Saga rodu Forsyte`ów.Tom 3

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Saga rodu Forsyte`ów.Tom 3
Przebudzenie. Do wynajęcia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,95  49,56 
Przebudzenie. Do wynajęcia
Audio
Przebudzenie. Do wynajęcia
Audiobook
Czyta Konrad Biel
29,95  21,26 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wyprostowała się, klęcząc, i zagadnęła:

– No i cóż, Jonie?

– Chciałem tylko przyjść i popatrzeć.

Uściskał ją znowu i ona go uścisnęła, a wtedy wgramolił się na parapet okna i podkuliwszy nogi pod siebie, przyglądał się rozpakowywaniu walizy. Czynność ta napawała go niedoznawaną nigdy rozkoszą nie tylko dlatego, że matka wydobywała różne przedmioty o podejrzanym wyglądzie, ale i dlatego, że miło mu było przyglądać się jej samej. Poruszała się odmiennie od wszystkich, zwłaszcza od Belli; była niezawodnie najwytworniejszą osobą, jaką zdarzyło mu się spotkać. W końcu uporała się z walizą i uklękła tuż przed nim.

– Smutno ci było bez nas, Jonie?

Mały Jon kiwnął głową i dawszy w ten sposób upust swym uczuciom, kiwał nią jeszcze czas jakiś.

– Przecież miałeś tu ciocię June?

– Och! Ona tu przywiozła jakiegoś pana, co wciąż kaszlał.

Twarz matki zmieniła się i przybrała wyraz niemal gniewny. Widząc to, chłopiec dodał pośpiesznie:

– Był to biedny człowiek, mamusiu… Tak okropnie kaszlał! Ja… ja go lubiłem.

Matka objęła go w pasie rękoma.

– Ty lubisz wszystkich, Jonie.

Mały Jon zamyślił się.

– Do pewnego stopnia… – odpowiedział. – Ciocia June wzięła mnie jednej niedzieli do kościoła.

– Do kościoła? O-o!

– Chciała zobaczyć, jak mnie to nastroi.

– I nastroiło cię?

– Tak. Zacząłem sobie ze wszystkiego żartować, więc ciocia zabrała mnie czym prędzej do domu. Nie chorowałem potem wcale. Położyłem się do łóżka, dostałem grzanego wina z wodą i czytałem Chłopców z Beechwood. Było to pyszne!

Matka zagryzła wargi.

– Kiedy to było?

– O, jakieś… już bardzo dawno… Prosiłem, by mnie wzięła raz jeszcze, ale ona nie chciała. Czy ty i tatuś nigdy nie chodzicie do kościoła?

– Nie, nie chodzimy.

– A czemu?

Matka uśmiechnęła się.

– No, widzisz, mój drogi, chodziliśmy jeszcze, gdyśmy oboje byli mali. Może właśnie za mali.

– Tak, wiem – oświadczył mały Jon. – To niebezpieczne.

– Osądzisz sam to wszystko, gdy podrośniesz.

Mały Jon odpowiedział z zastanowieniem:

– Wcale nie pragnę być dorosłym. Nie chcę chodzić do szkoły. – Nagła, przemożna chęć powiedzenia czegoś więcej, wypowiedzenia tego, co czuł naprawdę, oblała mu twarz rumieńcem. – Ja… ja chcę pozostać z tobą, mamusiu, i być twoim kochankiem.

Po czym, zdając sobie instynktownie sprawę, że należy wykorzystać sytuację, dodał szybko:

– Ale dziś w nocy nie chcę iść do łóżka. Nuży mnie po prostu chodzić do łóżka noc w noc.

– Czy znów miałeś jakieś straszne sny?

– Może raz tylko. Czy dziś w nocy mogę zostawić drzwi do twojego pokoju otwarte?

– Dobrze, ale tylko troszeczkę.

Mały Jon westchnął z zadowoleniem.

– A co widziałaś w Glensofantrim?

– Same piękne rzeczy, mój drogi.

– Co to właściwie jest piękno?

– Co to właściwie… Ach, Jonie, to trudne zagadnienie.

– Czy na przykład mógłbym to zobaczyć?

Matka wstała i usiadła obok niego.

– Możesz, i to nawet co dzień. Piękne jest niebo, gwiazdy, noce księżycowe, dalej ptaki, kwiaty, drzewa… wszystko to jest piękne. Wyjrzyj za okno – a będziesz miał piękno, mój Jonie.

– Ale… to jest widok. Czy to już wszystko?

– Wszystko? Nie! Cudownie piękne jest morze i ruchliwe fale o spienionych grzbietach.

– Czyś ty się z nich wynurzała codziennie, mamusiu?

Matka zaśmiała się.

– A jakże! Przecieżeśmy się kąpali.

Mały Jon nagle wyciągnął ręce i objął ją za szyję.

