną, reprezentowaną przez Rogana Rothberga, i po dekadach brutalnych pozwów i sztuczek prawniczych trucie nadal trwało.

Wally zaczął szukać czegoś w teczce.

David spojrzał na wysokie majestatyczne budynki, stłoczone w śródmieściu Chicago. Trust Tower stała między nimi pośrodku.

– Byłbym tam teraz – powiedział cicho, jakby do siebie. Wally podniósł wzrok, zobaczył wieżowce i zrozumiał, co

David miał na myśli.

– Który to? – zapytał.

– Trust Tower.

– Przez jedno lato pracowałem w Sears Tower jako pomocnik, po drugim roku prawa. U Martina i Wheelera. Wydawało mi się wtedy, że tego właśnie chcę.

– I co się stało?

– Nie zdałem egzaminów adwokackich.

David dodał to do wydłużającej się listy jego wad.

– Nie będziesz za tym tęsknił, prawda? – spytał Wally.

– Nie. Na sam widok oblewa mnie zimny pot. Nie mam ochoty nawet zbliżać się do tego miejsca.

– Skręć w lewo na Washington. Jesteśmy prawie na miejscu. W Richard J. Daley Center przeszli przez bramkę kontroli i wjechali windą na szesnaste piętro. Miejsce aż kipiało od stłoczonych tam adwokatów i uczestników procesów, gliniarzy i urzędników, którzy albo się dokądś śpieszyli, albo stali w grupach, pogrążeni w poważnych rozmowach. Sprawiedliwość kładła się cieniem na wszystkim i wszyscy najwyraźniej się jej obawiali.

David nie miał pojęcia, dokąd idą ani co ma robić, dlatego trzymał się blisko Wally’ego, który najwyraźniej czuł się tu jak u siebie. David niósł teczkę, w której miał tylko notes. Mijali sale sądowe, jedną po drugiej.

– Naprawdę nigdy nie byłeś w sali sądowej? – zapytał Wally, gdy ich buty stukały miarowo na wyślizganej marmurowej posadzce.

– Nie, od czasu skończenia studiów.

– Niewiarygodne. Co w takim razie robiłeś przez ostatnie pięć lat?

– Nie chcesz tego wiedzieć.

– W tym przypadku masz rację. Jesteśmy na miejscu – oznajmił Wally, wskazując ciężkie podwójne drzwi sali sądowej. Tabliczka na nich głosiła: „Sąd Okręgu Cook – Wydział Rozwodów. Sędzia Charles Bradbury”.

– Kim jest Bradbury? – chciał wiedzieć David.

– Zaraz go poznasz.

Wally otworzył drzwi i weszli do środka. W rzędach ławek siedziało tu i tam kilku gapiów. Adwokaci zajęli miejsca z przodu i czekali znudzeni. Ławka dla świadków była pusta, nie prowadzono żadnych przesłuchań. Sędzia Bradbury czytał spokojnie jakiś dokument. David i Wally usiedli w drugim rzędzie. Wally omiótł salę spojrzeniem, spostrzegł swoją klientkę, uśmiechnął się do niej i skinął głową.

– To się nazywa dzień otwarty, w odróżnieniu od dnia procesowego – szepnął do Davida. – Mówiąc ogólnie, można teraz nadać bieg sprawie, zyskać potwierdzenie dokumentów i podobne bzdety. Ta kobieta, o tam, w krótkiej żółtej sukience, to nasza ukochana klientka DeeAnna Nuxhall.

Jest przekonana, że dostanie kolejny rozwód.

– Kolejny? – zapytał David, zerkając na nią. DeeAnna puściła do niego oko. Farbowana blondynka o ogromnym biuście i nogach jak do nieba.

– Jeden już załatwiłem. To będzie mój drugi. Moim zdaniem ma spore szanse.

– Wygląda jak striptizerka.

– Nic mnie już nie zaskoczy.

Sędzia Bradbury podpisał jakieś dokumenty. Adwokaci podeszli do stołu sędziowskiego, pogadali z nim, dostali to, czego chcieli, i wyszli. Minęło piętnaście minut. Wally zaczynał się niepokoić.

– Panie Figg – odezwał się sędzia.

Wally i David przeszli obok barierki, minęli ławki i zbliżyli się do stołu sędziowskiego, który był na tyle niski, że adwokaci mieli oczy niemal na wysokości oczu sędziego. Bradbury odsunął mikrofon, żeby mogli rozmawiać niesłyszani przez innych.

