Saga rodu Forsyte`ów.Tom 3

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Saga rodu Forsyte`ów.Tom 3
Przebudzenie. Do wynajęcia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,95  49,56 
Przebudzenie. Do wynajęcia
Audio
Przebudzenie. Do wynajęcia
Audiobook
Czyta Konrad Biel
29,95  21,26 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

O świcie poczuł się tak zupełnie wybity ze snu, że zerwał się, włożył pantofle tenisowe, spodnie i sweter i cicho przemknąwszy się po schodach, wyszedł na dwór oknem gabinetu. Było już całkiem jasno, w powietrzu unosiła się woń trawy.

„Fleur! – powtarzał w myślach. – Fleur!”

Po świecie rozlewała się jakaś tajemnicza białość; wszystko jeszcze spało prócz ptasząt właśnie rozpoczynających swe świergoty.

Pójdę do zagajnika – pomyślał.

Zbiegł w dół polami, dotarł do stawu właśnie w chwili, gdy zza widnokręgu wynurzało się słońce, i znalazł się w zagajniku. Błękitne dzwoneczki słały się tu po ziemi niby kobierzec, pomiędzy modrzewiami kryła się jakaś tajemnica i powietrze zdawało się przesycone tym romantycznym elementem. Jon wdychał świeżość powietrza i zapatrzył się w dzwonki zalane coraz silniejszym światłem. Fleur! To rymowało się do… sfer!… A mieszkała w Mapledurham – również miła nazwa – gdzieś nad rzeką. Mógł każdej chwili znaleźć tę miejscowość w atlasie. Napisze do niej. Ale czy ona mu odpowie? O, musi! Przecież powiedziała: „Au revoir!” „Do zobaczenia!”. Co za szczęśliwy traf, że upuściła chusteczkę! Gdyby nie to, nigdy by jej nie poznał. Im więcej myślał o tej chusteczce, tym bardziej oszałamiające wydawało mu się jego szczęście. Fleur!… To z pewnością rymowało się do sfer! W mózgu czuł pulsowanie rytmu. Słowa przepychały się jedne przez drugie, by wiązać się ze sobą. Niewiele brakowało, by stworzył poemat.

W takim nastroju Jon pozostawał z górą pół godziny, potem ruszył z powrotem do domu i znalazłszy jakąś drabinę, wdrapał się po niej – z samego po prostu rozochocenia – do swej sypialni. Następnie przypomniawszy sobie, że okno gabinetu pozostało otwarte, zszedł na dół i zamknął je, usunąwszy wpierw drabinę, by zatrzeć wszelkie ślady swych uczuciowych przeżyć. Rzecz była nazbyt poważna, by ją ujawnić komukolwiek ze śmiertelników – nawet matce.

MAUZOLEUM

Są takie domy, których dusze przeszły do przedpiekla Czasu, pozostawiając ciała na przedpieklu Londynu. Niezupełnie tak się sprawy miały z domem Tymoteusza na Bayswater Road, gdyż dusza Tymoteusza trzymała się jeszcze jedną nogą w jego forsyte’owskim ciele, a Smither utrzymywała niezmienną atmosferę kamfory, porto oraz domostwa, w którym okna otwierano dla przewietrzenia tylko dwa razy na dzień.

W wyobraźni Forsyte’ów dom ten przedstawiał się teraz jakby jakaś chińska szkatułka, w której za wieloma ściankami, w samym środku, znajdował się Tymoteusz. Dotrzeć do niego samego było niepodobieństwem – przynajmniej tak opowiadali członkowie rodziny, którzy z nałogu lub przez roztargnienie zajeżdżali tam kiedy niekiedy i dopytywali się o jedynego pozostałego jeszcze przy życiu stryja. Do tych należała Francie, zupełnie już wyzwolona od Boga i śmiało wyznająca ateizm, Eufemia wyzwolona od starego Mikołaja i Winifreda Dartie wyzwolona od swego męża „światowca”. Ale ostatecznie podówczas wszyscy jakoś się emancypowali lub mówili, że się emancypują – co może nie całkiem na jedno wychodzi.