– Ja wiem – szepnął tajemniczo – to ty jesteś „to” naprawdę, a wszystko inne tylko „na niby”.

Matka westchnęła, zaśmiała się i rzekła:

– Ach, Jonie!

Mały Jon zagadnął ją powątpiewająco:

– Czy sądzisz, że taka na przykład Bella jest piękna? Ja nie jestem pewien.

– Bella jest młoda… i to coś znaczy.

– Ale ty młodziej wyglądasz, mamusiu. Jeżeli wpaść na Bellę, to można się rozbić. Nie wierzę, żeby „Da” była piękna… kiedy zaczynam o tym myśleć. A mademoiselle jest prawie brzydka.

– Mademoiselle ma twarz bardzo miłą.

– O tak, miłą. Lubię te promyczki, mamusiu.

– Promyczki?

Mały Jon przytknął paluszek do jednego z kącików jej oczu.

– Ach, te zmarszczki? Ależ one są oznaką starości.

– One się pokazują, gdy ty się śmiejesz.

– Ale nieładnie mi z tym.

– Owszem, mnie się bardzo podobają. Czy ty mnie kochasz, mamusiu?

– Tak, kocham cię. Kocham, mój drogi.

– I zawsze tak samo?

– Zawsze tak samo.

– Czy bardziej, niż myślałem?

– Bardziej… o wiele bardziej.

– I ja tak samo… wet za wet…

Uświadamiając sobie, że nigdy dotąd w całym swym życiu nie wywnętrzył się tak bardzo jak dzisiaj, odczuł znów nagły zwrot ku męskości sir Lamoraka, Dicka Needhama, Hucka Finna i innych bohaterów.

– Czy mogę ci pokazać parę sztuk? – zapytał i nie czekając odpowiedzi, wyśliznął się z jej ramion i stanął na głowie.

Następnie, zachęcony jej nietajonym podziwem, wszedł na łóżko i rzuciwszy się głową w dół, wywinął koziołka, nie dotykając niczego rękoma. Sztukę tę powtórzył parokrotnie.

Tego wieczoru, obejrzawszy wszystko, co rodzice przywieźli, pozostał aż do obiadu, siedząc między nimi przy okrągłym stoliczku, którego zwykli używać, gdy jadali we dwójkę. Był niezmiernie podniecony. Matka miała na sobie popielatą w ciepłym tonie suknię z kremowym szlaczkiem wyhaftowanym z małych różyczek, a okalającym smaglejszą od niego szyję. Jon wpatrywał się w nią uporczywie, póki figlarny uśmiech ojca nie zwrócił nagle jego uwagi na leżący przed nim plasterek ananasa. Była to pora późniejsza od tej, o której zazwyczaj kładł się do łóżka. Matka poszła wraz z nim na górę, a on rozbierał się powoli, ażeby zatrzymać ją dłużej przy sobie. Gdy nie miał już na sobie nic oprócz piżamki, powiedział:

– Obiecaj mi, że nie odejdziesz, póki nie skończę pacierza.

– Obiecuję.

Klęcząc na łóżku i co chwila nurkując twarzą w pościeli, mały Jon trzepał prędko pod nosem modlitwę i co chwila odmykał jedno oko, aby przyjrzeć się matce stojącej cichuteńko, z uśmiechem na twarzy.

– Ojcze nasz – brzmiały końcowe słowa pacierza – który jesteś w niebie… święć się… mamusiu… przyjdź Królestwo… mamusiu… jako w niebie tak i na ziemi… chleba naszego… mamusiu… daj nam dzisiaj… i odpuść nam nasze winy… jako w niebie tak i na ziemi… naszym winowajcom… i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen!… Baczność!

Skoczył i przez długą chwilę pozostał w jej objęciach. Ułożywszy się już do snu, nie wypuszczał jej ręki z uścisku.

– Nie zamkniesz już bardziej drzwi? Prawda, że nie? Czy chcesz na dłużej odejść, mamusiu?

– Zejdę na dół i będę grała tatusiowi.

– O, to dobrze! Będę się przysłuchiwał.

– Ej, chyba nie! Musisz przecież zasnąć.

– Spać mogę każdej nocy.

– Dziś jest taka sama noc jak każda inna.

– O nie! Jest całkiem nadzwyczajna!

– W takie właśnie noce sypia się najlepiej.

– Ale jeżeli ja zasnę, mamusiu, nie usłyszę, kiedy przyjdziesz.

– No dobrze, więc przyjdę cię pocałować. Jeżeli się obudzisz, będziesz o tym wiedział, a jeżelibyś się nie obudził, to i tak poczujesz, że cię pocałowałam.

Mały Jon westchnął.

– Niech tak będzie! – odrzekł. – Widzę, że muszę się z tym pogodzić. Mamusiu!

