Saga rodu Forsytów. Tom 1

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

V I D E O G R A F

Tytuł oryginału

The Forsyte Saga

Projekt okładki

Marek J. Piwko

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Laura Ryndak

Fotografia autora na stronie 2

pochodzi ze zbiorów Wikimedia Commons

© ilustracja na okładce Kevin Eaves

Wydanie IX, Chorzów 2014

Edycja I

Niniejsze wydanie oparte jest na edycji Państwowego Instytutu Wydawniczego z 1962 r.

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

© Copyright by Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2014

ISBN 978-83-7835-248-8



Żonie mojej poświęcam całość „Sagi rodu Forsyte’ów”, uważając to ze wszystkich dzieł moich za najmniej niegodne, bowiem gdyby nie żony mojej zrozumienie, zachęta i krytyka, nie byłbym nigdy został takim nawet pisarzem, jakim jestem.

PRZEDMOWA

Tytuł ogólny Saga rodu Forsyte’ów przeznaczony był pierwotnie dla części noszącej obecnie tytuł Posiadacz; decyzję nazwania tym mianem zbiorowej kroniki rodu Forsyte’ówwywołał forsytowski upór, tkwiący w każdym z nas. Przeciw nazwie „saga” mogłoby przemawiać łączenie z tym pojęciem pierwiastka bohaterskiego, gdyż na kartkach niniejszych niewiele znaleźć można bohaterstwa. Wyraź ten wszakże użyty jest z rozmyślną ironią; poza tym w długiej tej opowieści, mimo że mamy w niej do czynienia z osobistościami w tużurkach i sukniach z falbanami oraz z okresem złoceń, nie brak prawdziwego żaru konfliktów. Niezależnie od gigantyczności postaci i krwiożerczości dawnych czasów, które takimi właśnie przekazały nam czarodziejskie baśnie i legendy, bohaterowie dawnych sag byli z pewnością Forsyte’ami w swoim instynkcie posiadania, i to równie mało odpornymi na wrogie działanie piękna i miłości, jak Swithin, Soames, a nawet młody Jolyon. Jeżeli też heroiczne postacie w legendarnych czasach zdają się wyrastać ponad ramy swojego otoczenia w sposób, jaki nie przystoi Forsyte’owi z ery wiktoriańskiej, przyjąć możemy za pewnik, że instynkt rodowy był nawet wówczas czynnikiem dominującym i że „rodzina”, poczucie ogniska domowego i własności tak samo wówczas jak dziś odgrywały doniosłą rolę, pomimo czynionych ostatnio wysiłków „wyperswadowania” tych uczuć.

Tyle osób pisało i dowodziło, jakoby ich rodziny były pierwowzorami Forsyte’ów, że można by nieomal uwierzyć w typowość tego gatunku ludzi. Obyczaje zmieniają się, przemijają mody i „dom Tymoteusza przy Bayswater Road” staje się gniazdem nieprawdopodobieństw we wszystkim z wyjątkiem jego cech zasadniczych; nie spotkamy się już z podobnym domem, może również z nikim takim, jak James czy stary Jolyon. A jednak cyfry podawane przez Towarzystwo Ubezpieczeń, a także wyroki sędziów przekonują nas codziennie, że nasz raj ziemski, do którego wkradają się dzicy najeźdźcy: Piękno i Miłość, grabiący nas w naszych oczach z poczucia bezpieczeństwa, kryje w sobie jeszcze bogate skarby. Jak pies niezawodnie odpowie szczekaniem na brzęk łańcucha, tak samo opornie przeciwstawi się istota Soamesa, tkwiąca w naszej naturze ludzkiej, sile rozkładowej czyhającej dokoła granic jej posiadania.

„Niech umarła przeszłość grzebie swych umarłych” — byłoby trafniejszym powiedzeniem, gdyby przeszłość mogła kiedykolwiek umierać. Nieprzemijające trwanie przeszłości jest jednym z owych tragikomicznych błogosławieństw, którym przeczy każde nowe stulecie, występujące z zuchwałą pewnością siebie na widownię dziejów, aby dać wyraz swemu żądaniu czegoś zupełnie nowego.

Żaden jednak wiek nie jest całkowicie nowy. Natura ludzka pod postacią zmiennych uroszczeń i strojów ma i zawsze będzie miała w sobie bardzo wiele z Forsyte’a; mogłaby jednak ostatecznie być dużo gorszym tworem.