Gdy więc Soames nazajutrz po wspomnianym spotkaniu postanowił w drodze do stacji Paddington zajść do stryja, prawie się nie spodziewał, by dane mu było zobaczyć Tymoteusza we włas­nej jego cielesnej postaci. Serce biło w nim nieco żywiej, gdy stanął w pełnym blasku południowego słońca na świeżo bielonych schodach małego domku, gdzie niegdyś żyło czworo Forsyte’ów, a teraz mieszkał tylko jeden, niby mucha, co dożyła zimy; domku, do którego Soames wchodził i z którego wychodził niezliczone razy, obładowany zapasem plotek familijnych lub zrzuciwszy właśnie ich brzemię; domku „staruszków” z innego pokolenia i stulecia.

Widok Smither – zawsze wygorsetowanej po same pachy, jako że nowa moda, która nastała gdzieś około roku 1903, była uważana za „nieprzyzwoitą” przez ciotki Julę i Esterę – wywołał na twarzy Soamesa wyraz bladej życzliwości. Smither, dotąd w każdym calu wierna dawnym wzorom, nieoceniona służąca (dziś już takich nie ma!), odwzajemniła mu się uśmiechem i rzekła:

– Co ja widzę! Toż to pan Soames. Nareszcie, po tak długim czasie! A jak pan się miewa? Pan Tymoteusz tak się ucieszy, gdy się dowie, że pan był u niego!

– Jakże on się czuje?

– Och, trzyma się wcale niczego, jak na swoje lata, proszę pana. Ale doprawdy to cudowny człowiek! Jakem to mówiła pani Dartie, gdy była u nas po raz ostatni: „Oj, podobałoby się to pannie Forsyte, pani Julci i pannie Esterze, gdyby widziały, jak mu jeszcze smakują pieczone jabłuszka!”. Ale on już dokumentnie ogłuchł! I myślę zawsze, że to i całe szczęście. Bo też nie wiem, co byśmy z nim robili podczas nalotów.

– Ach! – zawołał Soames. – No i cóżeście z nim wtedy robili?

– Po prostu zostawialiśmy go w łóżku, a dzwonek przeprowadziliśmy do piwnicy, tak że kucharka i ja słyszałybyśmy, gdyby dzwonił. Nie wyszłoby mu na dobre, gdyby się dowiedział, że na świecie wojna. Jakem to mówiła do kucharki: „Jeżeli pan Tymoteusz zadzwoni, to niech się dzieje, co chce – ja idę na górę! Moje drogie paniusie dostałyby spazmów, gdyby ujrzały, że on dzwoni, a nikt do niego nie przychodzi”. Ale on przespał ślicznie wszystkie te naloty. A raz, za dnia, to właśnie się kąpał. I to naprawdę całe szczęście, bo przecież mógłby zobaczyć, że wszyscy ludzie na ulicy zadzierają głowy do góry. On tak często wygląda przez okno.

– Tak, tak! – mruknął Soames, widząc, że Smither rozgadała się już na dobre. – Chciałem tylko zajrzeć tu i zobaczyć, czy czego nie potrzeba.

– Tak jest, proszę pana. Zdaje mi się, że nic takiego… Chyba to jedno, że z jadalni nie można usunąć zapachu myszy. To dziwne, że one się tam zagnieździły, choć nie znajdą ani okruszynki, odkąd pan Tymoteusz, akuratnie przed samą wojną, zaprzestał schodzić na dół. Ale to paskudztwo, nigdy nie wiadomo, gdzie to wlezie za chwilę.

– Czy pan wychodzi z łóżka?