– Co, synku?

– Jakie było nazwisko tej, w którą tatuś wierzy? Wenus Anna Diomenes?

– Och, mój aniołku! Anadyomene!

– Tak, ale imię, jakie ja tobie nadałem, o wiele bardziej mi się podoba.

– Jak mnie nazwałeś, Jonie?

Mały Jon odparł nieśmiało:

– Ginewra! To z Okrągłego Stołu… Właśnie teraz mi to przyszło na myśl… Tylko jej włosy, co prawda, były rozpuszczone.

Zwrócone ku niemu oczy matki zdawały się poprzez niego patrzeć gdzieś w dal.

– Nie zapomnisz przyjść, mamusiu?

– Nie zapomnę, o ile położysz się i zaśniesz.

– Aha, więc zawieramy układ! – I mały Jon przymknął powieki.

Poczuł jej wargi na czole i natychmiast potem usłyszał kroki. Otwarł na chwilę oczy, by dostrzec cień matki przemykający przez drzwi, i westchnąwszy, zamknął znowu powieki.

Czas zaczął płynąć.

Przez jakieś dziesięć minut chłopak, wierny przyrzeczeniu, usiłował zasnąć, przerachowując kolejno w myśli wielką liczbę osłów – była to stara recepta „Da” na sprowadzenie snu. Zdawało mu się, że na tym liczeniu zbiegły mu chyba całe godziny; uważał, że już lada chwila matka powinna wrócić. Zrzucił z siebie wszystkie okrycia.

– O, jak mi gorąco! – powiedział, a w ciemności głos jego zabrzmiał jakoś dziwnie, jak gdyby nie jego własny. – Czemu ta mama nie nadchodzi?

Usiadł na łóżku. Musi zobaczyć! Wstał z łóżka, podszedł do okna i odchylił nieco roletę. Na dworze nie było ciemno; Jon nie wiedział, czy to światło dzienne, czy też księżyc, który wydawał się ogromny. Miał on pocieszną, wykrzywioną twarz, jak gdyby się wyśmiewał z chłopca, toteż Jon nie miał ochoty nań patrzeć. Później dopiero, przypomniawszy sobie słowa matki, że noce księżycowe są piękne, jął wpatrywać się we wszystko, co widział. Od drzew słały się grube cienie, gazon wyglądał jak kałuża rozlanego mleka, a oczom otwierały się dalekie, dalekie przestrzenie. Widać było rzeczy – hen – niezmiernie odległe, kędyś, bodaj za krawędzią świata, a wszystko wydawało się jakieś odmienne i rozlewne. Przez odemknięte okno płynęła jakaś miła woń.

Chciałbym mieć gołębicę, jak Noe! – pomyślał.

 

Księżyc się śmieje buzią okrągłą –

Świeci i świeci jasnością ciągłą…

Wiersz ten ni stąd, ni zowąd zjawił się w jego głowie, a potem chłopiec posłyszał muzykę… Cichutką… a tak miłą! To grała mamusia! Przypomniał sobie o ciasteczku spoczywającym w szufladzie komody. Wydobywszy je, podszedł z powrotem do okna. Wychylił się, to gryząc ciastko, to znów przestając jeść, żeby lepiej słyszeć muzykę. „Da” nieraz opowiadała, że aniołowie w niebie grają na harfach; jednak pewno nie jest to ani w połowie tak miłe jak przysłuchiwanie się w księżycową noc grze mamusi, połączone z zajadaniem ciastka. Jakiś chrząszcz bzyknął mu koło ucha, jakaś ćma musnęła po twarzy. Muzyka ucichła, przeto mały Jon cofnął główkę z powrotem do pokoju. Mamusia już z pewnością nadchodzi! Nie chciał, by zobaczyła, że nie śpi. Wrócił do łóżka i naciągnął wszystkie koce niemal na głowę. Jednak zapomniał zasunąć roletę i do pokoju wdzierała się smuga światłości księżycowej: widział, że padła na podłogę tuż koło nogi łóżka i posuwała się ku niemu ustawicznie a powoli, jak gdyby żywa. Muzyka zabrzmiała znowu, lecz ledwie słyszalna… senna muzyka… piękna… senna… muzyka… senna… sen… sen…

Czas upływał, muzyka to wzmagała się, to słabła, to cichła zupełnie. Światłość księżycowa przypełzła ku twarzyczce małego Jona. Chłopak przewrócił się przez sen i leżał na wznak, brunatną piąstką ściskając mocno koce. Kąciki oczu drgnęły lekko – zaczął śnić. Śniło mu się, że pił mleko z miseczki, która była księżycem, a z naprzeciwka przyglądało mu się wielkie czarne kocisko, uśmiechając się pociesznie, niby ojciec Jona, i szepcąc z cicha: „Nie pij za wiele!”. Mleko to przeznaczone było dla kota, toteż chłopak wyciągnął rękę przyjaźnie, by pogłaskać zwierzątko – lecz ono w tejże chwili znikło bez śladu. Miska stała się łóżkiem, w którym leżał, a gdy próbował się z niego wydostać, nie mógł odnaleźć krawędzi… Nie mógł znaleźć… nie mógł… nie mógł… nie mógł się wydostać!… To było okropne!… o-krop-ne…