Patrząc wstecz na stulecie wiktoriańskie, którego rozkwit, zmierzch i upadek odzwierciedlony jest w pewnej mierze w Sadze rodu Forsyte’ów, widzimy, że wpadliśmy tylko z deszczu pod rynnę. Trudno byłoby uzasadnić twierdzenie, jakoby stan rzeczy w Anglii miał być lepszy w roku 1913 aniżeli w 1886, gdy wszyscy Forsyte’owie zebrali się u starego Jolyona na uroczystości zaręczyn June z Filipem Bosinneyem. A w roku 1920, kiedy rodzina zgromadziła się ponownie, aby pobłogosławić zaślubinom Fleur z Michałem Montem, Anglia jest na pewno tak samo nad miarę spróchniała i zbankrutowana, jak była nadmiernie zaskorupiała i dająca zbyt niskie odsetki w osiemdziesiątych latach ubiegłego stulecia. Gdyby kronika niniejsza miała charakter naukowego studium historii postępu, należałoby zapewne położyć nacisk na takie czynniki, jak wynalezienie roweru, samochodu i samolotu, powstanie taniej prasy codziennej, zanik życia wiejskiego i rozrost miast czy narodziny kinematografu. Ludzie są w istocie zupełnie niezdolni do panowania nad własnymi wynalazkami; w najlepszym razie wyrabiają w sobie zdolność przystosowywania się do nowych, wytworzonych przez te wynalazki warunków.

Długa ta opowieść nie jest jednak naukowym studium pewnej epoki; cel jej — to raczej unaocznienie zamętu, jaki w życiu ludzi sieje Piękno.

Postać Ireny, ukazywana zawsze — jak to zapewne zdołał czytelnik dostrzec — poprzez doznania innych postaci, jest wcieleniem zaborczego Piękna, wnoszącego niepokój w świat posiadaczy.

Zauważono, że czytelnicy brnący przez słone wody Sagi stają się coraz bardziej skłonni litować się nad Soamesem, przy czym wyobrażają sobie, że czyniąc tak, buntują się przeciw wrażeniu, jakie chciał wywołać autor. Nic podobnego! On również lituje się nad Soamesem, którego tragedia życiowa jest najzwyklejszą, niezależną od jego woli tragedią człowieka niezdolnego wzbudzić miłość, zarazem jednak nie dość gruboskórnego, aby miał nie zdawać sobie dokładnie sprawy z tego faktu. Nawet Fleur nie kocha Soamesa tak, jak czuje on, że powinien być kochany. Litując się jednak nad Soamesem czytelnicy są może skłonni ustosunkować się wrogo do Ireny. Uważają oni, że Soames nie jest ostatecznie złym człowiekiem, że niczemu nie zawinił, że Irena powinna była mu wybaczyć, i tak dalej. Zajmując takie stanowisko tracą z oczu prostą, leżącą u podstawy całej powieści prawdę, że tam, gdzie jedno z dwojga partnerów jest najzupełniej pozbawione siły przyciągania płciowego, żadna litość, żaden głos rozsądku, żadne poczucie obowiązku nie zdoła przezwyciężyć wstrętu płynącego z samej natury. Czy tak być powinno, nie wchodzi tutaj wcale w rachubę, ponieważ w rzeczywistości nigdy nie wchodzi. I tam, gdzie Irena wydaje się twarda i okrutna — jak w Lasku Bulońskim czy w Galerii Goupenor — jest ona tylko rozumnie trzeźwa, gdyż wie dobrze, że najdrobniejsze z jej strony ustępstwo będzie ową szczeliną, przez którą wtargnie nieznośny w swej ohydzie strumień.

Krytykując ostatnią fazę Sagi, można by mieć żal o to, że Jolyon i Irena, buntujący się przeciw wszelkiemu posiadaniu, domagają się jednak duchowych praw własności do syna swojego, Jona. Byłoby to jednak już naprawdę przesadne krytykowanie opowiedzianej historii. Żaden ojciec i żadna matka nie mogliby pozwolić chłopcu poślubić Fleur bez zapoznania go z faktami, i fakty też, a nie perswazje rodziców, wpływają na decyzję Jona. Co więcej, Jolyon perswaduje nie przez wzgląd na siebie, ale na Irenę, która swoją znów perswazję streszcza w powtórzonym parokrotnie zdaniu: „Nie myśl o mnie, myśl o sobie.” To, że Jon znając fakty uwzględnia uczucia matki, nie może uchodzić za uzasadniony dowód, jakoby, koniec końców, miała ona być Forsytką.