– O tak, proszę pana. Rankiem, ażeby nie ryzykować zmiany powietrza, robi sobie piękną przechadzkę od łóżka do okna i z powrotem. A w sobie czuje się całkiem nieźle… Każdego dnia regularnie wyciąga swój testament. To mu sprawia wielką pociechę.

– No, dobrze już, dobrze, Smither. Chciałbym się z nim widzieć, jeżeli można. Może on chciałby mi coś powiedzieć.

Smither zapłoniła się aż po rąbek gorsetu.

– A pewnie, będzie okazja! – powiedziała. – Może ja oprowadzę pana po mieszkaniu, a poślę kucharkę, żeby mu to jakoś wyklarowała?

– Nie, ty idź do niego – rzekł Soames. – Ja sam przejdę się po mieszkaniu.

Wobec obcej osoby nie wypada przyznawać się do sentymentalnych przeżyć – a Soames zdawał sobie sprawę, że wpadnie w sentymentalizm, gdy zacznie krążyć po tych pokojach tak nasyconych przeszłością. Gdy Smither, którą wprost rozsadzało podniecenie, wyszła, Soames wszedł do jadalni i wciągnął w nozdrza powietrze. Zdaniem jego czuć było nie myszami, lecz drewnem, które zaczyna próchnieć, zaczął więc bacznie przyglądać się boazeriom. Czy jeśli wziąć pod uwagę wiek Tymoteusza, zasługiwały na powleczenie warstwą farby – tego nie był pewien. Pokój ten był zawsze najbardziej nowoczesny w całym domu – usta i nos Soamesa skrzywił lekki uśmiech. Ściany o soczystej zieleni wznosiły się ponad dębową boazerią, ciężki metalowy świecznik zwisał na łańcuchu z sufitu, który naśladował belkowany strop. Obrazy znajdujące się tutaj Tymoteusz zakupił przed sześćdziesięcioma laty w czasie wyprzedaży u Jobsona. Były tam trzy martwe natury Snydera, dwa wcale miłe, o delikatnym kolorycie rysunki wyobrażające chłopca i dziewczynę, a zaopatrzone w inicjały: „J.R.” (Tymoteusz zawsze sądził, że odnosić się one mogą do sir Jozuego Reynoldsa, jednak Soames, który je podziwiał, wykrył, że monogram ten oznacza po prostu Johna Robinsona), oraz problematyczny Morland przedstawiający podkuwanie siwego konika. Malinowego koloru pluszowe kotary, dziesięć ciemnych mahoniowych krzeseł o wysokich oparciach i malinowych pluszowych siedzeniach, turecki dywan i mahoniowy stół jadalny, za wielki dla tak małego pokoju – oto apartament, który we wspomnieniach Soamesa, sięgających czwartego roku życia, zawsze był jednakowy i nie zmieniał ani swej fizycznej, ani duchowej fizjonomii.

Przyglądając się bacznie wspomnianym dwom rysunkom, Soames myślał: Kupię je przy wyprzedaży.