Zaszlochał cicho przez sen… Na dobitkę łóżko naraz poczęło kręcić się w kółko – kręciło się poza nim i w nim samym – wirowało wciąż uparcie i zawzięcie, rozżarzając się do czerwoności, a matka Lee z Rozbitków morskich kręciła nim bez przerwy! Och, jakaż była okropna!… Coraz prędzej i prędzej!… W końcu on sam i łóżko, i matka Lee, i księżyc, i kot – wszystko to razem stało się jednym kołem, kręcącym się bez przerwy, wciąż i wciąż… Okropność!… Okropność!… Okropność!

Krzyknął przeraźliwie…

Przez kręgi koła przebił się czyjś głos:

– Kochanie! Kochanie!

Chłopak zbudził się – stał w łóżku, otwierając szeroko oczy.

Przy nim stała matka z włosami rozpuszczonymi jak Ginewra; objął ją kurczowo i ukrył w nich twarz.

– Och! Och!

– No, no, już wszystko w porządku, mój skarbie. Jużeś się obudził. No cicho, cicho! Nic się nie stało!

Ale mały Jon wciąż powtarzał:

– Och! Och!

Głos matki, taki aksamitny, mówił mu w ucho:

– To tylko księżyc świecił ci prosto w twarzyczkę, dziecino!

Mały Jon chlipnął w fałdy jej szlafroka:

– A mówiłaś, że on jest piękny. Och!

– Ale spać przy nim nie można, Jonie. I kto go tu wpuścił? Czy odsunąłeś roletę?

– Chciałem zobaczyć, która godzina… Wyjrzałem… wyjrzałem na dwór… słysza… słyszałem, jak ty grałaś, mamusiu… i… i zjadłem ciastko…

Jednakże z wolna pocieszał się i uspokajał, a w duszy zbudziła się chęć wytłumaczenia się ze swej trwogi.

– Matka Lee kręciła mnie w kółko i wszystko było rozżarzone do czerwoności – wymamrotał.

– Ej, Jonie, czegóż innego można się spodziewać, gdy ktoś zjada ciastka, położywszy się do łóżka?

– Tylko jedno, mamusiu – i muzyka była przez to o wiele piękniejsza. Czekałem na ciebie bardzo długo… Myślałem, że to już chyba jutro.

– Moje kaczątko! Toż to dopiero jedenasta!

Mały Jon milczał przez chwilę, ocierając się noskiem o jej szyję.

– Mamusiu, czy tatuś jest w twoim pokoju?

– Nie, dziś go nie ma.

– Czy mogę przyjść?

– Jeżeli tylko masz ochotę, mój pieszczochu.

Mały Jon, nie posiadając się z radości, cofnął się nieco.

– Jakoś inaczej teraz wyglądasz, mamusiu… o wiele młodziej.

– To moje włosy, kochanie.

Mały Jon wziął w rękę cały ich pęk, gruby, ciemnozłoty, przetykany gdzieniegdzie srebrnymi nitkami.

– Podobają mi się – rzekł – a ty mi się podobasz najwięcej ze wszystkich osób, jakie znam.

I wziąwszy ją za rękę, pociągnął ku drzwiom. Gdy weszli, zamknął je z westchnieniem ulgi.

– Którą stronę łóżka wolisz, mamusiu?

– Lewą.

– Doskonale.

I nie tracąc czasu, nie zostawiając jej najmniejszej sposobności do zmiany postanowienia, wszedł do łóżka. Wydało mu się znacznie wygodniejsze niż jego własne. Westchnął raz jeszcze, przycisnął głowę do poduszki i leżąc, przyglądał się skłębionej walce rydwanów, dzid i mieczy, jaka zawsze jawiła się na powierzchni koców, ilekroć na ich włoski spojrzał pod światło.

– Więc to nic nie było? Naprawdę nic? – zapytał.

Matka, siedząc przed lustrem, odpowiedziała:

– Nic oprócz księżyca i twojej rozgorączkowanej wyobraźni. Nie powinieneś tak się podniecać, Jonie.

Lecz mały Jon, jeszcze niezupełnie panując nad nerwami, odpowiedział hardo:

– Ja się nie bałem nic a nic! Doprawdy nic a nic!

I leżąc, przyglądał się dalej włóczniom i rydwanom. Czas mu się dłużył.