Jakkolwiek oddziaływanie Piękna i żądzy swobody na świat posiadaczy jest głównym tematem Sagi rodu Forsyte’ów, nie może to jej zwolnić od ciążącego na niej zadania: trwałego zabalsamowania wyższych sfer stanu średniego. Tak jak starożytni Egipcjanie kładli obok mumii przedmioty potrzebne im w przyszłym życiu, usiłowałem i ja umieścić obok postaci ciotki Anny, Juli i Estery, Tymoteusza, Swithina, starego Jolyona, Jamesa i ich synów to, co im zapewnić może odrobinę życia na przyszłość: odrobinę balsamu, który dopomoże im do trwałego utrzymania się w gorączkowo zapędzonym królestwie rozkładowego czynnika — „Postępu”.

Jeśli warstwa zamożnego mieszczaństwa wraz z innymi klasami społecznymi skazana jest na rozpad, macie ją przechowaną jak pod szkłem na tych stronicach, aby mogli oglądać ją wszyscy wałęsający się po rozległym bezdrożu muzeum Literatury. Spoczywa ona tutaj, zakonserwowana we własnym osoczu: poczuciu własności.

1922

John Galsworthy

Tytuł oryginału

The Man of Property

Tłumaczyła

R. Cetnerszwerowa

Przekład przejrzany i poprawiony

CZĘŚĆ PIERWSZA
I. Przyjęcie u starego Jolyona

Uprzywilejowani, którzy dostąpili zaszczytu uczestniczenia w rodzinnej uroczystości Forsyte’ów, mieli okazję oglądać czarujący i pouczający widok rodziny należącej do zamożnego mieszczaństwa, w pełni upierzenia. Ktokolwiek jednak z tych uprzywilejowanych posiadał dar analizy psychologicznej (talent pozbawiony wartości pieniężnej, tym samym obcy Forsyte’om), był świadkiem widowiska nie tylko cudownego samo przez się, ale rzucającego światło na jeden z zawiłych problemów natury ludzkiej. Mówiąc po prostu, to zgromadzenie rodziny, której ani jedna gałąź nie lubiła innej, wśród której nie było trzech członków złączonych uczuciem godnym miana sympatii, mogło służyć za dowód owej niepojętej, istotnej spoistości, czyniącej rodzinę tak potężną jednostką społeczną, tak wyraźnym odtworzeniem społeczeństwa w miniaturze. Przed świadkiem tym odsłaniała się wizja mrocznych dróg rozwoju form społecznych, umożliwiająca mu zrozumienie życia patriarchalnego, wędrówek dzikich hord, powstawania i upadku narodów. Znajdował się on w sytuacji człowieka, który mając sposobność obserwowania rozwoju drzewa od momentu zasadzenia (wymownego przykładu krzepkiego wrastania, utrwalania się i pomyślnego bytowania wpośród śmierci setek innych roślin, nie tak trwale zakorzenionych, mniej chłonnych i odpornych) — mógłby zarazem oglądać je okryte gęstym, pięknym ulistnieniem, w jego nieomal odrażającej bujności, u szczytów rozkwitu.

 

Dnia 15 czerwca 1886 roku, około czwartej po południu, osoba, która by miała szczęście znaleźć się w siedzibie starego Jolyona Forsyte’a na Stanhope Gate, zyskałaby możność obserwowania rodu Forsyte’ów w największym rozkwicie.

Przyjęcie było wydane dla uczczenia zaręczyn panny June Forsyte, wnuczki starego Jolyona, z panem Filipem Bosinneyem. W olśniewającej świetności jasnych rękawiczek, barwnych kamizelek męskich, piór i sukien damskich zgromadziła się cała rodzina — zjawiła się nawet ciotka Anna, rzadko już teraz opuszczająca zaciszny kącik w zielonym salonie brata jej, Tymoteusza, gdzie, pod osłoną pióropusza zeschłych traw w jasnobłękitnym wazonie, siadywała całymi dniami z książką albo ręczną robótką, w otoczeniu wizerunków trzech pokoleń Forsyte’ów. Tak, pojawiła się nawet ciotka Anna. Jej sztywno wyprostowana postać i wyraz godności na zastygłej w spokoju starczej twarzy wyrażały bezwzględne podporządkowanie się idei rodziny.

Ilekroć zaręczał się, wstępował w związki małżeńskie albo rodził ktokolwiek z Forsyte’ów — stawiali się zawsze wszyscy Forsyte’owie. Ilekroć umierał ktoś z Forsyte’ów… ale dotychczas nie umarł jeszcze żaden z Forsyte’ów. Forsyte’owie nie umierali; śmierć była niezgodna z ich zasadami, bronili się też przed nią, przedsiębiorąc instynktownie środki ostrożności, naturalne u ludzi posiadających wielką siłę żywotną i nie znoszących zamachu na swoją własność.