Z pokoju jadalnego przeszedł do gabinetu Tymoteusza. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek zdarzyło mu się być w tym pokoju, i z zaciekawieniem patrzył na książki stojące szeregami na półkach od podłogi pod sam sufit. Jedna ściana była, zdaje się, przeznaczona wyłącznie dla dzieł treści wychowawczej, wydanych przez firmę Tymoteusza jeszcze dwa pokolenia temu – bo czasem stało tu po dwadzieścia egzemplarzy jednej książki. Soames czytał tytuły i czuł, że ciarki przechodzą mu po skórze. Środkowa ściana mieściła akurat te same książki, które znajdowały się w bibliotece jego rodzonego ojca na Park Lane. Stąd wysnuł przypuszczenie, że James i jego młodszy brat wybrali się pewnego pięknego poranku razem i zakupili dwie bliźniacze biblioteczki. Do trzeciej ściany zbliżył się z większym zaciekawieniem. Był pewny, że tutaj znajdzie coś, co powie mu o osobistych upodobaniach Tymoteusza. Nie omylił się. Stały tu tylko na pokaz puste oprawy książek. Całą czwartą ścianę zajmowało okno zakryte ciężką kotarą. Zwrócony ku niemu wielki fotel zaopatrzony był w przymocowany do niego mahoniowy pulpit, na którym leżał pożółkły, na czworo złożony numer „Timesa” z 6 lipca 1914 roku – to jest z tego dnia, kiedy Tymoteusz, jak gdyby gotując się do wojny, po raz pierwszy nie zszedł na dół – wciąż jeszcze czekał na niego. W kącie stał wielki globus – obraz tego świata, którego Tymoteusz, głęboko przekonany o nierzeczywistości wszystkiego, co nie było Anglią, nigdy nie oglądał. Prócz tego niepokoiła go zawsze myśl o morzu, na którym w pewne niedzielne popołudnie (roku 1836), wyjechawszy z Julą, Esterą, Swithinem i Hatty Chessman łódką spacerową poza molo w Brighton, poczuł się bardzo chory; wszystkiemu winien był Swithin – temu zawsze musiało się coś ubzdurać, ale dzięki Bogu, też się wtedy rozchorował. Soames znał doskonale całą tę historię, bo słyszał ją co najmniej pięćdziesiąt razy to od jednego, to od drugiego z braci. Podszedł do globusa i popchnął go, chcąc okręcić dokoła osi. Stary sprzęt zaskrzypiał lekko i obrócił się o niespełna cal, przenosząc w jego pole widzenia długonogiego komara, który zdechł na czterdziestym czwartym równoleżniku.

 

Mauzoleum! – pomyślał Soames. – Jerzy miał rację. Wyszedł z pokoju i udał się na górę. Na półpiętrze zatrzymał się przed klatką z wypchanymi kolibrami, którymi tak zachwycał się w dzieciństwie. Po dawnemu wisiały na drucikach nad stepową trawą i nie wydawały się starsze ani o jeden dzień. Podejrzewał, że gdyby klatkę otworzyć, ptaszki nie zaczęłyby śpiewać, ale wszystko rozpadłoby się i pokruszyło. Nie warto tego wystawiać na sprzedaż! I nagle przypomniał sobie ciotkę Annę – kochaną, starą ciotkę Annę – jak trzymając go za rękę, stała przed tą klatką i mówiła:

– Patrz, Soamuńciu, jakie ładne i błyszczące te kochane koliberki!

Pamiętał też własną odpowiedź: „Ale one nie brzęczą14, ciociu!”.

Musiał liczyć sobie wówczas chyba ze sześć lat, a ubrany był w czarne aksamitne ubranko z jasnoniebieskim kołnierzem – jak dobrze pamiętał to ubranko! A ciotka Anna z pierścionkami na pajęczo delikatnych dłoniach i poważnym uśmiechem starej ptasiej twarzy – jakże wytworną, sędziwą damą była ciotka Anna!… Poszedł dalej na górę, zmierzając ku drzwiom salonu. Po obu stronach klatki schodowej wisiało po kilka miniatur. Zakupi je stanowczo! Przedstawiały one cztery ciotki, stryja Swithina w wieku młodzieńczym i stryja Mikołaja w latach dziecięcych. Wszystkich ich jednocześnie portretowała pewna młoda przyjaciółka rodziny około roku 1830, gdy jeszcze miniatury uchodziły za rzecz w dobrym tonie, a przy tym trwałą (gdyż malowano je na kości słoniowej). O tej młodej damie wielekroć zdarzyło mu się słyszeć:

„Była to osoba wielce utalentowana, mój drogi. Miała wielką słabość do Swithina, a wkrótce wpadła w suchoty i umarła… Zupełnie jak Keats… Częstośmy o tym mówili”.