– Ach, mamusiu, pośpiesz się!

– Ależ, kochanie, muszę zapleść włosy.

– O nie! Nie rób tego dzisiaj! Jutro będziesz miała tylko robotę z ich rozplataniem. Teraz chce mi się już spać; jeśli nie przyjdziesz, to mi się odechce.

Matka – biała i kwiecista – podniosła się i stanęła przed potrójnym lustrem toaletowym. Widział teraz trojakie jej odbicie: odwrócony kark, włosy połyskujące pod światło i jej roześmiane ciemne oczy. Uznał to za niepotrzebne, więc powiedział:

– Chodź, chodź, mamusiu. Ja czekam.

– Dobrze, dobrze, kochanie, zaraz przyjdę!

Mały Jon zamknął oczy. Wszystko ułożyło się wspaniale – żeby tylko ona się pośpieszyła!

Poczuł, że łóżko drgnęło: to ona wchodzi! Mając wciąż oczy zamknięte, zapytał sennie:

– Czy tak nie miło?

Usłyszał głos matki mówiący coś do niego, poczuł na nosku dotyk warg. Matka leżała, czuwając, i pieściła go w myślach całą mocą swego uczucia, a on, przytuliwszy się do niej, zapadł w sen bez widziadeł, sen, w którym zamknęła się cała jego przeszłość.

1 Urodzić się ze srebrną łyżką w buzi – idiomatyczne wyrażenie angielskie odpowiadające polskiemu: „urodzić się w czepku”.

2 Feuille morte (fr.) – koloru zeschłych liści.

3 En avant, de Bracy! (fr.) – Naprzód, de Bracy!

4 Chodzi o Glens of Antrim, region w Irlandii Północnej.

Księga III

Do wynajęcia

Z łon tych dwu wrogów wzięło bowiem życie,

Pod najstraszliwszą z gwiazd, kochanków dwoje…

W. Shakespeare, Romeo i Julia,

przeł. Jan Kasprowicz

Część pierwsza

SPOTKANIE

Po południu 12 maja 1920 roku Soames Forsyte wyszedł z hotelu Knightsbridge, gdzie podówczas mieszkał; miał zamiar obejrzeć kolekcję obrazów w galerii na Cork Street i zajść do Galerii Futurystów. Szedł piechotą. Od czasu wojny starał się nigdy nie jeździć dorożkami. Dorożkarze byli w jego mniemaniu niekulturalną hołotą, chociaż teraz, gdy wojna się skończyła i podaż znów zaczęła przewyższać popyt, stali się – zgodnie z naturą ludzką – nieco grzeczniejsi. On w każdym razie im nie przebaczył, uporczywie kojarząc ich z posępnymi wspomnieniami przeszłości, a obecnie – w sposób dość nieokreślony, jak wszyscy ludzie jego klasy – z rewolucją. Chwile wielkiej trwogi, jakie przeszedł podczas wojny, i większa jeszcze trwoga, jakiej doznał następnie w czasie pokoju, pozostawiły w jego odpornej psychice trwałe ślady. Tylekroć już przeżył w wyobraźni ruinę, że w końcu przestał wierzyć w jej materialne prawdopodobieństwo. Płacąc rocznie cztery tysiące podatku dochodowego i podatku od zbytku, trudno odczuć pogorszenie się warunków bytu! Ćwierćmilionowa fortuna, obciążona tylko żoną i córką jedynaczką, a zainwestowana w bardzo różnych przedsiębiorstwach, stanowiła istotną gwarancję nawet mimo owych „drapieżnych zakusów” – daniny majątkowej. Co się tyczy konfiskaty zysków wojennych, uszło mu na sucho, gdyż nie miał ich wcale, więc… „udławcie się tym, i kwita!”. Na dobitkę cena obrazów, jak gdyby nigdy nic, poszła w górę, tak iż od chwili wybuchu wojny miał ze swej kolekcji większy pożytek niż kiedykolwiek dotychczas. Naloty również oddziałały dobroczynnie na ostrożny od urodzenia umysł i wzmogły wrodzony hart ducha. Niebezpieczeństwo całkowitej katastrofy osłabiało wrażliwość na katastrofy drobniejsze i cząstkowe, wynikłe z podatków i taksacji, jednocześnie zaś zwyczaj rzucania gromów na bezczelnych Niemców wiódł Soamesa – jeżeli nie otwarcie, to przynajmniej w skrytości ducha – do pomstowania na podobny bezwstyd Partii Pracy.