Forsyte’owie, zmieszani tego dnia z tłumem innych gości, wyróżniali się sztywniejszą jeszcze niż zazwyczaj wyniosłością, czujną, badawczą pewnością siebie i uroczystym dostojeństwem, jak gdyby zwarli się w szyku obronnym. Grymas nieufności, cechujący twarz Soamesa Forsyte’a, znalazł dzisiaj odbicie na obliczach wszystkich Forsyte’ów. Wszyscy mieli się na baczności.

Podświadoma wzgardliwość ich zachowania uczyniła z przyjęcia u starego Jolyona moment psychologiczny historii rodu, stała się zaczątkiem jej dramatu.

Forsyte’owie byli czymś dotknięci; nie każdy z nich poszczególnie, ale jako rodzina. Uraza ta uzewnętrzniała się w doskonalszym jeszcze niż zwykle nieposzlakowaniu stroju, spotęgowanej wylewności uczuć rodzinnych, wyolbrzymieniu znaczenia rodu i… podejrzliwym grymasie. Forsyte’owie wietrzyli to, co nieuchronnie wydobywa na jaw zasadnicze rysy każdej społeczności, grupy czy osobnika — wietrzyli niebezpieczeństwo. Przeczucie zaś niebezpieczeństwa przydawało blasku ich zbroi. Po raz pierwszy jako rodzina zdawali się mieć świadomość zetknięcia się z czymś obcym i groźnym.

Oparty o fortepian mężczyzna okazałej postawy opancerzył potężną pierś dwiema kamizelkami z wetkniętą w nie rubinową szpilką zamiast, jak przy pospolitych okazjach, jedną, atłasową, z szpilą diamentową. Wyłaniająca się sponad tych jedwabistych przepychów gładko wygolona, kwadratowa starcza twarz o żółtawym zabarwieniu skóry i bladych oczach miała szczególnie uroczysty wyraz. Był to Swithin Forsyte. Tuż przy oknie, gdzie było najwięcej świeżego powietrza, bliźniak jego, James (stary Jolyon nazywał braci: gruby i chudy), mierzący, jak okazały Swithin, z górą sześć stóp wzrostu, ale bardzo szczupły, jak gdyby od urodzenia już przeznaczyła go natura do zrównoważenia szali i utrzymania przeciętnej, siedział, w swojej zwykłej pozie, trochę pochylony. Jego szare oczy miały wyraz skupienia, jakby pochłaniała go jakaś tajona troska, i z rzadka tylko ogarniały nagłym, badawczym błyskiem całe otoczenie. Dwie równoległe, podłużne bruzdy żłobiły jego policzki czyniąc je jeszcze chudszymi; długą, starannie ogoloną górną wargę okalały bokobrody. W palcach obracał na wszystkie strony porcelanową filiżankę. W pobliżu, słuchając, co mówi ubrana na brązowo dama, siedział jego jedyny syn, Soames, blady, ciemnowłosy, trochę już łysiejący i równie starannie ogolony jak ojciec; podciągał on brodę i marszczył nos w owym wspomnianym już grymasie pogardliwej nieufności, jak gdyby ujemnie oceniając jajko, o którym z góry wiedział, że nie będzie go mógł spożyć. Siedzący za nim jego stryjeczny brat, wysoki Jerzy, syn piątego Forsyte’a, Rogera, miał złośliwy wyraz na mięsistej twarzy, jak gdyby obmyślał jeden ze swych zwykłych sardonicznych dowcipów.

Wszystkich ogarnął niezwykły nastrój związany z wydarzeniem dnia.

Rządkiem, jedna tuż przy drugiej, zasiadły trzy panie: ciotki Anna, Estera — obie stare panny — i Jula (zdrobnienie od Julii), która we wczesnej młodości zapomniała się do tego stopnia, że poślubiła Septymusa Smalla, człowieka nader wątłej konstytucji. Przeżyła go też o wiele lat. Wraz z młodszą i starszą siostrą mieszkała teraz na Bayswater Road, w domu szóstego i najmłodszego ich brata, Tymoteusza. Każda z tych pań trzymała wachlarz w ręce i każda barwnym jakimś szczegółem stroju, odświętnym piórem czy broszą podkreślała uroczysty charakter zebrania.