Tak, to one! Anna, Jula, Estera, Zuzanna – jeszcze jako niemowlę. Swithin o błękitnych jak niebo oczach, rumianych policzkach i płowych kędziorach, w białej kamizelce – grubas jak zawsze, a Mikołaj niby kupidynek, z okiem utkwionym w niebo! Soamesowi przyszło na myśl, że stryj Mikołaj zawsze był mniej więcej taki – pozostał do końca zdumiewającym człowiekiem. Tak, ta dama musiała mieć talent, a miniatury zachowują zawsze pewne odrębne piętno, w znacznej mierze niezależne od głównego nurtu i rywalizujących ze sobą prądów estetyki.

Otworzył drzwi salonu. W pokoju kurze były pościerane, meble stały bez pokrowców, firanki poodsłaniano, jak gdyby ciotki jeszcze tu mieszkały i cierpliwie oczekiwały gości. Wtedy przyszła mu myśl: Tymoteusz umrze… Czemuż by nie? Czyż nie byłoby niemal obowiązkiem zachować ten dom w obecnym stanie, jak dom Carlyle’a, wywiesić tablicę i pokazywać go? „Typ mieszkania z okresu średniowiktoriańskiego. Wejście wraz z katalogiem jeden szyling”. Przecież był to nienaruszony okaz typu, który w dzisiejszym Londynie bodajże najzupełniej zaginął. Doskonały zabytek swoistego smaku i kultury, oczywiście, o ile by Soames zabrał stąd i przeniósł do własnych zbiorów cztery obrazy szkoły barbizońskiej15, które niegdyś podarował ciotkom. Ściany utrzymane w spokojnym błękitnym kolorze, zielone kotary w deseń z czerwonych kwiatów i paprotek, wyszywane włóczką parawaniki przed żelazną laną kratą kominka, mahoniowy kredens o szklanych szybach pełen różnych bibelotów, podnóżki ozdobione paciorkowym ornamentem, Keats, Shelley, Southey, Cowper, Coleridge, Korsarz Byrona (ale tylko to jego dzieło) oraz poeci okresu wiktoriańskiego ustawieni rzędem na półce, inkrustowany sekretarzyk o blacie obitym ciemnoczerwonym suknem, pełen pamiątek rodzinnych: pierwszy wachlarz Estery, sprzączki od trzewików jej macierzystego dziadka, trzy skorpiony w spirytusie, jeden, bardzo już pożółkły, kieł słoniowy przysłany z Indii przez stryjecznego dziadka, Edgarda Forsyte’a, zajmującego się handlem jutą, żółty skrawek papieru z zagiętym rogiem zapisany pajęczyną gryzmołów dotyczących Bóg wie czego! A te obrazy, ciasno jeden koło drugiego wiszące na ścianach – same akwarele, prócz owych czterech „barbizonów” (wyglądających na tym tle jak intruzy – rzeczywiście tu nimi były – a na dodatek jak podejrzane indywidua), malowidła barwne i pełne treści, jak Z wieścią do pszczół16 i Przewóz oraz dwa w stylu Fritha, z zabawą w groszki i z krynolinami, podarowane przez Swithina. Ach! Wiele, wiele obrazów, na które Soames spoglądał ongi po tysiąc razy w dumnym zachwycie, cudowna kolekcja błyszczących, gładkich pozłacanych ram.

I ten pięknie odkurzony buduarowy fortepian, zamknięty, jak zawsze, na cztery spusty, a na nim zielnik ciotki Juli zawierający zasuszone morskie wodorosty. I te krzesła o złoconych nogach, mocniejsze, niżby sądzić można z pozoru. A tam, po jednej stronie kominka, sofa obita karmazynowym jedwabiem, na której zwykły siadywać sztywno, wyprostowane, zwrócone twarzą do światła, ciotka Anna, a po niej ciotka Jula. Po drugiej zaś stronie kominka jedyny naprawdę wygodny fotel, w którym – tyłem do światła – siadywała ciotka Estera. Soames spojrzał w tym kierunku i doznał złudzenia, że widzi siedzące ciotki. Och, a i ta woń niezmienna, atmosfera, w której wyczuwało się nadmiar wyściełanych mebli, spłowiałych, obszywanych frędzlą kotar, woreczki z lawendą i stare porto!