Szedł piechotą. Na domiar miał aż nadto czasu, gdyż z Fleur umówił się w galerii o czwartej, a teraz dochodziło dopiero wpół do trzeciej. Przechadzka była mu potrzebna dla zdrowia – gniotła go wątroba, a nerwy miał wyczerpane do ostateczności. Żona, ilekroć bawiła w Londynie, stale znikała z domu, a córka, jak większość młodych kobiet po wojnie, wiecznie latała i plotła trzy po trzy. Powinien się jeszcze cieszyć, że była zbyt młoda, by rozwinąć jakąś działalność podczas samej wojny. Nie znaczy to, ma się rozumieć, by Soames nie popierał wojny od samego początku – i to całą duszą; jednakże co innego ją popierać, co innego zaś angażować w tym osobę żony lub córki. Pomiędzy jednym a drugim leżała przepaść utworzona przez jakieś staroświeckie nawyki budzące odrazę do uczuciowych i niedorzecznych wybryków. Tak więc stanowczo wziął za złe Anetce – tak ponętnej i liczącej w roku 1914 dopiero trzydzieści cztery lata – zamiar wyjazdu do rodzinnej Francji (zwanej teraz przez nią pod wrażeniem wojny ma chére patrie5) dla pielęgnowania jej braves poilus6…Potrzebne jej to było! Doprawdy!… Żeby zrujnować zdrowie i urodę! Jak gdyby ona naprawdę mogła być pielęgniarką! Przeciwstawił się stanowczo tej zachciance. Niechże lepiej szyje dla nich lub robi na drutach tu, w domu! Ostatecznie nie wyjechała – i odtąd nigdy już nie była taka jak dawniej; wzrosła w niej zła skłonność do podrwiwania sobie z męża, wprawdzie nieotwarcie, niemniej jednak ustawicznie, przy różnych drobnych okazjach. Co się tyczy Fleur, wojna rozwiązała kłopotliwy problem, czy należy ją posłać do szkoły, czy też nie. Lepiej było usunąć ją spod wpływów przeżywającej wojenne nastroje matki, uchronić od grozy nalotów i od tej okazji do różnych wybryków; umieścił ją przeto w jakiejś szkole z internatem tak daleko na zachodzie, jak to uznał za licujące z zasadami wytworności – i odtąd brakowało mu jej okrutnie… Fleur!… Nigdy nie pożałował, że zdecydował się tak nagle nadać jej po urodzeniu to nieco cudzoziemskie imię – choć było to wyraźnym ustępstwem na rzecz francuszczyzny. Fleur! Śliczne imię – i śliczne dziecko! Ale jakaż wiercipięta – żeby choć chwilę usiedziała spokojnie! – i jaka uparta! I jak świadoma swej władzy nad ojcem! Soames często rozmyślał, jakim błędem było tak tracić głowę dla własnej córki. Zestarzawszy się, stracić głowę! Sześćdziesiąt pięć lat! Posunął się już w latach… Jednakże nie odczuwał tego, gdyż – może na całe jego szczęście ze względu na młodość Anetki i jej urodę – drugie małżeństwo okazało się ułożonym na chłodno kontraktem. Raz jeden w życiu kochał z całą namiętnością – pierwszą żonę, Irenę. Tak… A ten drab, jego kuzyn Jolyon, który mu ją sprzątnął, wygląda dziś, jak mówią, bardzo marnie… Nic dziwnego, w siedemdziesiątym drugim roku życia, po dwudziestu latach trzeciej żeniaczki!

Soames przystanął na chwilę, by oprzeć się o barierę przy alei Rotten Row. Było to miejsce odpowiednie do snucia wspomnień, gdyż znajdowało się w połowie drogi między kamienicą na Park Lane, która widziała jego urodziny i śmierć rodziców, a małym domkiem na Montpellier Square, gdzie przed trzydziestu pięciu laty cieszył się pierwszą edycją swego małżeństwa. Teraz, po dwudziestu latach drugiej edycji, wydawało mu się, że owa stara tragedia wydarzyła się w jakimś poprzednim wcieleniu – które zakończyło się, gdy na miejsce spodziewanego syna urodziła się Fleur. Od wielu lat przestał żałować – choćby podświadomie – owego nienarodzonego syna; Fleur powetowała mu ten niedobór serca. Koniec końców, nosiła przecież jego nazwisko! O tym, że z czasem je zmieni, nie myślał na razie wcale. A nawet jeżeli myślał o podobnym nieszczęściu, to myśli tej towarzyszyło niejasne poczucie, że może uczynić ją na tyle bogatą, by mogła chociażby nabyć i unicestwić nazwisko człowieka, który ją poślubi. I czemuż by nie miało się tak stać, skoro dziś podobno kobiety zrównały się w prawach z mężczyznami?