W środku pokoju, pod świecznikiem, jak przystoi gospodarzowi domu, stał sam stary Jolyon, głowa rodu Forsyte’ów. Osiemdziesięcioletni starzec dzięki pięknej siwej głowie, wypukłemu, sklepionemu czołu, małym ciemnoszarym oczom i ogromnym, siwym, rozłożyście opadającym poniżej silnie zarysowanej szczęki wąsom miał wygląd patriarchalny. Pomimo wychudłej twarzy i zapadłych skroni zdawał się zachowywać wciąż jeszcze niespożyte siły młodości. Trzymał się nadzwyczaj prosto, a jego bystre i stanowcze oczy nie utraciły nic z dawnego blasku. Tym wytłumaczyć się dawała niechęć i nieufność w stosunku do niego ludzi niższych, których przygniatał swą wyższością. Rządząc się w ciągu nieskończonego szeregu lat własną wolą, zdobył sobie do niej usankcjonowane przez czas prawo. Nigdy też nie przyszłoby staremu Jolyonowi na myśl, że należy przybrać nieufny czy wyzywający wyraz twarzy.

Pomiędzy nim a czterema obecnymi dziś jego braćmi: Jamesem, Swithinem, Mikołajem i Rogerem, było wiele podobieństw i wiele też różnic. Każdy z braci znacznie różnił się od pozostałych, a jednak wszyscy wzajem byli do siebie podobni.

Tym pięciu twarzom mimo odmiennych rysów i odrębności wyrazu wspólna była cecha stanowczości, ujawniona w energicznym zarysie brody; niezależnie od powierzchownych różnic stanowiła ona wspólny podkład i nadawała charakterystyczne piętno rasowe, sięgające zbyt zamierzchłej przeszłości, aby można było prześledzić jego powstanie, zbyt odległe i utrwalone, aby podlegać mogło dyskusji — istny stempel urzędowy, a zarazem najpewniejsza gwarancja pomyślności rodu.

To samo piętno, może nieco mniej wyraziste, ale niezaprzeczalne, znak czegoś nie dającego się wykorzenić z duszy rodu, cechowało młodsze pokolenie, zarówno w osobie bladego i ruchliwego Archibalda, wysokiego o byczym karku Jerzego, jak młodego Mikołaja z jego łagodnym, próbującym swych sił uporem, i wreszcie pełnego powagi i zarozumiałego ograniczenia Eustachego.

W ciągu opisywanego popołudnia wszystkie te twarze, tak różne i zarazem tak podobne, niejednokrotnie przybierały wyraz nieufności, kierującej się niewątpliwie ku osobnikowi, którego poznanie było właściwym celem ich zgromadzenia się tutaj.

Wiadomo było, że Filip Bosinney jest młodym człowiekiem bez majątku, ale dziewczęta z rodu Forsyte’ów zaręczały się już dawniej z niezamożnymi chłopcami i wychodziły za nich za mąż. A więc nie ten fakt wzbudzał wątpliwości w umysłach członków rodziny. Bodaj że sami nie umieliby wyjaśnić powodu nieufności, kryjącego się we mgle ploteczek rodzinnych. Jeden tylko szczegół nie ulegał wątpliwości — fakt, iż młodzieniec złożył ceremonialną wizytę ciotkom: Annie, Juli i Esterze, w miękkim szarym kapeluszu — w miękkim szarym kapeluszu, nie nowym w dodatku — w zakurzonym nakryciu głowy ze zmiętym rondem.

„Jakie to dziwne, moja droga, jakie niezwykłe!”

Ciotka Estera przechodząc przez mały, ciemny przedpokój (miała nieco krótki wzrok) chciała spędzić z krzesła nieszczęśliwy kapelusz wołając „a psik!” — wzięła go bowiem za obcego, podejrzanego prowadzenia kota, a Tommy miewał takich nie przynoszących mu zaszczytu przyjaciół. Zaniepokoiła się widząc, że mniemany kot nie rusza się z miejsca.

Jak artysta doszukuje się zwykle znamiennego drobnego szczegółu, będącego niejako symbolem zasadniczego charakteru danej sceny, miejsca czy osoby, tak samo ci bezwiedni artyści — Forsyte’owie — intuicyjnie uczepili się owego kapelusza. Był on dla nich znamiennym drobiazgiem, szczegółem streszczającym w sobie istotę całej sprawy; każdy z nich bowiem zadawał sam sobie pytanie: „Czy ja złożyłbym tego rodzaju wizytę w takim kapeluszu?” I każdy odpowiadał na to pytanie przecząco, a niektórzy, obdarzeni bujniejszą wyobraźnią, dodawali: „Nie, nigdy nic podobnego nie przyszłoby mi do głowy.”