Nie – pomyślał – czegoś podobnego już nigdzie się nie znajdzie. Należałoby to zabezpieczyć.

Do licha, może się to komuś wydać śmieszne, ale jeśli chodzi o spokojny tryb życia, wolny od wszystkiego, co by mogło niemile drażnić wzrok, dotyk, powonienie lub ludzkie uczucia – nie mierzyć się z tym dzisiejszym czasom. Dzisiejszym czasom, z ich elektrycznymi tramwajami i autami, wiecznym swędem dymu oraz zakładającymi nogę na nogę wydekoltowanymi pannami, które można – jeśli ktoś ma ochotę – oglądać wzwyż aż do kolan i w dół aż do pasa (co każdemu z Forsyte’ów, ze względu na tkwiącą w nim naturę satyra, było na ogół miłe, choć niezbyt się zgadzało z wytworzonym przezeń ideałem damy); z pannami, które nadto podczas jedzenia oplatały nogi wokół nóg krzesła, wybuchały głośnym śmiechem i wołały: „Cześć!” lub „Jak się masz, stary!”. Widok tych pannic przejmował go zawsze dreszczem na samą myśl, że Fleur zadaje się z nimi. A cóż dopiero mówić o tych zuchwałych, do wszystkiego zdolnych starszych niewiastach, które nadawały ton życiu i również przejmowały go zgrozą! Nie! Stare ciotki, chociaż nigdy nie otwierały swych myśli, oczu, a bodajże i okien (przynajmniej nieczęsto), miały w każdym razie jakiś styl życia, jakieś życiowe zasady oraz szacunek dla rzeczy przeszłych i przyszłych.

Coś go jakby dławiło w gardle, gdy zamknął drzwi i cicho, na palcach poszedł dalej na górę. Po drodze zajrzał w pewne miejsce. Hm! Wszystko w zupełnym porządku, w guście lat osiemdziesiątych… Na ścianach rodzaj żółtego papieru woskowego. U szczytu klatki schodowej Soames przystanął, wahając się między czworgiem drzwi. Które z nich prowadzą do pokoju Tymoteusza? Zaczął nasłuchiwać. Do uszu jego doszedł jakiś dźwięk, jak gdyby dziecko ciągnęło powoli konika na kiju. Tak! To musi być tutaj. Zastukał z lekka, drzwi otworzyły się. Ukazała się w nich Smither, mocno czerwona na twarzy.

Pan Tymoteusz właśnie odbywa przechadzkę, więc niepodobna go nakłonić, by zwracał na cokolwiek uwagę. Jeżeli pan Soames będzie łaskaw przejść do pokoju obok, będzie mógł widzieć go przez drzwi.

Soames wszedł i stojąc, przyglądał się Tymoteuszowi.

Ostatni ze starych Forsyte’ów, posuwając się o własnych siłach, acz bardzo powoli i z wyrazem całkowitego pogrążenia się w tej czynności, przebywał tam i z powrotem przestrzeń pomiędzy nogami łóżka a oknem mierzącą około dwunastu stóp. Dolną część jego kwadratowej twarzy, niegolonej już tak starannie jak dawniej, pokrywała śnieżnobiała broda przystrzyżona możliwie najkrócej, tak iż szczęka wydawała się równej szerokości ze skrońmi; ponad nimi rysowały się również mlecznobiałe brwi, gdy tymczasem nos, policzki i czoło miały kolor ciemnożółty. W jednym ręku trzymał gruby kij, drugą zaś podtrzymywał połę swego jegierowskiego szlafroka, spod którego widać było kostki nóg odzianych w skarpetki i jegierowskie pantofle. Wyrazem twarzy przypominał nadąsane dziecko wyczekujące czegoś, czego mu nie dano. Za każdym razem gdy zawracał, postukiwał lagą, a potem ciągnął ją za sobą, jak gdyby chciał pokazać, że może się bez niej obejść.