 

I w głębi ducha przekonany, że zrównanie to jest fikcją, Soames przejechał energicznie po twarzy na wpół przymkniętą dłonią, która spoczęła wreszcie wygodnie na brodzie. Dzięki wstrzemięźliwemu trybowi życia nie był i teraz ani nalany, ani tłusty; nos miał cienki i bynajmniej nie czerwony, siwe wąsy krótko przycięte, wzrok jeszcze bystry. Lekkie pochylenie ciała tuszowało i korygowało zmienione proporcje twarzy – siwe włosy przerzedziły się bowiem na skroniach i czoło na skutek tego stało się wyższe. Czas niewiele zmienił w „najobrotniejszym” z młodych Forsyte’ów, jakby się wyraził ostatni ze starych Forsyte’ów, Tymoteusz, liczący sobie obecnie sto jeden lat.

Cień platanów padł na wytwornie miękki filcowy kapelusz. Soames zaniechał noszenia cylindrów – w czasach takich jak obecne lepiej nie zwracać niczyjej uwagi na to, że się jest bogatym! Platany! Myśli Soamesa przeniosły się nagle do Madrytu – przypomniał sobie Wielkanoc przed wojną, kiedy to, mając zdecydować się na kupno owego obrazu Goi, przedsięwziął podróż odkrywczą, chcąc studiować mistrza w jego ojczyźnie. Szelma uczynił na nim wielkie wrażenie – pierwsza klasa, prawdziwy geniusz! Ceniony tak wysoko doczeka się, być może, jeszcze większego uznania, zanim – na koniec – zostanie zapomniany. Druga faza szału dla Goi będzie jeszcze gorętsza od pierwszej; o tak! Przeto Soames zakupił obraz. Podczas owej wyprawy zamówił – czego nie czynił dotąd nigdy – kopię malowidła al fresco, zwanego La Vendimia7, na którym wyobrażona była postać dziewczyny podpartej w bok jedną ręką, a przypominającej mu córkę. Kopię tę miał obecnie w galerii w Mapledurham, lecz była dość kiepska – Goi niepodobna skopiować! W każdym razie przyglądał się jej, ilekroć córki nie było w domu; pociągało go jakieś uderzające podobieństwo w lekkiej, strzelistej równowadze kibici, w rozstępie łukowatych brwi, w namiętnym rozmarzeniu ciemnych oczu. Rzecz osobliwa: Fleur miała oczy ciemne, gdy on miał szare (żaden z Foryste’ów czystej krwi nie miał piwnych oczu), a matka niebieskie! Choć prawda i to, że jej babka, Lamotte, miała oczy ciemne jak melasa!

Począł znów iść w stronę Hyde Park Corner. Nigdzie w całej Anglii tyle się nie zmieniło, co w alei Rotten Row! Urodzony opodal – niemal o trzy kroki – od tego miejsca, pamiętał je od roku 1860. Przyprowadzały go tu damy w krynolinach, aby przyglądał się elegantom noszącym bokobrody i obcisłe spodnie i jeżdżącym konno po kawaleryjsku; patrzył na zdejmowane w ukłonach białe cylindry o zagiętych rondach, na beztroskę tego wszystkiego i na małego krzywonogiego człowieczka w długiej czerwonej kamizelce, który chodził między dystyngowanym gronem, trzymając na smyczy kilka psów i namawiając matkę Soamesa, by kupiła jednego z nich; były tam wyżły króla Karola i charty włoskie, okazujące sympatię dla jej krynoliny – dziś już się takich nie widuje! To prawda, nie widzi się tu dziś nic szykownego; siedzą, ot, jedynie szare szeregi ludzi pracujących, nie mając na co patrzeć poza kilkoma młodymi, podrygującymi i siedzącymi na koniach okrakiem istotami rodzaju żeńskiego w kapelusikach jak garnuszki albo niechlujnymi oficerami kolonialnymi pędzącymi to tu, to tam na okropnych szkapiskach; to znów od czasu do czasu widać małe dziewczynki na kucykach lub starych dziadygów wytrząsających z siebie wątrobę, a wreszcie ordynansów wojskowych usiłujących buńczucznie galopować na kawaleryjskich koniach; nie widać ani ludzi szlachetnego rodu, ani lokajów, ani dygów, ani ukłonów, nie słychać miłych ploteczek – słowem, nie ma nic… Jedynie drzewa pozostały te same – obojętne na pochód pokoleń i na wyrodnienie rodzaju ludzkiego. Demokratyczna Anglia – rozczochrana, zalatana, hałaśliwa i najwidoczniej pozbawiona swych szczytów! W duszy Soamesa – miłośnika wykwintu – aż się coś przewracało. Znikła bezpowrotnie zamknięta domena towarzyskiej dystynkcji i ogłady! Zostało jeszcze bogactwo – o tak, bogactwo! – wszak on sam był znacznie bogatszy niż kiedykolwiek jego ojciec; lecz dobre maniery, nieuchwytny aromat dobrego smaku i wytworności, wszystko to gdzieś zginęło w odmętach wielkiego, szpetnego tłumu, rozpychającego się w tłoku łokciami i zionącego odorem benzyny. Tu i ówdzie kryły się jeszcze skąpe, na wpół pokonane ostatki ducha kastowego i szlachectwa, ale rozproszone i słabe – chétif, jak mawiała Anetka – nigdzie jednak nie można się już było dopatrzyć stałości czy wewnętrznej spójni. I właśnie w ten nowomodny harmider złych obyczajów i rozluźnionej moralności dostała się jego córka – kwiat jego życia!… A gdy jeszcze dojdą do władzy te draby z Partii Pracy – jeśli to w ogóle nastąpi – wtedy trzeba być przygotowanym na najgorsze!