Jerzy usłyszawszy tę historię wyszczerzył zęby w uśmiechu. Kapelusz najwidoczniej włożony był umyślnie, dla żartu. On sam znał się najlepiej na podobnych kawałach.

— Co za impertynencja! — orzekł. — Dziki pirat!

I to słówko „pirat” przechodzić zaczęło z ust do ust, aż stało się ulubionym sposobem określania Bosinneya.

Ciotki robiły June wyrzuty z powodu kapelusza.

— Nie powinnaś mu była pozwolić, moja droga! — zadecydowały.

June odpowiedziała po swojemu ostro i hardo — była istnym wcieleniem samowoli.

— O, a cóż to szkodzi? Fil nie wie nigdy, co ma na sobie.

Tak zuchwałej odpowiedzi nikt nie mógł dać wiary. Człowiek, który nie wie, co ma na sobie! Nie, nie, to niemożliwe.

Kim właściwie jest ten młodzieniec, któremu tak świetnie udało się zaręczyć z June, uznaną dziedziczką starego Jolyona? Wiedziano, że jest z zawodu architektem; nie stanowi to jednak samo przez się wystarczającej racji do noszenia podobnego kapelusza. Wśród Forsyte’ów nie było wprawdzie ani jednego architekta, lecz jeden z nich znał osobiście dwóch architektów, którzy nigdy nie poważyliby się złożyć w takim kapeluszu oficjalnej wizyty podczas londyńskiego sezonu. Jest w tym coś niebezpiecznego, tak, niebezpiecznego!

June oczywiście tego nie uznawała, ale June, pomimo nie ukończonych jeszcze dziewiętnastu lat, była taka pewna siebie. Czyż nie oświadczyła w rozmowie z panią Soamesową, zawsze tak pięknie się ubierającą, że pióra są pospolite. I pani Soamesowa przestała nosić pióra. Tak, kochana June jest okropnie stanowcza w wyrażaniu swoich opinii!

Cała ta podejrzliwość, krytycyzm i nawet zdecydowana nieufność nie przeszkodziły jednak Forsyte’om zgromadzić się w domu starego Jolyona na jego zaproszenie. Przyjęcie na Stanhope Gate to wielka rzadkość; w istocie nie urządzano tu zebrań towarzyskich już od dwunastu lat, od dnia śmierci starej pani Jolyonowej.

Nigdy jeszcze nie stawiła się rodzina tak w komplecie jak tym razem, bowiem, zespoleni tajemniczymi węzłami jedności pomimo wszystkich dzielących ich różnic, uzbroili się przeciw zagrażającemu im wszystkim niebezpieczeństwu. Jak stado bydła zbijające się na widok psa, łeb przy łbie i bok przy boku, w jedną zwartą gromadę, stanęli murem, gotowi runąć na intruza i zatratować go na śmierć. Zjawili się też niewątpliwie, aby wymiarkować, jaki dać im wypadnie prezent ślubny. Jakkolwiek kwestia podarunków ślubnych ustalana bywała zazwyczaj w ten sposób, że jeden pytał drugiego: „Co właściwie ty dajesz? Mikołaj daje łyżki…” — sprawa ta jednak w dużym stopniu zależała od osoby narzeczonego; jeżeli był wytworny, elegancki i wyglądał na zamożnego, bardziej było wskazane ofiarowywanie ładnych rzeczy, gdyż liczył na takie. W końcu każdy dawał podarek najwłaściwszy i najodpowiedniejszy dzięki szczegółowemu uzgodnieniu tej sprawy w taki sam sposób, jak uzgadniane bywają ceny na giełdzie: na specjalnym posiedzeniu rodzinnym w wygodnym, należącym do Tymoteusza domu z czerwonych cegieł w Bayswater, wychodzącym na Park1 i zamieszkałym przez ciotki: Annę, Julę i Esterę.

 

Niepokój rodziny Forsyte’ów usprawiedliwiała sama już wzmianka o kapeluszu. Niemożliwe i niesłuszne byłoby, aby jakakolwiek rodzina licząca się z zewnętrznymi formami — a to cechować wszak winno każdą rodzinę należącą do zamożnego mieszczaństwa — nie czuła się w tym wypadku zaniepokojona.

Sprawca tego zaniepokojenia stał w drzwiach sąsiedniego pokoju rozmawiając z June. Jego kędzierzawa czupryna była zwichrzona, jak gdyby świadcząc, że to, co się dzieje dokoła, uważa on za niezwykłe. Sprawiał też wrażenie człowieka podkpiwającego w duszy z wszystkich i z wszystkiego.