– Wygląda jeszcze krzepko – szepnął Soames.

– Tak jest, proszę pana. Gdyby pan go widział w kąpieli! To coś cudownego! Jak on się tym cieszy!

Te słowa, wypowiedziane całkiem głośno, pozwoliły Soamesowi zobaczyć całą prawdę – oto Tymoteusz powrócił do stanu niemowlęctwa.

– Czy on się w ogóle czym interesuje? – spytał równie głośno.

– O tak, proszę pana. Dwie rzeczy go najwięcej obchodzą: jedzenie i testament. Warto widzieć, jak on ten testament wertuje raz po raz, choć pewno go nie czyta. I coraz to dopytuje się, jaki kurs mają konsole, a ja mu go wypisuję na tabliczce wielgaśnymi cyframi. Ma się rozumieć, piszę zawsze to samo, tak jak one stały w roku tysiąc dziewięćset czternastym, gdy mój pan po raz ostatni je sprawdzał. Gdy wybuchła wojna, skłoniliśmy doktora, żeby mu zakazał czytać gazety. Na początku się oburzał, ale wnet się pogodził, bo widział, że go to męczy, a on nad podziw umie zachowywać energię, jak to sam powiadał, kiedy jeszcze żyły kochane nasze paniusie. Nieraz im się z tym dobrze naprzykrzył! One były zawsze takie ruchliwe, jak pan Soames pewno pamięta.

– A co by było, gdybym wszedł do jego pokoju? – zapytał Soames. – Czy przypomniałby mnie sobie? Jak wiesz, sporządzałem jego testament w roku tysiąc dziewięćset siódmym, po śmierci panny Estery.

– O, co do tego, proszę pana – odparła Smither z wahaniem – to sama nie wiem. Myślę, że może pozna. To niezwykły człowiek jak na swoje lata.

Soames stanął w drzwiach i doczekawszy chwili, gdy Tymoteusz zawracał, zawołał:

– Stryju Tymoteuszu!

Tymoteusz dowlókł się nieco bliżej i stanął w miejscu.

– Hę – zagadnął.

– Jestem Soames Forsyte! – krzyczał, co miał tchu, wyciągając rękę przed siebie. – Soames Forsyte!

– Nie! – odrzekł Tymoteusz i postukując głośno laską o podłogę, wrócił do swej przechadzki.

– Zdaje się, że nic z tego! – stwierdził Soames.

– Nie, proszę pana – odpowiedziała Smither nieco zbita z tropu. – Pan widzi, że mój pan jeszcze nie zakończył przechadzki. Z nim to tak jest, zawsze tylko jedną rzeczą naraz się zajmuje. Pewno po południu spyta mnie, czy pan przyszedł w sprawie gazu, i nie tak łatwo będzie mu wytłumaczyć, o co chodzi.

– Czy nie myślisz, że on powinien być pod męską opieką?

Smither podniosła ręce do góry.

– Męską! O, nie! Kucharka i ja ze wszystkim doskonale sobie radzimy. Obcy człowiek wnet by go doprowadził do szaleństwa. A moje panienki nie zniosłyby nawet myśli o obcym mężczyźnie w domu. Zresztą my się go tu nie możemy nachwalić!

– Sądzę, że doktor go odwiedza?

– Codziennie. Bierze specjalną cenę za tak częste wizyty, a pan Tymoteusz tak się do tej jego codziennej bytności przyzwyczaił, że nawet nie zwraca na niego najmniejszej uwagi, tylko wyciąga język.