Przeszedł pod arkadą, której – dzięki Bogu – nareszcie już nie szpeciła stalowoszara plama reflektora.

Lepiej by zrobili, kierując reflektor tam, dokąd wszystko to zmierza, i oświetlając całą tę swoją szacowną demokrację, pomyślał.

Szedł dalej, mijając fasady klubów na Piccadilly. Jerzy Forsyte, ma się rozumieć, będzie siedział we wnęce okiennej klubu Iseeum. Chłopak rozrósł się i tkwił tutaj niemal bezustannie, niby jakieś nieruchome, sardonicznie uśmiechnięte oko obserwujące przemijanie ludzi i rzeczy. Soames przyśpieszył kroku, gdyż wzrok kuzyna przyprawiał go zawsze o fizyczny niepokój. Ten Jerzy, jak chodziły słuchy, napisał w czasie wojny list (podpisany „Patriota”), w którym uskarżał się na histerię rządu obcinającego porcje owsa dla koni wyścigowych. Tak, otóż i on, wysoki, imponujący, elegancki, starannie ogolony, o gładkich, ledwie trochę przerzedzonych włosach pachnących niewątpliwie najlepszym gatunkiem brylantyny; w ręku trzyma kawałek różowego papieru. No, ten nic się nie zmienił! I Soames – może po raz pierwszy w życiu – uczuł pod kamizelką coś w rodzaju sympatii dla tego sardonicznego krewniaka. Jego potężna postać, jego idealny rozdziałek we włosach i bycze spojrzenie dawały gwarancję, że będzie jeszcze komu zastąpić starą gwardię.

Soames spostrzegł, iż Jerzy wymachuje różowym papierkiem, jak gdyby zapraszając kuzyna, by zechciał wejść na górę – niewątpliwie pragnie dowiedzieć się czegoś o swym majątku. Majątek ten znajdował się wciąż jeszcze pod kontrolą Soamesa. Wycofawszy się bowiem dwadzieścia lat temu, gdy brał rozwód z Ireną, z czynnego udziału w kancelarii, Soames prawie bezwiednie zachował kontrolę nad wszystkimi czysto forsyte’owskimi sprawami.

Zawahał się tylko przez chwilę, skinął głową i wszedł do klubu. Od czasu gdy w Paryżu zmarł jego szwagier, Montague Dartie (o szczegółach śmierci nikt nie wiedział nic pewnego poza tym jedynie, że z pewnością nie było to samobójstwo), klub Iseeum wydawał się Soamesowi bardziej szanowną instytucją. Nadto Jerzy wyszumiał się już i oddał się niepodzielnie uciechom smakoszostwa, odżywiając się przednio, ale strzegąc się zbytniej otyłości i zadłużając się – jak mówił – „tylko u paru starych sknerów, żeby mieć w życiu jakieś zajęcie”. Soames wiedział o tym, przeto podchodząc ku wnęce, gdzie tkwił przy oknie jego kuzyn, nie miał onieśmielającego poczucia niedyskrecji, jakiego doznawał tu pierwej za każdym pobytem. Jerzy wyciągnął ku niemu starannie utrzymaną dłoń.

– Nie widziałem cię od czasu wojny – zaczął. – Jakże się miewa twoja żona?

– Dziękuję – odrzekł chłodno Soames. – Całkiem dobrze.

Mięsista twarz Jerzego wykrzywiła się na chwilę drwiącym uśmiechem, jakby skrycie szydził; w oku pojawił się również szyderczy błysk.

– Ten Belg Profond – oznajmił – jest obecnie członkiem naszego klubu… To dziwna figura.

– Doprawdy! – mruknął Soames. – W jakiej sprawie chciałeś widzieć się ze mną?

– Idzie mi o starego Tymoteusza… Może lada chwila wyciąg­nąć nogi. Przypuszczam, że już sporządził testament.

– Tak.

– A więc ty lub kto inny powinniście zajrzeć do niego… Przecież to ostatni ze starej gwardii… Jak wiesz, liczy sobie już setkę. Podobno wygląda jak mumia. Gdzie zamierzacie go pochować? Miałby najzupełniejsze prawo spocząć w piramidzie…