– O co chodzi? – zapytał.

– Mamy nowego współpracownika, Wysoki Sądzie – odpowiedział Wally z dumą. – Przedstawiam: David Zinc.

David wyciągnął rękę i wymienił uścisk dłoni z sędzią.

– Witam na mojej sali sądowej – powiedział sędzia ciepło.

– David pracował do tej pory w dużej kancelarii w śródmieściu. Teraz chce poznać prawdziwe oblicze sprawiedliwości – wyjaśnił Wally.

– Od Figga dużo się pan nie nauczy. – Bradbury zachichotał.

– Skończył prawo na Harvardzie – dodał Wally z jeszcze większą dumą.

– To co w takim razie pan tu robi? – spytał sędzia, nagle śmiertelnie poważny.

– Mam dość dużej kancelarii – odpowiedział David.

Wally podał sędziemu plik papierów.

– Mamy tu niewielki problem, Wysoki Sądzie. Moją klientką jest urocza DeeAnna Nuxhall, czwarty rząd po lewej stronie, żółta sukienka.

Bradbury prawie niezauważalnie spojrzał w tamtą stronę ponad okularami i stwierdził:

– Wygląda znajomo.

– Nic dziwnego, była tu mniej więcej rok temu, drugi albo trzeci rozwód.

– Chyba nawet w tej samej sukience.

– Tak, mnie też się tak wydaje. Ta sama sukienka, ale cycki ma nowe.

– Dobrałeś się do nich?

– Jeszcze nie.

Davidowi zrobiło się słabo. Sędzia i adwokat rozmawiali na sali sądowej o seksie z klientką i nie było ważne, że nikt ich nie słyszał.

– Na czym polega problem? – zapytał Bradbury.

– Nie dostałem honorarium. Jest mi winna trzysta dolców i nie mogę ich z niej wycisnąć.

– A na które części naciskałeś?

– Ha, ha! Nie chce zapłacić, Wysoki Sądzie.

– Muszę się jej bliżej przyjrzeć.

Wally odwrócił się i gestem zachęcił panią Nuxhall, żeby podeszła do stołu sędziowskiego. Kobieta wstała i przecisnęła się między ławkami. Prawnicy milczeli. Dwóch komorników się obudziło. Inni mężczyźni gapili się na nią. Kiedy szła, sukienka wydawała się jeszcze krótsza. Kobieta miała na nogach buty na koturnach, które wywołałyby rumieniec nawet u prostytutki. David odsunął się na tyle, na ile było to możliwe, kiedy dołączyła do nich przy stole sędziowskim.

Bradbury udawał, że jej nie widzi, bardzo zajęty zawartością akt sądowych.

– To rozwód bez orzekania o winie, czy tak, panie Figg? – zapytał wreszcie.

– Tak, Wysoki Sądzie – rzekł Wally tonem zawodowca.

– Wszystko jest w porządku?

– Tak, poza drobiazgiem w postaci mojego honorarium.

– Właśnie to zauważyłem. – Bradbury ściągnął brwi. – Wygląda na to, że powinna być jeszcze dopłata wysokości trzystu dolarów, nie mylę się?

– Właśnie tak, Wysoki Sądzie.

Bradbury spojrzał na kobietę ponad okularami do czytania. Najpierw przyjrzał się jej piersiom, a potem popatrzył w oczy.

– Czy jest pani przygotowana do zapłacenia tego honorarium, pani Nuxhall?

– Tak, Wysoki Sądzie – odpowiedziała piskliwym głosem. – Ale będę musiała z tym zaczekać do przyszłego tygodnia. Niech Wysoki Sąd zrozumie, w tę sobotę wychodzę za mąż, no i po prostu w tej chwili nie mam tyle kasy.

Wędrując wzrokiem od jej piersi do oczu i z powrotem, sędzia powiedział:

– Z mojego doświadczenia, pani Nuxhall, wynika, że gdy jest już po rozwodzie, honorarium nigdy nie jest płacone. Muszę dbać o to, żeby prawnikom nie działa się krzywda, żeby im płacono, zanim podpiszę ostateczny wyrok. Ile w sumie wynosi to honorarium, panie Figg?

– Sześćset dolarów. Zapłaciła połowę.

– Sześćset dolarów? – Bradbury udał niedowierzanie. – To niezbyt wysoka opłata, pani Nuxhall. Dlaczego nie zapłaciła pani adwokatowi?

W oczach kobiety błysnęły łzy.