– Tak, tak! – westchnął Soames, zabierając się do wyjścia. – Wszystko to mnie mocno martwi i gryzie.

– Ach, proszę pana – zaprzeczyła z niepokojem Smither – pan nie powinien tak myśleć. Teraz, gdy już nie może się niczym kłopotać, dopiero cieszy się z życia, proszę pana. Ja tak czasem mówię do kucharki, że pan Tymoteusz to teraz bardziej po ludzku żyje niż kiedykolwiek. Widzi pan, jak nie spaceruje albo się nie kąpie, to zajada, a jak nie zajada, to śpi… no i tak. Nie ma z nim żadnego kłopotu ani strapienia.

– No, no! – rzekł Soames. – W tym coś jest. Idę już na dół. A może byś była tak dobra pokazać mi jego testament?

– Trzeba by wybrać na to stosowniejszą porę, proszę pana. On go trzyma pod poduszką i jeszcze by mnie na tym teraz przyłapał, kiedy spaceruje.

– Chciałem tylko zobaczyć, czy to ten sam, który ja sporządzałem – wyjaśnił Soames. – Spójrz no kiedy na datę i powiedz mi potem.

– Dobrze, proszę pana, ale jestem pewna, że to ten sam, bo pan sam pamięta, że ja z kucharką byłyśmy za świadków i nasze nazwiska jak tam stały, tak i stoją… a przecieśmy tylko raz podpisywały.

 

– W porządku.

Soames istotnie pamiętał. Smither i Jane nadawały się na świadków, gdyż nie uczestniczyły w korzyściach testamentu, a to dlatego, by nie były w najmniejszym stopniu zainteresowane w śmierci Tymoteusza. Ostrożność ta, jak w duchu przyznawał Soames, była czymś zupełnie niestosownym, lecz Tymoteusz życzył sobie tego, a zresztą obie sługi zostały sowicie zaopatrzone przez ciotkę Esterę.

– Doskonale! – rzekł na odchodnym. – Do widzenia, Smither. Doglądaj go, a jeżeli kiedy będzie co mówił, zapisz sobie i daj mi o tym znać.

– Naturalnie, proszę pana. Zrobię to na pewno. To tak miło znów pana zobaczyć. Kucharka będzie wzruszona, gdy jej o tym powiem.

Soames uścisnął jej rękę i zszedł na dół. Przez całe dwie minuty stał koło wieszaka, na którym swego czasu tyle razy wieszał kapelusz.

Tak wszystko mija! – rozmyślał. – Mija i zaczyna się na nowo! Biedny starowina!

I jął nasłuchiwać, czy przypadkiem nie doleci go z góry odgłos szurania Tymoteuszowego konika na kiju albo czy nie ukaże się ponad balustradą zjawa jakiej starej twarzy i nie ozwie się czyjś stary głos. „Ależ to nasz kochany Soames! Właśnieśmy mówili, że nie widzieliśmy go od tygodnia”.

Ale nic, nic! W powietrzu unosił się tylko zapach kamfory, a drobinki pyłu wirowały w słonecznej smudze wdzierającej się przez półkoliste okno ponad drzwiami. Kochany stary dom! Mauzoleum! Soames obróciwszy się na pięcie, wyszedł na ulicę, a po chwili wsiadł do pociągu.

14 Szybki ruch wibracyjny skrzydeł kolibrów wydaje dźwięk przypominający brzęczenie, stąd angielska nazwa tych ptaków brzmi: humming birds (dosłownie: brzęczące ptaki).

15 Szkoła barbizońska – grupa malarzy z połowy XIX w. (T. Rousseau, Corot, Millet i in.), która wbrew panującej wówczas modzie na tematykę literacką w malarstwie podjęła studia nad pejzażem, torując niejako drogę późniejszym impresjonistom.

16 Wedle starego angielskiego zwyczaju po śmierci gospodarza najstarszy syn szedł do pasieki obwieścić o niej pszczołom.