Jerzy zwrócił się półgłosem do brata swego, Eustachego:

— Wygląda, jak gdyby chciał nas połknąć, bezczelny Pirat!

„Ten bardzo dziwnie wyglądający człowiek”, jak wyraziła się o nim później pani Small, był średniego wzrostu i krzepkiej budowy, miał bladą, smagłą cerę, płowy wąs, mocno wystające kości policzkowe i wpadnięte policzki. Czoło, ścięte ku tyłowi i kopulasto uwypuklone ponad oczami, przypominało nieco czoła oglądane w lwiej klatce w Ogrodzie Zoologicznym. Oczy miał złotawe, barwy kseresu, chwilami krępująco roztargnione. Stangret starego Jolyona, który odwoził June i Bosinneya do teatru, podzielił się swoim wrażeniem z lokajem:

— Licho go tam wie, co za jeden. Coś jak na wpół oswojony lampart.

Coraz to inny z Forsyte’ów zbliżał się, aby rzucić na niego okiem.

June stanęła przed nim osłaniając go przed tą natrętną ciekawością. Maleńka, drobna figurka, „cała złożona z włosów i ducha”, jak się ktoś kiedyś o niej wyraził, miała błękitne, śmiałe oczy, mocno zarysowaną brodę i kwitnącą cerę. Twarz jej i cała postać wydawały się zbyt drobne, by dźwigać wieńczącą je koronę miedzianozłotych włosów.

Przed młodą parą, przyglądając się jej z nieco chmurnym uśmiechem, stała wysoka, pięknie zbudowana kobieta, którą jeden z członków rodziny porównał niegdyś do pogańskiej bogini.

Dłonie jej, obciągnięte perłowym zamszem rękawiczek, skrzyżowane były jedna na drugiej; poważną, uroczą twarz skłoniła, nieco na bok, przykuwając spojrzenia wszystkich mężczyzn. Postać kołysała się delikatnie, jak gdyby poruszały nią najlżejsze prądy powietrza. Cera, choć bladawa, miała jednak ciepły ton; wielkie, ciemne oczy spoglądały z wyrazem pełnym słodyczy. Przede wszystkim jednak spojrzenia męskie lgnęły do jej warg — zadających pytania czy odpowiadających na nie z tym samym chmurnym uśmiechem. Były to wargi zmysłowe i zarazem słodkie, zdające się tchnąć ciepłem i aromatem jak wonny kwiat.

Obserwowana przez nią para narzeczonych nie wiedziała, że jest przedmiotem zaciekawienia bogini. Bosinney zauważył ją pierwszy i zapytał o jej nazwisko.

June podprowadziła narzeczonego ku pięknie zbudowanej kobiecie.

— Irena jest moją najserdeczniejszą przyjaciółką — powiedziała. — Chcę, żebyście zaprzyjaźnili się z sobą.

To wyrażone tonem rozkazu życzenie małej osóbki wywołało uśmiech na twarzy wszystkich trojga. Soames Forsyte, zbliżywszy się bezszelestnie, stanął za kobietą o pięknych kształtach, która była jego żoną, i poprosił:

— Przedstaw i mnie także.

Na takich publicznych zebraniach Soames zawsze trzymał się blisko żony, a ilekroć nawet obowiązki towarzyskie go odwoływały, śledził ją z dala oczami, w których tkwił dziwny wyraz czujności i tęsknoty.

Ojciec Soamesa, James, siedząc przy oknie, wciąż jeszcze badał, markę porcelanowej filiżanki.

— Dziwię się, że Jolyon pozwolił na te zaręczyny — zwrócił się do ciotki Anny. — Nie ma, jak słyszałem, widoków, aby się mogli pobrać w ciągu wielu jeszcze lat. Ten młody Bosinney (wymawiał „o” przeciągle w przeciwieństwie do zwykłego, krótkiego brzmienia tej głoski) jest podobno zupełnie goły. Jak wydawałem Winifredę za Dartie’ego, kazałem mu wyliczyć się z każdego posiadanego pensa i umieścić wszystko na pewnej lokacie. Dobrze się stało, do dzisiaj nie mieliby na pewno ani pensa!

Ciotka Anna, siedząca w aksamitnym fotelu, podniosła oczy na Jamesa. Czoło jej okalały siwe loki, identyczne od dziesiątków lat, co sprawiało, że członkowie rodziny zatracili poczucie czasu. Nie odpowiedziała; w rzadkich tylko okazjach odzywała się, oszczędzając swój starczy głos. Nie mającemu wszakże czystego sumienia Jamesowi spojrzenie jej starczyło za odpowiedź.

— No tak — przyznał — nie mogłem nic poradzić na to, że Irena nie miała posagu. Soamesowi tak pilno było do ślubu, że aż wychudł przez czas starania się o nią.

Odstawiając ostrożnie filiżankę na wieko fortepianu rzucił okiem na grupę przy drzwiach.

— Moim jednak zdaniem — dodał niespodziewanie — dobrze się stało, że jest tak, jak jest.

Ciotka Anna nie prosiła o bliższe wyjaśnienie tego dziwnego zdania. Wiedziała, co James przez to rozumie. Irena nie mając pieniędzy nie będzie tak szalona, by popełnić coś niewłaściwego; przebąkiwano bowiem — tak, szeptano sobie na ucho — że Irena zażądała jakoby oddzielnego pokoju. Oczywiście jednak Soames nie…

James przerwał jej rozważania:

— Gdzie podziewa się Tymoteusz? — zapytał. — Czy nie przyjechał z wami?

Zaciśnięte wargi ciotki Anny rozchylił tkliwy uśmiech:

— Nie, uważał za nierozsądne narażać się przy tej epidemii dyfterytu. Taki jest skłonny do chwytania zarazków.

— O tak, ten to umie dbać o swoje zdrowie — odparł James. — Ja nie mógłbym pozwolić sobie na takie chuchanie na siebie.

Trudno orzec, jaka nuta przeważała w tej uwadze — podziw, zazdrość czy pogarda.

Tymoteusz w istocie z rzadka tylko się udzielał. Najmłodszy z rodzeństwa, wydawca z zawodu, już przed kilku laty, kiedy interesy wydawnicze były na pozór w pełni rozkwitu, przewidując stagnację, która wprawdzie nie nastąpiła jeszcze, ale zdaniem wszystkich musiała nastąpić, sprzedał swój udział w firmie produkującej głównie książki treści religijnej i ulokował wcale pokaźny, osiągnięty kapitał w dających trzy procent konsolach2. Czynem tym wyodrębnił się od razu spośród całej rodziny, bowiem żaden z Forsyte’ów nie zadowalał się nigdy procentem niższym niż cztery od sta. Wyodrębnienie to z wolna, ale nieuchronnie odbiło się na jego charakterze, bardziej niż u innych skłonnym do nadmiernej ostrożności. Stał się postacią nieledwie mityczną — rodzajem wcielonego pojęcia bezpieczeństwa, stanowiącego najgłębsze i najtrwalsze podłoże światopoglądu Forsyte’ów. Nie popełnił też nigdy nieprzezorności ożenku i wzięcia na barki ciężaru posiadania dzieci.

James zakończył swoje uwagi opukując filiżankę:

— To nie jest prawdziwy stary Worcester… Jolyon musiał powiedzieć ci coś o tym młodym człowieku. O ile mnie wiadomo, nie ma on żadnego stałego zajęcia, żadnych stałych dochodów, ani żadnych mających jakieś znaczenie stosunków, ale zresztą nie wiem nic — nikt mi nigdy o niczym nie mówi.

Ciotka Anna potrząsnęła głową. Starcza jej twarz drapieżnego ptaka, o zarysowanych ostro liniach czworokanciastej brody, drgnęła niespokojnie; pająkowato zakrzywione palce mocno się splotły i zacisnęły, jak gdyby dyskretnie dopomagając jej w ten sposób do skupienia całej siły woli.

Starsza o parę lat od wszystkich innych Forsyte’ów, zajmowała wśród rodziny szczególne stanowisko. Umiejący korzystać z okazji i samolubni, każdy z osobna i wszyscy razem — zresztą nie w większym stopniu niż ogół ich sąsiadów — tracili śmiałość wobec nieugiętej ciotki Anny. Cóż więc w poważniejszych okazjach pozostawało im innego, jak po prostu jej unikać?

Zakładając jedna na drugą długie, cienkie nogi James mówił w dalszym ciągu:

— Jolyon postąpi oczywiście tak, jak zechce. Nie ma dzieci… — urwał nagle, przypominając sobie o istnieniu syna starego Jolyona, młodego Jolyona, ojca June, który ongiś tyle narobił wrzawy i złamał swoją karierę opuszczając żonę i dziecko, aby uciec z cudzoziemską guwernantką. — Zresztą — dokończył spiesznie — jeżeli mu się tak podoba, to zapewne może sobie na to pozwolić. Stać go na to. Ciekawe, ile jej przeznaczy. Przypuszczam, że tysiąc funtów rocznie; komuż innemu miałby pozostawić swoje pieniądze?